Małgorzata Major - Polskie seriale non-fiction. Co mówią o nas?
00:00
Była już historia o wielkiej wodzie, katastrofie Heweliusza, sekcie Niebo, a niedawno poznaliśmy losy lekarki, która wykryła u dzieci z Szopienic ołowicę. Polskie seriale zaczęły opowiadać naszą codzienność sprzed kilku dekad. Co ciekawe, to najlepsze produkcje, jakie powstały w ostatnich latach na rodzimym rynku. Czyżby stały się zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu?
Gdy ponad dekadę temu akademicy i publicyści pochylali się nad fenomenem złotej ery telewizji i analizowali sukces seriali Davida Simona („Prawo ulicy”) i Davida Chase’a („Rodzina Soprano”), chętnie przywoływali cytat pochodzący z powieści „Czerwone i czarne” Stendhala. „Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu”, a seriale z półki quality tv miały być naszym współczesnym zwierciadłem. Minęło kilka dobrych lat zanim w Polsce pojawił się streaming i tytuły, o których możemy z dumą mówić, że dogoniły słynne zachodnie standardy i że „mamy w domu własne seriale premium”.
Wszystko zaczęło się od „Watahy” HBO, a gdy w Polsce zadebiutował Netflix (właśnie mija dekada od startu platformy w naszym kraju) i zaczął produkować lokalne seriale, okazało się, że nie mamy się czego wstydzić. W ostatnim czasie popularność zyskały produkcje inspirowane prawdziwymi wydarzeniami i pomysł ten opatentował (albo przynajmniej pierwszy dostrzegł w tym żyłę złota) wspominany już Netflix. To „Wielka woda” inspirowana powodzią z 1997 roku zapoczątkowała wysyp seriali fabularnych opartych na prawdziwych wydarzeniach.
Non-fiction nie jest wynalezieniem koła na nowo, ale to kierunek, który w Polsce zyskał dużą aprobatę widowni. W listopadzie ubiegłego roku „Heweliusz” rozhulał ogromną dyskusję na temat katastrofy z 1993. Serial w reżyserii Jana Holoubka ze scenariuszem Kaspra Bajona nie tylko okazał się oglądalnościowym hitem Netfliksa, ale zyskał duże uznanie wśród widzów. Historia promu Heweliusz, który ruszył w ostatni rejs ze Świnoujścia do Ystad 13 stycznia 1993 roku i zatonął nad ranem 14 stycznia, to w dużej mierze opowieść o Polsce tamtego czasu. O nadziejach, lękach i kompleksach.
„Heweliusz” z pozoru opowiada o wydarzeniach sprzed ponad trzydziestu lat. Zostajemy wrzuceni na głęboką wodę (dosłownie i w przenośni) już w pierwszym odcinku. Wszystko co wydarzyło się na promie płynącym do Ystad, pokazuje szereg błędów popełnionych na różnych szczeblach planowania i organizacji pracy. Przez lata eksperci, podobnie jak teraz twórcy serialu, zastanawiali się nad tą jedną przyczyną katastrofy, ale widzieli długi ciąg zdarzeń, które miały na nią wpływ. Kropla drąży skałę. Każde małe ustępstwo, odłożenie czegoś na później, odpuszczenie tematu sprawiło, że feralnej nocy w 1993 roku, prom zatonął. Oglądając serial Holoubka, chcąc nie chcąc, mamy skojarzenia z inną katastrofą, która miała miejsce kilkanaście lat później. Twórcy nie wskazują oskarżycielsko naszej mentalności, sposobu myślenia o obowiązkach i pracy jako głównego problemu, ale z tyłu głowy pojawia się pytanie, o pewien wzór działania i nasz zbiorowy „jakośtobędzizm”. Nie raz i nie dwa zaprowadził nas na manowce.
(Fot. materiały prasowe)
Sam „Heweliusz” zarówno jako dzieło filmowe oraz esej na temat przeszłości radzi sobie doskonale w ukazywaniu psychologii tłumu. Gdy oglądamy sceny katastrofy i widzimy jak pasażerowie oraz obsługa reagują na sygnał mayday, w gruncie rzeczy obserwujemy jak sami zachowujemy się w sytuacjach ekstremalnych, w tłumie. Nie musi to być katastrofa morska, albo lotnicza. Wystarczy zasłabnięcie kogoś na przystanku autobusowym. Analizowanie kto ma wezwać pomoc, kto rozpocząć resuscytację, a kto poszukać defibrylatora trwa tak długo, aż ktoś zdecyduje przejąć „dowodzenie” nad tą konkretną sytuacją. Ten sam rodzaj paraliżu obserwujemy wśród pasażerów promu mających nadzieję, że obsługa wie co robić i ocali ich z katastrofy. Gdy narasta poczucie beznadziei, nikt już nie panuje nad niczym, a protokoły zostały porzucone, zbiorowa nadzieja umiera i każdy podejmuje własną decyzję. Ktoś zostaje w kajucie na pewną śmierć byle tylko mieć chwilę czasu w samotności, kapitan zostaje na mostku zgodnie ze swoim poczuciem obowiązku, inni próbują ratować się „za wszelką cenę”.
Dramat ocalałego z katastrofy przeżywa Witold Skrimuntt (w tej roli wspaniały Konrad Eleryk). Oficer promu podskórnie czuje odpowiedzialność za to, co stało się na mostku tuż przed przechyleniem się lewej burty. W momencie gdy statek tonął, bohater walczył o życie, o przetrwanie; motywował kolegę i zapewniał, że wyjdą z tego razem. Gdy jednak rzeczywistość po katastrofie zaczyna go doganiać, dziennikarze zadają pytania, a politycy w gabinetach budują oficjalną narrację, Skrimuntt rozumie, że jego przeżycie nie ma znaczenia. Poczucie winy dopada go z dnia na dzień coraz dotkliwiej. Zaczyna dostrzegać, że ocalenie nie oznacza wolności. Nie wrócił do tego samego życia, które zostawiał przed katastrofą. Wrócił do posiedzeń komisji, raportów, analiz, rozliczeń z zatopionej aquaty i butów.
Z kolei rodziny ofiar, jak żona kierowcy, czy żona kapitana Ułasiewicza, znajdują się w innym kręgu piekielnym niż Skrimuntt. Poza traumą związaną z utratą męża, każda z kobiet ma własne problemy finansowe, wychowawcze, zawodowe. Aneta Kaczkowska (Justyna Wasilewska) zmaga się z długami po śmierci męża, dopiero teraz dowiaduje się, że prowadził działalność gospodarczą, a nie był – jak sądziła – zatrudniony w ramach umowy o pracę. Aneta uświadamia sobie, że ma na utrzymaniu syna, a za chwilę urodzi córkę. Dziecko, za które będzie odpowiedzialna bez wsparcia męża. Nie może podjąć pracy, musi wyprzedawać cenne sprzęty z mieszkania, żeby zrobić bieżące zakupy. To dla niej walka o przetrwanie, nie ma więc zasobów aby walczyć o sprawiedliwość dla męża. Inne możliwości posiada Jolanta Ułasiewicz (Magdalena Różczka), dla której dobre imię męża staje się priorytetem. Ma wsparcie rodziny i pomoc finansową od firmy zatrudniającej kapitana Ułasiewicza. Dwie perspektywy na życie wdów pokazują współczesne problemy społeczne. Umowy „śmieciowe” to pułapka gdy dochodzi do wypadku, albo nagłej choroby. Kaczkowska doświadcza problemów współczesnego prekariatu. Ułasiewicz posiada przywilej finansowy i społeczny w walce o pamięć po mężu, który nie może bronić się przed zarzutami komisji eksperckiej szukającej kozła ofiarnego.
Łącznikiem obydwu światów – morskiego i lądowego - jest kapitan Piotr Binter (świetny Michał Żurawski). Jako zmiennik Ułasiewicza zna warunki w jakich płynęła obsługa Heweliusza, a po zatonięciu promu stara się pomóc ocalałym i zrozumieć, co stało się na mostku tuż przed katastrofą. Jego nieugięta postawa i dążenie do poznania prawdy sprawia, że staje się kolejną ofiarą Heweliusza. Bohater toczy klasyczną wojnę jednostki z systemem. Nie może wygrać, mimo że bardzo się stara.
Serial HBO „Niebo. Rok w piekle” inaczej niż „Heweliusz”, nie skupia się na dokumentach, raportach policyjnych i twardych danych instytucjonalnych, ale polega na głosie jednego człowieka, który przeżył lata w sekcie Bogdana Kacmajora. Mężczyzna, znany jako Sebastian Keller (takie imię i nazwisko przyjął na potrzeby kontaktu z mediami) spotykał się ze scenarzystą serialu Jakubem Korolczukiem, aby opowiedzieć, jak wyglądało jego życie w sekcie. Keller napisał również książkę „Niebo. Pięć lat w sekcie”. Serial skupia się na przemianie duchowej Kellera, potrzebie wiary i wspólnoty, która doprowadziła go do zboru Kacmajora. W produkcji HBO guru sekty nosi nazwisko Piotra Wójcika (w tę rolę wcielił się Tomasz Kot).
Podczas rozmowy z Jakubem Korolczukiem dowiedziałam się, że zamiarem scenarzysty i producenta Marka Kłosowicza, było: „Oddanie klimatu tych paru lat w sekcie. Klimat, który będzie spotkaniem rzeczywistości racjonalnej z rzeczywistością ponadnaturalną, wiarą że może się wydarzyć coś, czego nie doświadczają „zwykli” ludzie w normalnych warunkach. Sebastian i w książce, i w serialu, wierzy że ręce Piotra leczą, że można przywrócić do życia osobę, która umarła”. To ważne, że scenarzysta chciał spojrzeć na historię sekty oczami jej członka i odtworzyć zarówno jego racjonalne osądy, jak i sferę emocji. Jak mówił Korolczuk: „Rodzina Kacmajora się rozpadła, dzieci wręcz od niego uciekły, a on sam wyjechał do Wielkiej Brytanii. To jest jednak obiektywna rzeczywistość samego Kacmajora, a dla mnie bardziej interesujące było to, jak subiektywnie widział ją Sebastian. A w głowie Sebastiana – Kacmajor jest do dzisiaj. Nieważne więc, czy umarł w rzeczywistości, czy żyje, bo dla Sebastiana nadal, w pewnym sensie, istnieje”.
(Fot. materiały prasowe)
Serial HBO pokazuje nam, podobnie jak „Heweliusz”, rzeczywistość lat 90. z całym jej anturażem. Widzimy polonezy i małe fiaty, blokowiska, małe osiedlowe sklepy, modę na dżinsowe komplety i studentów szukających jakiegoś większego celu niż tylko praca na etacie. Pragnienie znalezienia sensu wpędza samotnych młodych ludzi do sekt. A lata 90. obfitowały w liczne zbory, zgromadzenia, które przygarniały ludzi zagubionych w raczkującym kapitalizmie. W „Heweliuszu” widzimy, że zachłanny kapitalizm pogrąża jednostki byle tylko ocalał biznes i zarząd nie stracił pracy. W opowieści o sekcie Niebo jest inaczej. Nastolatkowie i młodzi dorośli nie radzą sobie w nowej rzeczywistości, a rodzice nie rozumieją ich dylematów i strachu przed przyszłością, ponieważ sami walczą o przetrwanie. W pracy, na zasiłku, albo modląc się o wejście w wiek emerytalny.
Oglądamy młodych, zagubionych i samotnych ludzi, którzy szukają bratniej duszy, porozumienia, wspólnoty. Tak bardzo spragnieni towarzystwa, przyjaźni i życzliwości są bezbronni i łatwo wpadają w sidła człowieka zdolnego do manipulacji, obiecującego święty spokój i bezinteresowne wsparcie. Dla guru Piotra i dla samego Kacmajora najważniejsza była władza i manipulacja ludźmi. Tak dalece indoktrynował młodych dorosłych, aż decydowali się oddawać mu swoje mieszkania, oszczędności, zdrowie, a nawet życie. Bezwzględne posłuszeństwo jawiło się im jako droga do nirwany.
W serialu widzimy jak Sebastian odrzuca matkę i ucieka przed jej presją, aby studiował, osiągał sukcesy, robił karierę. Wszystko według planu i określonego harmonogramu. Wpada w ramiona Piotra, który wybiera mu żonę, nakazuje spłodzić dziecko, a później wyrzec się rodziny. Obserwujemy rozkład rodzin, od których do sekty uciekły dorosłe dzieci (przykład Anety i Sebastiana granych przez Zofię Jastrzębską i Stanisława Linowskiego), ale i rozkład rodzin w obrębie sekty. Mężowie zwracają się przeciwko żonom, wybierając lojalność wobec guru.
Proces wyjścia z sekty jest bolesny i trudny. Korolczuk mówi o tym, jak Sebastian Keller poradził sobie z tym traumatycznym doświadczeniem: „Każda historia jest inna. Wszystko zależy od głębokości wejścia w sektę. Sebastian jest osobą, która trafiła do sekty w młodym wieku i mocno zaangażowała się w jej działalność. W sekcie była również jego żona oraz dziecko, a także figura ojca zastępczego, którą stanowił guru. Serialowy Sebastian odnajduje się w tym świecie, jest tam szczęśliwy. Prawdziwy Sebastian Keller mówił, że naprawdę był tam szczęśliwy i były momenty, gdy gotowy był robić bardzo złe rzeczy byle tylko tam zostać. Gdy z nim rozmawiałem, wyraźnie słyszałem, że ten temat nadal w nim mocno tkwi. W serialu bohater nie wyszedł całkowicie z sekty, nawet po opuszczeniu domu guru. To nadal jest dla niego potężne obciążenie”.
Nasze obecne lata 20., podobnie jak osławione „najntisy” są okresem zwrotu ku duchowości, tajemnicy, afirmacjom, tarotowi, sile planet. W obliczu rozwoju AI, desperacko pragniemy bliskości. Ciągłe wpatrywanie się w ekrany oddziela nas od fizycznego kontaktu z drugim człowiekiem i wzbudza te same lęki, które towarzyszyły nastolatkom, których pełnoletniość przypadła na okres wchodzenia w kapitalizm. Bezbronni i przewrażliwieni radzimy się ChataGPT, pytając go „jak żyć”.
Kolejnym rozdziałem podróży do przeszłości jest serial „Ołowiane dzieci” w reżyserii Macieja Pieprzycy. Scenariusz, podobnie jak w przypadku „Nieba”, napisał Jakub Korolczuk. Inspiracją dla niego była książka Michała Jędryki pt. „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”. Warto w tym miejscu dodać, że każdy z omawianych seriali w jakimś stopniu opiera się na literackim pierwowzorze. W przypadku „Heweliusza” są to reportaże i wspomnienia ocalałych, a gdy mowa o „Niebie” - zapiski Kellera zebrane w książce „Niebo. Pięć lat w sekcie” stanowiły kamień milowy w pracy nad scenariuszem.
Jędryka jest jednym z „ołowianych dzieci”, które z powodu zamieszkiwania w Katowicach blisko huty Szopienice, miały we krwi wielokrotnie podwyższony poziom ołowiu dlatego jego relacja jest tak cenna dla twórców serialu. Scenariusz skupia się na losach doktor Jolanty Wadowskiej-Król (fenomenalna Joanna Kulig), lekarki z przychodni rejonowej w Szopienicach. Wadowska-Król latem 1974 zauważa, że wiele dzieci z rejonu choruje, ma niższą masą niż prawidłowa, ciągle zmaga się z anemią. Badając temat we współpracy z profesor Berger (Agata Kulesza), odkrywa ołowicę wśród małoletnich pacjentów, czyli coś na co zwykle chorowali pracownicy huty, a nie ich potomkowie. W produkcji Netfliksa obserwujemy, jak lekarka walczy z systemem czyli hutą i władzami wojewódzkimi, które najchętniej temat zamiotłyby pod dywan. Walczy też ze sceptycyzmem rodziców i opiekunów dzieci.
(Fot. materiały prasowe)
Serial wzbudził wiele emocji po emisji, ponieważ w mediach głos zabrali członkowie rodzin pacjentów, lekarzy, samej Wadowskiej-Król oraz profesor Bożeny Hager-Małeckiej stanowiącej inspirację dla doktor Berger. Niektórzy wzruszyli się wspominając tamte czasy, inni oburzyli, a jeszcze inni dementowali fikcję serialową. Z tym wiąże się ciekawa kwestia. Seriale non-fiction Netfliksa (zarówno „Heweliusz”, jak „Ołowiane dzieci” i „Projekt UFO”, czy „Wielka woda”) w dużym stopniu posługują się fikcyjnymi nazwiskami, łączą kilka realnych osób w jedno, modyfikują wątki na potrzeby udramatyzowania akcji. W „Heweliuszu” tylko nazwisko kapitana Ułasiewicza i jego rodziny jest prawdziwe, pozostałe są zmyślone choć w dużym stopniu zainspirowane realnie żyjącymi osobami i ich biografią. W przypadku „Ołowianych dzieci” prawdziwe jest nazwisko Wadowskiej-Król, a także dygnitarzy jak Jerzy Ziętek i Zdzisław Grudzień. Nazwisko Hager-Małeckiej zostało zmienione, podobnie jak jej biografia. Rodzina nie może się z tym pogodzić i zapowiedziała pozew sądowy wobec Netfliksa. Będzie to pierwszy tego typu przypadek w Polsce jeśli mowa o działalności Netfliksa.
Historia leczenia „ołowianych dzieci” wzbudziła dyskusję także z tego względu, że nie wszystkim mieszkańcom Śląska spodobało się to, jak zostali sportretowani. Część widzów uznała, że Ślązacy ukazani zostali jako społeczność zacofana, zabobonna, nieskora do kompromisu. Co ciekawe, w obsadzie aktorskiej przeważają aktorzy ze Śląska znający kulturę i tradycje regionu. Bohaterowie posługują się często językiem śląskim co stanowi ukłon w stronę Ślązaków walczących o to, aby śląski został uznany za język, a nie gwarę.
„Ołowiane dzieci” przywróciły pamięć trudnej historii Szopienic, o której reszta Polski miała mgliste wyobrażenie. Dzięki produkcji giganta streamingu ta lokalna historia zyskała rozpoznawalność nie tylko w Polsce, ale i poza nią. Podobnie było w przypadku „Heweliusza”, który dzięki monumentalnym scenom katastroficznym stał się popularny w wielu krajach Europy i obu Ameryk. Nagle nasze małe, kameralne opowieści, a wraz z nimi traumy międzygeneracyjne, zyskały widoczność.
Dla osób, które przeżyły katastrofę promu, życie w sekcie Kacmajora, albo ołowicę było to osobiste rozliczenie z przeszłością. Ludzie chcą rozmawiać o tym, co ich boli. Wskazuje na to frekwencja spotkań z Romanem Czejarkiem, dziennikarzem i twórcą popularnego podcastu „Heweliusz. Prawdziwa historia”. Spotkania wokół książki Jędryki i promocja serialu „Ołowiane dzieci” również gromadziła tłumy chętnych by wspominać dzieciństwo w Szopienicach. Jeśli seriale reinterpretujące przeszłe doświadczenia Polaków nie są najczystszym zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu naszej codzienności, to nie wiem, co innego mogłoby nim być.