Głębocka 66 świętuje 10-lecie działalności. Przez dekadę Białołęcki Ośrodek Kultury stał się nie tylko miejscem koncertów, spektakli i kina, ale przede wszystkim przestrzenią spotkań, rozwoju i inicjatyw tworzonych wspólnie z mieszkańcami. O tym, jak zmieniła się Białołęka, czego nauczyli ją sami mieszkańcy i dlaczego lokalna kultura zaczyna się od relacji, rozmawiamy z Karoliną Adelt-Jóźwiak, dyrektor Białołęckiego Ośrodka Kultury.
Białołęcki Ośrodek Kultury działa już blisko 30 lat, a Głębocka 66 właśnie obchodzi swoje 10-lecie. Co przez ten czas najbardziej zmieniło się w mieszkańcach Białołęki i w ich podejściu do kultury?
Najbardziej zmieniła się chyba sama Białołęka. W 2016 roku dzielnica liczyła około 112 tysięcy mieszkańców, dziś jest ich około 160 tysięcy. To ogromny wzrost, który sprawia, że jako instytucja musimy nie tylko reagować na zmieniające się potrzeby, ale przede wszystkim rozpoznawać potrzeby kolejnych grup nowych mieszkańców.
Widać też, jak zmieniają się osoby, które są z nami od lat. Zielona Białołęka była kiedyś pełna przede wszystkim małych dzieci. Dziś te dzieci są nastolatkami, zmienili się też ich rodzice. Pojawiły się także pierwsze inicjatywy dla seniorów.
Białołęka jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się dzielnic Warszawy. Zmienił się jej charakter, mieszkańcy i potrzeby, ale także cały krajobraz – również wokół Głębockiej. To już zupełnie inna część dzielnicy niż dziesięć lat temu.
BOK rozwija się razem z Białołęką. Jakie potrzeby mieszkańców są dziś dla Państwa najważniejsze i jak przekładają się na program ośrodka?
Z naszych obserwacji wynika, że mieszkańcy wciąż przede wszystkim potrzebują integracji i poczucia przynależności do lokalnej społeczności. Potrzebują też impulsu do rozwoju, działań społecznych i po prostu ciekawego, kreatywnego sposobu spędzania czasu.
Dlatego najważniejsze jest dla nas, żeby być blisko mieszkańców i zapewniać im możliwość regularnego kontaktu z kulturą. Trzonem naszej działalności jest codzienna, stała oferta – w 2025 roku BOK prowadził ponad 130 sekcji artystycznych, edukacyjnych i rozwojowych, od zajęć tanecznych i teatralnych po filmowe, plastyczne czy ogólnorozwojowe, dla różnych grup wiekowych – od maluchów po seniorów.
Ważna jest dla nas także idea kultury blisko domu. Współpracujemy ze szkołami, przedszkolami, organizacjami pozarządowymi i innymi lokalnymi instytucjami, dzięki czemu możemy docierać również do osób, które same nie trafiłyby do domu kultury. Przykładem są programy edukacji filmowej czy Miejsce Aktywności Lokalnej 3 pokoje z kuchnią.
Chcemy być dla mieszkańców pierwszym kontaktem z kulturą – nie tylko okazjonalnym, ale związanym z ich codziennym życiem. Białołęka jest nieco oddalona od centrum Warszawy, dlatego zależy nam, by jej mieszkańcy mogli zaspokajać swoje podstawowe potrzeby kulturalne blisko domu, bez konieczności jeżdżenia do centrum.
BOK to nie tylko koncerty czy spektakle, ale również kino, warsztaty, edukacja, projekty społeczne i inicjatywy mieszkańców. Czy właśnie ta różnorodność jest dziś największą siłą lokalnej instytucji kultury?
Myślę, że tak, różnorodność jest bardzo ważna. Rozdzielam jednak działalność BOK-u na tę codzienną, regularną i społeczną oraz część impresaryjną, czyli koncerty, duże widowiska czy spektakle. Ta druga ma bardziej prestiżowy charakter, ale nie jest podstawową działalnością domu kultury. Naszym zadaniem jest przede wszystkim upowszechnianie kultury, a nie konkurowanie z teatrami czy filharmoniami.
Duże wydarzenia są jednak ważnym elementem naszej oferty. Budują rozpoznawalność BOK-u, także poza Białołęką. Dobrym przykładem jest organizowany od dziesięciu lat cykl koncertów jazzowych, na który przyjeżdżają słuchacze z całej Polski. Na naszych scenach występują też popularne gwiazdy polskiej estrady.
To ma znaczenie również dla mieszkańców. Są zadowoleni, że znani artyści pojawiają się w ich lokalnym domu kultury, niemal „pod oknami”. Buduje to poczucie dumy i identyfikacji z miejscem. Dlatego ta działalność jest dla nas ważna, ale traktujemy ją jako uzupełnienie, a nie trzon naszej działalności.
Czy istnieje coś takiego jak „kultura lokalna”? Czym różni się tworzenie programu dla konkretnej dzielnicy od działalności dużej instytucji kultury w centrum Warszawy?
Zdecydowanie uważam, że istnieje coś takiego jak kultura lokalna. Każdy dom kultury powinien dobrze znać swoje otoczenie i mieszkańców, dla których tworzy ofertę. Oczywiście część programu, na przykład edukacyjnego, może być podobna w różnych dzielnicach, ale pozostałe działania są już mocno uzależnione od tego, z kim pracujemy i jakie są lokalne potrzeby.
Znaczenie ma też samo otoczenie. Białołęka ma jeden dom kultury i jedną bibliotekę, podczas gdy w niektórych dzielnicach działa kilka takich placówek. To oznacza, że jako jedyna tego typu instytucja działamy na bardzo dużym obszarze i mamy znacznie szersze zadania. Musimy odpowiadać na potrzeby mieszkańców całej dzielnicy, co w pewien sposób determinuje również nasz program. Nie możemy działać tak lokalnie i celować w potrzeby poszczególnych osiedli jak domy kultury, które dzielą między sobą obszar jednej dzielnicy.
Dlatego kultura lokalna to dla mnie przede wszystkim znajomość mieszkańców, ich potrzeb i specyfiki miejsca, w którym działamy.
BOK stara się nie tylko odpowiadać na oczekiwania publiczności, ale również proponować jej rzeczy nowe i nieoczywiste. Jak znaleźć równowagę między tym, czego ludzie już chcą, a tym, czego jeszcze nie wiedzą, że chcą?
To rzeczywiście jest kwestia równowagi. Po latach współpracy z mieszkańcami wiemy już, jakie są nasze „pewniaki” – zajęcia i wydarzenia, z których korzystają najliczniej. Ale dom kultury musi też eksperymentować i szukać nowych pomysłów. Najbezpieczniej robić to we współpracy z lokalnymi stowarzyszeniami czy fundacjami, które mają własne grupy odbiorców i pomagają dotrzeć do nowych osób. Część pomysłów przychodzi też bezpośrednio od mieszkańców.
Dobrym przykładem jest kino na Głębockiej 66. To był pomysł mieszkańców, do którego początkowo podchodziliśmy bardzo sceptycznie. W 2021 roku, w czasie pandemii, kiedy kina się zamykały i zaczynały mierzyć się z popularnością platform streamingowych, zdecydowaliśmy się jednak je otworzyć. Dziś, po pięciu latach, frekwencja z roku na rok rośnie. Organizujemy cykle filmowe, spotkania z twórcami, gościliśmy znanych aktorów i filmowców, a sale są pełne.
To pokazuje, że warto słuchać mieszkańców i czasem zaryzykować. Nie wszystko się udaje, ale bez eksperymentowania trudno tworzyć program, który jest żywy i odpowiada na zmieniające się potrzeby. W przypadku kina szczególnie cieszy mnie to, że projekt powstał wspólnie z mieszkańcami w ramach budżetu obywatelskiego, a dziś jest jednym z naszych sukcesów.
Jednym z ważnych elementów działalności BOK są inicjatywy, w których mieszkańcy nie są wyłącznie publicznością, ale sami mogą coś stworzyć czy zrealizować własny pomysł. Dlaczego taka aktywność mieszkańców jest dziś tak ważna?
To przede wszystkim buduje poczucie, że BOK jest naprawdę „ich” domem kultury – że liczą się ich zdanie, pomysły i potrzeby. Taka aktywność wzmacnia też integrację społeczną, przeciwdziała samotności i wyobcowaniu oraz buduje lokalną tożsamość związaną z miejscem.
Dobrym przykładem jest Miejsce Aktywności Lokalnej 3 pokoje z kuchnią, gdzie mieszkańcy przychodzą z własnymi pomysłami – organizują warsztaty, spotkania, wspólne aktywności czy wystawy. Przez ostatnie dziesięć lat powstały tam tysiące większych i mniejszych inicjatyw, których wspólnym mianownikiem było spotkanie i zrobienie czegoś razem.
Od lat realizujemy też projekt „Zrealizuj swój pomysł w BOK-u”. Raz w roku mieszkańcy – zarówno młodzi, jak i starsi, także osoby prywatne czy uczniowie – mogą zgłaszać własne inicjatywy, które następnie wspólnie wybieramy i realizujemy. Mogą to być warsztaty, spotkania edukacyjne, konferencje czy sąsiedzkie wydarzenia. To działalność społeczna – bez opłat dla uczestników i bez wynagrodzenia dla pomysłodawców.
Takie inicjatywy nie przyciągają oczywiście tylu osób co duży koncert, ale nie to jest ich miarą. Jeśli kilka czy kilkanaście osób spotyka się, żeby wspólnie coś stworzyć, zagrać w planszówki czy po prostu spędzić czas, powstają prawdziwe relacje. I właśnie dlatego ta codzienna działalność jest dla nas tak ważna.
Głębocka 66 przez dziesięć lat stała się miejscem koncertów, kina, wydarzeń rodzinnych i spotkań. Czy jest jakieś wydarzenie lub moment z tego czasu, który szczególnie zapadł Pani w pamięć?
Mam taką tendencję do wzruszeń, więc przy okazji jubileuszu wracałam do wydarzeń, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Jednym z nich był bardzo trudny moment pandemii. W 2020 roku, kiedy instytucje kultury były zamykane, zorganizowaliśmy koncerty online w ramach „Kulturalnej Masówki”. Pamiętam, jak siedziałam na pustej sali przy Głębockiej 66, obok artystów i realizatorów, i zastanawiałam się: czy ta sala jeszcze kiedyś będzie pełna? Czy wrócą oklaski? To było ogromne poczucie niepewności.
Drugim wydarzeniem był koncert Jana Ptaszyna-Wróblewskiego w kwietniu 2024 roku. Dał wtedy niezwykły, pełen pasji i improwizacji koncert, a kilkanaście dni później zmarł. Okazało się, że był to jego ostatni koncert dla publiczności. To uświadomiło mi, że nie warto odkładać pewnych rzeczy na później.
Ale są też momenty, które dają mi największą radość – i wracają co roku. To pokazy naszych sekcji artystycznych, szczególnie wokalistów i tancerzy. Wtedy widzę na scenie nie tylko dzieci, ale też dorosłych, którzy całe życie chcieli śpiewać czy tańczyć, a na co dzień pracują w zupełnie innych zawodach. Przychodzą na zajęcia, a potem wychodzą na profesjonalną scenę, przed rodziną i publicznością. Ta energia jest niesamowita.
W takich chwilach naprawdę czuję, że to, co robimy, ma sens. Nie zmieniamy świata na wielką skalę, ale zmieniamy ten nasz mały świat – Białołękę. I właśnie to jest dla mnie największą wartością.
Dziś lokalne instytucje kultury konkurują o uwagę mieszkańców nie tylko między sobą, ale też z internetem, streamingiem i ogromną liczbą innych możliwości spędzania czasu. Jak przekonać ludzi, żeby przyszli właśnie do BOK?
W pewnym sensie mamy ułatwione zadanie, bo Białołęka nie ma drugiego domu kultury, z którym musielibyśmy konkurować. Oczywiście konkurujemy o uwagę mieszkańców z internetem, streamingiem i wszystkimi innymi możliwościami spędzania czasu. Mogę jednak powiedzieć z dumą, że nigdy nie mieliśmy większych problemów z publicznością.
Myślę, że wynika to nie tylko z dobrej intuicji programowej i ciekawych propozycji. Do BOK-u przychodzi się po kulturę, ale zostaje również dla relacji i atmosfery. Widać to szczególnie w grupach, które tworzą się wokół naszych zajęć, kina czy innych aktywności. Ludzie chcą się po prostu spotykać – a tego internet i streaming nie są w stanie zastąpić.
Bałam się, jak będzie po pandemii i czy mieszkańcy do nas wrócą. Wrócili bardzo szybko, a frekwencja zaczęła wyraźnie rosnąć. To było dla mnie najlepszym potwierdzeniem, że obok samej oferty potrzebne są też prawdziwe, realne relacje.
Czy jest coś, czego przez te lata nauczyli Panią sami mieszkańcy Białołęki?
Myślę, że najważniejszą rzeczą, której nauczyli mnie mieszkańcy, jest uważność. Dyrektor domu kultury może mieć własną wizję i ambitne plany, ale musi umieć słuchać mieszkańców i łączyć swoje pomysły z ich potrzebami. Ta relacja jest kluczowa, bo to dla nich tworzymy ofertę.
Dobrym przykładem jest wspomniane już kino. Gdybyśmy nie byli uważni na pomysł mieszkańców i z góry go odrzucili, nie mielibyśmy dziś tego projektu. To pokazuje, że czasem warto zaufać intuicji mieszkańców, nawet jeśli początkowo nie jesteśmy do czegoś przekonani.
Drugą ważną lekcją jest dla mnie znaczenie trwałych relacji i współpracy z całym lokalnym środowiskiem – szkołami, instytucjami, organizacjami czy stowarzyszeniami. Działając lokalnie, nie ma miejsca na niezdrową konkurencję czy konflikty. Naszym celem powinno być wspólne działanie i pomnażanie potencjału kulturalnego dzielnicy.
A czego chciałaby Pani, żeby mieszkańcy doświadczali w BOK za kolejne dziesięć lat? Jak wyobraża sobie Pani Głębocką 66 w 2036 roku?
To chyba najtrudniejsze pytanie, ale za dziesięć lat chciałabym przede wszystkim, żeby BOK wciąż był liderem lokalnej kultury. I specjalnie używam słowa „lider”, bo chciałabym, żeby wokół nas było jeszcze więcej partnerów i miejsc, z którymi możemy wspólnie działać.
Mam też nadzieję, że Głębocka 66 wciąż będzie przestrzenią pełną kreatywności, z dobrymi ludźmi wokół i atmosferą, która sprzyja twórczej pracy. Chciałabym, żeby mieszkańcy nadal mieli poczucie, że to jest ich miejsce – otwarte na ich pomysły i potrzeby.
Białołęka przez ostatnie dziesięć lat ogromnie się zmieniła i bardzo się rozrosła. Jeśli ten rozwój będzie nadal tak dynamiczny, za kolejne dziesięć lat potrzebować będziemy jeszcze większej liczby miejsc i instytucji kultury. I to jest dobra perspektywa – chciałabym, żeby Głębocka 66 była jednym z ważnych punktów większej, coraz silniejszej sieci kultury na Białołęce.