Był czas kiedy milenialsi jako młodzi dorośli stanowili łakomy kąsek dla twórców seriali. Dziesięć lat temu neurozy bohaterów urodzonych w latach 80., ich traumy i chimeryczne zachowania stały się tematem numer jeden wielu amerykańskich produkcji. Dzisiaj zetki wypychają ich z tej kategorii. Generacja Y ma jednak nowe rozterki.
Dla kobiet urodzonych w latach 80. momentem przełomowym w historii telewizji był serial „Dziewczyny” Leny Dunham, czyli ich własny „Seks w wielkim mieście”. Produkcja kultowa, bo dementująca mit na temat życia w Nowym Jorku i pracy w branży kreatywnej. Bycie głosem pokolenia udało się Dunham bardziej niż jej bohaterce, Hannah Horvath. Cztery lata po premierze „Dziewczyn”, w 2016 roku Netflix postanowił opowiedzieć po swojemu o milenialsach w serialu „Love”. Duet miłosny zagrali Gillian Jacobs i Paul Rust. Bohaterowie poznają się przez przypadek w sklepie spożywczym w Los Angeles i zaczynają dość specyficzną relację miłosną, pełną niezręczności, niezrozumienia i neuroz. Powstają kolejne produkcje, jak „Broad City” (Ilana Glazer i Abbi Jacobson) i „Fleabag” (Phoebe Waller-Bridge). Obydwie odważne i autorskie. Mówią o kobietach i ich problemach z wchodzeniem w romantyczne relacje, ale i ich sprawczości oraz sile.
Milenialsów poznaliśmy jako pokolenie odcinające się od boomerów, zdecydowanie stawiające na uleczenie traum i problemów mających źródło w dzieciństwie. Jako bohaterowie serialowi nie byli gotowi na szybki ożenek, czy zamążpójście, raczej stawiali na poznawanie siebie i rozwój zawodowy. Problemy emocjonalne a także zaburzenia zdrowia psychicznego widać doskonale w produkcji z 2015 roku zatytułowanej „Crazy Ex-Girlfriend”. Jej twórczynią i aktorką wcielającą się w główną rolę jest Rachel Bloom.
Serial stanowi studium stanów depresyjnych bohaterki, jej urojeń i lęków. Rebecca Bunch mieszka w Nowym Jorku i ma dobrą pracę, ale czuje, że nie jest szczęśliwa. Gdy przez przypadek spotyka swoją dawną młodzieńczą miłość, rzuca wszystko i przeprowadza się do Kalifornii, do miasta West Covina, w którym kompletnie nie ma co robić. Gdy pod pretekstem spotyka ponownie ukochanego, oczywiście wmawia mu, że to czysty przypadek i do Kalifornii przywiodły ją ważne sprawy zawodowe. Ryzykuje wszystkim finansowo i prywatnie, bo wierzy, że jej miłość sprzed lat to najlepsze co miała i chce to odzyskać. Brzmi absurdalnie, ale serial wcale taki nie jest. Dużo w nim gorzkich refleksji o rozczarowaniu dorosłym życiem.
Czytaj także: Spuścizna Carrie Bradshaw. Nowe dziewczyńskie seriale dla zetek
Komedia na przestrzeni kolejnych sezonów pokazuje lepsze i gorsze chwile Rebeki, często obserwujemy też gdy zdrowie psychiczne bohaterki ulega znacznemu pogorszeniu. To swoista esencja opowieści o młodości milenialsów, dla których miłość i życiowa satysfakcja stają się ważniejsze niż sukces zawodowy. Serial łączy elementy musicalu, komedii i obyczajówki, dlatego bohaterka w piosenkach wyśpiewuje widzom stany emocjonalne i aktualne bolączki. To przejmująca produkcja, gdzie pod płaszczykiem komedii kryje się samotność bohaterki, jej wyobcowanie i poczucie niezrozumienia przez otoczenie.
Jednak nie tylko kobiety opowiadały o tym, jak milenialsi wchodzą w dorosłość. W serialu Netfliksa z 2015 roku, zatytułowanym „Master of None” (pol. „Specjalista od niczego”), Aziz Ansari wciela się w postać Deva, który ma wiele wspólnego z życiem aktora i współtwórcy serialu. Aziz Ansari to syn indyjskich imigrantów, urodzony i wychowany w Stanach Zjednoczonych. Jego bohater Dev chce być komikiem, co nie jest do końca zrozumiałe dla jego rodziców. Ciężko pracowali na swoją pozycję zawodową i sądzą, że pokolenie ich dzieci powinno korzystać z profitów, jakie wypracowali, aby piąć się jeszcze wyżej po szczeblach kariery. Zawód komika nie brzmi jak profesja, która gwarantuje stabilne finanse i bezpieczną przyszłość.
Różnice pokoleniowe między Devem, a jego rodzicami dotyczą nie tylko kariery, ale i życia prywatnego. To zupełnie jak w filmie „Sierpień w hrabstwie Osage” gdy Violet Weston, bohaterka grana przez Meryl Streep mówi do swoich dorosłych dzieci, że gdyby pracowały tak ambitnie i wytrwale, jak ona i ich ojciec, zostały by prezydentami. Pokazuje w ten sposób, że nie doceniają startu w dorosłość, który zapewniła im pracowitość rodziców. Czyni wyrzuty, że nie potrafili jej dobrze spożytkować.
Tak seriale pokazały młodość milenialsów. Minęło kilka lat i obecnie czterdziestoletni przedstawiciele pokolenia wchodzą w wiek średni. Twórcy seriali o tym nie zapomnieli i próbują uchwycić, jak zmieniła się generacja urodzona w starych czasach, pamiętająca życie bez internetu, a obecnie całkowicie wrzucona w media społecznościowe i świat sztucznej inteligencji.
Dziewiętnaście lat temu na kanale Showtime zadebiutował serial „Californication”. Główną rolę pisarza alkoholika zagrał David Duchovny. Jego bohater nazywa się Hank Moody, jest typem uroczego awanturnika, ma dobre relacje z byłą partnerką, ale ona układa sobie życie na nowo, a on skacze z kwiatka na kwiatek. Ma też nastoletnią córkę. W 2007 serial był hitem i zachwycał widzów na całym świecie. Dzisiaj pewnie byłby surowiej oceniony, ale czasy się zmieniły i tolerancja na wesołych, ale nieodpowiedzialnych ojców minęła.
Hank ma przyjaciół, plany napisania kolejnej książki, w pewnym momencie prowadzi nawet kurs literaturoznawczy na uczelni. Spotyka się z nowopoznanymi kobietami, czasem coś obieca córce i jej matce, ale nie zawsze dotrzyma słowa. Nie ma w tym nic uroczego, ale jak mówiłam – czasy się zmieniły i dzisiaj ocenilibyśmy tego bohatera surowiej niż w 2007.
Wspominam „Californication”, ponieważ to produkcja tak samo kultowa jak „Dr House”, czy „Dexter”. Na polskim gruncie, w 2023 roku powstała „Warszawianka”, produkcja w reżyserii Jacka Borcucha ze scenariuszem Jakuba Żulczyka (prawowitego milenialsa!). Bohater grany przez Borysa Szyca to polski Moody. Kończy czterdzieści lat i traktuje to jako moment przełomowy w życiu. Z jednej strony hucznie świętuje urodziny, z drugiej cały czas jest w autodestrukcyjnym pędzie. „Czuły” podobnie jak Moody jest pisarzem i nie potrafi „ogarnąć” swojego życia.
Recenzenci w Polsce byli podzieleni w ocenie produkcji SkyShowtime, która pierwotnie miała trafić do ramówki HBO. Niektórzy pisali, że „Warszawianka” jest spóźniona o kilka lat i nie trafiła w swój moment, inni doceniali przygody Franka Czułkowskiego jako udaną opowieść tragikomiczną. Czułkowski podobnie jak Moody walczy z alkoholizmem, samotnością, blokadą twórczą. Szuka pocieszenia w przelotnych relacjach, imprezach i bezcelowym błądzeniu po Warszawie.
Czułkowski, jak i Moody są szczerzy w swoich emocjach, świadomi że nie można na nich polegać, niedotrzymujący obietnic zawodowych i rodzinnych, ale z biegiem czasu mamy do nich coraz mniej cierpliwości. Warto podkreślić, że Borys Szyc mówił w wywiadach jak trudne były dla niego sceny gdy bohater jest upojony alkoholem, ponieważ od lat jest abstynentem i odciął się od swojej imprezowej przeszłości, w końcu żyjąc tak jak od dawna pragnął. Kiedyś Szyc był Czułkowskim, obecnie zupełnie się od niego odcina. Podobnie jak milenialsi rozliczający się z błędów młodości i uzależnień. Pokolenie Y rozpowszechniło potrzebę terapii, dbania o psychiczny dobrostan i pracę nad sobą niezależnie od wieku.
Czytaj także: Na taką męskość nie ma już przyzwolenia. Filmy i seriale, których bohaterowie się przeterminowali
Nie mogę oprzeć się porównaniu „Warszawianki” do innego polskiego serialu sprzed lat. Mam na myśli „Czterdziestolatka”. Głównego bohatera poznajemy (a jakże!) w dniu czterdziestych urodzin. Do głowy przychodzi mi myśl przeczytana w jednym z felietonów „Polityki”: kiedyś czterdziestolatek wchodził już w smugę cienia, dzisiaj to wciąż młody chłopiec. Widać to doskonale na przykładzie serialu Jerzego Gruzy. Stefan Karwowski (wspaniały Andrzej Kopiczyński) po czterdziestce mocno siwieje, a równocześnie obawia się, że traci włosy, czeka na pierwszy zawał i właściwie żegna się z życiem. Czułkowski w „Warszawiance” wręcz przeciwnie – dopiero uczy się czego chce od życia.
Przedwojenne pokolenie w latach 70. wkraczało, dziś powiedzielibyśmy - w wiek średni, a oni wówczas byli myślami przy emeryturze. Karwowski ma nastoletnie dzieci, mieszkanie w bloku, malucha, stabilną sytuacją zawodową i właściwie mógłby wieść spokojne życie, ale w dniu czterdziestych urodzin włącza się lęk i nie daje o sobie zapomnieć. Przychodzą do niego duchy przeszłości: kolega, który utopił się w gliniance, dziewczyna poznana na studiach, koledzy z wojska. Sam odcinek nosi wymowny tytuł „Toast, czyli bliżej niż dalej”.
Ponad pięćdziesiąt lat później (serial debiutował w 1974 roku) milenialsi inaczej myślą o swoim wieku niż Stefan Karwowski. Wciąż są spragnieni życia i wierzą, że jeszcze dalej niż bliżej. Bohater „Czterdziestolatka” również, mimo doczekania się pozycji dyrektorskiej a wraz z nią pierwszego stanu przedzawałowego, wciąż chce sobie coś udowodnić, ale jego plan polega na flirtach i próbie wzmocnienia włosów u doktor Flory. „I chociaż czas pogania, śmiej się z tego drania, ciebie na wiele jeszcze stać”.
W 2024 w ramówce Playera zadebiutował serial „Klara” z Izabelą Kuną w roli głównej. I choć aktorka, podobnie jak Borys Szyc, jest starsza od bohaterki w którą się wciela, doskonale oddaje emocje milenialsek. Kuna gra Klarę, kobietę po 40. roku życia, jej bohaterka ma dobrą pracę, mieszkanie, kota i przyjaciół. Ma też kochanka Aleksa (w tej roli Adam Woronowicz).
To co jest najodważniejsze w „Klarze” i sprawia, że w końcu doganiamy brawurę dziewczyńskich seriali z USA, to charyzma bohaterki i jej bezpardonowość. Aleks ma żonę i dzieci, Klara o tym wie, nie czuje się jednak gorsza, ani nie ukrywa się przed światem z powodu bycia „tą trzecią”. Czasem nieco desperacko zabiega o uwagę mężczyzny, mówi wprost: „ożeń się ze mną”, a czasem zajmuje się swoim życiem i nie usycha z tęsknoty.
W „Klarze” na uwagę zasługuje perspektywa bohaterki, jej poczucie, że życie nie układa się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Klara nie chce być kochanką, nie chce czekać na kolejne spotkanie, widzi gdy Aleks wije się jak piskorz w odpowiedzi na pytanie, kiedy się rozwiedzie (uspokaja ją mówiąc: „jesteś mądrzejsza ode mnie”, „zawsze wiesz co powiedzieć”). Niestety kocha mężczyznę i komplikuje sobie życie z powodu tej miłości. Czasem idzie po rozum do głowy i oddaje się swoim pasjom oraz spotkaniom z przyjaciółką Wronką (w tej roli Katarzyna Warnke).
Czytaj także: „Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudą”. Czy bohaterki plus size zasługują na życie erotyczne?
Słodko-gorzka opowieść o życiu Klary ma w sobie sporo prawdy emocjonalnej. Scenariusz nie ukrywa, że nie wszystkie związki są moralnie właściwe, że zdrada rani wiele osób, że ktoś cierpi gdy Klara jest szczęśliwa. Wszystkie te emocje buzują w bohaterce. Co ciekawe, przed „Klarą” nie oglądaliśmy tak odważnych polskich seriali o romansie, zdradzie, posiadaniu statusu kochanki. W tym serialu to kochanka dostaje głos. Ma plany, marzenia i nie sądzi, że skoro nie ma męża, to jej życie już się skończyło. Ma nadzieję, że dopiero się zaczyna.
Twórcy serialu, czyli Izabela Kuna, Marek Modzelewski i Łukasz Jaworski są szczerzy wobec widowni i nie zakrywają listkiem figowym zdrady. Nie wmawiają nam, że Klara nie wie o żonie i dzieciach. Pokazują bohaterkę z całym zbiorem jej zalet i wad. Dlatego serial, choć spóźniony, bo oparty na powieści Kuny, którą napisała w 2010 roku, trafia w czułe punkty.
W tym miejscu warto wspomnieć produkcję Canal+ pt. „Kiedy ślub?” opowiadającą o najmłodszych milenialsach (urodzonych na początku lat 90.). Serial z 2024 roku pokazuje parę w długoletnim związku, która nagle postanawia się rozstać. Wpływ na to ma fakt, że mężczyzna nie oświadcza się swojej partnerce, a ta zmęczona wiecznym czekaniem na kolejny etap życia, chcę odejść i zacząć na nowo zamiast tkwić w permanentnym stanie zawieszenia. Duet grany przez Marię Dębską i Eryka Kulma świetnie wypada zarówno w scenach erotycznych, które są realistyczne i nieupudrowane jak w operze mydlanej, a także w rozmowach o przyszłości i przeszłości.
Trzydziestoletni milenialsi uczciwie patrzą na związek, zwłaszcza Wanda. Rozstanie, a mimo to utrzymywanie relacji z powodu wspólnego psa (co symptomatyczne dla pokolenia Y, które po rozstaniu dalej dzieli się opieką nad zwierzęciem!) sprawia, że mogą weryfikować na bieżąco swoje uczucia i nadzieje odnośnie przyszłości. Czy do siebie wrócą, a może pójdą innymi drogami? Produkcja w reżyserii Łukasza Ostalskiego i Piotra Domalewskiego pokazuje odwagę w dążeniu do szczęścia. Tkwienie kilkanaście lat w związku, który nie działa, to nie powód aby z racji stażu kontynuować stagnację. Chęć podejmowania ryzyka, to kolejny znak rozpoznawczy generacji Y.
Dla kontrastu, chcę też wspomnieć serial „Cztery pory roku” Netfliksa opowiadający o przedstawicielach pokolenia X. Paczka przyjaciół od lat spotyka się przynajmniej cztery razy w roku, żeby spędzić razem długi weekend, wakacje czy święta. Dzięki przeskokom w czasie obserwujemy jak zmieniają się ich związki, relacje z dziećmi, albo sytuacja finansowa. W serialu jest wszystko: narodziny dziecka, rozstanie, śmierć. Inaczej niż u milenialsów, jedna z bohaterek, latami odkłada rozwód z mężem skorym do zdrad. Inne małżeństwo tkwi w stagnacji, oddala się od siebie, ale długo nic z tym nie robi. Z kolei para gejów zbyt długo rozważa posiadanie dziecka, aż przyparci do muru odkrywają, że jest za późno. Ciekawe i często zaskakujące jest spojrzenie na to, jak wyglądają różnice między życiem pokolenia X, a Y.
Najciekawsze są starcia pokoleń. A te obserwujemy w serialu „Vladimir”, gdzie główna bohaterka i narratorka M marzy o romansie z młodszym kolegą z pracy, Vladimirem. M kończy pięćdziesiąt lat i zauważa, jak na uczelni zmienił się jej status. Kiedyś była ulubienicą studentów, jej zajęcia na uczelni wzbudzały ogromne zainteresowanie. Obecnie studenci nie są już podekscytowani na myśl o jej kursie literatury. Ona sama zaś straciła serce do pracy, a jej uwagę zajmuje nowy adiunkt, specjalista od poezji, Vladimir. Bohater jest zillenialsem, czyli urodzonym na przecięciu generacyjnym przedstawicielem oby pokoleń: trochę milenialsem, a trochę zetką. Ma trzydzieści lat i wygląda olśniewająco. A do tego pisze własną książkę i kocha literaturę, jak M.
Ona marzy o seksualnych przygodach z Vladimirem, zawalając obowiązki w pracy i w domu, a on świadomy jej zainteresowania, czerpie z tego profity. A to dostanie kilka rad, na jakie zebrania przychodzić, z kim mieć dobre relacje, zaproszenie na imprezę przy basenie i obiad, lunch za miastem i pływanie w jeziorze przy akompaniamencie sporych ilości alkoholu.
M ma przewagę nad Vladimirem, ponieważ posiada piękny dom, stabilną sytuację finansową i brak zobowiązań, a on ma żonę i małe dziecko, wynajmowane mieszkanie i długi. Posiada za to energię młodości, piękne ciało i zdaje się dużo obiecywać. M traci dla niego głowę, a jak się później okaże, nie było warto.
W serialu idealnie widać różnice międzypokoleniowe i niezrozumienie bohaterów w wielu kwestiach. To co dla M nie ma znaczenia, bo posiada płynność finansową, dla Vladimira jest nieosiągalne. Za to depresja żony wpływa na życie całej rodziny mężczyzny, podczas gdy M ma luksus skupienia się na sobie, ignorując nieco problemy zawodowe męża. To dla jednych jest sufitem, dla innych podłogą. Początkowa fascynacja zamienia się w nieporozumienie i gorzkie rozstanie.
Paradoksalnie, trafnie sytuację milenialsów punktuje komedia „The Office PL”, która na przestrzeni pięciu sezonów pokazała różnych bohaterów w ich życiowej stagnacji. Dla niektórych udręką jest nudna praca, a nadzieją marzenia o karierze rapera bez żadnych dyspozycji ku temu (księgowy Sebastian), dla Michała obezwładniająca samotność, którą maskuje uciążliwym poczuciem humoru, a dla Asi życiowa rutyna. Bohaterowie próbują sobie radzić z problemami, każdy na swój sposób, inni uciekają w świat fantazji, a reszta twardo stąpa po ziemi. Wszyscy się z czymś mierzą, daleko im do satysfakcji życiowej i