Alina Gutek - Psycholożka o rodzicielstwie milenialsów: „Próbujemy uleczyć siebie i jednocześnie dać dzieciom to, czego nie dostaliśmy. To karkołomne zadanie”
00:00
14:59
Kiedyś walczyli o przetrwanie rodziny, dziś walczą o przyszłość dzieci. Na czym polegają różnice międzypokoleniowe w wychowaniu, wyjaśnia psycholożka Katarzyna Półtorak.
- Rozmowa o dzisiejszym rodzicielstwie dotyczy m.in. tego, czy współcześni rodzice, chcąc dać dzieciom więcej wolności i uwagi, niż sami otrzymali, nie wpadają czasem w drugą skrajność.
- Psycholożka Katarzyna Półtorak podkreśla, że stawianie granic nie stoi w sprzeczności z bliskością i uwzględnianiem emocji dziecka.
- Ekspertka wyjaśnia też, jak nie przenosić na dzieci własnych lęków, schematów i nieprzepracowanych emocji.
- W rozmowie jest mowa również o tym, czym różni się samokontrola od samoregulacji, skąd bierze się nadopiekuńczość i dlaczego smartfon może stać się dla dziecka „klatką”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.
Alina Gutek: Znane powiedzenie: „Dzieci i ryby głosu nie mają”, odeszło, i słusznie, w niepamięć. Dzisiaj mały człowiek nie tylko ma głos, ale jest w centrum zainteresowania. To chyba najważniejsza różnica w traktowaniu dzieci przez poprzednie pokolenia rodziców i obecne.
Katarzyna Półtorak: Tych różnic jest sporo.
Taka, która jako pierwsza rzuca się w oczy, polega na tym, że kiedyś dzieci były uczone słuchać rodziców, a teraz te dzieci, które już dorosły, czyli pokolenie milenialsów, chce słuchać swoich dzieci.
Nie stawia siebie w roli tych, którzy wiedzą lepiej, nie działa z pozycji siły, struktury kiedyś mocnej, wręcz nienaruszalnej. Zmiana polega na tym, że my pytamy dzieci o zdanie, dajemy im przestrzeń do wyrażania emocji, sprawdzamy, jaką mają perspektywę, dajemy duże możliwości wyboru. Myślę, że czasami aż za duże.
Dlaczego za duże?
Bo ta zmiana wprowadza bałagan do naszego życia emocjonalnego i do naszych relacji. Oto bowiem jednocześnie musimy zajmować się naszymi emocjami, stawianiem granic, tym, żeby ufać sobie, wzmacniać poczucie własnej wartości i dawać to samo dzieciom.
Próbujemy uleczyć siebie i jednocześnie dać dzieciom to, czego nie dostaliśmy. To karkołomne zadanie.
A to dlatego, że jeśli mama jako dziecko nie miała doświadczenia bycia wysłuchiwaną i swobodnie wyrażającą złość, to teraz jest jej bardzo trudno dać swojemu dziecku przestrzeń na wyrażanie gniewu, chociaż wie, że to fajny pomysł i że chciałaby go zrealizować.
Dlaczego nie do końca to się udaje?
Bo nabyte schematy są bardzo silne. Nawet jeśli mamy jako takie pojęcie na temat tego, czego chcielibyśmy uniknąć, to i tak siła nawyku jest prawie nie do wyplenienia. Zadanie polega na tym, żeby wypracować nowy nawyk, który zastąpi stary. Ale to proces, musi się zdarzyć ileś sytuacji, żebyśmy mogli wyćwiczyć to nowe zachowanie, które potem staje się nawykiem. Na przykład, żebyśmy wiedzieli, co robić, kiedy dziecko płacze, złości się albo kiedy chcemy coś od niego wyegzekwować. Czyli żebyśmy wiedzieli, jakimi narzędziami wtedy z nim pracować, jak dojść do tego, do czego nasi rodzice dochodzili zakazami i nagrodami.
I jak do tego dojść?
To niełatwe. Niebezpieczeństwo polega na tym, że jak przegniemy w drugą stronę, czyli pozwolimy dzieciom na wszystko, to je straumatyzujemy inaczej.
Dużo matek przychodzi do mnie, ponieważ mają kłopot z dogadaniem się ze swoim dzieckiem. One z dobrego serca, w dobrej intencji dają dziecku wiele możliwości wyboru, których same nie miały – żeby mogło zdecydować, w co się ubierze, co zje na śniadanie, czy po przedszkolu pójdzie na plac zabaw, czy do zoo, co zje na kolację itd. Tych wyborów jest tak dużo, że układ nerwowy dziecka nie jest w stanie ich przeprocesować.
Nie chodzi o to, żeby w ogóle nie dawać wyboru, tylko trzeba wiedzieć, że wystarczy jeden, żeby uwzględnić perspektywę dziecka, żeby ono poczuło swoją sprawczość. Jeśli tych możliwości jest za dużo, to wtedy przeciążamy dziecko, a ono nie jest w stanie spełnić naszych oczekiwań. Czuje się źle, i my też, bo dajemy mu to, czego nie dostaliśmy, a ono nie odpowiada tak, jak byśmy sobie wyobrażali.
Cała trudność polega na tym, że sami czegoś nie umiemy, a chcemy dać to swoim dzieciom. Więc jak dziecko się złości, a my same nie jesteśmy pogodzone ze swoją złością, to nie wiemy, kogo najpierw ratować – siebie czy dziecko. I dochodzi do awantury. Bo działamy z pozycji samokontroli, a nie samoregulacji.
Czym różni się jeden mechanizm od drugiego?
Samokontrola pomaga nam na przykład zrobić sześciopak na brzuchu, wstawać o szóstej rano, biegać. Owszem, jest przydatnym mechanizmem, ale nie robi nam dobrze w zajmowaniu się emocjami i budowaniu relacji. Tam lepiej sprawdza się samoregulacja, czyli diagnozowanie, co czuję, adekwatne nazywanie emocji i szukanie sposobów na to, żeby wyregulować układ nerwowy. Muszę więc najpierw poznać siebie, wiedzieć, co i dlaczego mnie denerwuje, smuci. Dobrym na to sposobem jest przeglądanie się w innych osobach – w takim sensie, że jeżeli ktoś mnie drażni, to zazwyczaj jest coś, co ta osoba we mnie naciska, jakiś mój wewnętrzny guzik, który nie jest przepracowany, obejrzany, nazwany. I dlatego posługuję się samokontrolą, żeby na kogoś nie nakrzyczeć, żeby budować tę relację, omijając punkty zapalne.
Gdy chcę dawać dzieciom wybór i poczucie, że są uwzględniane, a sama nie biorę siebie pod uwagę – co w schemacie matki Polki jest nagminne – to mogę się starać, ale szybko się na tym wysypię. Nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że nie mam takiego doświadczenia.
W idealnym świecie powinno być tak, że przepracujemy swoje problemy, zanim zostaniemy rodzicami.
Zawsze najlepiej jest najpierw obsłużyć siebie – jak z tą maską w samolocie. W pierwszej kolejności trzeba zająć się swoją złością, tym, co mnie drażni, boli albo czego się boję, przed czym chcę uchronić dziecko. Wtedy jest szansa, że będzie mi łatwiej towarzyszyć mu w jego emocjach, bo nie będę się nimi zarażać.
Akurat w zarażaniu emocjami dzieci rodzice dawniej i dziś są podobni. Dlaczego tak łatwo nam to przychodzi?
Bo emocje dziecka dotykają różnych schematów, które mamy w sobie i które zachowanie dziecka wybudza. Ono coś przeżywa, a my łapiemy się na nawyku, czyli dajemy karę albo zabraniamy czegoś, bo to jest coś, co znamy. Przychodzą do mnie mamy w poczuciu bezsilności i mówią: „Ale ja słucham, daję wybór, staram się, a dziecko jest takie niewdzięczne”. Tymczasem ono potrzebuje czasu, żeby w jego ciele zapisało się, jak to jest być uwzględnionym, gdy mama nie ocenia, tylko towarzyszy.
Dziecko obserwuje rodzica. Jeżeli on zaraża się jego emocjami i zaczyna się tak samo bać jak ono, to dziecko myśli, że jest się czego bać. Natomiast jeśli mama pozostanie spokojna i postawi granice w takim na przykład sensie, że da się dziecku wyzłościć, ale nie da się uderzać, to uczy je radzenia sobie w takich sytuacjach.
Trzeba też rozumieć, dlaczego dziecko wyraża emocje tak, a nie inaczej, bo to trochę zależy od wieku i temperamentu. I dopiero potem poszukać sposobów na to, żeby być w stanie mu w tym towarzyszyć, bo doświadczenie bycia uwzględnianym uczy go akceptowania swoich emocji. Jednocześnie akceptowanie nie oznacza zgadzania się na wszystkie formy ekspresji, na przykład na bicie siostry.
I kiedyś, i dzisiaj rodzice szukają przyczyn złego zachowania tylko w dziecku, a te często są bardziej skomplikowane.
Gdy nastolatek się buntuje, krzyczy, rodzice przychodzą do mnie i mówią: „Moje dziecko sobie nie radzi”. Próbuję zmienić perspektywę i pokazać, że to sposób, w jaki ono sobie właśnie radzi. To, co działa na pięciolatka, nie działa na 15-latka, więc wychowanie to ciągła nauka bycia z dzieckiem, szukania sposobów, a nie zgadzania się na wszystko.
Jak tę swoją niezgodę uzasadnić?
Na przykład tak: „Wiem, synu, że chcesz w wieku 10 lat jechać na koncert do innego miasta, że to dla ciebie ważne, tym bardziej że jadą koledzy. Ale ja się na to nie zgadzam, bo uważam, że to niebezpieczne, a jestem od tego, żeby dbać o twoje bezpieczeństwo”.
Kiedyś bardzo częstym argumentem rodziców było: „Nie przynoś nam wstydu”.
Rodzicom trudno przyjąć, dzisiaj też, że „moje dziecko nie świadczy o mnie”.
Teraz zabiera się coraz mniejsze dzieci do restauracji, a to nie jest dla nich naturalne środowisko. Tam panuje hałas, jest dużo bodźców, bo trzeba pamiętać, że nie tylko trudne rzeczy przeciążają układ nerwowy, przyjemne też. To, że dziecko wtedy psoci, nie oznacza, że go nie nauczyłam poprawnego zachowania, tylko dotyczy rozwoju dziecka, jego układu nerwowego. Rodzice mają dużo do zrobienia ze swoim wstydem i lękiem przed oceną.
Dzisiaj chyba bardziej się boją o dzieci niż kiedyś.
To prawda. Zastanawiałam się ostatnio nad tym, że kiedy byłam młodą dziewczyną, prowadziłam bujne życie towarzyskie i nigdy nie słyszałam od rodziców nic więcej oprócz: „Nie chodź wieczorem po parku sama”. A gdy teraz pomyślę, że moje dziecko miałoby w tym wieku gdzieś iść samo, to jestem przerażona.
Czasy są inne, bardziej niebezpieczne.
Myślę, że to nie kwestia czasów. Po prostu dużo mówimy teraz o zagrożeniach, więcej zajmujemy się dziećmi, oglądamy je z każdej możliwej strony: jak im pomóc, jak je uchronić, jak stworzyć warunki optymalne do rozwoju. Kiedyś nie było na to przestrzeni, rodzice zajmowali się przetrwaniem. Dziecko miało być nakarmione, czyste, miało pójść do szkoły, a reszta jakoś sama się ułoży. Rodzice nie bardzo mieli skąd się nauczyć swojej roli, robili najlepiej, jak umieli. Trzeba pamiętać, że dużo zależy od konstrukcji psychicznej dziecka – są takie, które trudno przebodźcować, bo taki mają układ nerwowy, i są bardzo wrażliwe, wymagające.
Takie różnice istniały zawsze.
Tak, ale jeśli rodzice dają dużo wyboru temu delikatniejszemu dziecku, szybciej je przebodźcują. Będzie częściej wybuchać, bo nie jest w stanie przetworzyć takiej liczby informacji. Nigdy nie będziemy rodzicami idealnymi, jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoją konstrukcję psychiczną, aspiracje, pomysły. Zazwyczaj chcemy odwrócić historię rodzinną i dać dzieciom co innego, niż sami dostaliśmy, ale to nie jest tak, że nie popełnimy przy tym błędów. Ważne, żebyśmy mieli narzędzia do zajmowania się i dzieckiem, i sobą.
I wiedzieli, jak zareagować, gdy nastolatek trzaska drzwiami.
Często wtedy uaktywniają się nam znane schematy, na przykład, że posłuszeństwo to szacunek. Reagujemy więc oburzeniem: „Nie masz do mnie szacunku”. Staram się pokazywać rodzicom, że takie zachowanie dziecka dotyczy regulacji emocji lub rozwoju mózgu, a nie tego, czy ono ich szanuje.
Pytam też, po czym poznają, że są szanowani. Okazuje się, że po tym, że dziecko ich słucha, pyta o zdanie. Czyli też jest posłuszne. Ale dzisiaj troszkę odklejamy już posłuszeństwo od szacunku, wiemy, że mózg rozwija się do 25. roku życia. Choć niektórzy rodzice, gdy patrzą na nastolatka, który wygląda dorośle, bo jest wysoki, dużo umie, dziwią się: „Jak to: nie przewiduje konsekwencji swoich działań?”. No nie przewiduje!
Jest szansa, żeby kolejne pokolenie rodziców nie kontestowało poprzedniego?
Myślę, że zawsze będziemy odnosić się do naszego wyposażenia. Warto więc zobaczyć, co fajnego dostałam w domu, które przekonania rodziców mi służą, które chcę ze sobą zabrać, a które odrzucić. Może na przykład chcę odrzucić to, że szacunek równa się posłuszeństwu? Jeżeli coś nie sprawdza ci się w budowaniu relacji z dzieckiem, to zrób aktualizację tego, w którym miejscu jesteś. Zdecyduj świadomie: wezmę sobie punkt A i B, ale C już nie. Spróbuj też znaleźć coś swojego, co przekażesz dziecku, żeby szło z tym w świat. Czyli na przykład to, że emocje są częścią życia i nie trzeba się ich bać. Albo że warto uwzględnić siebie, zanim uwzględnię innych. Że trzeba stawiać granice, bo to one są sposobem na budowanie bliskości.
Kiedyś dzieci musiały radzić sobie z wieloma problemami same, co często wychodziło im na dobre. Dziś hamuje je nadopiekuńczość rodziców.
Nadopiekuńczość idzie z różnych miejsc: na przykład z lęku. Rodzice boją się, że dziecko wpadnie w gniew, więc mu nie stawiają granic. Albo idzie z powodu źle pojmowanej troski, która polega na usuwaniu dziecku przeszkód, wyręczaniu go. A radzenie sobie z trudnościami to jedyny sposób na to, żeby uczyć odporności psychicznej, czyli czegoś, na czym nam przecież bardzo zależy.
To porażające, jak często rodzice boją się emocji dziecka. Prawdopodobnie nie mieli wokół siebie dorosłych towarzyszących im w przeżywaniu emocji i nie wiedzą teraz, co w takich sytuacjach robić. Nie chodzi o to, żeby zostawić dziecko na pastwę losu, tylko żeby powiedzieć: „Chcesz, to spróbuj, porozmawiamy, jak to rozwiązać”.
I jeszcze jedna ważna różnica – teraz rodzice mają konkurencję w postaci mediów społecznościowych.
To bardzo duży temat. Moje dzieci nie mają komórek, nauczyciel starszej córki tak to skomentował: „To znaczy, że twoi rodzice bardzo cię kochają”. To nie jest tak, że córka nie ma w ogóle dostępu do telefonu, używa mojego, gdy tego potrzebuje. Jestem przeciwniczką komórek w rękach dzieci, uważam, że to dla nich klatka. Bardziej boję się jednak nie tego, że córki wejdą w wirtualny świat, tylko tego, że zbudują trwały nawyk. Dzieciom warto podsuwać zadania dostosowane do wieku, ciekawe, wykonalne – to najlepszy sposób na budowanie poczucia własnej wartości, sprawczości. Komórka tego nie zapewni.
Katarzyna Półtorak, psycholożka, twórczyni projektu „Mama ma moc!”. Wspiera kobiety w budowaniu zaufania do siebie w macierzyństwie, relacjach i zmianach życiowych. Autorka e-booków: „Nie krzycz – słuchaj” i „Jak odzyskać siebie po urodzeniu dziecka?”. Prowadzi sesje i warsztaty online. Mama Karoliny i Antoniny.