Daisy Ridley – gwiazda „Gwiezdnych Wojen” o swoim życiu i karierze

Daisy Ridley - gwiazda "Gwiezdnych Wojen" o swoim życiu i karierze
Daisy Ridley na światowej premierze filmu "Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie". (Fot. BEW PHOTO)

Przypieczętowała swój los w 2015 roku, dołączając do głównej obsady „Gwiezdnych wojen”. Dzisiaj dla sporej części świata jest filmową Rey. O blaskach i cieniach takiej sławy Daisy Ridley mówi przy okazji premiery najnowszej części kosmicznej sagi „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”.

Co w roli Rey jest największym wyzwaniem?
Najtrudniejszy jest chyba dla mnie gniew. W tej części musiałam grać wściekłą naprawdę często. Niedoścignionym wzorem była tu dla mnie Laura Dern, która wspięła się na aktorskie wyżyny gniewu w serialu „Wielkie kłamstewka” [śmiech]. Udawanie gniewu to wyższa szkoła jazdy, doświadczenie angażujące fizycznie, wyczerpujące. Zwłaszcza jeśli jednocześnie masz dać widzom choćby szansę, żeby cię nadal lubili.

A zobowiązanie zachowania tajemnicy? Szczegóły fabuły kolejnych części „Gwiezdnych wojen” są tajne. Na wiele tematów nie wolno ci rozmawiać, zobowiązuje cię do tego kontrakt.
„Czy Rey umrze?” – cały czas słyszę takie pytania. Co najgorsze, także od najbliższych. Sabotażyści! [Śmiech]. A ja muszę być jak skała. Nawet moja mama nie ma tu taryfy ulgowej.

Trochę się pozmieniało, od kiedy w 2015 roku zagrałaś w „Przebudzeniu mocy”. Pamiętam, jak wybuchła wtedy afera. Chodziło o filmowe gadżety, ważny element całej okołofilmowej machiny „Gwiezdnych wojen”. Rey nie doczekała się figurki, mimo że stworzono laleczki nawet drugoplanowych postaci męskich.
Mój ekranowy partner John Boyega, który gra Finna, jest fanem gier i gadżetów. To on pierwszy zgłosił brak zabawki wzorowanej na Rey decydentom i uznał to za skandal.

Wspierałaś go w tej batalii?
Wtedy nie byłam na to gotowa. Cieszyłam się, że w ogóle dostałam tę rolę i że mam szansę uczestniczyć w tak wspaniałym przedsięwzięciu. Krytykowanie czegokolwiek związanego z naszym filmem wydawało mi się zwykłą niewdzięcznością. Nie chciałam stawać w obronie „sprawy”, żeby nie popsuć atmosfery. Chyba wiele dziewczyn, kobiet znalazło się w swoim życiu choć raz w takiej sytuacji i zna to uczucie.

A teraz?
Teraz nie czuję już strachu przed podnoszeniem głowy, zabieraniem głosu. Jestem o wiele bardziej uważna, przykładam wagę do szczegółów i nie boję się egzekwować tego, co uważam za potrzebne. Podczas realizacji dwóch ostatnich części „Gwiezdnych…” sugerowałam poprawki do kostiumów, fryzur, zmiany w dialogach. W trzeciej części mówię o wiele więcej niż w poprzednich. Wcześniej Rey raczej wypełniała polecenia innych, teraz sama podejmuje decyzje. Poprosiłam reżysera, żeby dał mojej postaci monolog, i się zgodził. Mogę zapewnić, że nasz film zdaje test Bechdel [chodzi o tzw. test Bechdel-Wallace stosowany w ocenie filmu lub innego dzieła w celu pokazania braku równości między płciami wynikającego z seksizmu. Aby test został zaliczony, w dziele muszą pojawić się co najmniej dwie posiadające imię postaci kobiece, które prowadzą ze sobą rozmowę na inny temat niż mężczyźni – przyp. red.].
Odkryłam swój głos i nie boję się go używać. W dużym stopniu zawdzięczam to ludziom, z którymi pracowałam przez te ostatnie lata. Między innymi reżyserowi „Gwiezdnych…” J.J. Abramsowi. Aktor z nim nie rywalizuje, nie jest małpką w jego cyrku, tylko partnerem.

Nadal mówi się jednak o nierówności kobiet w branży filmowej. I o tym, że mimo ruchu #MeToo aktorki nadal spotykają się z nadużyciami ze strony mężczyzn w branży. Sama masz takie doświadczenia?
Kilka lat temu wzięłam udział w pewnym klipie, który w krzywym zwierciadle pokazywał traktowanie aktorek na castingach. Wszystko sprowadzało się do bycia seksowną: seksownie płacz, seksownie cierp, a najlepiej jeszcze seksownie milcz. I koniecznie zawsze ładnie wyglądaj! Czy i mnie zdarzało się znaleźć w krępującej sytuacji? Owszem. Czy w jednej z nich brała udział druga osoba składająca mi niemoralne propozycje? Jak najbardziej. To była typowa sytuacja, w której kobieta i mężczyzna siedzą w jednym pokoju, atmosfera gęstnieje, on ma władzę. Ale to było po prostu nieprzyjemne, nie niebezpieczne. Nigdy nie znalazłam się w naprawdę zagrażającej mi sytuacji i mam nadzieję, że to się nie zdarzy.

Daisy Ridley - gwiazda "Gwiezdnych Wojen" o swoim życiu i karierze
Kadr z filmu „Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie”. (Fot. materiały prasowe)

Kiedy dostałaś rolę Rey, miałaś 21 lat. Dziś jesteś rozpoznawalna na całym świecie. Jak smakuje taka popularność?
W kręgu najbliższych wszystko jest jak dawniej. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że dalsi znajomi nie zmienili do mnie podejścia. Ludzie nie traktują mnie już zwyczajnie, nie wiedzą, jak się zachować w moim towarzystwie, robi się niezręcznie. Niedawno byłam na ślubie przyjaciółki. Dziewczyna, obok której posadzono mnie przy stole, przez cały czas ekscytowała się i opowiadała mi, jak to jej znajoma jest moją fanką. Siedziała w telefonie i korespondowała z tamtą osobą, przekazywała mi od niej wiadomości. Nie zrozum mnie źle, miło mi, że to, co robię, jest komuś tak bliskie. Ale jednocześnie czułam się bardzo niekomfortowo. Jesteśmy na ślubie, jedna z najbliższych mi osób właśnie staje przed ołtarzem. Naprawdę nie chcę w tym momencie rozmawiać o tym, że dla kogoś jestem idolką. Często mam wrażenie, że ludzie z góry zakładają, że dzieli nas przepaść, i na siłę starają się ją zasypać poprzez rozmowę o mojej sławie. To niczyja wina, ale prowadzi to do krępujących sytuacji.

Padłaś też ofiarą hejtu w sieci i wycofałaś się z mediów społecznościowych.
Pisano o mnie na Instagramie różne okropne rzeczy, ale to nie było dla mnie doświadczenie tak traumatyczne, jak wszyscy sądzą. Po prostu po jakimś czasie czytania o sobie wstrętnych komentarzy stwierdziłam, że nie mam do tego cierpliwości ani serca i że mój czas w mediach społecznościowych dobiegł końca. Dzisiaj, jeśli chcę pooglądać zdjęcia znajomych, po prostu loguję się na Facebooku na konto mojej mamy [śmiech].

W jednym z wywiadów zdradziłaś, że presja związana z rolą zaprowadziła cię do terapeuty.
Trafiłabym tam i bez tego. Kiedy byłam nastolatką, zmagałam się z nerwicą natręctw. Mam silną potrzebę kontroli. Stresowała mnie choćby wycieczka na lotnisko, miałam poczucie, że oto grupa innych ludzi decyduje o moim dniu. Choć jeśli spojrzeć na to racjonalnie, nie działo się nic złego, samo uczucie bycia zależnym od innych wpływało na mnie bardzo negatywnie. Terapia była mi niezbędna, żeby móc pracować w zawodzie. Swoją drogą nigdy nie rozumiałam towarzyszącego temu tematowi stygmatu. Uważam, że każdy powinien spróbować rozmowy ze specjalistą. Wyszłoby nam to na dobre.

Uważasz się za gwiazdę? Celebrytkę?
Jestem dziewczyną, która gra w bardzo popularnym filmie. Jeśli sama bym siebie uznała za gwiazdę, oznaczałoby to, że mi odbiło!

Nie boisz się, że ta rola będzie pułapką? Przeszkodą, żeby grać zupełnie inne rzeczy? Że zawsze będziesz już z nią kojarzona. To się już przy okazji „Gwiezdnych wojen” zdarzało.
Przez cały ten czas gram w innych filmach. Wystąpiłam w „Morderstwie w Orient Expressie” i w „Ofelii”, podkładałam głos w „Piotrusiu Króliku”, byłam narratorką dokumentu „The Eagle Huntress” [Polująca z orłami], zagrałam też w filmie (czeka na premierę) na podstawie scenariusza Charliego Kaufmana. Wszystko po tym, jak zostałam Rey. Nie narzekam na nadmiar wolnego czasu. Mam wspaniałą agentkę. Nie boję się przyszłości.

Rey dla wielu fanów stała się wzorem. To raczej źródło stresu czy powód do dumy?
Nie aspiruję do bycia idolką. Ludziom szukającym wzoru od lat niezmiennie polecam noblistkę Malalę Yousafzai, którą miałam zaszczyt poznać pięć lat temu. Rozmawiając z fanami serii, staram się zawsze podkreślać, że ja i Rey to dwa osobne byty. Ona śmiga po galaktyce, a ja jestem domatorką.

27-letnia domatorka?
Producenci „Gwiezdnych…” mogą być o mnie spokojni. Są w branży filmowej imprezowicze, którzy mają zagwozdkę, jak się wymknąć paparazzim, żeby poszaleć. Ja się spełniam, spędzając wieczory na kanapie z herbatką.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze