maks.tachasiuk to jedno z najciekawszych nowych nazwisk na polskiej scenie muzycznej. Pochodzi z Chojnic, działa w Trójmieście i konsekwentnie buduje swoją artystyczną tożsamość. Pisze, produkuje i wykonuje swoje utwory samodzielnie. Jego muzyka, oparta na minimalistycznych brzmieniach i emocjonalnej szczerości, szybko przyciągnęła uwagę słuchaczy i branży, przynosząc mu pierwsze nagrody, festiwale i rosnącą rozpoznawalność. Dziś jest w szczególnym momencie, bo tuż po premierze debiutanckiego albumu „Wieje”, który, jak sam mówi, jest „spacerem po jego głowie”. To materiał bardzo osobisty, opowiadający m.in. o lęku przed przemijaniem, przebodźcowaniu i próbach uporządkowania własnych emocji. Rozmawiamy o tym, jak wyglądało zamykanie tego etapu, co daje mu szczerość w muzyce i dlaczego w świecie algorytmów wciąż najważniejszy jest dla niego człowiek.
Robert Choiński: Doczekaliśmy się premiery Twojego albumu „Wieje”. Czujesz bardziej ulgę, ekscytację czy jednak lekki strach, że oddajesz ludziom coś bardzo osobistego?
maks.tachasiuk: Czuję wszystkie te emocje jednocześnie i każdą z nich jestem w stanie w sobie odnaleźć. To jest bardzo ekscytujący moment. Po okresie wypuszczania singli możliwość podzielenia się pełnym dziełem jest dla mnie dużym przywilejem. Z niecierpliwością czekam na reakcje słuchaczy. To dla mnie bardzo ważny moment, dlatego to właśnie ekscytacja jest uczuciem, które przeważa.
Mówisz, że ten album to „spacer po częściach twojej głowy”. Która z tych części była najtrudniejsza do pokazania światu?
Najtrudniejsza była ta część, która przez najdłuższy czas mnie przytłaczała, czyli lęk przed przemijaniem. Ten temat tworzy na albumie pewnego rodzaju trylogię, na którą składają się utwory „Zły, najgorszy sen”, „Nigdy się nie starzej” oraz „Bez”. Te piosenki pokazują drogę od czystego strachu, przez próbę jego wyparcia, aż do momentu pogodzenia się z nieuniknionym. Ujawnienie tego było dla mnie najtrudniejsze. Najłatwiej jest mi myśleć o tym albumie jako o spacerze po mojej głowie, ponieważ w przekrojowy sposób pokazuje to, co się we mnie działo i co nadal się dzieje. Część tych doświadczeń należy już do przeszłości, ale część z nich wciąż pozostaje dla mnie aktualna.
Okładka albumu „Wieje” (Fot. fot. Adam Słomiński)
Właśnie. Wspominałeś kiedyś, że ten strach przed przemijaniem potrafił momentami nawet blokować cię twórczo. Czy ta płyta jest dla ciebie zamknięciem tego etapu, czy raczej nauką życia z tym lękiem?
Traktuję ten proces jako coś, co działo się stopniowo. Zanim zacząłem myśleć o tej płycie jako o całości, powstawały pojedyncze utwory, które ukazywały się jako single. Mniej więcej na etapie premiery singla „Psy” zacząłem myśleć o albumie jako spójnej historii. Zacząłem przyglądać się materiałowi, który już miałem gotowy lub który planowaliśmy wydać. Dostrzegłem, że te utwory łączy pewna nić, choć na początku nie było to dla mnie oczywiste. Zrozumiałem, że opisują one ważne obszary mojej głowy oraz emocje, które są dla mnie trudne albo szczególnie istotne. Kiedy uświadomiłem sobie, że to wszystko w naturalny sposób ze mnie wypływa, uznałem, że powinienem w to pójść głębiej. Poczułem, że są tam rzeczy nierozwiązane i że warto je dalej eksplorować. Miałem też rozgrzebane teksty i pomysły, które dotykały podobnych tematów, więc ten kierunek okazał się bardzo naturalny. Uznałem, że muszę najpierw zmierzyć się z własnymi emocjami, żeby później móc opowiadać o innych rzeczach. To jest dla mnie o tyle ciekawe, że kiedyś bardzo bałem się pisania o sobie. Zanim zacząłem na poważnie zajmować się muzyką, wydawało mi się, że mówienie o sobie jest czymś płaskim i że świadczy o braku tematów. Dziś widzę, że było to błędne myślenie, wynikające z mojego wieku i doświadczenia. Zrozumiałem, że kluczem jest znalezienie czegoś naprawdę ważnego i opowiedzenie o tym w szczery sposób.
Używasz dość zgrabnych, czasami wręcz poetyckich metafor. Dzięki temu wiele osób może interpretować twoje teksty na swój sposób i odnajdywać w nich własne znaczenia. Czy taki był twój zamysł?
Myślę, że częściowo wynika to z lęku przed całkowitym obnażeniem się i odsłonięciem wszystkich warstw. W pewnym stopniu jest to też forma ostrożności wobec tematów, które poruszam. Jednocześnie bardzo podoba mi się to, że słuchacze mogą interpretować te teksty na swój własny sposób. Bardzo to doceniam, ponieważ jest to dla mnie wyraz zaangażowania i wrażliwości odbiorcy. To znaczy, że ktoś się zatrzymał, pomyślał i spróbował znaleźć własne znaczenie w tym, co usłyszał. To jest dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Uważam, że jeśli ktoś coś w tej piosence odnajduje, to znaczy, że to tam rzeczywiście jest. Nawet jeśli nie umieściłem tego świadomie, to jednak coś zadziałało i znalazło się w tej muzyce. To pokazuje, że istnieje jakaś siła, która sprawia, że te znaczenia się pojawiają.
W twoich tekstach jest dużo słabości, lęku i wstydu. Nie boisz się, że ludzie wykorzystają tę szczerość przeciwko tobie?
Staram się poruszać w obszarze, w którym czuję się kompetentny. Mówienie o własnych emocjach jest oczywiście trudne, musiałem powoli do tego dorosnąć, przełamać się. Sam jako odbiorca bardzo doceniam autentyczność i szczerość artysty. Jeśli moja twórczość naprawdę ma do kogoś dotrzeć, zostawić w kimś ślad, to chciałbym być w tym wszystkim prawdziwy, nie chcę udawać. Poza tym ja chyba nie umiałbym niczego udawać.
Chciałbym też odnieść się do tytułu albumu. „Wieje” brzmi jak walka z czymś, co nieustannie stawia opór. Z czym dziś realnie walczysz najbardziej – z branżą, ze światem czy z samym sobą?
To jest bardzo trafna interpretacja, ponieważ rzeczywiście jest to jedno z głównych znaczeń tego tytułu. Oczywiście można go rozumieć na wiele sposobów, ale dla mnie wiatr jest symbolem czegoś, co stawia opór. Pochodzę z Pomorza, więc dobrze znam to doświadczenie.
Ja wychowałem się w Gdyni.
Ja z kolei mieszkam teraz w Gdyni, więc tym bardziej jest mi to bliskie. U nas wiatr jest czymś codziennym. Tytuł „Wieje” nie był od początku oczywisty, pojawił się dopiero na późniejszym etapie jako jedna z wariacji wcześniejszych pomysłów. Ostatecznie uznałem, że dobrze oddaje charakter tego materiału. Rozumiem ten tytuł jako metaforę siły, która stawia opór i wymaga wysiłku, aby iść dalej. Ten wysiłek bywa różny, czasami mniejszy, a czasami bardzo duży, ale zawsze jest obecny. Tytuł pojawił się naturalnie, jako reakcja na to, co napisałem. Uznałem, że najlepiej podsumowuje to, o czym jest ten album. Opowiada on o byciu targanym emocjami, stanami i problemami, które pojawiają się wewnątrz mojej głowy. Mam poczucie, że coś nieustannie oddziałuje na mnie z różnych stron, jak wiatr, który wieje raz z lewej, raz z prawej.
Ciekawe podejście. Chciałbym też nawiązać do jednego z twoich utworów. W kawałku „Muzyka pop” mówisz o przebodźcowaniu i chaosie. Czy zdarzają ci się momenty, w których chciałbyś wyłączyć wszystko i po prostu zniknąć?
Zdecydowanie tak. Na etapie pracy nad płytą postanowiłem skonsultować się z kimś kompetentnym i sprawdzić, czy mam ADHD. Diagnoza potwierdziła moje przypuszczenia, odpowiedziała mi na wiele pytań i pozwoliła zrozumieć momenty, w których czułem się niewystarczający albo w jakiś sposób niepełny. To w dużej mierze jest moja codzienność. Często mam poczucie, że wszystko wokół mnie przyspiesza, że pojawia się bardzo dużo bodźców i że trudno mi za tym nadążyć. Właśnie o tym jest „Muzyka pop”. Ten utwór opowiada o ciągłym natłoku zdarzeń i wrażeń, które mnie otaczają. Tytułowa „muzyka pop” jest dla mnie metaforą przebodźcowania i nieustannego szumu w głowie.
maks.tachasiuk (Fot. Wiktoria Maziarczyk)
Wiele twoich utworów brzmi jak bardzo osobiste wyznania. Chciałbym jednak zapytać o drugą stronę. Czy jest coś, czego nigdy nie powiedziałbyś w piosence, nawet kosztem potencjalnego hitu?
Zdecydowanie są takie rzeczy. Myślę, że część z nich to tematy, do których jeszcze nie dorosłem, a część to sprawy, których być może jeszcze sam w sobie nie odkryłem. Na pewno jest ich wiele. Trudno mi jednak mówić o tym z perspektywy dotychczasowej twórczości, ponieważ do tej pory skupiałem się na rzeczach, które wywołują we mnie refleksję i które czuję, że nadają się na piosenkę, nawet jeśli są trudne. Mam poczucie, że ta płyta była dla mnie próbą uporządkowania samego siebie. To był jeden z jej głównych celów. Stąd też koncepcja albumu jako spaceru po mojej głowie, który obejmuje emocje, stany i doświadczenia. Na ten moment czuję, że jest to w miarę pełny przekrój tego, co we mnie było i jest. Dzięki temu czuję się teraz bardziej otwarty twórczo. Mam wrażenie, że ten materiał trochę nade mną ciążył, jak coś, co muszę domknąć. Teraz czuję pewnego rodzaju ulgę i większą swobodę. Mam poczucie, że mogę pozwolić sobie na inne kierunki i bardziej eksperymentalne rzeczy. Bardzo inspiruje mnie na przykład twórczość The Beatles i ich bardziej abstrakcyjne teksty, które można interpretować na wiele sposobów. Taki kierunek również bardzo mnie interesuje.
Jesteś dopiero na etapie debiutu, a masz już za sobą nagrody, występ w Opolu, obecność na dużych festiwalach i spore zainteresowanie ze strony branży. To bardziej napędza czy zaczyna ciążyć jako presja, żeby „dowieźć więcej”?
Myślę, że w pewnym sensie działa to w obie strony, ale obie te strony odbieram pozytywnie. Czuję, że jest to duży kredyt zaufania, a jednocześnie ogromna dawka motywacji. To wszystko jest dla mnie przede wszystkim bardzo miłe, ponieważ pisząc o osobistych przeżyciach, nie zakładam z góry, jak zostaną one odebrane. Najpierw chodzi o to, żeby coś z siebie wyrzucić, nazwać i uporządkować, a dopiero później pojawia się nadzieja, że ktoś to przyjmie i zrozumie. Nagrody i wyróżnienia nie są dla mnie celem samym w sobie. Nie myślę o nich w kategoriach rywalizacji czy konieczności osiągania kolejnych rezultatów. Nie podchodzę do tego jak sportowiec walczący o medal. Kiedy jednak się pojawiają, odczuwam dużą wdzięczność. Traktuję je jako sygnał, że to, co robię, trafia do ludzi i z nimi rezonuje. To bardzo budujące uczucie, że historia, która zaczyna się we mnie i jest bardzo osobista, znajduje swój dalszy ciąg u innych odbiorców.
Na ten moment jesteś artystą kojarzonym raczej ze sceną indie, ale coraz wyraźniej wchodzisz do mainstreamu. Artyści popowi często muszą być bardzo wyraziści i obecni medialnie, a ty wydajesz się raczej introwertyczny. To bardziej atut czy przeszkoda?
Z natury jestem osobą, która lubi czuć się bezpiecznie i raczej unika sytuacji wytrącających mnie ze strefy komfortu, zwłaszcza w kontekście społecznym. Muzyka jednak zmienia tę perspektywę, ponieważ jest czymś, co wychodzi ode mnie, ale jednocześnie nie narzuca się odbiorcy. Nie mogę nikogo zmusić do słuchania mojej muzyki. Ludzie sięgają po nią z własnej woli, a to nadaje temu kontaktowi zupełnie inny wymiar. Moja twórczość po prostu istnieje, czy to w internecie, czy teraz już także na CD, i każdy może zdecydować, czy chce po nią sięgnąć. To sprawia, że każda interakcja, czy to na koncercie, czy w mediach społecznościowych, jest dla mnie bardzo cenna. Odbieram ją jako autentyczny wyraz zainteresowania. Ktoś poświęca swój czas, żeby wejść w mój świat i się z nim zapoznać. Bardzo to doceniam i staram się o tym pamiętać.
Mówiliśmy wcześniej o autentyczności. Zastanawiam się, czy na twojej, wciąż stosunkowo krótkiej drodze artystycznej zdarzały się już sytuacje, w których ktoś próbował cię „ustawić”, sugerując, jaki powinieneś być albo kogo warto naśladować, żeby osiągnąć sukces?
Częściej niż z bezpośrednimi naciskami spotykam się z porównaniami do innych artystów. Staram się jednak nie angażować w takie dyskusje. Jeśli w mojej muzyce pojawiają się jakieś podobieństwa, to wynikają one z inspiracji, zarówno świadomych, jak i nieświadomych. Najczęściej są to rzeczy podświadome. Zdarza się, że ktoś zwraca mi uwagę na jakieś brzmienie, a ja dopiero wtedy uświadamiam sobie, że słuchałem danej płyty jakiś czas wcześniej. Staram się po prostu być sobą i przedstawiać swoją twórczość w możliwie najuczciwszy sposób. Nie czuję potrzeby udowadniania czegokolwiek ani odpierania porównań. One się pojawiają i czasem są pozytywne, a czasem przybierają formę zarzutów o kopiowanie. Nie jest to coś, co zdarza się często, ale kiedy już się pojawia, trzymam się swojego podejścia. Nie mam poczucia, że muszę się z czegoś wycofywać. Tworzę z własnej potrzeby i liczę na to, że ludzie to dostrzegą. Nie działam pod presją rynku. Są też nurty muzyczne, w których zupełnie siebie nie widzę i w które nie zamierzam wchodzić.
Jakie na przykład?
Trudno byłoby mi wskazać konkretnie...
Hyperpop?
Tak, zdecydowanie byłby dla mnie czymś zupełnie niezgodnym z moją naturą. To nie jest przestrzeń, z której się wywodzę ani w której mam swoje korzenie. Musiałbym zostać do tego w pewien sposób zmuszony, żeby tworzyć w takim stylu. Nie wyobrażam sobie, żeby to wypłynęło ze mnie w naturalny sposób, dlatego trzymam się tego, co rzeczywiście czuję.
Tymczasem maks.tachasiuk za pięć lat w duecie z Charli XCX i w pełnym autotune.
Śmieję się, ale jednocześnie bardzo lubię jej ostatni album, czyli „Brat”. Słuchałem go intensywnie po premierze. Lubię taką muzykę jako odbiorca, chętnie do niej wracam i dobrze się przy niej bawię, na przykład na imprezach. To jednak nie oznacza, że widzę siebie w roli twórcy podobnych rzeczy. Mam zresztą więcej takich przykładów. Bardzo lubię Kneecap, uważam ich za świetny zespół, ale sam nie tworzę w takim stylu. To, że czegoś słucham i to doceniam, nie znaczy, że chciałbym robić to samo. Naturalnie trzymam się więc estetyki indie i tworzę rzeczy, które jestem w stanie wyprodukować samodzielnie, często w domowych warunkach. Dzięki temu moja muzyka brzmi jak ja, a nie jak próba dopasowania się do aktualnych trendów.
maks.tachasiuk (Fot. Adam Słomiński)
Chciałbym teraz porozmawiać o tym, co cię ukształtowało. Wspominałeś, że byłeś dużym fanem polskiego rapu, takich artystów jak Taco Hemingway, Quebonafide czy Fisz. Czujesz, że ten wpływ jest nadal obecny w twojej twórczości, czy raczej świadomie się od niego oddalasz?
To jest ciekawa kwestia, ponieważ kiedyś rzeczywiście słuchałem bardzo dużo polskiego hip-hopu, ale dziś już nie sięgam po niego tak często. Był to jednak mój pierwszy świadomy kontakt z muzyką, czyli moment, w którym zacząłem jej aktywnie szukać, a nie tylko biernie słuchać. Pamiętam, że mój starszy brat pokazał mi album „Trójkąt warszawski” od Taco i to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Byłem wtedy bardzo młody, miałem może z dziesięć lat, więc to doświadczenie mocno mnie ukształtowało i otworzyło na dalsze poszukiwania muzyczne. Myślę, że tym, co najbardziej we mnie zostało z tamtego okresu, jest duża dbałość o słowo. Staram się pisać teksty w taki sposób, żeby każdy wers miał dla mnie znaczenie i odpowiednią jakość. Unikam wypełniaczy i przypadkowych linijek.
Czyli nie chodzi tylko o rymy, ale o sens.
Dokładnie tak. Bardzo tego nie lubię i to chyba jest najważniejszy wpływ, który ze mną został. Z drugiej strony ogromne znaczenie mają dla mnie inspiracje indie rockowe, które towarzyszą mi właściwie od dziecka. Jestem wielkim fanem Arctic Monkeys i regularnie wracam do ich płyt. Co jakiś czas wybieram jeden album i słucham go intensywnie przez kilka tygodni, odkrywając nowe szczegóły i znaczenia. Ta fascynacja trwa u mnie do dziś.
Ja też bardzo dużo ich słuchałem, zwłaszcza w liceum.
U mnie to był okres między gimnazjum a liceum. Pamiętam, że ominąłem ich koncert na Open'erze w 2018 roku. Byłem wtedy na festiwalu, tylko w innym dniu. To mnie zmotywowało, żeby jeszcze głębiej wejść w ich twórczość. Wcześniej znałem ich raczej powierzchownie, ale wtedy stałem się prawdziwym fanem. Do dziś bardzo lubię gitarowe brzmienia, chociaż nie odnajduję się w cięższych odmianach rocka. Bliskie są mi natomiast zespoły takie jak Fontaines D.C., które łączą melodyjność z wyrazistością. Taka muzyka pozwala zachować pewien poetycki klimat, a jednocześnie mówić rzeczy szczerze i dosadnie. Te indie rockowe inspiracje są ważną częścią tego, co robię, ale po drodze było też wiele innych fascynacji. Bardzo cenię Lorde, miałem też okres intensywnego słuchania Davida Bowiego, a ostatnio dużą rolę odgrywa u mnie twórczość The Beatles, która stała się moją długotrwałą, bardzo intensywną inspiracją.
To bardzo szerokie i eklektyczne spektrum wpływów.
Tak, to się zmienia w zależności od tego, czego akurat potrzebuję. Byłem na kilku koncertach Kendricka Lamara i jest to dla mnie bardzo ważny artysta. Mam nawet wszystkie jego płyty na winylu. Mimo to sam nie tworzę hip-hopu.
Wracając do twojej twórczości i do pretekstu naszego spotkania, czyli albumu „Wieje”. Gdybyś miał jednym zdaniem polecić tę płytę komuś, kto nigdy cię nie słyszał, co byś powiedział bez marketingowych filtrów?
Powiedziałbym, że to jest autorefleksyjna opowieść o moich najtrudniejszych emocjach, osadzona w estetyce alternatywnego popu i indie. To materiał bardzo mi bliski, ale jednocześnie wierzę, że może być bliski także innym. Jeśli ktoś szuka w muzyce emocji i lubi konfrontować się z nimi również w sobie, to może znaleźć na tej płycie coś dla siebie. To jest zaproszenie nie tylko do zrozumienia mojej perspektywy, ale przede wszystkim do własnej interpretacji i refleksji.
Twoje piosenki są bardzo emocjonalne, a jednocześnie dopracowane produkcyjnie. Jesteś bardziej perfekcjonistą czy działasz intuicyjnie?
Trudno jednoznacznie to określić, ponieważ poruszam się gdzieś pomiędzy tymi dwoma podejściami. Na początku procesu twórczego zdecydowanie dominuje intuicja. Staram się łapać pomysły w momencie, w którym się pojawiają, i ich nie analizować. Nigdy nie siadam z założeniem, że muszę wymyślić temat piosenki. Zawsze zaczyna się to od jakiegoś impulsu, który zapisuję, a później do niego wracam lub od razu rozwijam, na przykład z gitarą albo przy komputerze. Dopiero w momencie, kiedy naprawdę uwierzę w dany utwór i uznam, że warto go dokończyć, pojawia się większy perfekcjonizm. Wtedy zależy mi na tym, żeby wszystko było dopracowane i spójne. Oczywiście zdarza mi się też odrzucać pomysły, co jest naturalną częścią tego procesu. Ten album był dla mnie dużą lekcją. Nauczył mnie wiele zarówno pod względem brzmienia, jak i pisania czy budowania struktury całego wydawnictwa. To była dla mnie intensywna droga rozwoju. Staram się wykorzystywać maksimum swojej wiedzy, umiejętności i doświadczenia, żeby doprowadzić utwory do momentu, w którym naprawdę mnie satysfakcjonują.
Virale z TikToka, dominacja rapu, szybkie formaty – to nie są najbardziej komfortowe warunki dla takiej muzyki jak twoja. Myślisz o tym, czy raczej to ignorujesz?
Rzeczywiście nie czuję się najbardziej komfortowo w takich szybkich, krótkich formach. Wynika to głównie z tego, że po prostu nie myślę w ten sposób. Mój proces twórczy wygląda inaczej. Bywam chaotyczny i rozproszony, ale same pomysły rozwijam raczej powoli. Pozwalam im dojrzewać, dokładam kolejne elementy i pracuję nad nimi do momentu, aż osiągnę efekt, który mnie satysfakcjonuje. Dlatego ten świat szybkich formatów bywa dla mnie mniej naturalny. Staram się jednak skupić na tym, żeby to, co robię, było jak najlepsze i jak najbardziej szczere. Wierzę, że to jest sposób na dotarcie do słuchacza. Widziałem ostatnio mem z Kurtem Cobainem, w którym ktoś żartował, że dziś musiałby nagrywać rolki na Instagramie, żeby angażować algorytm. Oczywiście nie chodzi o porównania, tylko o pewien sposób myślenia. Nie każdy artysta funkcjonuje w tym samym rytmie i nie każdy czuje się dobrze w takich realiach.
Ja z kolei widziałem mem ze zdjęciem wyginającego się na dachu auta Freddiego Mercury'ego, który prawdopodobnie świetnie odnalazłby się w mediach społecznościowych. To rzeczywiście dobrze pokazuje to pewne spektrum.
Każdy artysta ma inną naturę. Ja podchodzę do tego w ten sposób, że na pierwszym miejscu zawsze jest dla mnie muzyka. Dopiero później liczy się oprawa wizualna i historia, którą mogę wokół niej zbudować. To są dla mnie kluczowe elementy. Nie jestem przeciwnikiem mediów społecznościowych ani nowych form komunikacji, ale to nie jest coś, co przychodzi mi najbardziej naturalnie. Odbieram muzykę raczej w sposób, który można nazwać bardziej klasycznym. Może nie jest to podejście zgodne z najnowszymi trendami, ale jest zgodne ze mną. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, jak dużą rolę odgrywają dziś takie platformy jak TikTok czy Instagram, dlatego nie da się ich całkowicie ignorować.
Drugi duży temat teraz, choć podejrzewam, biorąc pod uwagę to, co mówiłeś mi do tej pory, jaki możesz mieć do niego stosunek, to sztuczna inteligencja…
Nienawidzę.
Czy twoim zdaniem to zagrożenie? Czy w ogóle widzisz możliwość, żebyś kiedyś sam z tego korzystał?
Zagrożenie w AI widzę głównie w obniżaniu standardów. Po co zatrudniać grafika czy muzyka, skoro ChatGPT wygeneruje coś w kilka sekund, szybciej i taniej? Pojawia się argument, że to wszystko jest nieuniknione, bo przecież roboty już dawno grają w szachy lepiej niż ludzie. No tak, ale ludzie wciąż jeżdżą na turnieje szachowe. Tak samo imponuje siedmiolatek, który mnoży liczby do piętnastego miejsca po przecinku, a nie imponuje nam kalkulator. Czy to naprawdę jest jakiś szok, że algorytm wytrenowany, swoją drogą na skradzionej muzyce całej historii ludzkości, potrafi wygenerować piosenkę? Poprzeczka jest bardzo nisko, jeśli to kogoś dziwi. Wiem, że brzmi to ostro, ale mam w tej kwestii bardzo ugruntowane zdanie. Bardzo doceniam ludzki wkład. Oczywiście, są narzędzia, które mogą muzykom pomagać. Ale oddawanie całego procesu twórczego… Uważam, że jeśli jako muzyk musisz prosić program, żeby wygenerował ci melodię, to może po prostu nie masz jeszcze gustu, smaku i umiejętności, żeby się tym zajmować. To brutalne, ale szczere. Przecież właśnie w tym jest coś pięknego, żeby próbować, pisać teksty, nagrywać piosenki, uczyć się. A nie oddawać wszystko sztucznej inteligencji, która przemieliła wszystko, od Hildegardy von Bingen po Charli XCX. To nie jest imponujące, że algorytm coś wygeneruje. To nie jest szok. On został do tego zaprojektowany. Człowiek natomiast jest stworzony do tego, żeby czuć, uczyć się, chłonąć inspiracje i tworzyć coś własnego.
Pamiętam, jak niedawno Harry Styles wydawał płytę i pojawiały się w internecie „nowe utwory” z jego głosem wygenerowanym przez AI. I co mówili ludzie, gdy okazywało się, że to sztuczne? Byli rozczarowani. Nawet jeśli to brzmiało przekonująco, to nie był on. To nie miało wartości. Wartość ma to, kiedy on śpiewa, bo są to jego emocje, jego historia, człowiek, którego pokochaliśmy. A nie algorytm, który przemielił wszystko, co stworzył.
AI wyciągnęła z tego średnią i zrobiła „typową” piosenkę Harry'ego Stylesa.
Dokładnie. To jest właśnie problem, bo takiej piosenki pewnie nawet sam Harry by nie napisał, gdyby go poprosić, żeby stworzył swoją „typową” piosenkę. Dlatego jestem wobec tego zjawiska bardzo krytyczny. Uważam, że jako ludzie jesteśmy zdolni do czegoś więcej i że nasz gust powinien być ustawiony znacznie wyżej.
Z drugiej strony mamy powrót nostalgii, lata 80. i 90., winyle. Ty sam mówisz o „no skips test”. „Wieje” to płyta do słuchania w całości czy raczej zbiór historii?
To było moje założenie, ponieważ traktuję ten album jako przekrój mnie, mojej głowy i moich emocji. Bardzo zależało mi na tym, żeby dało się go słuchać w całości i żeby tworzył spójną opowieść. Uważam, że poszczególne utwory mają swoją wartość także osobno, ale jeszcze większą wartością jest to, że można je złożyć w jedną całość i odczytać z nich pełną historię. To jest dla mnie ważne, ponieważ daje słuchaczowi możliwość głębszego wejścia w ten materiał. Oczywiście tempo dzisiejszego świata jest bardzo szybkie i to jest w pewnym sensie kuszące, ale mam wrażenie, że nie jesteśmy stworzeni do nieustannego odbierania ogromnej liczby bodźców. Czasami warto się zatrzymać, posłuchać albumu od początku do końca albo poświęcić czas na coś, co wymaga skupienia. Zdecydowanie myślałem o tej płycie jako o całości, nawet jeśli na początku powstawała z pojedynczych singli. Dopiero później spojrzałem na to szerzej i zacząłem budować z tego spójną konstrukcję. Ostatecznie czuję, że to działa jako całość i daje inne doświadczenie niż słuchanie pojedynczych utworów.
maks.tachasiuk (Fot. Adam Słomiński)
Chciałbym też zapytać o najbliższą przyszłość. Studiujesz prawo, czyli bardzo konkretny i bezpieczny kierunek. Masz w głowie plan B, czy jednak wszystko stawiasz na muzykę?
Ze względu na specyfikę tej branży trudno jest postawić wszystko na jedną kartę, zwłaszcza w czasach, kiedy trendy zmieniają się bardzo szybko. Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego staram się podchodzić do tego rozsądnie. Jednocześnie nie ukrywam, że muzyka jest tym, w czym czuję się najlepiej i w czym się spełniam. To jest dla mnie najczystsze źródło radości. Sam fakt, że mogę się twórczo wyrażać, traktuję jako ogromny przywilej. Staram się z niego korzystać w pełni i robić wszystko, co mogę, żeby się w tym rozwijać. Pisanie, produkcja i śpiewanie są dla mnie bardzo ważne i mają dla mnie duże znaczenie na poziomie osobistym.
Na koniec chcę zadać ci jedno konkretne pytanie. Co musiałoby się wydarzyć po tej premierze, żebyś za rok powiedział: „to był przełomowy moment”?
Myślę, że już samo wydanie tej płyty jest dla mnie przełomowym momentem, bo to bardzo ważna chwila. Chciałbym przede wszystkim, żeby ten album spodobał się ludziom. To mi w zupełności wystarczy, bo dla mnie on już jest ważny. Największą wartością jest dla mnie to, kiedy ktoś odnajduje w tej muzyce coś swojego. Wierzę, że na tej płycie jest na to przestrzeń. Poza samym faktem jej wydania liczę po prostu na pozytywny odbiór. Staram się nie wybiegać za bardzo w przyszłość. Tak jak w przypadku nagród czy wyróżnień, nie zakładam konkretnych scenariuszy. Skupiam się na tym, żeby robić to, co czuję, że robię najlepiej, czyli tworzyć muzykę.
Myślę, że w tym miejscu możemy postawić kropkę. Życzę ci, żeby ten wiatr, który wieje, zawsze wiał ci w żagle i żeby ta muzyka trafiała do ludzi. Widzę w niej duży potencjał i wierzę, że masz przed sobą bardzo dobrą drogę. Mam też wrażenie, że to prawo może ci się jednak nie przydać.
Byłoby miło, gdyby tak było.
Tego ci właśnie życzę. Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo.
maks.tachasiuk (właśc. Maksymilian Tachasiuk) – polski wokalista, autor tekstów, producent muzyczny i multiinstrumentalista, pochodzi z Chojnic, obecnie związany z Trójmiastem. Tworzy autorską muzykę opartą na minimalistycznym brzmieniu i emocjonalnej szczerości. Występował m.in. na festiwalach Next Fest, Great September, Letnie Brzmienia i Męskie Granie, a także w konkursie „Debiuty” podczas Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Laureat nagrody „Odkrycie Roku” podczas Bestsellerów Empiku 2025. W 2026 roku ukazał się jego debiutancki album „Wieje”.