1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Oswoić karaluchy – Katarzyna Kultys o wychowywaniu, które nie tłamsi dziecka i swoim debiutanckim dokumencie „Dom mrówek”

Oswoić karaluchy – Katarzyna Kultys o wychowywaniu, które nie tłamsi dziecka i swoim debiutanckim dokumencie „Dom mrówek”

Katarzyna Kultys (Fot. materiały prasowe)
Katarzyna Kultys (Fot. materiały prasowe)

Odsłuchaj artykuł

Ida Marszałek - Oswoić karaluchy – Katarzyna Kultys o wychowywaniu, które nie tłamsi dziecka i swoim debiutanckim dokumencie „Dom mrówek”

00:00
15s
0,5 x
15s
„Empatia jest moim zdaniem najważniejszą rzeczą, którą powinno się przekazać swoim dzieciom. To, że mój krnąbrny nastolatek praktykował ją na tych stworzeniach, pomagało mi oswoić własny lęk” – mówi nam Katarzyna Kultys, reżyserka filmu dokumentalnego „Dom mrówek”, który na 66. Krakowskim Festiwalu Filmowym zdobył nagrodę im. Macieja Szumowskiego za szczególną wrażliwość na sprawy społeczne. Za kamerę chwyciła instynktownie, by zachować w kadrze swojego syna, Oskara, opiekującego się nietypowymi pupilami: całym rojem owadów. Proces filmowy był jej sposobem na zbadanie granic bezwarunkowej miłości i rodzicielstwa opartego na dialogu.

Ida Marszałek: Insektów przeważnie się pozbywamy. W twoim przypadku sytuacja była dokładnie odwrotna. Do twojego domu owady były sprowadzane i to w przerażających ilościach. Jak doszło do tej sytuacji?

Katarzyna Kultys: Zaczęło się niewinnie, od roślin. Oskar ciągał mnie na te wszystkie giełdy, Bronisze znałam na pamięć. W domu mieliśmy pełno kwiatów. Potem jak kupiłam działkę ROD, sadził tam różne warzywa, zioła i chciał je potem sprzedawać na bazarze. Najpierw byłam zachwycona. Trwała pandemia, a Oskar zamiast siedzieć przy kompie, tak jak większość jego rówieśników, wychodził na zewnątrz i każdą wolną chwilę spędzał obserwując przyrodę. Chodziliśmy na spacery, na pobliskie forty i stamtąd właśnie przytargał do domu pierwszy słoik mrówek. Dużo czytał, zdobywał wiedzę – to mi imponowało. No ale później pojawił się następny słoik i następny i sama już nie wiedziałam kiedy, do domu hurtowo ściągały mączniki i karaluchy. Zaczęło mnie to przerażać.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Struna była i tak mocno przeciągnięta i w pewnym momencie pękła, kiedy odkryłaś, że w twoim domu żyje sobie wąż.

Miałam nadzieję, że ten wąż to już jest granica, której mój syn nie przekroczy. Tym bardziej, że za wężem idzie cała karmówka, czyli zamawianie szczurów, myszy, ptaków. Tego nie ma w filmie, ale później były takie sytuacje, że otwieram lodówkę, chcę wyciągnąć kotlety, które miałam przygotowane, a tam leżą zamrożone szczury na obiad dla węża.

Scena jak z horroru.

Nie ma nic trudniejszego niż wychowywania dziecka. Zwłaszcza, gdy robi się to samotnie. Dwie osoby na jedną zawsze są ułatwieniem w negocjacjach. Ale samemu spojrzeć w oczy dziecka, które mówi, że te owady to druga połowa jego serca – jak wtedy odmówić? Nie ma nikogo, na kogo możesz przerzucić odpowiedzialność. Każda decyzja wraca do ciebie. Każdy błąd też.

Oskar jest wyjątkowo dobrym negocjatorem.

Bardzo dobrze wiedział, jak do mnie dotrzeć. Dzieci mają niezwykłą zdolność czytania swoich rodziców.

Ze względu na syna codziennie zmagałaś się ze strachem i obrzydzeniem. Jednym z głównych tematów „Domu mrówek” jest to, gdzie przebiega granica między bezwarunkową miłością, a zatraceniem się w rodzicielstwie.

To jest istota nie tylko tego, co dzieje się na ekranie, ale również tego, co działo się we mnie. Tak naprawdę ten film nigdy nie był o mrówkach. To film o miłości, granicach i o tym, jak trudno pozwolić dziecku stać się sobą. Pytanie wracało do mnie wielokrotnie i powraca do tej pory. Z dziećmi jest tak, że cały czas trzeba chodzić na kompromisy. Wychowywanie to ciągłe znaczenie swojego terytorium, szamotanina między potrzebami dziecka i własnymi. Dlatego właśnie nasz konflikt w filmie jest tak naturalny.

Czy kamera miała pomóc ci odpowiedzieć na to pytanie?

Chwytałam za nią instynktownie, w różnych momentach, zachwytu, ale i desperacji. To był dla mnie bardzo trudny proces. Z jednej strony była próba zrozumienia pasji mojego syna, a z drugiej obserwacja własnych emocji. Jak tu poradzić sobie z dzieckiem, jak negocjować, skoro ono nie rozumie moich obaw i racji i co gorsza, nie chce ich zrozumieć? Chyba to mnie najbardziej bolało, że Oskar miał przed oczami swój cel, a mnie czasami w ogóle nie dostrzegał. Miałam też świadomość, że jeśli on będzie sugerował się tym, co ja czuję, nie zrealizuje swoich celów. Kiedy za bardzo myślimy o innych, siebie odstawiamy na drugi plan.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Ta zasada działa w dwie strony. Wychowywanie z poszanowaniem podmiotowości dziecka to nowość, w której wciąż próbujemy się odnaleźć.

Jeszcze nie tak dawno, gdy dziecko się stawiało, to normą w niektórych domach było użycie przemocy psychicznej albo fizycznej, żeby je złamać, pokazać, że moje jest na wierzchu. Ja mam silny charakter, ale nigdy nie chciałam Oskara zdominować. Nie chciałam też go zagłaskać, ani stłamsić. Nie chciałam, żeby był maminsynkiem. Tym bardziej, że wychowywałam go praktycznie bez pomocy ojca, był dla mnie całym światem. Jak widziałam, że się stawia i walczy o siebie, to myślałam sobie: „kurde, to dobrze, nie?”.

Przypomina mi się scena, w której Oskar odpakowuje przesyłkę ze skorpionem i widząc twój sprzeciw mówi: mamo zobacz na pozytywy!

No i patrzyłam na pozytywy. Mój syn ma pasję, ma swój określony rytm, uczy się odpowiedzialności, opiekuje się kimś, wie, że istoty żywe potrzebują jedzenia, ciepła, wody. Empatia jest moim zdaniem najważniejszą rzeczą, którą powinno się przekazać swoim dzieciom. To, że mój krnąbrny nastolatek praktykował ją na tych stworzeniach, pomagało mi oswoić własny lęk.

Pomagało ci chyba także empatyzowanie z robakami. Sama sięgasz po książki i zaczynasz zdobywać wiedzę o niechcianych lokatorach. Przejmujesz się, że królowa mrówek nic innego nie robi, tylko rodzi dzieci, a męskie osobniki umierają, gdy tylko spłodzą potomstwo. Twoje podejście jest emocjonalnie, podczas gdy twój syn podchodzi do tego ściśle naukowo.

Interesuje mnie świat duchowy, mam w sobie takie przekonanie, że jesteśmy wszyscy ze sobą połączeni, że wszystko co żyje, to odczuwa. Natomiast Oskar jest pragmatyczny. Ale uważam, że to wartościowe, że się tak uzupełniamy. Często jestem zbyt wrażliwa i egzaltowana, on jest odrobinę zbyt racjonalny. W ten sposób możemy się od siebie uczyć.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Jednocześnie piękne jest to, że twój syn nie widzi różnicy między zwierzętami powszechnie uznawanymi za pupile, a tymi, które są uważane za odrażające. Macie kota, psa, mrówki, karaczany i wszystkie traktuje z równą troską. Kiedy Oskar wyjeżdża na obóz, ty też zaczynasz dbać o te owady jak o swoje.

To jest jak z tym memem: „stary z kotem”. Jak zaczynasz karmić te robaki, przyglądasz się im uważniej, nagle dostrzegasz, że nie są wcale takie straszne. Pewnego dnia mrówki grzybiarki uciekły z pudełka i zauważyłam, że wydają takie ciche dźwięki, jakby się nawoływały. Kiedy jednej mrówce się coś działo, pozostałe leciały i próbowały ją ratować. Przez przypadek przytrzasnęłam jedną z nich i zobaczyłam to dopiero na filmie. Ta scena jest dla mnie bardzo traumatyczna. Gdy na nią patrzę, wszystko mnie boli.

Kiedy idziemy po chodniku też nie zwracamy uwagi na to, co depczemy po drodze. Człowiek wchodząc w interakcję z naturą bardzo często ją niszczy.

Moja mama pochodzi z gospodarstwa rolnego, tam zwierzęta się zabijało i jadło, więc jej podejście zawsze było bardziej rzeczowe, ale mój tata nigdy nie pozwolił zabić choćby żadnego pająka. Jego wrażliwość na zwierzęta bardzo do mnie przemawiała. Oskar synchronizuje w sobie te dwa podejścia.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Twoja mama nie pojawia się na ekranie, ale jest bardzo ważną postacią „Domu mrówek”. Głosem starszego pokolenia, które za jej sprawą też wybrzmiewa w twoim filmie. Oskar karmi swoje owady, ty karmisz Oskara, a ona ciągle martwi się o to, czy oboje jesteście nakarmieni.

W poprzednim pokoleniu karmienie było tak naprawdę największym okazaniem miłości. Nasi rodzice nie potrafili mówić o emocjach, ale potrafili pilnować czy zjedliśmy. Przez to ja też mam zakodowane, że w domu najważniejsze jest właśnie, żeby było jedzenie i porządek. Ciężko jest odpuścić ten rygor, przestać stawiać mocne granice, które samemu ma się wpojone. Jednocześnie wiedziałam, że chcę dołożyć do tego coś od siebie – rozmowę o emocjach. Chciałam, żeby Oskar nie musiał domyślać się, co czuję i żeby miał przestrzeń do mówienia o swoich uczuciach, nawet jeśli były trudne czy niewygodne. Myślę, że „Dom mrówek” jest również opowieścią o takim spotkaniu dwóch sposobów okazywania miłości. Z jednej strony jest to miłość wyrażana poprzez opiekę, nakarmienie i dbanie o codzienność, którą odziedziczyłam po moich rodzicach. Z drugiej próbę nazywania emocji wprost: lęków, złości, bezradności i miłości. To właśnie ten element chciałam wnieść do naszej rodzinnej historii i przekazać dalej.

Odpuściłaś synowi, a czy sobie samej także?

Kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że jem tylko dlatego, żeby zadowolić moją mamę, że jadłam nawet, jak nie byłam głodna, nagle straciłam 10 kilogramów. Cały ten kilkuletni projekt filmowy był dla mnie lekcją odpuszczania. Wywodzę się ze świata mody, gdzie wszystko musi wyglądać idealnie, musi być wystylizowane i dopięte na ostatni guzik. A tutaj nagle jestem na ekranie, niewymalowana, w rozciągniętej koszuli. W domu jest bałagan, kręciliśmy w trakcie remontu. To są ujęcia, które były już w koszu i myślałam, że nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Gdy Oskar miał 6 lat porzuciłaś stanowisko naczelnej FASHION Magazine. I w twoich rozmowach z mamą wybrzmiewa przekonanie, które zdaje się także wyniosłaś z domu, że trzeba się w stu procentach poświęcić dla swojego dziecka.

Teraz już wiem, że całkowite poświęcanie się nie jest dobre dla nikogo. Jako rodzice często mamy w sobie takie pozorne przekonanie, że rezygnacja z siebie działa na korzyść dziecka. W rzeczywistości jest na odwrót. Zaczynamy być zgorzkniali, sfrustrowani, znika nasza radość. Dziecko czuje tę frustrację, bierze winę na siebie. A tak naprawdę potrzebuje radosnego rodzica, spełnionego. Chodzi o ten rodzaj prawdziwej, dobrej, zdrowej obecności.

Podczas tej sceny, gdy rozmawiam z mamą przez telefon, na balkonie, wtedy zdałam sobie sprawę, że ja nie chcę tak żyć, nie chcę być matką-męczennicą, która powiela jakieś przekonania, bo tak była nauczona. Bo takie jest przekonanie w naszym katolickim wychowaniu, że co by się nie działo, trzeba utrzymać status quo. Małżeństwo moich rodziców nie było udane, byli całkowicie różnymi ludźmi, z różnych światów. Moja mama twierdzi, że była z tatą tak długo ze względu na mnie i mojego brata, a my wolelibyśmy, żeby ich rozstanie nastąpiło wcześniej. Miałabym dwa domy i w tych dwóch domach zadowolonego tatę i zadowoloną mamę, a nie jedną przestrzeń pełną kłótni.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Ty przerywasz ten cykl.

Właściwie to przerwali go moi rodzice. U nas w rodzinie nigdy nie było rozwodów, więc gdy mama oznajmiła mi, że bierze rozwód z tatą, to było to źle postrzegane. Ale potem mnie samej łatwiej było podjąć taką decyzję. Kiedy Oskar miał cztery lata, zobaczyłam, że z mężem mamy inne wartości w życiu, inne potrzeby i że lepiej będzie po prostu się rozstać.

Kolejną rzeczą, którą praktykowało pokolenie naszych rodziców było zakopywanie pod dywan. Ty i Oskar często się ze sobą nie zgadzacie, ale mimo wszystko między wami ciągle jest dialog. Ty pomagasz jemu, a on pomaga tobie, gdy przychodzi twój czas, by zawalczyć o siebie.

Świat filmu od zawsze był dla mnie magiczny. Kiedy byłam dzieckiem, moim marzeniem była szkoła filmowa, ale mama wybiła mi to z głowy. Tłumaczyła, że to nieracjonalne i mnie przekonała, więc to porzuciłam. Ale nie tak zupełnie. Wciąż chodziłam do kina, oglądałam stare fabuły i dokumenty w Iluzjonie, czy Muranowie. Zabierałam na nie Oskara, dopóki nie wyraził sprzeciwu. Kiedy po 11 latach pracy na pełnych obrotach odeszłam z rynku wydawniczego, temat szkoły filmowej zaczął do mnie wracać. Miałam w sobie takiego auto-sabotażystę, ale zdałam do Szkoły Wajdy i zaczęłam filmować Oskara, między innymi przy mrówkach.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Swój film nagrywałąś głównie telefonem, w przypływach chwili. Czy twój syn w ogóle zdawał sobie sprawę, że wyjdzie z tego coś, co pewnego dnia będzie można zobaczyć w kinie?

Nie, sama też nie mogę w to uwierzyć. Początkowo to były filmy w ramach zaliczenia, trochę na pamiątkę. Ale później dostałam się na DOC DEVELOPMENT, rozwijany w fundacji filmowej im. Władysława Ślesickiego, nawiązałam współpracę z producentem Adamem Ślesickim, który uwierzył w ten projekt, przeszliśmy przez komisję PISFU-u, jedną, drugą, wszedł w to CANAL+ i zaczęło się robić bardzo poważnie. Pomyślałam sobie: „Jezus Maria, to się dzieje naprawdę. Chyba serio trzeba będzie zrobić ten film”. Dopadły mnie te wszystkie emocje, a w domu były te wszystkie robaki. To był kołowrotek.

Twoja pasja eskaluje, podobnie jak pasja Oskara. Czy uwolnisz się kiedyś od robaków?

Syn ukończył technikum weterynaryjne, aktualnie zamówił drukarkę 3D, sam tworzy gniazda dla swoich mrówek i jest bez reszty pochłonięty tym projektem. Na szczęście dla równowagi zaczął też jeździć z kumplami na ryby, jego dziewczyna je obrabia. Ostatnio wchodzę do łazienki, a ona tam stoi z wielkim szczupakiem i nożem. Rodzina Addamsów normalnie. Mówię: „chłopie, gdzieś ty taką dziewczynę w ogóle znalazł!”. Ale to jest urocze. Trafił swój na swego.

Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Dom mrówek” (Fot. materiały prasowe)

Czy z perspektywy czasu i tych wszystkich dni spędzonych wśród owadów, uważasz, że rodzice powinni interesować się tym, co pasjonuje ich dzieci?

Dla dziecka to bardzo ważne, żeby okazywać niekłamane zainteresowanie jego pasjami, bo wtedy ono czuje, że jesteśmy blisko. Czuje, jak wiele dla nas znaczy. W dokumencie Oskar rzuca takie zdanie: „mamo, ty mnie nie akceptujesz”. I są to słowa, po których mnie zmroziło. Zdałam sobie sprawę jak bardzo w głowie dziecka to jest połączone. Że pasja jest przedłużeniem jego osoby i walka z tym to po części wypieranie również jego.

Mam nadzieję, że Oskar dostrzegł, jak bardzo mógł na ciebie liczyć.

Miałam niedawno urodziny, świętowaliśmy w bliskim gronie i on mi powiedział, że podobno dzieci wybierają sobie swoich rodziców. I jakby miał to zrobić jeszcze raz, to by wybrał dokładnie taką mamę. To mnie rozłożyło na łopatki i wynagrodziło wszystkie gady ukryte po szafach. Wtedy pomyślałam, że może właśnie na tym polega rodzicielstwo. Nie na tym, żeby wszystko zrobić idealnie, ale żeby być obok wystarczająco długo, by usłyszeć takie słowa.


Katarzyna Kultys, reżyserka, scenarzystka i wykładowczyni akademicka. Absolwentka programów DOK PRO i Studio Prób w Wajda School oraz Doc Development w Fundacji Filmowej im. Władysława Ślesickiego. Ukończyła kulturoznawstwo na SWPS, marketing i zarządzanie na GWSH, a także coaching i psychoterapię Gestalt. Założycielka Fashion Magazine oraz inicjatorka konkursu Oskary Fashion dla projektantów, fotografów i modelek. Laureatka stypendium Ministra Kultury za krótkometrażowy dokument „Wiesia” oraz nagrody Golden Tree za projekt filmu dokumentalnego „Imperium” (obecnie „Mrowisko”).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE