Dominika Tworek - ADHD bywa przedstawiane na TikToku jako coś atrakcyjnego. Z drugiej strony jest ryzyko stygmatyzacji i przemocy rówieśniczej. Co zmienia diagnoza u dziecka?
00:00
14:10
Czy rozpoznanie psychiatryczne może stać się etykietą, która wpłynie na samoocenę młodego człowieka i jego pozycję w grupie rówieśniczej? Czy powszechność diagnozowania niektórych zaburzeń niesie ryzyko, że zabraknie zasobów na osoby potrzebujące wsparcia instytucjonalnego? O jakich potencjalnych efektach należy pomyśleć, zanim zdecydujemy się poddać diagnozie?
- Diagnoza ADHD może przynieść potrzebne wsparcie, ale czy zawsze pozostaje bez wpływu na to, jak młody człowiek postrzega samego siebie? Psycholog dr Radosław Stupak mówi o badaniach dotyczących etykietowania, poczucia własnej wartości i funkcjonowania w grupie rówieśniczej.
- Czy określenie „neuroróżnorodność” rzeczywiście pozwala uniknąć stygmatyzacji? Ekspert zwraca uwagę na konsekwencje biomedycznego myślenia o diagnozach.
- Z drugiej strony w mediach społecznościowych diagnozy bywają „glamoryzowane”. „Na TikToku bycie osobą neuroatypową uchodzi dziś za atrakcyjne, fajne” – pada w rozmowie.
- Czy ADHD jest dziś naddiagnozowane i co właściwie daje sama diagnoza? Radosław Stupak omawia różne wyjaśnienia rosnącej liczby rozpoznań.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026.
Dominika Tworek: Żyjemy w kulturze psychiatrycznych diagnoz, a jedną z najpopularniejszych w Polsce jest ADHD. Czy powszechność diagnozowania tego zaburzenia, zwłaszcza w kontekście dzieci i młodzieży, może mieć jakieś negatywne efekty?
Radosław Stupak: Przegląd badań opublikowany w „British Medical Journal” zwraca uwagę, że szerokie stosowanie tych diagnoz może prowadzić do sytuacji, w której osoby faktycznie potrzebujące instytucjonalnego wsparcia mają trudniejszy dostęp do opieki – po prostu brakuje dla nich zasobów. Wyniki serii badań pokazują też, że samo etykietowanie się taką diagnozą albo nie przynosi żadnych korzyści, albo wręcz może mieć negatywne skutki.
Przykładowo, w 2022 roku w „Journal of the American Medical Association” ukazało się badanie obserwacyjne z Australii, w którym porównywano grupy dzieci z bardzo podobnym natężeniem objawów ADHD, ale różniące się tym, czy miały diagnozę, czy nie. Okazało się, że dzieci, które otrzymały taką diagnozę, pod wieloma względami radziły sobie gorzej.
Chodziło o kwestie związane z poczuciem przynależności, poczuciem skuteczności, a także różne negatywne zachowania społeczne. U dzieci z diagnozą ADHD zaobserwowano na przykład dwukrotnie wyższe ryzyko samouszkodzeń.
W jaki sposób można to interpretować? Zdiagnozowane dzieciaki czują się po prostu gorsze od innych?
Zaetykietowanie diagnozą psychiatryczną może działać na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Jeśli uważam, że dany problem mnie dotyczy albo tak jestem postrzegany, a rozumiem, że objawia się on w określony sposób, to mogę zacząć zachowywać się tak, by potwierdzić swoją hipotezę na własny temat. Do tego dochodzą kwestie związane z funkcjonowaniem społecznym.
Diagnozy psychiatryczne oznaczają, że czyjeś zachowanie postrzegamy jako nieodpowiednie. Mogą więc piętnować osoby, którym je przypisano, jako jakieś inne, zaburzone, z którymi być może lepiej się nie zadawać.
Stąd próba wprowadzenia językowej zmiany, by nie nazywać ADHD zaburzeniem, tylko neuroróżnorodnością.
Oczywiście, możemy próbować przeformułowywać znaczenie różnych pojęć, opisując je w bardziej cukierkowych kolorach, ale musimy pamiętać, że ADHD ma w samej nazwie słowo „zaburzenie”. Zaburzenie oznacza, że coś działa nie tak jak powinno – lub wręcz że czegoś takiego nie powinno być.
Należy też pamiętać, że dyskurs neuroróżnorodności funkcjonuje głównie w psychoterapeutycznej bańce klasy średniej.
To ważne, aby odróżnić rzeczywistość internetowych baniek i osób z wyższej klasy średniej od rzeczywistości większości ludzi w Polsce. Pod wieloma względami mogą to być zupełnie różne światy. Badania jednoznacznie pokazują, że zdiagnozowane ADHD wiąże się jednak z większym ryzykiem przemocy rówieśniczej.
Dlaczego?
Można to interpretować na dwa sposoby, które zapewne w jakimś stopniu na siebie oddziałują. Samo doświadczenie przemocy może się objawiać zachowaniami czy emocjami, które później zostają zaetykietowane jako ADHD.
Może być też tak, że osoba oznaczona taką diagnozą jako „inna” staje się niejako naturalnie kimś, kto nie należy do grupy, kogo można wykluczyć, prześladować czy postawić w roli kozła ofiarnego. Oczywiście, to może się nakładać na pewne naturalne różnice indywidualne w funkcjonowaniu.
Mówimy o stygmatyzacji ze strony otoczenia. Czy coś jeszcze może sprzyjać autostygmatyzacji?
Jeśli o diagnozach myślimy w sposób biomedyczny – odwołując się do wrodzonych, specyficznych dla zaburzenia różnic w budowie naszego mózgu, które mają powodować określone zachowania i z którymi w zasadzie niewiele da się zrobić, bo takimi się urodziliśmy – to może mieć negatywny wpływ na to, jak ludzie myślą o sobie czy o swojej przyszłości. Może obniżać poczucie własnej wartości, bo wymaga przyjęcia, że jest się z natury „innym” lub wręcz „gorszym”, skoro wiąże się to z zestawem deficytów i trudności, na które ma się ograniczony wpływ.
To źle, że w diagnozie odwołujemy się do budowy naszego mózgu?
Biologizacja różnorodności sama w sobie jest problematyczna. Nie ma badań, które pokazywałyby, że można faktycznie wskazać jakieś rzetelnie powtarzalne różnice w budowie czy funkcjonowaniu mózgu między osobami z takimi diagnozami a osobami bez nich. Dlatego też na podstawie badań mózgu nie da się takich diagnoz stawiać.
W zasadzie jeśli ze słowa „neuroróżnorodność” wykreślimy „neuro”, zostaje nam tylko „różnorodność” – czyli dochodzimy do wniosku, że ludzie są różni. Jeśli przyjmiemy wersję „atypowość” versus „typowość”, to „atypowy” w gruncie rzeczy oznacza to samo co „nienormalny”, a „typowy” – „normalny”.
W obu tych przypadkach – jeśli się nad tym głębiej zastanowić – dochodzimy do banalnych wniosków. Albo że wszyscy ludzie, w tym ich mózgi, są różni, albo dzielimy ich na „normalnych” i „nienormalnych”, co jest wyjątkowo stygmatyzujące. Jeśli z konceptu „neuroróżnorodności” czy „atypowości” wykreślimy diagnozy medyczne – które próbują identyfikować konkretne „odmienne” grupy, określając je równocześnie jako zaburzone – okazuje się on po prostu pusty. Jeśli nie wykreślimy, to jesteśmy cały czas na poziomie określania niektórych osób jako zaburzonych, nawet jeśli równocześnie nazywamy to „neuroróżnorodnością”.
Z drugiej strony na TikToku bycie osobą neuroatypową uchodzi dziś za atrakcyjne, fajne.
Równolegle obserwujemy trend glamoryzacji tych diagnoz, co może częściowo odpowiadać za wzrost ich popularności. W „Comprehensive Psychiatry” ukazał się artykuł, w którym na różnych przykładach – przede wszystkim w odniesieniu do syndromu Tourette’a – pokazano, jak dziewczynki obserwujące influencerkę z określonymi objawami zaczęły je reprodukować. Robiły to w sposób, który jednoznacznie wykluczał rzeczywisty syndrom, były jednak przekonane, że ten problem ich dotyczy. Nazwano to efektem social contagion, czyli zarażaniem społecznym.
Chce pan przez to powiedzieć, że współczesna kultura nakręca nas na te diagnozy?
Bardzo ciekawe w tym kontekście jest niedawno opublikowane badanie naukowców z Uniwersytetu w Toronto. Zaproszono do niego osoby, u których wcześniej wykluczono diagnozę ADHD. Mniej więcej jedna czwarta z nich i tak uważała, że może mieć ADHD. Później uczestników podzielono na dwie grupy. Pierwsza brała udział w psychoedukacyjnym warsztacie: czym jest ADHD i jak się objawia. Po takim kursie już ponad 50 proc. osób stwierdziło, że może mieć takie zaburzenie. Natomiast druga grupa w ramach warsztatu otrzymała także edukację nocebo. Wyjaśniano w niej mechanizmy, które omawiałem wcześniej – na przykład, że etykietowanie się może prowadzić do tego, iż później zachowujemy się zgodnie z diagnozą. W tej grupie wzrost deklaracji był niższy, a gdy po tygodniu przeprowadzono powtórny pomiar, efekt warsztatu całkowicie zniknął. Natomiast w grupie bez edukacji nocebo wpływ warsztatu nadal był widoczny.
Już po jednym takim psychoedukacyjnym kursie widać natychmiastowy efekt, a jeśli ktoś codziennie styka się z takimi treściami w mediach społecznościowych, można podejrzewać, że będzie się on tylko utrwalał.
To, czy taka diagnoza będzie nam służyć, w dużym stopniu zależy od tego, co dalej z nią zrobimy – wprowadzimy realne zmiany w życie bądź nie?
Właśnie niekoniecznie. Jeszcze 20 lat temu przebadano około 70 tysięcy dzieci w wieku przedszkolnym. W jednej grupie edukowano nauczycieli na temat ADHD. W drugiej grupie nauczycieli poinformowano, które z przebadanych wcześniej dzieci uzyskały wysokie wyniki na skalach ADHD – była to grupa identyfikacji. Trzecia grupa to połączenie: edukacja plus identyfikacja. Oraz czwarta grupa, kontrolna, w której nie podejmowano żadnych interwencji.
Po pięciu latach okazało się, że rodzice dzieci z grup identyfikacji lub edukacji znacznie częściej raportowali objawy różnych zachowań, które można powiązać z ADHD, natomiast nie przekładało się to na żadną poprawę – na przykład wyników nauczania.
Co z dziećmi, które przyjmują leki na ADHD?
Również badania dotyczące skuteczności stymulantów pokazują, że ich zażywanie raczej nie ma pozytywnego wpływu na wyniki szkolne, minimalizację problemów z prawem ani późniejsze hospitalizacje psychiatryczne. Największe badania na ten temat – Multimodal Treatment of Attention Deficit Hyperactivity – opublikowano w 1999 roku. Około 600 dzieci w wieku 7–9 lat losowo przydzielono do czterech grup. W pierwszej podawano leki, w drugiej stosowano różne oddziaływania terapeutyczne, w trzeciej połączono terapię i leki, a czwartą grupę – kontrolną – objęto rutynową opieką. Po 14 miesiącach grupa z lekami wypadała nieco lepiej, ale gdy sprawdzono skuteczność po trzech i po ośmiu latach, nie było już różnicy między tymi grupami.
Po dłuższym czasie nie miało więc znaczenia, czy dziecko otrzymało leki – największe znaczenie miało początkowe nasilenie objawów.
Czy mówimy też o zjawisku naddiagnozowania ADHD?
W międzynarodowym środowisku psychiatrycznym i psychologicznym szeroko mówi się o tym, że mamy do czynienia z problemem naddiagnozowania ADHD, choć osobiście uważam, że problem jest nieco bardziej skomplikowany niż to, że zbyt wiele osób otrzymuje taką diagnozę – to znaczy, że część zdiagnozowana jest nieprawidłowo.
Funkcjonują trzy typowe wyjaśnienia popularności diagnoz ADHD. Jedni uważają, że to dobrze, bo coraz lepiej diagnozujemy, identyfikujemy coraz więcej osób z takim problemem, więc możemy większej liczbie osób pomóc. Druga grupa próbuje szukać przyczyn rozpowszechnienia się takich diagnoz w kwestiach środowiskowych, na przykład zwracając uwagę na wpływ nadmiernie stymulującego świata mediów społecznościowych czy różnych kwestii związanych z zanieczyszczeniami środowiska, chemikaliami. Jeszcze inni twierdzą, że same kryteria diagnostyczne zostały na tyle poluzowane, że dość łatwo postawić taką diagnozę. Te różne wyjaśnienia zapewne nie muszą się wzajemnie wykluczać.
Gdybym była matką dziewczynki, u której podejrzewam ADHD, co by mi pan poradził?
Źle bym się czuł, gdybym mówił, co należy zrobić w takiej sytuacji, bo każda historia jest inna, a właściwa reakcja może się różnić w zależności od przypadku.
To, że ktoś ma na przykład problemy z uwagą czy jest nadaktywny, może mieć różne przyczyny. Dlatego warto dokładnie przyjrzeć się indywidualnej sytuacji – od kwestii biologicznych po szerszy kontekst psychospołeczny, jak środowisko, w którym dana osoba funkcjonuje.
Warto też pamiętać, że diagnozy psychiatryczne nie są wyjaśnieniami naszych problemów, lecz – w najlepszym przypadku – ich opisami. Diagnoza psychiatryczna opisuje, jak ktoś funkcjonuje w danym momencie, ale nie wyjaśnia, dlaczego funkcjonuje w taki, a nie inny sposób. Diagnoza taka jak ADHD to słowo, to opis symptomów, a nie ich przyczyna.
W przypadku „niegrzecznych” dzieci diagnoza ADHD może być dla rodziców bardzo wygodna – stanowić swego rodzaju usprawiedliwienie.
Myślę, że generalna narracja obwiniania rodziców jest ryzykowna, choć na pewno można powiedzieć, że diagnoza może zdejmować z rodziców poczucie odpowiedzialności. Szczególnie jeśli trudne zachowanie dziecka wyjaśnimy wrodzonym „innym” mózgiem – część odpowiedzialności z nas spada. Być może wówczas nie musimy się obwiniać, że spędzaliśmy za dużo czasu w pracy, nie byliśmy wystarczająco uważni, zaniedbywaliśmy emocjonalnie dziecko, wywieraliśmy na nie nadmierną presję; albo że nasza sytuacja małżeńska przekładała się na jego funkcjonowanie. Taka diagnoza, w której pojedynczą osobę identyfikuje się jako zaburzoną z powodu budowy mózgu, w pewnym stopniu odwraca uwagę od zjawisk systemowych – tego, jak funkcjonują system rodzinny i różne szersze systemy społeczne.
Radosław Stupak, dr nauk społecznych, psycholog, pracownik Instytutu Psychologii UKSW w Warszawie, współpracownik International Institute for Psychiatric Drug Withdrawal. Publikuje w polskich i międzynarodowych czasopismach naukowych.