Chyba żadna z kinowych premier tego roku nie dostarczyła nam tylu emocji co ten dramat wojenny. Akcja tej porywającej opowieści rozgrywa się w przededniu największej operacji desantowej w historii. Alianci są gotowi do inwazji na Normandię, ale jest jeden problem: pogoda, od której zależy powodzenie całego przedsięwzięcia. Decyzja musi zostać podjęta natychmiast, choć natura, jak wiadomo, nie zamierza dostosowywać się do wojskowych planów. Nasz werdykt? Okazuje się, że można zrobić film o wojnie inaczej, i absolutnie trafić w dziesiątkę.
Ciężar odpowiedzialności; trudy podejmowania decyzji; odwaga; jeden człowiek, który może wpłynąć na bieg historii i nauka, która musi przeciwstawić się populizmowi – taką tematykę podejmuje „Niebo nad Normandią”, filmowa opowieść wydarzeniach, które rozgrywały się tuż przed rozpoczęciem słynnej operacji z 6 czerwca 1944 r. (tzw. D-Day). W filmie widzimy więc, że wojna to nie tylko bitwy, ale też strategie i decyzje, których skutki odczuć mogą miliony. A w tym przypadku losy świata zależą od... pogody.
(Fot. materiały prasowe)
Pracujący dla brytyjskiej armii meteorolog James Stagg (Andrew Scott) na 72 godziny przed lądowaniem w Normandii musi podjąć najważniejszą decyzję w swojej karierze – prognoza pogody, którą przedstawi, może przesądzić bowiem o powodzeniu lub klęsce największej operacji wojskowej w historii. Zamknięty w atmosferze nieufności i presji ze strony najwyższych dowódców, Stagg toczy psychologiczną walkę z czasem, wspierany jedynie przez kapitan Kay Summersby (Kerry Condon). Nad wszystkim czuwa natomiast generał Dwight D. Eisenhower (Brendan Fraser), który musi zdecydować czy ruszyć z inwazją, czy ją opóźnić – ryzykując, że Niemcy odkryją plany aliantów.
(Fot. materiały prasowe)
Czytaj także: Krytycy nie mogą wyjść z podziwu. Nowy film z Andrew Scottem pokazuje II wojnę światową z zupełnie innej strony
Czy da się zrobić angażujący i pełen emocji dramat wojenny, w którym bohaterowie przez większość czasu patrzą na mapy, analizują wykresy i spierają się o fronty atmosferyczne? Okazuje się, że jak najbardziej. „Niebo nad Normandią” to bowiem kameralne, a jednocześnie zaskakująco monumentalne widowisko o kulisach D-Day, tyle że zamiast plaż Omaha oglądamy aliancki sztab, a zamiast huku dział słuchamy argumentów meteorologów. Na ekranie dzieje się zatem niewiele, jednak napięcie budowane jest już od pierwszych minut. Oryginalny tytuł „Pressure” jest więc wyjątkowo trafny, bo presja czasu, wojny, odpowiedzialności, psychiki i pogody nakładają się tu na siebie, tworząc zamkniętą, wręcz przytłaczającą atmosferę, która udziela się również widzom.
(Fot. materiały prasowe)
To po prostu kino wojenne bez wojny. Nie zobaczymy tu spektakularnych scen batalistycznych ani żołnierzy szturmujących plażę. Są za to stosy danych i zamknięte posiedzenia sztabu, które trzymają w napięciu niczym najlepsze filmy akcji. Stawką nie jest tu bowiem pojedyncza potyczka, lecz decyzja, od której mogą zależeć losy tysięcy ludzi. Najciekawsze jest jednak przesunięcie perspektywy. Znane wydarzenia II wojny światowej oglądamy bowiem z tylnego siedzenia – oczami ludzi, których pracy zwykle nie widać, a jest naprawdę istotna. Tym samym film przypomina więc jak ogromną rolę w planowaniu operacji wojskowych odgrywały nauka i umiejętność interpretowania danych.
(Fot. materiały prasowe)
Genialny duet Scott-Fraser i napięcie budowane od początku do samego końca
„Niebo nad Normandią” jest jednak przede wszystkim starciem charakterów, fenomenalnie zagranych przez głównych aktorów, którzy tworzą tu znakomity duet. Wybitny Andrew Scott jako oddany nauce pułkownik jest stonowany, introwertyczny, ale stanowczy. Niezłomnie przywiązany do faktów i świadomy, że w prognozowaniu pogody, szczególnie w obliczu wojny, nie ma miejsca na życzeniowe myślenie. Brendan Fraser z kolei wnosi do filmu energię i magnetyzm, portretując człowieka pod ogromną presją. Ich pojedynek oparty na różnicy zdań jest natomiast najważniejszym silnikiem dramaturgii. Skutki podjętych przez nich decyzji mogą być bowiem nieodwracalne...
Czytaj także: „Nikt nie jest dla mnie bardziej surowy niż ja sam”. Brendan Fraser szczerze o swoich problemach z pewnością siebie
(Fot. materiały prasowe)
Film jest przy tym bardzo teatralny (w końcu to adaptacja sztuki), a fabuła rozwija się przede wszystkim poprzez dialogi, dlatego widzowie, którzy nie przepadają za takim kinem, mogą odczuć lekką monotonię. Na szczęście scenariusz jest na tyle sprawny, a aktorstwo na tyle mocne, że film rzadko pozwala się nudzić, nawet wtedy, gdy bohaterowie po raz kolejny pochylają się nad mapą. Klaustrofobiczny klimat wzmacniają natomiast precyzyjny montaż i rewelacyjna muzyka, konsekwentnie podkręcająca napięcie aż do końca. Dużym atutem jest również użycie materiałów archiwalnych kosztem tanich komputerowych efektów. To prosty zabieg, ale działa znacznie lepiej niż najbardziej efektowne CGI.
(Fot. materiały prasowe)
I chociaż momentami film ulega hollywoodzkim schematom, nigdy popada w banał i pompatyczność. Bezpieczna konstrukcja pozwala bowiem wybrzmieć konfliktom i randze podejmowanych decyzji, a samemu filmowi nie zgubić głównego tematu, który jest też zaskakująco aktualny. „Niebo nad Normandią” to w końcu opowieść o tym, jak trudno zaufać wiedzy, gdy decyzja musi zostać podjęta natychmiast, i powiedzieć „nie”, kiedy wszyscy wokół mówią „tak” oraz o tym, że fakty nie zawsze są łatwe i wygodne.
Czytaj także: Zachwycił nas w „Ripleyu”, ale tutaj przeszedł samego siebie. W tej adaptacji słynnego dzieła Andrew Scott zagrał wszystkie osiem postaci
(Fot. materiały prasowe)
W czasach, gdy wiedzę coraz częściej próbuje się zastępować głośną opinią, seans przypomina też o rzeczy pozornie banalnej: prawda nie staje się mniej prawdziwa tylko dlatego, że trudniej ją sprzedać. Fakty istnieją, nauka ma znaczenie, a odpowiedzialność wymaga mówienia głośno o tym, czego nikt nie chce usłyszeć. Kto by pomyślał, że film o przewidywaniu pogody podczas wojny dostarczy nam tylu emocji i przemyśleń?
„Niebo nad Normandią” można obejrzeć w kinach.