fbpx

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Faraon wybrałby rower

Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Pierwszy rower dostałem na Komunię. To był składak, który się nie składał, ale za to przyciągał swoją czerwoną barwą złodziejskie łapy. Wreszcie bicykl padł łupem Michała Ogórka.
Michał Ogórek od dawna nie żyje. Jego wątroba padła ofiarą win owocowych o wysokiej zawartości siarki, produkowanych przez Spółdzielnię „Las” z miasta K.

Następnie jeździłem na pożyczonym sprzęcie, aby w wieku 22 lat, za cenę dziesięciu funtów angielskich, nabyć coś, co mnie każdego ranka niosło jak kulawy kucyk na pole w hrabstwie Essex. Za pieniądze zarobione w towarzystwie kwiatu inteligencji polsko-czechosłowackiej i przy różnych zbiorach płodów rolnych, piękny rowerek marki Scott sobie kupiłem. Służył mi kilka lat i nie został ukradziony, a sprzedany.

Następne dwa kółka nabyłem na Islandii, czym naraziłem się na śmieszność tubylców, bo nikt tam o zdrowiu i frajdzie nie myślał, widząc skulonego człowieka walczącego z wiatrem. Według lokalnych wierzeń mityczna figura rowerzysty kojarzyła się najczęściej z wielowiekowym okupantem – Duńczykiem. Kojarzyła się też z biedą Europy Wschodniej, czyli ze mną i z tymi wszystkimi Niemcami Wschodnimi, Włochami Wschodnimi i Francuzami Wschodnimi, z którymi razem studiowałem na wyspie, i którzy też zakupili sobie dwa kółka, bo był to najtańszy, najszybszy i najbardziej przyjemny sposób przemieszczania się po centrum miasta stołecznego Reykjavik.

Przed wyjazdem z wyspy rower również sprzedałem. Nabył go włoski student, który zaklinał się, że jest z południa. Po skasowaniu kilku tysięcy koron powiedziałem mu, że deklaracje przynależności regionalnej lokalni mają gdzieś, dla nich i tak będzie zawsze pochodził z Europy Wschodniej, czyli tej gorszej. Włoch jednak nie dawał za wygraną, tłumacząc, że wschodnie Włochy, a szczególnie te północno-wschodnie, są bardzo bogate, a on jest z biednego południa, więc nie będzie się czuł dotknięty.

Następny jednoślad został nabyty w mieście Wiedeń. Fajny to był rowerek. Na tym rowerku robiłem po 40 km dziennie, odkrywając tajemnice okolicy. Nie były to szokujące tajemnice. Nie uwolniłem żadnych dzieci przetrzymywanych w piwnicy. Nie odkryłem rodziców pewnej Nataschy i nie zrobiłem z nimi wywiadu-rzeki na pokrycie kosztów pisania czegoś ambitnego. Odkryłem natomiast dom, w którym mieszkał Mark Twain. Dokładnie 18 km od mojego mieszkania pisał swoje najlepsze amerykańskie kawałki.

Kilka miesięcy temu, rowerek sprzed domu – a był zapięty i komisariat był na rogu i kamery – został zwinięty. Właśnie wtedy mój przyjaciel powiedział, że to koniec świata, skoro w Wiedniu znikają rowery. Nic, kupię sobie nowy na wiosnę. A dlaczego ja dziś o tych rowerkach i kolarstwie? Ano, bo osiem miesięcy temu minęła setna rocznica śmierci Aleksandra Głowackiego, znanego również jako Bolesław Prus. Otóż, ów Prus, prócz tego, że był świetnym pisarzem (taką „Lalkę” napisał, czy „Faraona”), był też zapalonym rowerzystą i propagatorem pedałowania. Pomyślałem sobie, że jeśli ta ważna rocznica przeszła prawie bez echa, i czynniki odpowiedzialne za kulturę tego kraju olały Prusa, może przynajmniej Polski Związek Kolarski zrobi z pisarza – bicyklisty patrona? Halo, panie Szurkowski! Jest pan tam? Halo!