Beata Pawłowicz - Dziecięca fantazja jest nie tylko od tego, by bawić się na całego. Ekspertka: „Marzenia zasługują na rehabilitację”
00:00
Prof. Małgorzata Piasecka z Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie przekonuje, że rola fantazji w życiu dzieci nie sprowadza się jedynie do zabawy, jak śpiewał kiedyś zespół Fasolki. Pielęgnowanie marzeń to także ćwiczenie wyobraźni, nauka wytrwałości i zaciekawienia światem.
- Czy marzenia pomagają dzieciom się rozwijać? Pedagożka prof. Małgorzata Piasecka przekonuje, że są one siłą napędową człowieka i ważnym elementem wychowania.
- Ekspertka wyjaśnia, dlaczego rodzice nie powinni spełniać wszystkich zachcianek dziecka od razu i jak uczyć je odraczania gratyfikacji.
- Rozmowa pokazuje, jaki związek mają marzenia z wyobraźnią, ciekawością świata oraz późniejszą kreatywnością i odpornością psychiczną.
- W wywiadzie jest mowa również o tym, jak wspierać dziecko w realizacji marzeń i dlaczego sama droga do celu może być cenniejsza niż jego osiągnięcie.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2026
Beata Pawłowicz: Co rodzice powinni wiedzieć o marzeniach, aby wykorzystać je we wspieraniu dzieci w rozwoju i zdobywaniu wiedzy?
Małgorzata Piasecka: Marzenia utożsamiane z mrzonką, fanaberią, fantazjowaniem często są deprecjonowane i niedoceniane. Bywają postrzegane jako coś niepoważnego i niepotrzebnego, bywają też mylone ze spełnieniem pragnienia dziecka na żądanie. To niedobrze! Uważam, że powinnością rodziców jest zmiana tego myślenia i przyjęcie znaczenia marzenia jako siły napędowej człowieka.
Rodzice, czy też inne znaczące w życiu dziecka osoby, powinni nie tylko inaczej o marzeniach mówić, ale także dawać dzieciom dobry przykład, praktykować marzenia, bo dzieci uczą się przede wszystkim przez naśladowanie, a dopiero potem wpływa na nie to, co usłyszą o marzeniach.
Jaki więc będzie to dobry przykład podejścia do marzeń?
Spełnianie natychmiast pragnień dzieci, zazwyczaj w ramach nagrody, nie jest dobrym pomysłem. Postępując tak, rodzice – choć często nieświadomie – doprowadzają do tego, że marzenie staje się dla dziecka po prostu czymś „danym”, a to nie służy jego rozwojowi i edukacji. Powinnością rodziców, którzy z troską myślą o przyszłości swoich dzieci, jest odraczanie gratyfikacji, bo dzięki temu uczą je myślenia o marzeniach jako o czymś, czemu się towarzyszy; co się celebruje, do czego się dąży – ciesząc się z każdego małego kroku.
Warto więc, by rodzice przeformułowali swoje myślenie o marzeniach i uznali, że są one czymś (za)danym, przy czym się wiernie trwa, nawet jeśli to „(za)dane” może pozostać na drodze (nie)dokończenia.
Czyli nie zostać spełnione?
Należy podchodzić do realizacji marzeń z wizją końca – jak mówi badacz rozwoju osobistego S. Covey – co oznacza, że wszystko dzieje się dwa razy, najpierw na planie mentalnym, a potem fizycznym. Ten drugi wymaga wręcz ustalenia daty wykonania. Jednak nie skupiajmy się wyłącznie na samym etapie końca. Rodzice powinni pielęgnować i rozbudzać radość w dziecku z każdego jego kroku na drodze do spełnienia marzenia. Czuwać nad tym, żeby dziecko doświadczało zadziwienia światem napotkanym na tej drodze i by było świadome, że może je spotkać wiele przygód, że będzie doświadczać wzlotów i upadków. To ważne, bo wydaje się, że dziś zdziwienia światem jest w nas coraz mniej. Tymczasem Jerome Bruner, wybitny amerykański psycholog, podkreślał, że zdziwienie jest początkiem nowego.
Myślę, że rodzice są dziś nadmiernie praktyczni.
Współczesny świat z wszechobecną konkretyzacją i aplikacyjnością kultury niejako marginalizuje marzenia. Jeśli jednak mielibyśmy przekonywać o praktycznym znaczeniu marzenia, to z pewnością dążenie do niego uczy i dzieci, i dorosłych wielu rzeczy. Uczy celebrowania drogi, radości z każdego kroku. Uczy zasady, że każdy etap ma pewne powinności i przywileje. Uświadamia znaczenie oporu wobec natychmiastowej gratyfikacji, bo często jej brak staje się źródłem wielu cierpień i bolesnego niespełnienia.
Odraczanie staje się kluczową umiejętnością, którą można kształtować. Marzenia uczą więc wytrwałości w drodze pełnej zachwytu światem.
W tym sensie pielęgnowanie marzeń, które mają się jakoś konkretyzować, ma wiele aspektów edukacyjnych i wychowawczych. W dalszym życiu otwiera bezkres naszego potencjału na spełnienie swoich pragnień.
Tymczasem rodzice mówią: przestań bujać w obłokach, taki z ciebie dyzio marzyciel…
Jeśli będziemy mówić dyzio marzyciel o dziecku, które marzy, to stłamsimy w nim ciekawość świata. Zwłaszcza gdy rodzice wkroczą z krytycznymi sądami na tym etapie jego życia, w którym rozwija ono właśnie naturalną zdolność do fantazjowania. Zamiast właściwie rozwijać wyobraźnię dziecka, a więc też wspierać marzenia, okaleczą jego naturalną zdolność. Mogą w ten sposób pozbawić je kapitału na dalsze twórcze życie.
Co rodzice powinni jeszcze wiedzieć o marzeniach?
Mówiąc o marzeniach, nie można nie mówić o wyobraźni. One rezonują ze sobą i zawsze zakorzenione są w świecie realnym, w naturalnym środowisku, paradoksalnie blisko życia. Wspieranie wyobraźni, a tym samym marzeń, to zadbanie o wyrazistą sensualność doświadczania dzieciństwa. Ta psychocielesna rejestracja miejsc oglądanych, wysłuchanych, posmakowanych, odkrywanych węchem i dotykanych jest ogromnym potencjałem dla rozwoju wyobraźni i marzeń.
Z drugiej strony – dzieciństwo, według francuskiego filozofa Gastona Bachelarda, obdarowane jest nadmiarem Magicznego. Powinnością rodziców i nauczycieli jest troska o zachowanie tego nadmiaru na drodze do dorosłości.
To duże wyzwanie edukacyjne – poszukiwanie strategii wspomagania wyobraźni, czy też w ogóle strategii nauczania, która holistycznie rozwija i kształtuje człowieka. We wszystkim jednak należy zachować zdrowy rozsądek.
Jak zabrać się do realizacji marzenia?
Przede wszystkim zacząć, czyli wyznaczyć cel i etapy drogi. Warto mieć świadomość, że już stworzenie planu to pierwszy etap! Kolejny krok to mówić o swoim marzeniu. Opowiadać o nim, nie wierzyć w przesąd, że wtedy się nie spełni. Wprost przeciwnie – trzeba mówić o marzeniach, one zresztą same to prowokują, gdyż ich natura ma charakter narracji, opowieści, w której mamy bohaterów, ich wartości, możliwe komplikacje w momencie realizacji intencji i szanse przezwyciężenia trudności.
Kiedy opowiadamy marzenie, budujemy narracyjny schemat, kreujemy wyobrażeniowy możliwy świat równoległy do świata realnego. Mając na uwadze te cztery komponenty opowieści, budujemy też możliwe projekty przezwyciężania trudności na drodze do spełnienia.
Czy to nie dotyczy bardziej dorosłych?
Marzenia dziecięce i osób dorosłych należy odróżnić. Na pewno kiedy mówimy o rezonowaniu świata realnego i wyobrażonego, to im mniejsze dziecko, tym granica między tymi światami jest mniej wyraźna. Dziecko często może jej nawet nie dostrzegać, swobodnie ją przekraczając, i tu dorosły ma mu pomóc, czyli zapanować twórczo nad rozbujałą wyobraźnią. Z kolei w świecie dorosłych ważne jest to, by nie traktować drogi do realizacji marzenia jako drogi przez mękę, jako przymusu. Wtedy to już przestaje być marzeniem, bo nie jest radosne, wyczekiwane.
Gdybyśmy mieli metaforycznie ująć marzenia, to one mogą być jak skrzydła; trzeba marzyć, aby poznać ich moc. Mogą też być jak droga, która nas zaskoczy, zadziwi.
I każdy jej etap jest przygodą, a nie czymś, na co szkoda czasu, bo nie wiadomo, czy dokądś doprowadzi?
Przychodzi mi na myśl książka pt. „Momo” Michaela Endego, której bohaterka, ciekawa wszystkiego Momo, pyta Beppo Zamiatacza Ulic: „Jak ty to robisz, że każdego dnia stajesz rano na początku ulicy i z radością zamiatasz ją do końca?”. Odpowiedź Beppo jest bardzo mądra: „Kiedy staję na początku ulicy, nie myślę o tym, co jest na jej końcu, bo wtedy bym się zniechęcił. Dlatego cieszę się z każdego ruchu miotłą! Nie można myśleć naraz o całej ulicy, rozumiesz?”. Takie podejście jest właściwe, bo uwalnia od presji dotarcia do końca. Tak ujęte marzenie nas uskrzydla, a nie zniewala. Myślenie tylko o tym, aby je osiągnąć, byłoby udręką. A marzenie ma nam dawać szczęście.
Różnicy między dorosłym a dzieckiem w tym podejściu nie ma, każdy może przeżywać drogę do spełnienia marzenia jako swoiste misterium. Niestety, dziś w świecie mocno zracjonalizowanym i rozpasanym konsumpcjonizmem także dzieci są zniewolone potrzebą nadmiernego posiadania rzeczy i przez to – jak sądzę – są coraz bardziej smutne.
Dorośli chyba też! Co jest nam więc potrzebne, by pozwolić sobie marzyć i ruszyć w drogę?
Silny impuls. Potrzebujemy go, aby nie zostać w sferze mrzonek, fantazji, a on wymaga przemeblowania naszych umysłów, zidentyfikowania schematów i przekonań, które nas zniewalają. Przemeblowanie umożliwi nam dostrzeżenie tego, czego nam brakuje, co jest nam potrzebne, co ukrywamy, być może ze wstydu. To wymaga, by sięgnąć w głąb naszych na co dzień nieuświadomionych pragnień.
Marzenia wymagają myślenia nieschematycznego, wolnego od tego, co utarte. Dlatego, podkreślę jeszcze raz, potrzebne jest przemeblowanie umysłu, by mogła nagle pojawić się w naszym umyśle iskra, rodzaj przebłysku, olśnienia, który ukaże nam nasze pragnienie. Być może towarzyszyło nam ono całe życie, ale dopiero wtedy je sobie uświadamiamy i poznajemy.
Jak znaleźć na to czas w świecie, w którym, jak bohaterowie wspomnianej książki „Momo”, wciąż musimy walczyć ze złymi „złodziejami czasu”, aby mieć go na cokolwiek poza pracą?
Świadome realizowanie marzeń wymaga spowolnienia czasu. Jak to zrobić? Możemy wejść na leśną ścieżkę, która doprowadzi nas do heideggerowskiego „prześwitu”, który jest miejscem otwarcia umysłu. Oczywiście jest to metafora, ale jej moc operacyjna może być duża. Kreując mentalnie taką przestrzeń, będziemy mieć czas na autorefleksję nad własnym życiem, nad tym, co jest dla nas ważne. Musimy znaleźć w sobie odwagę, aby ruszyć pod prąd cywilizacyjno-kulturowym trendom, które nakazują przyspieszenie, logikę wzrostu i bycie „surferem”. „Surfer” czeka na wielką falę, żeby się na niej utrzymać i płynąć – podkreśla niemiecki socjolog Hartmut Rosa. Ja chciałabym mówić o pokoleniu wizjonerów, czyli marzycieli, którzy nie czekają na czyjąś falę, ale są przed i ponad nią, bo ciągle buntują własną wyobraźnię i marzenia. Ale to wymaga spowolnienia i logiki docierania do samego siebie.
Marzyciele obciążeni do niedawna zarzutami niedorzeczności, szaleństwa, fantasmagorii, zasługują na rehabilitację. Jeśli chcemy na nowo w sposób wrażliwy przeżywać świat, musimy odrodzić ideę nowej romantycznej wolności.
Czy marzenia nie budzą w nas lęku właśnie dlatego, że współczesny świat, nastawiony na zysk i sukces, jest bardzo od nich daleki?
To prawda, ale może powinniśmy spróbować oszacować, na co nas stać pomimo lęku. Badałam dorosłych w kontekście marzeń i wiem, że wiele osób wstydzi się swoich marzeń, a ci, którzy zaczynają je realizować, słyszą, że postradali rozum. To z pewnością może stanowić przeszkodę, ale może wreszcie należy stanąć twarzą w twarz na publicznej scenie tego egzystencjalnego zawstydzenia.
Nie da się wyeliminować „niedokończenia” z dyskursu o marzeniach, stąd też tytuł mojej książki o marzeniach brzmi „O uniwersalizmie (nie)dokończenia. Edukacyjne (nie)miejsca i (nie)ślady”. Nie ma też w ogóle takiej potrzeby. Sama droga nas zmienia, doświadczamy przejścia niczym rite de passage, tworzymy czułą opowieść marzyciela.
Wizja końca jest konieczna, jeśli jednak nie dotrzemy do niego, to i tak ilość rzeczy, jaka się po drodze wydarzy, jakich się o sobie dowiemy, jakie zrozumiemy, ograniczeń, jakie pokonamy, wiedza, jaką zdobędziemy o innych i o świecie – same w sobie będą bezcenne.
Przyjmijmy więc strategię towarzyszenia własnym marzeniom i doświadczania każdej chwili w drodze?
Zakotwiczmy też swoje myślenie w tym, że marzymy ciałem, marzymy, wspominając, choćby już przywołane nasycone zmysłami dzieciństwo. Warto dostrzec, że podglebiem dla rodzenia się marzeń są miejsca naszej pamięci (auto)biograficznej. Dlatego mój koncept o marzeniu opiera się na tym, że dzięki sięganiu do wspomnień z dzieciństwa możemy obdarować samych siebie tym cielesnym nasyceniem miejsca i dobrodziejstwem nadmiaru Magicznego. Ważne więc, aby wzbudzić wspomnienia z dzieciństwa, które są zakorzenione w jego „magii rzeczowiska”, jak mówi przywołany już Bachelard. Wspomnienia te są życiodajne dla budowania naszego obrazu przyszłości.
Jak sięgnąć po tę magię, by była impulsem do ożywienia marzeń?
Poprzez wspomnienia przywołujemy miejsce ważne i przyjazne dla nas z czasu naszego dzieciństwa i szukamy atrybutów tego miejsca. Te atrybuty przenosimy na zasadzie transpozycji do dorosłości, a wraz z nimi przenosimy w dorosłość też tę magię. To oczywiście praca symboliczna, umysłowa. Pracujemy nad tym w wyobraźni, potem dopiero zaczynamy działać na planie fizycznym. To ważne, bo jak wcześniej mówiłam, plan mentalny przygotowuje nas do działań w realnym świecie. Dzięki niemu stajemy się gotowi przekroczyć różne ograniczenia i obawy.
Podjąć konkretne kroki, zaryzykować wyjście z tego, co wygodne i znane, bo marzenie potrzebuje ruchu, drogi. A więc oprócz zakorzenienia w miejscu potrzebuje wykorzenienia, wyjścia w przestrzeń wolności.
Poetyckość, eteryczność marzenia i jednocześnie jego zakorzenienie w świecie fizycznym powodują, że możemy mówić o geopoetyce marzenia. Marzenie jest wielką potencjalnością, bo na tej drodze, o której już tyle mówiłyśmy, może zadziać się „niemożliwa możliwość”.
Coś czuję, że nie myśli pani o takich marzeniach jak założenie rodziny?
To bardzo ważne na ścieżce naszego życia. Impulsem do mojego namysłu nad marzeniami było wydarzenie biograficzne, doświadczenie przerwanej godziną milicyjną studniówki w 1982 roku. Chodziłam do IV Liceum Ogólnokształcącego w Częstochowie, o którym śpiewa Zygmunt Staszczyk, lider zespołu T.Love, który także był uczestnikiem tej studniówki. Po 33 latach my tę studniówkę dokończyliśmy, pielęgnując w sobie tęsknotę za „dobrym miejscem”, niczym za greckim eu-tópos, co oznacza takie właśnie miejsce, krainę szczęścia, w odróżnieniu do ou-tópos – miejsca nieistniejącego fizycznie. Ten fakt historyczny i akt kulturowy stał się silnym bodźcem do nadania mu znaczenia symbolicznego, czyli niejako spełnionego marzenia powrotu do domu wygnańców wykorzenionych z konieczności, wyrzuconych z domowego gniazda z metaforycznym śladem zranienia. Zatem czas pomiędzy niedokończeniem a dokończeniem można nazwać trwaniem przy marzeniu. Tak powstał mój autorski koncept uniwersalizmu (nie)dokończenia i geopoetyki marzenia.
Życie bez marzeń i tak nie ma sensu?
We współczesnym świecie redukcjonistycznych tendencji fenomen marzeń ze swoją niekoniunkturalną naturą może wydawać się niewart uwagi.
Tymczasem marzenia to prymarne przesłanki w myśleniu o egzystencji człowieka, integralna cząstka naszego człowieczeństwa. Jeśli przestaniemy marzyć, nasz świat będzie niekompletny, pozbawiony zadziwienia i zachwytu nad nim.
Poznanie marzeń jako fenomenów życia ludzkiego, tj. w wymiarze indywiduum i kultury (wspólnotowym), oraz uwzględnienie ich w procesie edukacji może ponownie „zaczarować” świat. Pozwoli na powrót sacrum, którego współczesne społeczeństwa zostały pozbawione, a przez to, być może, ocali ten świat, człowieka i jego humanus.
Dobrze więc pozwolić dziecku, jakie mieszka w nas, by dało nam trochę tej magii, a także pozwolić własnym dzieciom marzyć, aby miały do czego sięgnąć, kiedy dorosną?
Niestety, dziś dzieciństwo często ulega zagarnianiu przez sprawy dorosłych, co może oznaczać, że mniej marzymy, w takim rozumieniu, jakie tu zaprezentowałam. Tymczasem dzieciństwo należy ocalić od utracenia, od zagarniania, od zanikania, trzeba pielęgnować jego nadmiar Magicznego, by mogło nas, dorosłych, nim obdarować. Moje rozumienie marzeń wynika z troski i humanistycznego zaniepokojenia, aby edukacja pozostawała wierna tworzeniu losu człowieka w świecie wartości i kultury. Marzenia zaś to fenomeny z wnętrza kultur.
Małgorzata Piasecka, pedagożka i socjolożka, dr hab. nauk społecznych, profesor Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie, gdzie kieruje Katedrą Pedagogiki. Prowadzi badania interdyscyplinarne m.in. na temat kulturowych i społecznych uwarunkowań edukacji