„Odkrycie zwyczajności uratowało mi życie i serce przed złamaniem” – mówi Kasia Miller w 8. odcinku „Przerwy na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną „Zwierciadła”, psycholożka bierze pod lupę nasze romantyczne fantazje, rozczarowania, potrzebę bycia wybraną i tęsknotę za miłością, która ma wreszcie udowodnić, że jesteśmy czegoś warte. Bo może zamiast czekać na kogoś, kto nas pokocha, wypełnimy ten czas ważniejszymi dla nas myślami?
Miłość romantyczna ma w naszej kulturze wyjątkowo dobrą prasę. Od dzieci słyszymy historie o spotkaniu tej jednej osoby, wielkim uczuciu, przeznaczeniu i szczęśliwym zakończeniu. Problem zaczyna się wtedy, gdy fikcyjny scenariusz przykładamy do własnego życia. Bo jeśli codzienność nie przypomina filmu, łatwo uznać, że czegoś nam brakuje. Nie mamy właściwego człowieka, właściwych emocji, właściwego życia. A może po prostu mamy życie – ze wszystkimi jego mniej efektownymi, ale za to prawdziwymi momentami?
Joanna Olekszyk pyta wprost: ile razy można komuś złamać serce? Odpowiedź Kasi Miller prowadzi jednak dalej niż do katalogu kolejnych rozczarowań. Psycholożka zwraca uwagę, że za naszym głodem wielkiej miłości często stoi przekonanie, że bez romantycznych uniesień życie jest niepełne. - Ten temat wiąże się mocno z pragnieniem romantycznej miłości. Takie myślenie, żeby mieć, jeśli nie przeżywamy takich uniesień, to życie jest niepełne - mówi.
To przekonanie potrafi być wyjątkowo podstępne. Szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość jest trudna, samotność doskwiera, a wyobraźnia zaczyna podsuwać obrazy tego, jak powinno być. Wtedy łatwo pomylić tęsknotę za zmianą z tęsknotą za konkretną osobą. Albo uznać, że intensywność emocji jest dowodem na jakość relacji.
Miller przypomina, że fantazjowanie samo w sobie nie jest niczym złym. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować wyobrażenie jak rzeczywistość. „Jeśli jesteśmy w złych warunkach życiowych, to marzymy o czymś, o czym nie mamy pojęcia. To jest szkodliwe. Warto umieć to odróżniać i mieć świadomość, że się nakarmiłam swoją wyobraźnią.”
Być może właśnie dlatego tak trudno czasem pogodzić się z końcem relacji. Nie tracimy przecież wyłącznie człowieka. Tracimy również wersję przyszłości, którą sobie z nim zbudowaliśmy.
W tej rozmowie „zwyczajność” nie oznacza nudy ani rezygnacji z marzeń. Jest raczej zgodą na to, że dobre życie nie musi bez przerwy dostarczać fajerwerków. Że bliskość może być spokojna, codzienna, czasem nawet banalna – i właśnie dlatego prawdziwa.
Miller mówi o tym bardzo osobiście: „A propos zwyczajności i złamanych serc, odkrycie zwyczajności uratowało moje życie.”
To zdanie dobrze współgra z innym ważnym wątkiem rozmowy: potrzebą bycia kochaną przez konkretną osobę, najlepiej taką, która wydaje się wyjątkowa. Paradoks polega na tym, że kiedy długo czujemy się niedostatecznie kochane, możemy przestać zauważać tych, którzy naprawdę są blisko. Joanna Olekszyk trafnie zauważa, że łatwiej pamiętamy odrzucenia niż momenty, w których ktoś chciał się do nas zbliżyć. - Jak nie byłyśmy dość kochane, to zapominamy o tych wszystkich sytuacjach, kiedy nie dałyśmy się pokochać, a byli chętni - rozwija prowadząca.
Dlaczego? Bo czasem bardziej pociąga nas zdobywanie czyjejś miłości niż sama miłość. Jeśli ktoś jest niedostępny, jego zainteresowanie staje się nagrodą. Jeśli natomiast ktoś przychodzi z otwartymi ramionami, możemy uznać, że nie ma w tym nic szczególnego.
Kasia Miller ujmuje ten mechanizm dosadnie: „Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim.” A Joanna dopowiada, że nie umiemy nakarmić się czymś, czego same nie wymarzyłyśmy, ale co przyszło do nas bez walki. Miller odpowiada obrazowym porównaniem: „Tak, bo to jest bar mleczny, a nie restauracja. A niektóre bary mleczne są pyszne.”
I może właśnie o to chodzi: żeby nauczyć się rozpoznawać wartość czegoś, co nie zostało opakowane w wielką romantyczną historię.
To jedno z tych pytań, które brzmią banalnie, dopóki naprawdę nie czekamy na telefon. Wtedy kilka godzin potrafi urosnąć do rozmiarów całej epopei. Czy napisać? Czy czekać? Czy coś zrobiłam nie tak? Czy on stracił zainteresowanie? Czy może powinnam udawać, że wcale mnie to nie obchodzi?
Miller proponuje rozwiązanie zaskakująco proste: „Przeżyj rozczarowanie i się uspokój.” Nie chodzi o udawanie obojętności. Przeciwnie – rozczarowanie trzeba poczuć, ale niekoniecznie trzeba budować wokół niego całą opowieść o sobie. Jeden nieodebrany telefon nie jest przecież diagnozą własnej wartości.
Podobnie z pierwszą randką. Jeśli pojawia się ktoś interesujący, łatwo natychmiast przeskoczyć kilka etapów: czy z tego będzie związek, czy mnie pokocha, czy będziemy razem, czy to wreszcie ten? Tymczasem psycholożka radzi wrócić do teraźniejszości: „Zaprosił cię fajny chłopak, nie myśl o tym, co będzie. Bądź tu i teraz.”
To może być jedna z trudniejszych lekcji w miłości. Pozwolić sobie przeżyć coś przyjemnego bez natychmiastowego sprawdzania, dokąd to prowadzi.
W rozmowie pada zdanie, które mogłoby być osobnym pytaniem na długą terapię par:„Ile osób chce być kochanymi i się zakochać? Wszyscy. Ile chce kochać i pracować nad związkiem? Nikt.” - mówi Kasia Miller.
Brzmi bezlitośnie, ale dotyka sedna. Zakochanie jest stanem, który przychodzi do nas niejako z zewnątrz. Relacja wymaga już czegoś więcej: rozmowy, uważności, negocjowania, rezygnacji z części własnych oczekiwań, naprawiania tego, co się psuje. A przede wszystkim – zaakceptowania, że druga osoba nie istnieje po to, żeby nieustannie potwierdzać nasze wyobrażenia o miłości.
Miller mówi też o popularnym micie dotyczącym mężczyzn:„Facet, żeby się zakochał, musi dostać w łeb, oni się trudno zakochują.”
To oczywiście skrót i żartobliwa figura, ale w rozmowie służy raczej do rozbrojenia kolejnego przekonania: że istnieje jakaś instrukcja obsługi drugiego człowieka, dzięki której można zagwarantować sobie jego uczucie.
Nie można. Można natomiast pracować nad własnym poczuciem wartości. „Ja mam tylko siebie i ty masz tylko siebie” - zaznacza Miller.
Joanna Olekszyk zauważa, że kiedy skupiamy się na tym, na co rzeczywiście mamy wpływ – przede wszystkim na własnym samopoczuciu i sposobie reagowania – zmienia się również nasze doświadczenie świata. Nie dlatego, że nagle wszystko staje się łatwe. Raczej dlatego, że przestajemy oddawać innym ludziom pilota do własnego życia.
Ten odcinek podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie daje więc kolejnego poradnika pod tytułem „jak znaleźć miłość”. Zamiast tego proponuje coś znacznie bardziej użytecznego: przyjrzenie się temu, czego właściwie od miłości oczekujemy. Czy chcemy drugiego człowieka, czy raczej potwierdzenia, że jesteśmy warte kochania? Czy umiemy przyjąć uczucie, które przychodzi bez pościgu i dramatycznych zwrotów akcji? Czy potrafimy przeżyć rozczarowanie bez zamieniania go w opowieść o własnej bezwartościowości?