1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wideo
  4. >
  5. „Przestałem wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Krzysztof Czeczot o relacjach, które zawodzą i dojrzałej miłości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 20

„Przestałem wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Krzysztof Czeczot o relacjach, które zawodzą i dojrzałej miłości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 20

„Do 30. roku życia byłem bardzo naiwnym człowiekiem. Wierzyłem w ludzkie dobro” – mówi Krzysztof Czeczot w rozmowie z Beatą Biały. Aktor opowiada o tym, czego nauczyły go relacje, które nie przetrwały próby czasu, dlaczego po czterdziestce nie chce już tracić energii na ludzi, którzy niczego nie wnoszą, i jak doświadczenie zmieniło jego myślenie o miłości, ojcostwie i odpowiedzialności.

Niektóre lekcje przychodzą dopiero wtedy, gdy człowiek ma już za sobą wystarczająco dużo rozczarowań, żeby przestać idealizować innych. Krzysztof Czeczot mówi o tym bez goryczy. Przyznaje, że do trzydziestki patrzył na ludzi znacznie bardziej naiwnie i wierzył w ich dobro. Z czasem doświadczenia sprawiły, że „przestał wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Nie oznacza to jednak utraty wiary w relacje. Raczej zmianę oczekiwań wobec nich.

Dziś aktor stara się najpierw zrozumieć, co mogło kierować drugą osobą. Kiedy ktoś go zawiedzie, idzie do żony, Karoliny (Gorczycy - od red.), żeby się wyżalić, a potem próbuje spojrzeć na sytuację również z drugiej strony. Jeśli relacja jest ważna, wraca do niej. Jeśli nie – potrafi ją zamknąć. Po czterdziestce coraz wyraźniej widzi bowiem, że czas nie jest zasobem, który można wydawać bez końca.

„Jest piękne zdanie, że oczekiwanie jest źródłem rozczarowania” – mówi. I właśnie dlatego wybiera dziś pozycję przyjmowania zamiast nieustannego projektowania na innych własnych wyobrażeń. Nie znaczy to zgody na wszystko. Raczej świadomość, że druga osoba może być inna, niż chcielibyśmy, a wtedy pozostaje decyzja: próbować budować relację dalej czy się wycofać.

Dorosłość, która przyszła za wcześnie

Ta umiejętność brania odpowiedzialności ma u Czeczota znacznie wcześniejsze korzenie. Podczas terapii odkrył, że jako dziecko funkcjonował trochę jak „dziecko superbohater” – ktoś, kto zbyt wcześnie poczuł się odpowiedzialny za rodzeństwo i rodziców. Bardzo szybko musiał nauczyć się samodzielności. Już po podstawówce poszedł do pracy na budowie.

Nie opowiada o tym jednak wyłącznie jako o ciężarze. Widzi również drugą stronę tego doświadczenia: dzięki niemu stał się człowiekiem samowystarczalnym i odpowiedzialnym. Problem zaczynał się wtedy, gdy ten mechanizm przenosił się na wszystkie dorosłe relacje i pojawiała się potrzeba brania na siebie odpowiedzialności również za to, czego nie da się za drugiego człowieka unieść.

Życie wystawiało go na kolejne takie próby. Kiedy jego ojciec był śmiertelnie chory, to właśnie Krzysztof musiał przekazać mu informację, że nie ma już nadziei na wyzdrowienie. Dwa tygodnie po śmierci ojca urodziła się jego córka. W jednym momencie kończyła się jedna ważna relacja, a zaczynała zupełnie nowa.

Narodziny córki stały się dla aktora punktem zwrotnym. „Po narodzinach córki urodziłem się na nowo” – mówi. I dodaje, że dzięki niej wyzbył się części swojego ego. Ojcostwo nie polegało więc tylko na przyjęciu nowej funkcji. Stało się doświadczeniem, które zmieniło jego sposób patrzenia na siebie.

Rodzina patchworkowa: dzieci są najmniejszym wyzwaniem

Dziś Czeczot tworzy z Karoliną rodzinę patchworkową. To układ, który wymaga szczególnej uważności, bo spotykają się w nim różne historie, doświadczenia i przyzwyczajenia. Kiedy Beata Biały pyta go o największe trudności, odpowiedź jest zaskakująca: dzieci wcale nie są największym wyzwaniem.

„W patchworku najmniejszym wyzwaniem są dzieci, a największym rodzice i dorośli wokół” – mówi. Dziecko obserwuje bowiem dorosłych i uczy się od nich, nawet jeśli nikt oficjalnie nie nadał mu roli nauczyciela czy autorytetu. Mężczyzna, który wchodzi do życia kobiety mającej dzieci, może nie być ich biologicznym ojcem, ale z czasem staje się dla nich kimś ważnym. Jego zachowanie, sposób reagowania i stosunek do innych osób zaczynają mieć znaczenie.

Czeczot pamięta moment, kiedy dzieci Karoliny zaczęły przychodzić do niego, przytulać się i mówić do niego niemal jak do rodzica. Równie ważne było jednak to, jak jego córka przyjmowała Karolinę oraz jej dzieci – Manię i Henia. Patchworkowa rodzina nie jest przecież historią jednej relacji. To układ wielu więzi, które muszą się ze sobą spotkać.

Dlatego aktor zdecydował się na coś, co wciąż dla wielu rodziców może wydawać się nietypowe: jeszcze zanim pojawiły się problemy, poprosił o pomoc psycholożkę dziecięcą. „Nie poszedłem z problemem, tylko wyprzedzając ewentualne problemy” – tłumaczy. Rodzina od czterech lat korzysta z jej opieki.

To przygotowanie okazało się niezwykle pomocne. Czeczot mówi, że dzięki niemu miał w głowie „wytrenowane odpowiedzi” na pytania małego, mądrego dziecka. Nie chodziło o nauczenie się gotowych formułek, lecz o większą świadomość tego, jak reagować, kiedy pojawia się trudna emocja, pytanie albo sytuacja, której nie da się przewidzieć.

„Za starzy na miłość”

Dojrzałość zmienia również definicję miłości. Kiedy Beata Biały pyta, co trudniej zdobyć – miłość kobiety czy zaufanie jej dzieci – Czeczot nie chce nawet ustawiać tych relacji w hierarchii. Jego zdaniem po czterdziestce człowiek jest już w innym miejscu niż wtedy, kiedy uczucie potrafi całkowicie przesłonić rozsądek.

„My już jesteśmy za starzy na miłość, na takie zaślepienie uczuciem” – mówi. Brzmi to przewrotnie, ale nie jest deklaracją rezygnacji z romantyzmu. Przeciwnie. Aktor uważa, że miłość jest wspaniałym uczuciem, pod warunkiem że towarzyszą jej odpowiedzialność i przyjaźń.

To właśnie one pozwalają związkowi przetrwać momenty, w których emocje nie wystarczają. Dojrzała relacja wymaga również dialogu – nie tylko z partnerką, lecz także z samym sobą, dziećmi i bliskimi. „Trzeba być w dialogu ze sobą, z bliskimi, z dziećmi i z szacunkiem do różnych perspektyw, które wnoszą” – podkreśla.

Takie podejście zakłada rezygnację z przekonania, że bliskość oznacza zawsze zgodę. Można kochać i jednocześnie się różnić. Można mieć własne zdanie, ale dopuścić do głosu drugą osobę. Można też popełnić błąd i wrócić do rozmowy.

Czeczot przywołuje sytuację zawodową, która nie zakończyła się dobrze. Po dwóch latach zadzwonił do osoby, z którą miał konflikt. Nadal uważał, że jego argumenty były słuszne, ale chciał sprawę domknąć. Powiedział więc „dziękuję” i „przepraszam”. Druga strona przyjęła te słowa z życzliwością. To doświadczenie pokazuje, że przeprosiny nie zawsze oznaczają przyznanie się do całkowitej winy. Czasem są sposobem na odzyskanie własnego spokoju.

Nadskakiwanie dziecku najgorsze?

Dla Czeczota ważnym sprawdzianem dojrzałości jest dziś ojcostwo. Nie chodzi jednak o obecność mierzoną liczbą godzin spędzonych w tym samym pomieszczeniu. Aktor mówi o uważności: kiedy jest z drugą osobą, chce rzeczywiście być z nią, a nie jednocześnie planować w głowie następny dzień.

W jego domu obowiązuje więc prosta zasada: telefony mają swoją godzinę i później trafiają do koszyka. Ten gest ma znaczenie większe niż samo ograniczenie czasu przed ekranem. Chodzi o sygnał: teraz jesteśmy razem.

Czeczot przestrzega przy tym przed inną pułapką współczesnego rodzicielstwa – potrzebą bycia za wszelką cenę „super cool”. Nadmierne wyręczanie dziecka i nieustanne wychodzenie naprzeciw jego oczekiwaniom może, jego zdaniem, pozbawić je sprawczości. „Bycie super cool rodzicem i nadskakiwanie dziecku jest dużo gorsze, bo zabiera sprawczość” – mówi.

Dorosły nie musi więc rozwiązywać wszystkich problemów za dziecko. Czasem jego najważniejszym zadaniem jest pozwolić mu spróbować samemu.

Męskość wciąż się tworzy

W tej rozmowie szczególnie ciekawe jest to, że Czeczot nie przedstawia swojej męskości jako gotowego produktu. „Moja męskość jeszcze się kształtuje, bo nie chcę myśleć, że jest już czymś skończonym” – przyznaje. Wpłynęły na nią relacje z ojcem i matką, doświadczenia dorosłego życia, pandemia, rozstanie i nowa relacja.

Taka definicja męskości nie potrzebuje wielkich deklaracji. Jest procesem. Obejmuje umiejętność wzięcia odpowiedzialności, ale także przyznania, że nie zawsze trzeba wszystko kontrolować. Zakłada siłę, lecz nie wyklucza wrażliwości. Pozwala powiedzieć „przepraszam”, poprosić o pomoc psycholożkę dziecięcą, przyznać się do rozczarowania albo po prostu wyżalić partnerce.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email