1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Agnieszka Smoczyńska, reżyserka „Hot Spot”, o działaniu mimo lęku. „Bać się i tak będziemy, to naturalne”

Agnieszka Smoczyńska, reżyserka „Hot Spot”, o działaniu mimo lęku. „Bać się i tak będziemy, to naturalne”

Agnieszka Smoczyńska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Agnieszka Smoczyńska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Odsłuchaj artykuł

Zofia Fabjanowska - Agnieszka Smoczyńska, reżyserka „Hot Spot”, o działaniu mimo lęku. „Bać się i tak będziemy, to naturalne”

00:00 18:56
15s
0,5 x
15s
Do czego doprowadzi nas rozwój technologii? Przez Polskę przetoczyły się właśnie burzliwe dyskusje wokół tego, jak mamy traktować sztuczną inteligencję. Tymczasem o świecie przyszłości opowiada najnowszy film jednej z najbardziej cenionych polskich reżyserek. Dlaczego Agnieszka Smoczyńska wzięła się akurat za ten temat?

Spis treści:

  1. „Hot Spot”: przyszłość po katastrofie klimatycznej
  2. Agnieszka Smoczyńska o „Córkach dancingu”: Przy ważnych decyzjach warto nie kierować się lękiem
  3. Agnieszka Smoczyńska: „Reżyserkom zdecydowanie rzadziej powierza się produkcje wysokobudżetowe”
  4. Agnieszka Smoczyńska o AI: „Nie spowoduje, że zwolnimy”

  • Agnieszka Smoczyńska opowiada o filmie „Hot Spot” – futurystycznym antykryminale z Noomi Rapace i Andrzejem Konopką, którego akcja rozgrywa się w świecie dotkniętym katastrofą klimatyczną.
  • Reżyserka wraca do własnych początków i „Córek dancingu”, których realizację kiedyś jej odradzano. Mówi, czego nauczyły ją niepowodzenia, kompromisy i siedem lat czekania na pełnometrażowy debiut.
  • Smoczyńska wspomina również o sytuacji kobiet w branży filmowej. Choć dostrzega zmiany na lepsze, zwraca uwagę, że „reżyserkom zdecydowanie rzadziej powierza się produkcje wysokobudżetowe”, i wyjaśnia, dlaczego inicjatywy skierowane tylko do kobiet nadal uważa za potrzebne.
  • Twórczyni opowiada także o kobietach, które ją ukształtowały i budowaniu relacji na planie. Na koniec wraca do świata nowych technologii i zdradza, dlaczego nie wierzy, że AI pozwoli nam pracować mniej – jej zdaniem może stać się dokładnie odwrotnie.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026.

„Hot Spot”: przyszłość po katastrofie klimatycznej

Zofia Fabjanowska: Światową premierę na festiwalu w Montrealu miał twój film „Hot Spot”. Chwilę później pokazano go po raz pierwszy w Polsce, na Nowych Horyzontach. Znowu wymykasz się filmowym gatunkom, swobodnie je mieszając.

Agnieszka Smoczyńska: Thriller retro futuro, tak nazwaliśmy ten gatunkowy mashup. Choć „Hot Spot” to także antykryminał, w którym najmniej istotna okazuje się odpowiedź, kto zabił.

Pokazujesz świat przyszłości dotkniętej katastrofą klimatyczną. Utrzymany w estetyce lat 80. XX wieku.

Świat, w którym wszyscy podłączeni są do „Głowy”. Systemu, dzięki któremu ludzie zamiast używać komunikatorów, porozumiewają się za pomocą telepatii. W tym pozbawionym roślinności, wypalonym słońcem świecie żadna materia organiczna nie ma prawa się zmarnować. Bioboty od razu przerabiają ją na wodę i energię.

Gdzie znaleźliście tak niezwykłe krajobrazy?

Kręciliśmy w Grecji, między innymi w spalonym lesie – od maja do października w cały kraju szalały pożary. W ogóle upały, mimo że zaczęła się już jesień, były w czasie naszych zdjęć potworne. Filmowy obóz dla uchodźców to dawne, opuszczone lotnisko Ellinikon. Niesamowita była też lokalizacja, która zagrała dom Dżonego, głównego bohatera. W tym samym miejscu znajdował się kiedyś jeden ze starożytnych greckich teatrów. Ciekawie się złożyło, że opowieść o końcu Europy kręciliśmy tam, gdzie rodziła się europejska cywilizacja.

Chyba dla nikogo, kto zna twoje wcześniejsze filmy, nie będzie zaskoczeniem, że to jednocześnie celna metafora naszej współczesności. Tego, czego tu i teraz się boimy, co postrzegamy jako przerażające czy obce.

Punktem wyjścia dla scenarzysty Roberta Bolesto był cytat z Arthura C. Clarke’a [brytyjskiego futurologa, pisarza naukowego i wynalazcy – przyp. red.]: „Każda wystarczająco zaawansowana technologia niczym nie różni się od magii”.

Dlatego pojawia się u nas postać Rany, cyber witch, wiedźmy przyszłości, jednej z kobiet, które potrafią zhakować system. To ją spotyka w obozie dla uchodźców Dżony. Rana przyciąga go wzrokiem i przejmuje kontrolę nad jego życiem.

„Hot Spot” jest, po obsypanych nagrodami „Silent Twins”, kolejnym twoim tytułem z międzynarodową obsadą. Ranę gra gwiazda „Millennium” Noomi Rapace, na ekranie pojawia się też znana z „Drive My Car” japońska aktorka Reika Kirishima. Dżonego zagrał Andrzej Konopka. Aktor, który w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy zgarnął chyba najwięcej aktorskich wyróżnień w tym kraju. I który prywatnie jest twoim mężem. Rzadko w polskiej kinematografii zdarza się taki układ. Częściej jednak to żony są muzami i aktorkami swoich mężów reżyserów.

Zawsze chciałam z Andrzejem pracować. Na planie rozumiemy się bez słów, on jest w pracy niesamowicie skupiony, ma też do siebie duży dystans. I poczucie humoru, czym potrafi rozbić bardziej napięte sytuacje. Cieszę się, że doszliśmy do takiego etapu, że nie mamy problemu z tym, żeby razem pracować. To się zdarzało już wcześniej, choć też kilka razy Andrzej odrzucał moje propozycje. Bo nie widział się w jakiejś roli, ale też miał wątpliwości, czy to dobrze być razem również na planie.

Jak sądzisz, co się zmieniło?

Jakąś zmianą była jego współpraca z reżyserskim tandemem Anki i Wilhelma Sasnalów. Dobry przykład na to, że da się razem żyć i kręcić razem filmy. Że to po prostu może działać.

Przyznam, że za każdym razem, kiedy szykujesz coś nowego, zupełnie nie wiem, czego się spodziewać. Historie, które opowiadasz na ekranie, są tak zaskakujące, że zastanawia mnie, jak właściwie wyglądają na poziomie pomysłu czy scenariusza. Po czym poznajesz, że masz do czynienia z dobrą historią, która nadaje się na film? To bardziej kwestia intuicji czy jednak jest tu jakaś złota zasada?

Gdyby złota zasada istniała, powstawałyby same świetne filmy. To często bywa intuicyjne, ale przychodzi mi do głowy jedna bardzo ogólna reguła, która w kinie autorskim chyba zawsze się sprawdza.

Najmocniejsze pomysły na scenariusz to takie, które są osobiste, a jednocześnie łatwo się metaforyzują, przez co można się z nimi utożsamić.

I jeśli mówię „osobiste”, nie chodzi mi o to, że masz opowiadać historię własnego życia. Czasem chodzi o emocje. Albo o temat, który mimo że pozornie cię nie dotyczy, to jednak nie daje spokoju, nurtuje cię, rezonuje z tobą. Bywa, że nie wiesz nawet dlaczego.

Pytam o to także dlatego, że niedawno wzięłaś udział w nietypowych warsztatach. Chodzi o projekt „Scenarzystki na horyzoncie” organizowany przez wspomniany już festiwal, jeden z największych w naszym kraju. Spotkałaś się z kilkunastoma uczestniczkami, żeby wysłuchać ich pomysłów na debiutanckie filmy, ale też podzielić się własnym doświadczeniem. To, co mówiłaś o swojej zawodowej ścieżce, było bardzo osobiste?

Także uczestniczki krótko opowiedziały o sobie. Ujęło mnie to, że ich pomysły na filmy były bardzo różnorodne, niektóre osobiste, niektóre bardzo oryginalne, niezwykle inspirujące.

Ja dostawałam konkretne pytania i kiedy na nie odpowiadałam, nie generalizowałam. Mówiłam nie tylko o pracy nad scenariuszem czy stroną wizualną filmu, ale też o tym, jaką drogę przeszłam. O swoich początkach, czyli o pracy nad moim pierwszym profesjonalnym filmem krótkometrażowym, zatytułowanym „Aria Diva”, który zrobiłam tuż przed trzydziestką. Żeby po kolejnych siedmiu latach stanąć na planie „Córek dancingu”, czyli mojego debiutu długometrażowego. Całe warsztaty miały charakter szczerej, prywatnej rozmowy w naszym wąskim gronie, wiedziałyśmy, że nikt z zewnątrz tego nie będzie słuchał ani oglądał, były więc warunki, żeby się otworzyć. Opowiedziałam nie tylko o tym, co w moim przypadku zadziałało, ale też o niepowodzeniach. I wnioskach, które z nich wyciągnęłam.

Agnieszka Smoczyńska o „Córkach dancingu”: Przy ważnych decyzjach warto nie kierować się lękiem

I jakie są te najważniejsze wnioski?

Na przykład ten, żeby do pierwszego swojego filmu podejść tak, jakby miał być ostatnim. Nie traktować go jak środek do zrobienia potem czegoś innego, nie myśleć o nim jak o odskoczni dla kolejnego, już właściwego projektu. Oczywiście nigdy nie zrobisz dokładnie takiego filmu, jaki sobie wyobraziłaś w głowie – bo trzy tygodnie przed zdjęciami okaże się, że musisz wyrzucić 10 stron scenariusza, że masz dużo mniej dni zdjęciowych i dużo mniej pieniędzy, a aktor, na którym ci tak bardzo zależało, jednak nie może wziąć udziału w twoim projekcie.

Kompromis jest wpisany w naszą pracę, ale też ważne, żeby zdawać sobie sprawę, gdzie przebiegają nasze granice. Ustalić sobie, na co jeszcze jestem w stanie się zgodzić, a na co już na pewno nie. I konsekwentnie trzymać się swojego azymutu.

Wspomniałam o siedmiu latach przerwy między moim debiutem krótko- i długometrażowym. Siedem lat to dla kogoś może brzmieć jak wieczność. Dzisiaj wiem, że po drodze mogłam zrobić parę rzeczy inaczej, nie angażować się w dwa inne pomysły, z których później i tak zrezygnowałam, tylko konsekwentnie robić to, na czym od początku mi zależało. Zwłaszcza że podświadomie czułam, że nie idę w dobrym kierunku – mówią, że ciało jest mądrzejsze od mózgu…

Pamiętam, jak wspominałaś, że odradzano ci debiutowanie „Córkami dancingu”. Odradzano, bo takiego kina w Polsce wcześniej nikt nie robił: musical o dwóch syrenach, które po wyjściu z Wisły trafiają do klubu z dancingiem, był w naszej kinematografii pomysłem absolutnie wywrotowym. Namawiano cię więc, żebyś zanim rzucisz się na tak, nomen omen, głęboką wodę, spróbowała zrobić coś bardziej konwencjonalnego.

To prawda. W jakimś sensie „Córki dancingu” – to, że jednak zdecydowałam się je zrealizować i parłam do przodu mimo wielu krytycznych głosów, które wtedy słyszałam – zadziałały na mnie jak szczepionka: do pewnego stopnia mnie uodporniły. Dlatego, jeśli miałabym tu formułować jakieś wnioski, radziłabym, żeby się nie bać. Albo nie, inaczej, bo bać się i tak będziemy, to naturalne. Chodzi mi raczej o to, żeby przy podejmowaniu ważnych decyzji nie kierować się lękiem.

Agnieszka Smoczyńska: „Reżyserkom zdecydowanie rzadziej powierza się produkcje wysokobudżetowe”

A jakie znaczenie ma dla ciebie to, że wzięłaś udział w warsztatach organizowanych tylko dla kobiet? Widziałam złośliwy komentarz na ten temat pod postem ogłaszającym tegoroczny nabór do projektu.

Zawsze są jakieś kryteria naboru. To po pierwsze, po drugie jest to dla mnie mocny sygnał, że warto wspierać twórcze kobiety. Tego rodzaju wsparcie jest potrzebne, bo chociaż w kinie nie brakuje twórczyń, daleko nam do zawodowej równości.

Dysproporcje widać na różnych polach, na przykład tam, gdzie w grę wchodzą większe pieniądze i komercyjne projekty. Reżyserkom zdecydowanie rzadziej powierza się produkcje wysokobudżetowe.

Sytuacja, na szczęście, powoli się zmienia – widzę, że na warsztatach, labach, masterclassach czy festiwalach bardzo się dba, żebyśmy nie były wykluczane. Doceniam to, choć jednocześnie mam czasami wrażenie, że traktuje się nas jak dodatek. Zdarzyło mi się, że ktoś odzywał się z zaproszeniem do jury albo jakiejś komisji, po czym słyszałam, że dzwoni do mnie dlatego, że brakuje im w składzie kobiety.

W przypadku tych konkretnych warsztatów ujęło mnie, że ich uczestniczki to przedstawicielki różnych pokoleń i z bardzo różnym doświadczeniem. Niektóre z nich nie miały wcześniej nic wspólnego z branżą filmową. Mają po prostu swoją historię i chcą ją opowiedzieć, myślą o napisaniu scenariusza albo chcą się też zająć reżyserią. I takie spotkanie i wymiana doświadczeń są dla nich jak otwarcie drzwi.

Ty studiowałaś pięć lat, żeby zrobić swój pierwszy film.

Tak, ale mamy przecież w Polsce reżyserki bez filmowego wykształcenia, myślę tu choćby o Oldze Chajdas.

Prowadzę zajęcia w szkole filmowej w Katowicach i uważam, że pięć lat studiów reżyserskich to sporo. I że nic nie zastąpi doświadczenia zdobytego w praktyce, na profesjonalnym planie.

Miałam ponad trzydziestkę, kiedy zaczęłam pracę przy serialu „Plebania”. Nie pamiętam już, ile to było dni zdjęciowych – może ponad 200, w każdym razie dużo. Był czas, kiedy nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy, ale teraz widzę, jak wiele się dzięki temu nauczyłam. Właściwie wszystkiego, co się okazało dla mnie potem kluczowe. Myślę nawet, że gdyby nie „Plebania”, nie byłoby „Córek dancingu”, bo żeby potem zaszaleć, trzeba mieć solidny warsztat. Jak umiesz opowiadać realistyczne, łatwiej ci potem odejść od konwencji.

Trochę jak na studiach malarskich? Żeby znaleźć swój własny styl, poświęcasz najpierw mnóstwo czasu na klasyczne malarstwo i rysunek, wyrabiając sobie rękę?

Tak o tym myślę. Uważam, że talent to coś, co wcale nie jest takie rzadkie, że utalentowanych osób jest bardzo wiele. Pytanie, co z tym potem zrobisz, ile pracy jesteś w stanie wykonać, co cię interesuje i w którą stronę chcesz się rozwijać.

Kiedy na najważniejszych festiwalach na świecie stoisz na scenie i ktoś przedstawia cię, mówiąc, że jesteś wybitną czy też świetną, obsypaną nagrodami reżyserką, potrafisz to po prostu przyjąć i się z tego ucieszyć?

Parę razy mi się coś podobnego zdarzyło. Nie lubię takich sytuacji. Od razu myślę, że to jakiś rodzaj przesady i jest w tym coś zamykającego.

A przy takich okazjach, jak „Scenarzystki na horyzoncie” albo kiedy prowadzisz zajęcia w szkole filmowej, czujesz się mentorką?

Na pewno widzę zmianę – z wiekiem coraz większą przyjemność sprawia mi przekazywanie wiedzy, ale ze słowem „mentorka” się nie utożsamiam. Chociażby dlatego, że nie ma w nim miejsca na wzajemną wymianę doświadczeń, a ja jestem ciekawa tej drugiej strony. Mam wrażenie, że uczymy się od siebie nawzajem.

To może są kobiety, które ty uważasz za swoje mentorki czy idolki?

Pewnie. Po pierwsze Alina Szapocznikow. Jej zdanie, że po tym, jaką sztukę robisz, widać, jakim jesteś człowiekiem, a żeby móc się rozwijać w sztuce, musisz przede wszystkim rozwijać się jako człowiek, było dla mnie formujące.

Bardzo wiele kobiet mnie inspiruje: Astrid Lindgren, Tove Jansson, Jane Campion, Sylvia Plath, Virginia Woolf, Agnieszka Holland, Agnès Varda, Tove Ditlevsen, Annie Ernaux, Olga Boznańska, Teresa Torańska, Olga Tokarczuk, Hanna Krall, Agnieszka Osiecka… To twórczynie, a prywatnie bardzo ważna była dla mnie moja mama. To ona zaszczepiła we mnie przekonanie, że powinnam się realizować. Rozwijać. Że wtedy będę mogła oddychać. I że obojętnie, co będę w życiu robić, muszę czuć pasję i sens. Mama nie bała się iść pod prąd, odrzucała konwenanse. Była silną, niepokorną kobietą, choć mogła sprawiać wrażenie kruchej.

Razem z siostrą prowadziła restaurację z dancingiem w Szklarskiej Porębie. W mało przyjaznych dla przedsiębiorczych kobiet czasach. Nie miałaś w rodzinie ludzi związanych z branżą filmową czy ze sceną?

Wiem, że dziadek od strony taty był aktorem amatorem. Nigdy nie widziałam go na żywo na scenie, ale się o tym u nas w rodzinie mówiło. Zachowały się też czarno-białe zdjęcia, jak gra w „Zemście” gdzieś w Krynicy Górskiej.

Dlaczego nie zostałaś aktorką? Lubiłaś występować już w dzieciństwie.

Bo kiedy w liceum, w klasie filmowej, doświadczyłam reżyserowania, spodobało mi się to jeszcze bardziej niż aktorstwo. Co prawda, zdając na studia, byłam przekonana, że zostanę reżyserką dokumentalną, ale potem spróbowałam fabuły i to mnie kompletnie zmiotło z planszy.

Co masz na myśli?

Pamiętam taki moment, moje pierwsze sceny z aktorami: poczułam nagle pewność, że to jest to. Fizyczne wręcz odczucie. Trochę jak w miłości – spotykasz człowieka i po prostu wiesz, że chcesz z nim być.

Reżyseria to także zarządzanie ludźmi. Jak się tego uczyłaś? Początki były trudne? Pamiętam, jak mówiłaś, że to twoja mama pokazała ci, jak ważne jest budowanie dobrych relacji w zespole.

Czasem zabierała mnie, jeszcze kiedy byłam dzieckiem, na poranny obchód po restauracji. Z każdym pracownikiem się witała, z każdym zamieniała kilka słów.

Mama szanowała ludzi, a oni szanowali ją. Nie bała się przy tym podejmować trudnych, odważnych decyzji, nawet jeśli musiała się komuś przeciwstawić. Pamiętam, że później, kiedy sama miałam pracować w zespole, przychodziło mi to dość naturalnie. Może znaczenie miało też to, że byłam w harcerstwie drużynową i zastępową? [śmiech]

Inna sprawa, że w dzisiejszych czasach plan filmowy jest inaczej zorganizowany niż kiedyś. Właściwie nie ma teraz mowy o władzy absolutnej reżysera, hierarchiczność zastąpiona została bardziej równościowym systemem. Wszystko jest bardziej sformalizowane – od zarządzania zespołem są inne osoby: kierownik produkcji, kierownik planu czy first AD, czyli pierwszy asystent reżysera.

Agnieszka Smoczyńska o AI: „Nie spowoduje, że zwolnimy”

Kiedy rozmawiamy, przez Polskę przetacza się fala dyskusji wokół tematu AI. Myślałaś o tym, przygotowując się do „Hot Spota”? Miałaś może czarne myśli związane z nowymi technologiami?

Na pewno przedefiniują nasze życie, ale przede wszystkim nie wierzę w całą tę narrację, że dzięki AI zaoszczędzimy czas. To są bajki, słyszeliśmy to, jak pojawiły się komputery, a potem, kiedy zaczęliśmy używać komórek. Czy którykolwiek z tych wynalazków sprawił, że pracujemy choć trochę mniej? Uważam, że jest wprost przeciwnie, robimy wszystko, wszędzie, naraz. AI także nie spowoduje, że zwolnimy. Będziemy żyć i pracować jeszcze szybciej i jeszcze intensywniej.

Agnieszka Smoczyńska, reżyserka obsypanych nagrodami (m.in. na Sundance Film Festival, w Calgary, Chicago, Gdyni) „Córek dancingu” czy „Silent Twins” (premiera w Cannes w sekcji Un Certain Regard, Złote Lwy na festiwalu w Gdyni). Jej najnowszy film „Hot Spot” będzie miał światową premierę w lipcu na Fantasia International Film Festival w Montrealu, a w Polsce po raz pierwszy zostanie pokazany na tegorocznym festiwalu TAURON Nowe Horyzonty, który będzie się odbywać od 23 lipca do 2 sierpnia we Wrocławiu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE