1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. „Paryż nie jest ani lukrowaną laurką, ani piekłem z TikToka”. Ekspert rozprawia się z mitami o stolicy Francji

„Paryż nie jest ani lukrowaną laurką, ani piekłem z TikToka”. Ekspert rozprawia się z mitami o stolicy Francji

Adam Chowański (Fot. Justyna Doszko)
Adam Chowański (Fot. Justyna Doszko)

Odsłuchaj artykuł

Anna Sierant - „Paryż nie jest ani lukrowaną laurką, ani piekłem z TikToka”. Ekspert rozprawia się z mitami o stolicy Francji

00:00 26:07
15s
0,5 x
15s
Czy Paryż naprawdę jest miastem wiecznej elegancji, a Paryżanki rodzą się w kaszmirowych swetrach? Czy Francuzi są aroganccy, nie chcą mówić po angielsku i protestują przy każdej możliwej okazji? Adam Chowański, autor książki „Polski Paryż. Śladem malarek, pisarzy, kreatorów stylu” i mieszkaniec stolicy Francji rozprawia się z popularnymi wyobrażeniami o tym słynnym mieście. Opowiada m.in. o tym, skąd wziął się mit idealnej Paryżanki i dlaczego czasem wystarczy jedno „bonjour”, by spojrzeć na mieszkańców miasta zupełnie inaczej.

Spis treści:

  1. Paryż: piękne miasto czy wielkie rozczarowanie? „Wystarczy dać mu czas”
  2. Czy Paryż jest brudny i niebezpieczny? „Prawda bywa zakładniczką naszych oczekiwań i uprzedzeń”
  3. Adam Chowański: „Paryż nie stracił swojej magnetycznej siły”
  4. Polki, Francuzki i prawa kobiet
  5. Czy Francuzi są aroganccy i nie mówią po angielsku? „Wystarczy zacząć od bonjour
  6. Mieszkanka stolicy Francji nie musi być biała i nosić rozmiaru 34, czyli mit Paryżanki
  7. O czym warto pamiętać, wybierając się do Paryża?

  • W rozmowie Adam Chowański wyjaśnia, skąd bierze się tzw. syndrom paryski, dlaczego stolica Francji stała się celem internetowej dezinformacji i ile prawdy jest w opowieściach o jej brudzie i tym, że jest niebezpieczna.
  • „Paryżanka nie musi być biała ani nosić rozmiaru 34”. Adam Chowański rozprawia się także z jednym z najsilniejszych popkulturowych mitów o Francuzkach i wyjaśnia, co wcale nie jest uniwersalnym kodem wszystkich mieszkanek Paryża.
  • Czy Francuzi naprawdę są aroganccy, nie chcą mówić po angielsku i protestują, kiedy tylko nadarzy się okazja? Ekspert tłumaczy także, jak różnice kulturowe wpływają na to, jak odbieramy mieszkańców Francji, i zdradza, dlaczego w Paryżu jedno „bonjour” może zmienić naprawdę wiele.
  • W rozmowie pojawia się także historia polskiego Paryża: od Mickiewicza i Słowackiego po Marię Skłodowską-Curie. Czy współczesna stolica Francji nadal jest miejscem, które przyciąga artystów, twórców i ludzi szukających nowego początku?

Paryż: piękne miasto czy wielkie rozczarowanie? „Wystarczy dać mu czas”

Anna Sierant: Jedynym z mitów, z którymi – można by powiedzieć – sam Paryż musi sobie radzić, jest ten wyobrażający go jako wzór miejskiego piękna. No i stąd pewnie potem bierze się „syndrom paryski”, czyli uczucie rozczarowania Paryżem. Choć przyznam, że zaskoczyło mnie w pana książce, że i słynni Mickiewicz czy Słowacki wcale tak tym Paryżem zachwyceni nie byli. A jak to pana zdaniem jest: czy piękno Paryża to mit, czy trzeba dać mu więcej czasu? Co czyni to miasto wyjątkowym?

Adam Chowański: Piękno Paryża absolutnie nie jest mitem – to żywa, wibrująca rzeczywistość. Mieszkając tu od wielu lat, nieustannie zachwycam się monumentalną architekturą, pieczołowicie utrzymaną elegancją parków, secesyjnym detalem czy geometrią art déco, a także niedoścignioną ofertą kulturalną.

Oczywiście: jeśli ktoś uparcie szuka mankamentów, znajdzie je w każdym, nawet najwspanialszym zakątku świata. Pytanie tylko – po co skupiać się na negatywach i wyolbrzymiać wady?

Mnie pokochanie tego miasta zajęło chwilę, choć znam osoby, które wpadają w zachwyt od pierwszego wejrzenia. Dziś wiem jedno: im dłużej tu jestem, tym mniej wyobrażam sobie życie gdziekolwiek indziej. Moja perspektywa jest jednak naznaczona wolnością wyboru, w przeciwieństwie do losu naszych XIX-wiecznych twórców. W mojej książce „Polski Paryż” przyglądam się tej różnicy bardzo dokładnie: dla Mickiewicza czy Słowackiego Paryż nie był przecież romantyczną destynacją z wyboru, lecz skutkiem politycznego wygnania. Obca ziemia, poczucie wykorzenienia i nostalgia za ojczyzną siłą rzeczy rzucały cień na ich powszedniość.

Paryż,  Rue St-Dominique (Fot. Adam Chowański) Paryż, Rue St-Dominique (Fot. Adam Chowański)

Warto też pamiętać o realiach epoki. Wieszczowie trafili do stolicy zupełnie innej niż ta, którą znamy dzisiaj. Paryż lat 30. i 40. XIX wieku był głośny, przeludniony, mroczny, z ciasną siatką średniowiecznych uliczek i wciąż opłakanymi warunkami sanitarnymi. Rewolucyjna, wielka przebudowa pod wodzą barona Haussmanna – ta, która wytyczyła szerokie bulwary, otworzyła osie widokowe, powołała do życia miejskie parki i nadała miastu ikoniczny, reprezentacyjny sznyt – nastąpiła dopiero w II połowie XIX wieku, za czasów Drugiego Cesarstwa. To właśnie ten wielkomiejski blichtr i przemyślana urbanistyka zachwycają nas do dziś.

A sam „syndrom paryski”? Wbrew temu, jak chętnie rozpisują się o nim media, nie jest to oficjalna jednostka chorobowa, lecz raczej publicystyczna sensacja. Chodzi o zjawisko o charakterze psychosomatycznym – reakcję na szok kulturowy, przebodźcowanie, zmęczenie i zderzenie wyidealizowanych oczekiwań z prozą życia w wielkiej metropolii. Dotyczy znikomego ułamka przyjezdnych (dotyczy głównie turystów z Japonii).

Wystarczy dać Paryżowi czas, zrzucić nierealistyczne oczekiwania i pozwolić mu po prostu być sobą – a w zamian odwdzięczy się magią, której nie da się pomylić z niczym innym.

Czy Paryż jest brudny i niebezpieczny? „Prawda bywa zakładniczką naszych oczekiwań i uprzedzeń”

Mówi się też o tym, że dzisiejsza stolica Francji jest brudna i niebezpieczna, a do niektórych dzielnic aż strach zaglądać. W książce „Polski Paryż” wspomniał pan, że internet pełen jest nieprawdziwych filmów, pokazujących ten „przerażający” Paryż. Czy prawda tkwi gdzieś pośrodku: pomiędzy „Emily w Paryżu” a wyobrażeniami autorów wspomnianych filmików w sieci?

Prawda – według mnie – nie tyle leży pośrodku, ile bywa zakładniczką naszych własnych uprzedzeń i oczekiwań. Świat interpretujemy przez pryzmat tego, w co chcemy wierzyć. Jeśli ulegniemy jakiejś skrajnej narracji, podświadomie szukamy potwierdzeń – i to zjawisko dotyczy wszystkich stron sporu.

Nie da się jednak ukryć, że Paryż jako potężny symbol kultury zachodniej staje się wdzięcznym celem dezinformacji. Raporty organizacji takich jak NewsGuard, monitorujących fake newsy, wyraźnie pokazują skalę fabrykowanych w sieci materiałów – kreowanych często po to, by dyskredytować stolicę Francji, podsycać strach i karmić irracjonalne lęki.

Gdy taki manipulacyjny przekaz trafi na podatny grunt, niesie się wiralowo. Dla niektórych to właśnie wielokulturowość staje się osią rzekomego „upadku” i „niebezpieczeństwa”, choć w stolicy państwa o bogatej historii postkolonialnej ta różnorodność jest czymś absolutnie naturalnym. Nie ukrywam, że czyjś stosunek do Paryża i sposób, w jaki o nim opowiada, bywa dla mnie swoistym papierkiem lakmusowym. Bardzo szybko pozwala mi ocenić wrażliwość i horyzonty mojego rozmówcy.

Paryż, Hôtel Lambert (Fot. Adam Chowański) Paryż, Hôtel Lambert (Fot. Adam Chowański)

Z kolei serialowa Emily w Paryżu pokazuje wycinkowy, bajkowy świat – perspektywę uprzywilejowanej Amerykanki z zasobnym portfelem. Emily nie musi na co dzień mierzyć się z tłokiem w metrze czy odwiedzać mniej zadbanych obrzeży miasta. Jej codzienność to najbardziej prestiżowe, pocztówkowe lokalizacje, które zresztą w rzeczywistości wyglądają dokładnie tak jak na ekranie – tu niczego nie trzeba było zbytnio podkolorować.

Paryż nie jest ani lukrowaną laurką, ani opanowanym przez chaos piekłem z mrocznych filmików na TikToku. To żywa metropolia. W mojej książce starałem się odczarować te skrajności i pokazać miasto w jego autentycznym, wielowarstwowym wymiarze – bez uprzedzeń, ale i bez taniego sentymentalizmu.

Adam Chowański: „Paryż nie stracił swojej magnetycznej siły”

Jak pisze pan w „Polskim Paryżu”, dla wielu Polaków (i nie tylko) miasto stało się miejscem nowych możliwości. Maria Skłodowska-Curie mogła tam studiować, a w czasie zaborów emigracja ze stolicy Francji działała na rzecz nieistniejącej Polski. Spotkałam się jednak z twierdzeniami, że dziś Paryż nie jest już tak dynamicznym miastem, że wielu twórców emigruje dziś np. do UK czy USA. Czy Paryż to więc dzisiaj bardziej muzeum, czy to jednak nadal pulsujące życiem i twórczą energią miasto?

Jestem przekonany, że dziś nie trzeba już opuszczać Polski, by odebrać świetne wykształcenie, budować karierę czy realizować artystyczne wizje. Powody emigracji uległy głębokiej przemianie. O ile na przełomie XIX i XX wieku Paryż był niekwestionowanym pępkiem twórczego świata – ciągnęły tu chociażby utalentowane polskie malarki i rzeźbiarki, dla których tutejsze prywatne akademie były jedyną przepustką do edukacji i międzynarodowej kariery – o tyle w dobie globalizacji realizować się można właściwie z każdego zakątka globu.

Nie oznacza to jednak, że Paryż stał się jedynie pięknym skansenem. Twierdzenie, jakoby tracił dynamikę na rzecz Londynu czy Nowego Jorku, nie wytrzymuje zderzenia z codzienną rzeczywistością. W moim bliskim otoczeniu jest mnóstwo ekspatów i twórców pochodzących właśnie z Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych.

Wybierają Paryż pomimo potężnej biurokracji – konieczności przechodzenia uciążliwej procedury wizowej czy ubiegania się o titre de séjour (jak dobrze, że obywateli UE to nie dotyczy). To chyba najlepszy dowód na to, że miasto nie straciło swojej magnetycznej siły.

Paryż po prostu zmienił swoją rolę: nie jest już jedynym ośrodkiem na mapie, lecz świadomym wyborem dla tych, którzy szukają specyficznego stylu życia, głębi kulturowej i niepowtarzalnej tkanki miejskiej. To miasto nadal tętni niezwykłą energią, tyle że odkrywa ją ten, kto potrafi spojrzeć poza muzealne eksponaty i wejść w rytm paryskiej codzienności.

Plac Warszawy w Paryżu (Fot. Adam Chowański) Plac Warszawy w Paryżu (Fot. Adam Chowański)

Polki, Francuzki i prawa kobiet

Muszę też zapytać o kobiety: wydawałoby się, że skoro Maria Skłodowska-Curie mogła we Francji studiować, a w zaborze rosyjskim – nie, że skoro Francuzki mają np. prawo do aborcji, to ogólnie mają więcej praw niż Polki. Że sytuacja kobiet jest we Francji lepsza niż w Polsce. Ale czy rzeczywiście tak było/jest? Np. Francuzki później otrzymały prawa wyborcze, a w czasach komuny (oczywiście mających wiele wad) Polki często pracowały, a Francuzki – w niekomunistycznej Francji – częściej jednak działały wtedy w domu.

Porównywanie historii emancypacji kobiet w Polsce i we Francji rzeczywiście bywa przewrotne i wymaga zrzucenia czarno-białych okularów. Gdy przyjrzymy się faktom, okazuje się, że progresywny wizerunek Francji nie w każdym momencie historii odpowiadał realiom.

Choćby przełom XIX i XX wieku: Sorbona otwierała swoje podwoje dla kobiet znacznie szybciej niż uczelnie w naszej części Europy, ale Francuzki nie szturmowały wówczas uczelni masowo. Pionierkami były w dużej mierze cudzoziemki – w tym m.in. Polki, Rosjanki, Rumunki czy Amerykanki. W samej Francji długo dominował tradycyjny model społeczny, nakierowany na edukację domową i przygotowanie do roli żony oraz matki.

Równie uderzający jest fakt, że Polki uzyskały pełne prawa wyborcze tuż po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, podczas gdy Francuzki musiały na nie czekać aż do 1944 roku.

Z kolei w okresie powojennym, pod narzuconym w Polsce ustrojem komunistycznym, masowy aktywizm zawodowy kobiet był wręcz wymogiem ekonomiczno-systemowym. We Francji w tym samym czasie nadal silny był model mieszczański – jeszcze w połowie XX wieku zamężna Francuzka nie była w pełni niezależna prawnie od męża, a symboliczny przełom przyniosła dopiero reforma z 1965 roku, która jednoznacznie zagwarantowała kobietom prawo do podejmowania pracy i otwierania konta bankowego bez zgody współmałżonka. Nawet mityczny, choć w praktyce dawno martwy zakaz noszenia przez kobiety spodni w Paryżu, uchylono oficjalnie dopiero w 2013 roku (!).

Adam Chowański w Paryżu (Fot. Olena Rubanyk) Adam Chowański w Paryżu (Fot. Olena Rubanyk)

Dzisiaj jednak te wektory układają się zupełnie inaczej. Współczesna Francja wyznacza światowe standardy w ochronie praw reprodukcyjnych – w 2024 roku jako pierwszy kraj na świecie wpisała prawo do dobrowolnego przerwania ciąży bezpośrednio do konstytucji, kontynuując dzieło Simone Veil, która przeforsowała ustawę depenalizacyjną aborcję już w 1974 roku.

To pokazuje, że żaden kraj nie ma wyłączności na historyczny postęp. Polska i Francja szły do równouprawnienia zupełnie innymi ścieżkami, wynikającymi z odmiennych doświadczeń politycznych, kulturowych i społecznych.

Czy Francuzi są aroganccy i nie mówią po angielsku? „Wystarczy zacząć od bonjour

A jak to jest z tymi Paryżankami i Paryżanami (czy ogólnie Francuzami i Francuzkami) – czy naprawdę są aroganccy, nie lubią/nie potrafią mówić po angielsku i protestują, kiedy tylko się da?

Ten krzywdzący stereotyp wynika w dużej mierze z głębokich różnic kulturowych i nieznajomości lokalnej etykiety.

Pierwszy kontakt turysty z mieszkańcami odbywa się zazwyczaj na linii klient–obsługa, na przykład w restauracji czy kawiarni. A francuska kultura serwisu drastycznie różni się od modelu anglosaskiego. Tutejszy kelner to profesjonalista, który wykonuje swój zawód z dumą; nie ma tu miejsca na sztuczne przymilanie się, wymuszony uśmiech czy skracanie dystansu.

Taka postawa przez osoby przyzwyczajone do amerykańskiego „customer is always right” bywa chłodno odbierana i błędnie interpretowana jako arogancja.

Druga kwestia to niepisane zasady codziennej kultury. W Paryżu absolutnym fundamentem każdej, nawet najmniejszej interakcji – wejścia do sklepu, zapytania o drogę czy złożenia zamówienia – jest magiczne „bonjour”. Pominięcie tego słowa i przejście od razu do rzeczy jest w oczach Paryżanina przejawem skrajnego braku wychowania. Jeśli jednak uszanujemy te proste reguły i sami wyjdziemy z życzliwością, miasto odwdzięczy się tym samym. Mieszkając tu od lat, nieprzyjemne sytuacje mógłbym zliczyć na palcach jednej ręki.

Co do języka angielskiego – mit o tym, że Francuzi go nie znają lub uporczywie ignorują, dawno się zdezaktualizował, zwłaszcza wśród młodszego pokolenia. Prawda jest wręcz taka, że gdy tylko słyszą mój obcy akcent, często natychmiast sami przechodzą na angielski, chcąc ułatwić rozmowę – co zresztą bywa nieco rozczarowujące, gdy staram się szlifować swój francuski!

Paryż, Ogród Tuileries (Fot. Adam Chowański) Paryż, Ogród Tuileries (Fot. Adam Chowański)

A protesty? One rzeczywiście są zapisane w francuskim DNA. To dziedzictwo rewolucyjnej historii i niezwykle silnego poczucia praw obywatelskich. Strajki i manifestacje to tutejsza codzienność – z tą różnicą, że zamiast gilotyn mamy dziś po prostu utrudnienia w komunikacji. Jako mieszkaniec po prostu sprawdzam rano trasę przemarszu i planuję dzień. To cena za życie w mieście, które nigdy nie jest obojętne.

Mieszkanka stolicy Francji nie musi być biała i nosić rozmiaru 34, czyli mit Paryżanki

Czyli protesty to jak najbardziej prawda, a słynny mit Paryżanki to – no właśnie – mit? Paryżanka wcale nie jest koniecznie biała, szczupła i zawsze elegancka (co też można różnie rozumieć)?

Kolorowe magazyny i portale internetowe nieustannie raczą nas tekstami o „stylu Paryżanki”, a liczne poradniki przekonują, że przepisem na paryski szyk są określone kroje, fasony i elementy, takie jak: jedwabna apaszka, kaszmirowy sweter, dobrze skrojony płaszcz i obowiązkowa czerwona szminka itp. Problem w tym, że to sztucznie podtrzymywany produkt popkultury, który z paryską ulicą ma niewiele wspólnego.

Ten wyidealizowany wizerunek zaczął krystalizować się już w XIX wieku, chociażby za sprawą malarstwa czy ikonicznego obrazu Renoira –La Parisienne. W XX wieku pałeczkę przejęło kino – ze szczególnym uwzględnieniem twórców francuskiej Nowej Fali z lat 60. – oraz estetyka zamożnej paryskiej burżuazji. Brigitte Bardot w takich produkcjach jak Et Dieu… créa la femme czy La Femme et le pantin wykreowała postać kobiety zmysłowej, wyzwolonej i tajemniczej. Ten wizerunek na długie dekady ugruntował wizję kobiecości widzianej przez pryzmat męskiego spojrzenia (male gaze), tworząc model kobiety-obiektu pożądania.

W efekcie w zbiorowej wyobraźni Paryżanka do dziś funkcjonuje jako szczupła, biała, majętna i bezwysiłkowo elegancka kobieta. Nic dziwnego, że dla wielu stała się matrycą do naśladowania.

Rzeczywistość jest jednak o wiele ciekawsza i bardziej wielowymiarowa. Dzisiejszy Paryż to tętniący życiem, wielokulturowy tygiel. Nie istnieje jeden „paryski styl” – estetyka ulicy rodzi się na styku różnych kultur, subkultur i osobistych ekspresji.

Co więcej, Paryżanka wcale nie musi być biała ani nosić rozmiaru 34. Dane francuskiej Agencji Zdrowia Publicznego (Santé publique France) jednoznacznie pokazują, że blisko 40% Francuzek zmaga się z nadwagą lub otyłością, co całkowicie obala mit „przyrodzonej, wiecznej szczupłości”.

Mit Paryżanki jest nie tylko nierealistyczny, ale też krzywdzący i wykluczający. Promuje wyśrubowany, homogeniczny kanon urody, a przy okazji napędza bezmyślny konsumpcjonizm. Media i marki modowe wmawiają kobietom, że muszą dokupić jeszcze jedną rzecz, by wreszcie „stać się Paryżanką”. To pogoń za iluzją. Prawdziwa elegancja dzisiejszego Paryża tkwi w różnorodności, swobodzie i autentyczności – a tej nie kupi się w żadnym luksusowym butiku przy Avenue Montaigne.

Chopin w Paryżu (Fot. Adam Chowański) Chopin w Paryżu (Fot. Adam Chowański)

Czy dałoby się jednak jedną czy kilka wspólnych cech Paryżanek wymienić? Niekoniecznie tych związanych ze stylem?

Jeśli miałbym na siłę szukać wspólnego mianownika dla tak niezwykle różnorodnej grupy kobiet, byłaby to nie tyle konkretna część garderoby, ile określony stan umysłu.

Paryżanki – niezależnie od wieku, pochodzenia czy zasobności portfela – wyróżnia niezwykła swoboda w wyrażaniu siebie oraz absolutny brak przymusu wpisywania się w czyjeś oczekiwania.

Gdy porównam ulicę paryską z polską, rzuca się w oczy inne podejście do wykończenia wizerunku. Polki często dążą do perfekcji: dopracowany makijaż, staranna fryzura, przemyślany każdy detal. Francuzki sprawiają wrażenie, jakby poświęcały na to ułamek tego czasu. Wynika to najpewniej z ogromnego poczucia własnej wartości, autentycznej pewności siebie i akceptacji własnej naturalności – z jej drobnymi niedoskonałościami na czele.

To właśnie ta wewnętrzna siła i niewymuszony luz sprawiają, że nawet w wyciągniętym t-shircie, prostych dżinsach i z przeczesanymi palcami włosami wyglądają świetnie. Paryżanka nie ubiega się o niczyją aprobatę i nie stroi się „dla kogoś”. Prawdziwą cechą wspólną mieszkańców stolicy jest więc noszenie ubrań na własnych warunkach. A pewność siebie to przecież najpiękniejsza rzecz, jaką można na siebie włożyć.

Ale w mit o Paryżankach trochę wpisuje się część z nich, a konkretnie mieszkanki „szesnastki” z estetyką BCBG? Czy może Pan wyjaśnić, jaka to estetyka?

Absolutnie tak! Kiedy kolorowe magazyny lub media społecznościowe opisują stereotypowy styl Paryżanki, w rzeczywistości biorą na warsztat niemal 1:1 estetykę zamożnych mieszkanek 16. okręgu Paryża.

To tam narodził się i utrwalił styl BCBG, czyli skrót od bon chic, bon genre. Pojęcie to zyskało ogromną popularność w latach 80. XX wieku i do dziś definiuje specyficzną, zachowawczą wersję francuskiego luksusu. BCBG to elegancja pozbawiona ostentacji: doskonałe, szlachetne tkaniny (kaszmir, jedwab, wełna), stonowana paleta barw, klasyczne kroje, subtelna biżuteria i markowe, ale nierzucające się w oczy dodatki.

Co kluczowe, BCBG to nie tylko sam dress code, ale cały styl życia i kod przynależności do francuskiej wyższej klasy społecznej – powiązany z konkretnym pochodzeniem, manierami, a nawet szkołami, do których wysyła się dzieci. W Paryżu funkcjonuje zresztą nieco humorystyczne powiedzenie „faire très seizième” („wyglądać bardzo szesnastkowo”) na określenie kogoś ubranego tak tradycyjnie i zamożnie, że od razu zdradza swoje powiązania z tą konkretną dzielnicą.

Jest to jednak estetyka bardzo hermetyczna i specyficzna dla konkretnego środowiska. Sprowadzanie stylu całego wielokulturowego, tętniącego różnorodnością Paryża wyłącznie do mody z 16. dzielnicy jest jak ocenianie stylu całego Nowego Jorku tylko przez pryzmat Upper East Side. To wycinek rzeczywistości, a nie cała prawda o mieście.

Szykowny 16. okręg Paryża (Fot. Adam Chowański) Szykowny 16. okręg Paryża (Fot. Adam Chowański)

A czy pana zdaniem Polkom i Polakom jest dzisiaj łatwiej odnaleźć się w Paryżu niż dawniej? Czy ktoś, kto dopiero zaczyna, podobnie jak ponad 100 lat temu, i tak najpewniej najpierw wynajmie mały pokoik na poddaszu (jeśli nie ma na koncie wspierającej kwoty np. od rodziców)?

Bez dwóch zdań. Dzisiaj jest nieporównywalnie łatwiej zacząć życie w Paryżu niż kiedykolwiek w historii.

Jako obywatele i obywatelki Unii Europejskiej korzystamy z ogromnego przywileju, którego młodsze pokolenie nie zawsze docenia, bo uważa je za oczywistość. Swoboda przemieszczania się, podejmowania pracy czy zakładania działalności gospodarczej bez konieczności ubiegania się o skomplikowane wizy i pozwolenia całkowicie zmieniły reguły gry.

Nie musimy też, jak nasi XIX-wieczni przodkowie, zmagać się z rygorystycznymi obostrzeniami politycznymi. Adam Mickiewicz, aby uzyskać zgodę na pobyt w stolicy Francji, musiał po prostu skłamać we francuskiej prefekturze, zmyślając powody swojego przyjazdu oraz udając osobę o odpowiednim statusie majątkowym. Warto pamiętać, że po powstaniu listopadowym władze francuskie, choć przyjmowały polskich uchodźców, sam Paryż rezerwowały tylko dla wybranych, a większość emigrantów kierowały na prowincję.

Co do słynnych pokoików na poddaszu – tak, paryskie chambre de bonne nadal istnieją i wciąż stanowią częsty pierwszy przystanek dla studentów czy osób zaczynających od zera bez wsparcia finansowego rodziców. Dziś te dawne służbówki na poddaszach kamienic stają się małymi apartamentami z wygodami, których nie zaznała np. Maria Skłodowska-Curie. Jednak proza paryskiego rynku nieruchomości potrafi szybko sprowadzić na ziemię. Wynajęcie czegokolwiek na dłużej nadal jest trudne, jeśli nie posiada się dossier – potężnej teczki dokumentów, umów o pracę, zaświadczeń podatkowych, gwarantów i wydruków z konta bankowego, przy której francuska biurokracja pokazuje swoje najbardziej bezwzględne oblicze.

O czym warto pamiętać, wybierając się do Paryża?

O czym warto pamiętać – i zapomnieć – zwiedzając Paryż? Czy ma pan jakieś rady dla naszych czytelniczek i czytelników?

Mój główny patent na Paryż to zrzucenie presji, zwolnienie kroku i doświadczanie miasta wszystkimi zmysłami – zamiast nerwowego odhaczania listy z przewodnika.

Warto przestawić się na „paryski tryb uważności”. Po pierwsze, należy podnieść wzrok znad telefonu. Zamiast patrzeć pod nogi, lepiej spojrzeć na misternie rzeźbione fasady kamienic, żeliwne balkony i secesyjne wejścia do metra projektu Guimarda. Po drugie, warto zmień trasę. Często wystarczy skręcić z utartych szlaków, by odkryć urokliwe dziedzińce, skwery i tajemnicze zakamarki. Po trzecie, konieczne jest otworzenie się na zapachy i smaki. Paryż najlepiej odkrywa się za pomocą chrupiącej bagietki z lokalnej boulangerie, aromatycznej kawy na tarasie brasserie, bogactwa serów z fromagerie czy rumianej galette zjedzonej w małej bretońskiej crêperie. Polecam też wsłuchać się w chrzęst żwiru w parkach, trzeszczenie ratanowych krzeseł kawiarnianych i szmeru Sekwany podczas pikniku na nabrzeżu. Kiedy przestaniemy się śpieszyć i zaczynamy chłonąć miasto obecnością, Paryż staje się osobistym przeżyciem.

A żeby to doświadczanie miało niepowtarzalny rytm i merytoryczne tło – powiem nieskromnie, że najlepiej spaceruje się z moimi paryskimi e-bookami albo z najnowszą książką „Polski Paryż” pod pachą!

Adam Chowański, Paryżanin z wyboru i miłości. Znawca historii, sekretów oraz codzienności stolicy Francji, który na Instagramie (https://www.instagram.com/chowanski/) odkrywa przed swoją społecznością mniej oczywiste oblicze miasta. Autor przewodników cyfrowych oraz książki „Polski Paryż. Śladem malarek, pisarzy, kreatorów stylu”. Współtwórca podcastu „Po parysku”. Stylista z wieloletnim doświadczeniem.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE