fbpx

Opera Krakowska przedstawia: Napój miłosny

"Napój miłosny"
Fot. Ryszard Kornecki/Archiwum Opery Krakowskiej.

Nie raz już utyskiwałam na Operę Krakowską, pisząc o kiepskich, kształconych w lokalnym grajdołku głosach, inscenizacyjnych wpadkach, czy niedoróbkach. Z tym większym drżeniem serca wybrałam się na premierowy spektakl „Napoju miłosnego” Geatano Donizettiego.

"Napój miłosny", Opera Krakowska/więcej w galerii
Fot. Ryszard Kornecki/Archiwum Opery Krakowskiej.

Uważam, że zamiast nieszczęsnej Halki błądzącej po tatrzańskich szczytach, czy (znanej z „Traviaty”) umierającej Violetty, znacznie przyjemniej śledzić dzieje Adiny i Nemorina, Tristana i Izoldy widzianych niejako na wspak. I można nawet – o dziwno – w Operze Krakowskiej, gdzie duet Henryk Baranowski (reżyser) i Evgeny Volynski (kierownik muzyczny) wraz zespołem kostiumografów i scenografów, zaskoczyli swych najwierniejszych krytyków, przygotowując spektakl wart zobaczenia.

Sama inscenizacja tej niezbyt długiej, a jakże przyjemnej dla ucha opery, opracowana została w najdrobniejszych nawet szczegółach. Całość reżyserskiej wizji współgra z muzyką, tworząc już nie zestawienie istniejących obok siebie arii, ale prawdziwe, barwne, a miejscami nawet fascynujące widowisko. Historia banalna – oto ciamajdowaty ubogi romantyk zapałał miłością do najładniejszej dziewczyny w okolicy. Ta zwodzi go nieustannie, ale zamiast Nemorino zgadza się poślubić sierżanta Belcore. Na scenę wkracza w porę pewien szarlatan i jego miłosny napój, który ma odmienić losy naszego bohatera. Póki jednak historię ową oglądać przychodzi w kostiumie epoki, wydaje się ona niezwykle podobna do innych. Owszem, jak zapewniają znawcy gatunku, „Napój miłosny” poszczycić się może nie tylko całkiem logiczną fabuła i psychologiczną wiarygodnością bohaterów (z czym w operach bywają kłopoty), jednak krakowska inscenizacja dodaje mu skrzydeł, a przenosząc historię w czasie, nawet ją uprawdopodabnia.

Wkraczamy bowiem w dopracowany pod każdym względem świat… włoskiego PGR-u, który na oczach widza przekształci się w krainę masek weneckiego karnawału. Tu młodą traktorzystkę (w roli Adiny przyzwoita głosowo Iwona Socha), zaczytującą się w dziejach nieszczęśliwych kochanków, adoruje najbiedniejszy chłopak we wsi, posiadacz umierającego wuja, kawałka sznura i przywiązanej na jego końcu kozy. Postać Nemorino – bo o nim tu mowa – reżyser prowadzi w sposób niezwykle konsekwentny, każąc mu wzdychać już nie tylko do panny, ale nawet do kozy, którą i tak zjedzą później żołnierze Belcore. Obsadzony w roli owego nieszczęśnika Vasyl Grokholskyi dwoi się i troi by opera operą pozostała, a swym głosem przyćmiewa pozostałych solistów. Odziany jest przy tym albo w ubogie, niedopasowane odzienie, to znów w zbyt obszerny mundur (z kieszeni zwisa postronek, pamiątka po biednej kozie), co tylko zwiększa sympatię publiczności. Inna rzecz, że to właśnie dzięki scenografii i kostiumom widz dostrzega przenikające się u Donizettiego krainy – jest miejsce na twardą rzeczywistość, ale i na świat rozmarzonej baśni.

Całości dopełniają zaprojektowane z niezwykłym rozmachem kostiumy, komiczny, złożony z ciamajdowatych żołnierzy balet i dyrygent z poczuciem humoru. I wszystko by było dobrze, ba, prawie idealnie, gdyby nie spory zgrzyt. Oto bowiem na scenę wkracza doktor Dulcamara, bez którego „Napój miłosny” nie miałby najmniejszego sensu. Sztukmistrz, szarlatan, oszust, przywodzący na myśl średniowiecznego handlarza. I choć w miejsce cudownego eliksiru miłości tak naprawdę sprzedaje Nemorino butelczynę Bordeaux, to przecież niejeden zakochany przyzna, iż na własnym przykładzie testował rozkochujące działanie tego trunku.

Zgrzyta jednak, gdy w roli Dulcamary pojawia się Przemysław Firek. Na nic zdaje się reżyserski, skądinąd niezły, zamysł, gdy śpiewak operowy nie bardzo może wydobyć z siebie głosu. Skrzeczy coś pod nosem, a generalnie wydaje się jakby zagubiony, przytłoczony przez muzykę, niemy. W partiach solowych ledwie słyszalny, w duetach głównie porusza ustami i zdaje się zupełnie nieobecny, co odejmuje operze sporo uroku. Zamiast słuchać widzowie, czytając więc na ekranie tłumaczone partie Dulcamary, więdną z tęsknoty za dobrym basem. Pozostaje mieć nadzieję, że pozostali odtwórcy tej roli radzą z nią sobie lepiej, przywracając szarlatanowi głos i poczucie humoru. Warto zatem – choćby w karnawale – wsłuchać się w takty działa Donizettiego. Z nim bliżej do baśni, a w Krakowie (jeśli nie liczyć doskonałego w „Weselu Figara” Mariusza Kwietnia) w końcu bliżej też do opery. Takiej prawdziwej.

Gaetano Donizetti, „Napój miłosny”, Opera Krakowska, reżyseria Henryk Baranowski, premiera 2 grudnia 2012.