Zofia Fabjanowska - „Zwykle grałem samców alfa, a tu spódnica, podkolanówki i pomalowane paznokcie”. Andrzej Konopka o roli w filmie „Hot Spot”
00:00
21:22
Jeśli wydaje wam się, że go znacie, zobaczcie jego najnowsze filmowe wcielenie. Trzeba przyznać, że Andrzej Konopka potrafi zaskoczyć. I nie chodzi tylko o to, kogo i jak gra, ale też o życiową ścieżkę. Nam opowiada, jak porozumiewać się bez słów, dlaczego nie został nauczycielem wuefu i skąd w nim tyle nadziei na dobrą przyszłość.
- W filmie „Hot Spot” Andrzej Konopka wychodzi daleko poza swoje dotychczasowe emploi. Jak mówi, rola Dżonego pozwoliła mu przełamać schematy myślenia o tym, co jest „męskie”, i dała poczucie twórczej wolności.
- Aktor opowiada też o pracy z międzynarodową obsadą, m.in. Reiką Kirishimą i Noomi Rapace, oraz o świecie filmu, w którym bohaterowie porozumiewają się telepatycznie i mówią po angielsku z silnymi akcentami.
- Konopka z dużym dystansem podchodzi do nagród i hierarchizowania aktorskich ról. „Co to w ogóle znaczy być najlepszym aktorem?” – pyta, podkreślając, że sztuki nie powinno się traktować jak sportowego wyścigu.
- W rozmowie wraca także do swojej nietypowej drogi zawodowej: od nauczyciela wuefu i montażysty teatralnego do aktora, a także do wspólnej pracy z żoną, Agnieszką Smoczyńską, i przekonania, że „cała nadzieja w młodych”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Zofia Fabjanowska: Coś mi się zdaje, że wiele osób, oglądając cię w najnowszej roli w filmie „Hot Spot”, nie będzie mogło uwierzyć w to, co widzi. Twoje kostiumy, fryzura, sposób, w jaki się poruszasz i mówisz… Oglądam sporo filmów, ale nie przypominam sobie, żeby widok jakiegokolwiek innego aktora pojawiającego się na ekranie był dla mnie aż takim zaskoczeniem. Metamorfoza była trudna?
Andrzej Konopka: To jeden z tych elementów, które z początku, przy pierwszym czytaniu scenariusza, wprawiły mnie w lekki popłoch. W ogóle cały ten świat przyszłości, który widzimy w „Hot Spocie”, był światem zupełnie nieoswojonym, kompletnie innym od wszystkiego, co do tej pory znałem. Aktor potrzebuje się do czegoś odnieść, sięgnąć po skojarzenia, żeby zbudować postać, a tutaj nie miałem się czego uchwycić. Pamiętam spotkanie, jeszcze na długo przed rozpoczęciem zdjęć, takie trochę na sygnale. Umówiliśmy się ze scenarzystą Robertem Bolesto w Warszawie, w parku w Królikarni. Na miejscu byli Robert i Agnieszka [Smoczyńska, reżyserka – przyp. red.], a ja od razu zacząłem wypytywać o najbardziej podstawowe rzeczy. Chciałem wiedzieć wszystko, jak to w tym świecie jest. Jak działa i dlaczego. Co to znaczy, że na Ziemi nie ma wody ani innych zasobów i że wszystkim rządzi Głowa. Albo co to znaczy, że mogę się komunikować z innymi bez słów. Jak w praktyce wygląda ta telepatia. Robert odpowiadał mi rzeczowo, spokojnie, punkt po punkcie. I już w bardzo wstępnej wersji scenariusza szczegółowo opisał wygląd mojego bohatera.
Jeśli chodzi o moje aktorskie emploi, zwykle jestem obsadzany w rolach facetów raczej w typie „samców alfa”, a tu czytam, że „Dżony jest ubrany w spódnicę w szkocką kratę i prześwitujące podkolanówki, ma kolczyki, tlenioną trwałą i pomalowane paznokcie”. Nigdy kogoś takiego nie grałem.
(Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Widzimy cię też w jednoczęściowym stroju, przy którym trykot marvelowskiego superbohatera to pikuś… Wspominam o tym również dlatego, że przy okazji dotknąłeś chyba czegoś, co zdecydowanie częściej zdarza się aktorkom – kiedy kostium podkreśla każdy aspekt twojej figury, a ty grasz ze świadomością, że kamera wszystko uchwyci.
Niby byłem ubrany od stóp do głów, a właściwie czułem się trochę nagi. Na szczęście miałem czas, żeby się przygotować. Co wcale nie jest oczywiste – bywa, że dostajesz rolę i tydzień później lądujesz na planie, a w międzyczasie musisz przytyć czy schudnąć 10 kilogramów [śmiech]. Trochę żartuję, trochę, niestety, nie, w każdym razie tutaj miałem ten komfort, że mogłem nad sobą fizycznie popracować.
Kiedy już doszło do przymiarek, czyli kiedy genialna kostiumografka Kasia Lewińska razem ze swoją wspaniałą ekipą sprawdzała, czy poszczególne części garderoby do mnie pasują, czy dobrze mi się je nosi – paradoksalnie od razu poczułem się świetnie. Było w tym coś uwalniającego. Fantastyczne uczucie!
Dotarło do mnie, że dostałem szansę od losu, żeby wyjść poza pewne schematy myślenia. Na przykład na temat tego, co jest męskie.
To była też przy okazji po prostu świetna zabawa. Bez całej tej otoczki, która w naszym polskim kinie jest mocno zakorzeniona – że coś aktorowi nie przystoi, bo przecież artystyczne kino jest tylko od zadawania wzniosłych pytań, przetrawiania moralnych rozterek. Fantazja, zabawa to ważny aspekt naszego filmu. Tym ważniejszy, że zderzony z zupełnie innym rejestrem: „Hot Spot” jest dystopią, ale jednocześnie rządzi w nim logika baśni – chwilami okrutnej niczym baśnie braci Grimm.
Na pewno pomogła mi też strategia reżyserki. Jeśli Agnieszka widzi, że „płyniesz”, to ci na to pozwala. Jest ciekawa, co masz do zaoferowania. Dla mnie to idealna sytuacja, dzięki temu jestem w stanie pracować dużo głębiej i intensywniej, uruchomić w sobie dodatkowe zasoby.
Nie wiem, czy to dobrze, ale na co dzień jestem raczej aktorem karnym. Wychodzę z założenia, że jeśli jako reżyserka nie pozwalasz mi na moją interpretację, jeśli mnie w czymś stopujesz, uznaję, że masz do tego prawo – bo to jest jednak twój film – i natychmiast się dostosowuję. Aga pracuje inaczej. Jest otwarta, wspierająca. Co pomogło mi osadzić się w roli. Pozbyć się lęków, uruchomić fantazję.
„Hot Spot” to kolejny film Agnieszki Smoczyńskiej kręcony za granicą, tym razem w Grecji, i z międzynarodową obsadą. Spotkałeś się na planie z Noomi Rapace, znaną m.in. z ról w serii „Millennium”, czy z Japonką Reiką Kirishimą, gwiazdą „Drive My Car”, która w „Hot Spocie” gra twoją żonę. Ciekawa jestem, jak się dogadywaliście.
Świetnie. Co jest ciekawe, szczególnie jeśli chodzi o porozumienie, jakie udało nam się nawiązać z Reiką. Ona mówi wyłącznie po japońsku i wszystkich swoich kwestii do filmu nauczyła się fonetycznie, na pamięć. Na miejscu, w Grecji, trudno było znaleźć japońskiego tłumacza, więc na planie były obecne dwie studentki japonistyki, do których Reika zwracała się, kiedy chciała się porozumieć z kimś z ekipy. One to następnie przekładały na grecki, przekazując wszystko first AD [czyli pierwszemu asystentowi reżysera Alexandrosowi Kakaniarisowi – przyp. red.], a on tłumaczył nam to na angielski [śmiech].
Było z tym trochę komplikacji, mimo to bardzo dobrze nam się razem grało, mało tego, my się na takim czysto międzyludzkim poziomie świetnie dogadywaliśmy. Jedno w mig rozumiało drugie, wszystko widzieliśmy w swoich oczach.
Pamiętam, jak po pierwszym dublu dość drastycznej sceny trochę się bałem, że Reiką tąpnie, ale od razu zobaczyłem, z kim mam do czynienia – Reika z samurajską twardością otarła łzy i natychmiast była gotowa do drugiego dubla.
Inna sprawa, że my przecież w „Hot Spocie” właśnie za pomocą języka kreujemy świat, w którym funkcjonujemy jako postacie. To jest świat po katastrofie klimatycznej, w którym wszyscy skądś pochodzą, wszyscy są w jakimś sensie imigrantami. Zasiedlamy ten kawałek Ziemi, w którym da się jeszcze żyć. Dlatego nieważne, czy nasze postacie porozumiewają się telepatycznie, czy wypowiadają słowa na głos, wszyscy używamy broken English, każde z nas ze swoim silnym akcentem. Nawet Noomi Rapace, dla której perfekcyjny angielski nie jest problemem, wróciła do szwedzkiego zaśpiewu.
Zauważyłeś, że chociaż rozmawiamy o filmie, który jest czystą fikcją, to właściwie wszystkie poruszane w nim wątki są nam dziwnie bliskie i aktualne? Nawet dotknięta katastrofą klimatyczną Ziemia przyszłości jest całkiem realna, bo kręciliście w prawdziwych krajobrazach wypalonego upałami i serią pożarów południa Europy. Do tych podobieństw chciałabym jeszcze wrócić, ale najpierw zapytam, jak minął ci ostatni, obfitujący w sukcesy rok.
Nawiązujesz do nagród, które dostałem?
Jasne! Nie wiem, czy zdarzyło się, żeby kogoś za tę samą rolę wyróżniono i Złotymi Lwami, i filmowymi Orłami. Wydaje mi się, że ty byłeś pierwszy. Twoja rola ojca w rozczulającym filmie „LARP. Miłość, trolle i inne questy” rozbiła bank.
Skorzystam z okazji i dodam, że dostałem też Złotego Anioła na festiwalu Tofifest. Chciałbym, żeby nazwa Tofifest wybrzmiała – bardzo cenię to, co dyrektorka Kafka Jaworska z całym festiwalowym teamem robią w Toruniu.
Andrzej Konopka: „Nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że jestem najlepszy”
Czy dzięki nagrodom te ostatnie kilkanaście miesięcy smakowało jakoś inaczej? Inaczej spojrzałeś na siebie i swoją zawodową ścieżkę?
Nie, raczej nie. Po prostu robię swoje. To wszystko jest oczywiście miłe, to jakiś dowód, że jesteśmy oglądani, że ktoś docenia to, co robimy. Ucieszyłem się tym, co mi się przydarzyło, ale jednocześnie nic się w moim podejściu czy samopoczuciu nie zmieniło. Mam do nagród duży dystans. Może dlatego, że przez dłuższy czas ich nie dostawałem? Gdybym miał oceniać własną pracę przez pryzmat nagród, pewnie poddałbym się i zrezygnował z zawodu już ze 20, 30 lat temu…
Nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że jestem „najlepszy w swojej kategorii”. Bo co to w ogóle znaczy być najlepszym aktorem? Wychodzę z założenia, że jedyne, co można stwierdzić, to to, czy ktoś został dobrze obsadzony w roli…
Ja chyba w ogóle nie jestem zwolennikiem traktowania sztuki w kategoriach sportowych. To samo dotyczy zwyczaju przyznawania filmom gwiazdek. Dwa na dziesięć, pięć na dziesięć – skąd te liczby, według jakich kryteriów to się liczy? Może to są jakieś ułatwienia, skróty myślowe, ale bywają totalnie krzywdzące. Tak jak wtedy, kiedy ktoś w recenzji poświęci jakiemuś aktorowi jedno słowo: „Jan Kowalski w roli takiej a takiej nie przekonał”. I już, koniec, bez żadnego wyjaśnienia.
To prawda, czasem mam wrażenie, że o kinie mówi się językiem sprawozdań sportowych. Z jednej strony powtarzamy, że kino to sztuka, a film to dzieło zespołowe, a zaraz potem wtłaczamy twórców w nomenklaturę mistrzostw i wyścigu. Niedawno doszłam do wniosku, że już sama kategoria roli drugo- i pierwszoplanowej nierzadko jest pretekstem do wartościowania aktorskiego dorobku. Wiesz, o czym mówię?
Pewnie, że wiem. Zdarzało się, że w czasie wywiadu ktoś pytał mnie: „A kiedy wreszcie doczekamy się pana w pierwszoplanowej roli?”. Tak jakby z drugim planem było coś nie halo, jakby dążeniem i celem mojego życia było zagrać główną rolę, a cała reszta to był rodzaj… nie wiem czego, poczekalni? Rozgrzewki przed momentem sławy i chwały?
Od nauczyciela wuefu do aktora. Nietypowa droga Andrzeja Konopki
Trzeba przyznać, że twoja zawodowa ścieżka nie należy do typowych. Przeczytałam, że zanim dostałeś się na wydział aktorski, uczyłeś dzieciaki wuefu. Byłeś też montażystą w teatrze…
Faktycznie, pewne rzeczy wydarzyły się u mnie później.
Na czym dokładnie polega praca montażysty?
Dobre pytanie, bo ja sam, kiedy mnie zatrudniano, nie do końca wiedziałem, co właściwie będę robić. Montażysta to praca fizyczna polegająca na ustawianiu i demontażu dekoracji. Później awansowałem na rekwizytora, miałem nawet osobny pokoik. Zatrudniono mnie w Teatrze Nowym, któremu wtedy dyrektorował Adam Hanuszkiewicz, mieszczącym się jeszcze w starej siedzibie przy Puławskiej, teraz tam jest supermarket. Ekipa techniczna to byli wspaniali ludzie. Mocno zżyci z aktorami. Przekonałem się, jak bardzo jedni zależą od drugich.
Nie zapomnę, jak grano „Wesele” w reżyserii Hanuszkiewicza. W starej siedzibie Nowego scenę obrotową trzeba było obsługiwać ręcznie, w cztery osoby kręciliśmy taką jebitną korbą. Kiedyś coś w tym mechanizmie puściło w czasie spektaklu, to żeby ratować sytuację, jeden z montażystów, pan Stasio, zablokował mechanizm własnym ciałem. Doznał ran, jakichś obrażeń, ale blokował, ile było trzeba. Świetna lekcja teatru, która skutecznie mnie zaszczepiła przeciwko wyższościowym zachowaniom.
Nie zdawałeś na wydział aktorski od razu po szkole średniej?
Długo nie wiedziałem, co ze sobą robić. Pojawiła się gdzieś myśl o aktorstwie, ale byłem zblokowany. Mam taki flashback: chciałem zobaczyć, jak jest w szkole teatralnej w Krakowie.
Pojechałem, wszedłem do budynku przy ulicy Warszawskiej i się tam zgubiłem. Wszedłem nie tymi schodami, co trzeba, i w rezultacie znalazłem się gdzieś z tyłu szkolnej sceny. A tam – nie wiem dzisiaj, kto to konkretnie był, ale ktoś ze starszych roczników – dziewczyna w świetle reflektora wykonywała do mikrofonu piosenkę. Pomyślałem: gdzie ja się pcham?
Ja, chłopak ze wsi, który pierwszy raz w teatrze był jako nastolatek, a doświadczenie w śpiewaniu ma głównie takie, że na lekcji wychowania muzycznego śpiewał: „Idą, idą leśni, kompas mają z gwiazd...”. Gdzie ja tutaj, do takiej szkoły? Zwyczajnie się przestraszyłem. A że trzeba było coś ze mną zrobić, a moja matka jest nauczycielką, zapytała, czy przypadkiem nie zostałbym nauczycielem. Skończyłem więc studium nauczycielskie w Radomiu, po czym poszedłem na AWF, a w międzyczasie, ponieważ studia były zaoczne, zacząłem pracować jako nauczyciel wychowania fizycznego w podstawówce w Warszawie, przy Emilii Plater.
Wuefu uczyłem rok, co wystarczyło, żebym zrozumiał, że to kompletnie nie dla mnie, że się do tego nie nadaję i jak tak dalej pójdzie, zwariuję albo zacznę pić. Krótko mówiąc, czułem się nieszczęśliwy.
Zacząłem chodzić do Koła Żywego Słowa na Elektoralnej i to tam podpowiedziano mi, żebym może się zatrudnił w teatrze, a przy okazji, jak już tam będę pracował, łapał jakieś drobne aktorskie fuchy, epizody. Jakiś czas potem dostałem się do Białegostoku na wydział lalkarski, a rok później na aktorstwo do Krakowa.
I teraz, uwaga, uwaga, następuje niezły zwrot akcji, bo dokładnie w tym samym budynku przy Emilii Plater, gdzie 30 lat temu uczyłem wuefu, a gdzie teraz swoją siedzibę ma Komuna Warszawa, zagrałem w tym roku we wznowieniu spektaklu „Święta kluska”. Życie zatoczyło koło.
Z perspektywy czasu postrzegasz tamte swoje wybory jako akt odwagi? Nie poszedłeś na łatwiznę, nie utknąłeś w zawodzie, w którym nie czułeś się dobrze, uparłeś się, żeby coś zmienić…
Akt odwagi to za dużo powiedziane. Nie jestem typem rebela, który pierwszy wstaje i robi rewolucję. Myślę, że to był rodzaj instynktu, odruchu, jakbym uciekał przed zagrożeniem. Chyba każdy to ma.
No nie wiem, czy każdy. Część osób na twoim miejscu zostawiłaby pewnie sprawy takimi, jakie są, tkwiąc w zastanej sytuacji.
Może po prostu nie wszyscy swojego instynktu samozachowawczego słuchają? Ja posłuchałem.
Andrzej Konopka o pracy z Agnieszką Smoczyńską i nadziei w młodych
A to prawda, że miałeś wątpliwości, czy zagrać główną rolę u Agnieszki Smoczyńskiej? Jesteście prywatnie małżeństwem, ale przecież i w rodzimym, i w światowym kinie można znaleźć niemało przykładów tego rodzaju współpracy. Choć rzeczywiście częściej się zdarza, że to reżyserzy mężczyźni obsadzają w głównych rolach swoje życiowe partnerki. Skąd brały się twoje wątpliwości? Tylko z tego, że pojawisz się na pierwszym, a nie na drugim planie?
Na pewno w takim układzie problemem jest to, że robota przenosi się do domu. Pełnometrażowy film to lata pracy, a już w trakcie zdjęć właściwie 24 godziny na dobę oboje byliśmy głową non stop na planie. Czasem to jest dobre, bo masz pod ręką osobę, z którą możesz coś skonsultować, przegadać, zastanowić się nad najlepszym rozwiązaniem.
Gorzej, jeśli się w czymś z Agą nie zgadzamy – bo jeśli 40 osób z ekipy obserwuje naszą wymianę zdań, to siłą rzeczy odbiera to nie tylko jako sytuację zawodową. To trochę tak, jakby byli świadkami małżeńskiej kłótni.
Dla tych, którzy nie mają doświadczenia tak intensywnej pracy z najbliższą osobą i nie do końca wiedzą, o czym mówię, mam takie porównanie: przypomnijcie sobie, jak to jest kupować razem z partnerem czy partnerką samochód albo lampę do sypialni. Albo brać psa ze schroniska. Albo robić razem remont. I teraz pomnóżcie intensywność tego doświadczenia przez dziesięć. Czy nawet przez sto [śmiech].
Trochę już o tym na początku mówiliśmy, ale zarówno w najnowszym „Hot Spocie”, jak i w poprzednich filmach Agnieszki niesamowite jest, że opowiadane w nich historie tylko z pozoru wydają się odległe od codziennego, zwyczajnego życia. Tymczasem są całkiem nam bliskie, bo najwięcej mówią w gruncie rzeczy o nas samych. O naszych czasach, o tym, czego się boimy i dokąd zmierzamy. W postaci Dżonego widziałeś coś z siebie?
Myślę, że Robert Bolesto, który zresztą wiedzie życie bardzo podobne do mojego – znamy się, obaj mamy dwójkę dorastających dzieci, mieszkamy w tym samym dużym mieście i pracujemy w tym samym kreatywnym biznesie – w scenariuszu zakodował swoje i automatycznie też moje lęki.
Jakie?
To są lęki mężczyzny w średnim wieku, który, wychowany w innym ustroju, musiał się przystosować do drapieżnego kapitalizmu. Który kawał życia spędził, oglądając niemal każdego popołudnia wiadomości telewizyjne, po czym przeżył przemianę technologiczną, a co za tym idzie potężną przemianę społeczną. Dżony żyje niby w zupełnie innej rzeczywistości, ale tak samo jak ja, w imię bezpieczeństwa oddaje państwu dużą część swojej wolności. Przecież moje pokolenie właśnie tak myśli – jesteśmy przez technologie inwigilowani, śledzeni, przyjmując, że to gwarant naszego, jako obywateli, bezpieczeństwa.
To także lęk ojca o swoją rodzinę. Nieustanny, choć też połączony z nadzieją, że to oni, młodzi, mogą coś zmienić.
W czym widzisz tę nadzieję? Co takiego mają najmłodsze pokolenia, czego nie mamy my?
Wiadomo, że są różni ludzie i różne środowiska, ale nie masz poczucia, że pokolenie naszych dzieci generalnie jest mądrzejsze od nas? Nie potrafię stwierdzić, czy będą w stanie zawalczyć tak skutecznie, żeby wstrzymać to, co dzieje się z klimatem, ale o przyszłość relacji społecznych boję się jakoś mniej. Wbrew temu, co lubią opowiadać starsi, widzę, że młodym właśnie bardziej zależy na byciu ze sobą, blisko, w realu. Że są bardziej wyczuleni na drugiego człowieka, budują sobie relacje już inaczej, po swojemu, ale na pewno jest w nich więcej empatii i akceptacji. Przychodzi im to bardziej naturalnie.
Patrzenie na współczesny świat oczami moich córek bardzo mi pomaga go zrozumieć. Naprawdę, cała nadzieja w młodych. Zresztą w filmie przecież też znajdziesz tę nadzieję, choć sam już nie wiem, czy powinienem to mówić, czy nie za bardzo spojleruję.
Masz tremę przed premierą „Hot Spotu”? To kino wywrotowe, jakiego w Polsce dotąd nikt nie kręcił.
Nie mam tremy. Mam frajdę. Wyważamy drzwi, a ja lubię sytuacje i historie, które są nowym otwarciem.
Andrzej Konopka, aktor filmowy, teatralny i telewizyjny, znany też z kabaretu „Pożar w Burdelu”. Dorastał w Wyśmierzycach. W zeszłym roku na FPFF w Gdyni można było zobaczyć aż trzy tytuły z jego udziałem. W tym jest podobnie, wystąpił w nominowanych do Złotych Lwów filmach: „Hot Spot” (w kinach od 25 września), „Powiedz mi, co czujesz” (premiera kinowa 18 września) i „Zima pod znakiem Wrony” ( już na VOD).