Marta Urbaniak - O psie, który jeździł autem. Jak przygotować się na wakacje z czworonogiem?
00:00
Wakacje z czworonożnym przyjacielem nie muszą być wyzwaniem ponad siły. Jak zorganizować wspólny urlop, by był dla wszystkich bezpieczny i naprawdę przyjemny, a kiedy lepiej zdecydować się na rozłąkę?
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 07/2025.
Moje psy, Lucky i Chałwa, są częścią stada – lubię i chcę spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Zabieram je na weekendy za miastem, pod namiot i na rodzinne imprezy. Spacerujemy po plaży i górach, kąpiemy się w jeziorach, chodzimy na grzyby i pływamy łódką. Innymi słowy – świetnie się bawimy! Podróże nie stanowią problemu, choć czasem wolę zostawić moich przyjaciół pod opieką w Warszawie, bo wiem, że mimo obopólnej tęsknoty wyjdzie im to na dobre.
Nadchodzą wakacje i być może sami zastanawiacie się, co na czas urlopu zrobić z psim domownikiem. Opowiem wam więc, jak to u mnie działa, i być może przekonam, że wakacje z psem wcale nie są trudniejsze, a pobyt w psim hotelu nie musi się wiązać z traumą porzucenia.
Pierwszy był Lucky, czteromiesięczny szczeniak ze śladem po łańcuchu na szyi, którego mój mąż znalazł na leśnej drodze w pewien listopadowy dzień. Odkąd go zobaczyłam, nie miałam wątpliwości, że z nami zostanie. Tak się złożyło, że trzy dni później wybieraliśmy się na dawno zaplanowany weekendowy wypad nad morze z okazji moich urodzin.
W ten sposób mały Lucky z miejsca stał się psem podróżnikiem. Podczas tego pierwszego wyjazdu co noc kładł się spać w torbie podróżnej – byśmy na pewno o nim nie zapomnieli.
Wyjazdy ze słodkim szczeniakiem nie są specjalnie trudne: wszyscy się nim zachwycają i łatwo mu się wybacza wszystkie psoty, nawet podgryzione nogi od łóżka. Zawsze znajdzie się też ktoś gotów się nim zająć, byśmy mogli na przykład w spokoju poszusować kilka godzin na stoku.
Z czasem sytuacja się skomplikowała, bo mały Lakuś wyrósł na charakternego, trzydziestokilowego samca, gotowego bronić nas przed każdym wyobrażonym niebezpieczeństwem, a zwłaszcza innym psem. Zatem zamiast wybierać agroturystykę pod kątem widoków czy urokliwego wystroju, zaczęliśmy sprawdzać, czy gospodarze mają psy i czy przyjmą nas z naszym. Na szczęście popularne wyszukiwarki miejsc noclegowych pozwalają w filtrach odhaczyć miejsca przyjazne zwierzakom.
Świetną praktyką jest spacer zapoznawczy psów przed wejściem na teren, który na przykład praktykuje cudowna warmińska Moniówka. Dzięki temu mogą się one spokojnie obwąchać i ustalić między sobą hierarchię, nikt nie ma potrzeby bronić obejścia, nikt nie jest uważany za intruza, nowy pies po prostu dołącza do sfory. I uwaga ode mnie – naprawdę warto zaufać tutaj zwierzętom. One się dogadają. A jeśli się tak nie dzieje, to zazwyczaj z winy przerażonego opiekuna.
Trzymany krótko na smyczy pies wyczuwa jego stres i napięcie, więc chce bronić ukochanej osoby przed atakiem drugiego psa.
My nauczyliśmy się, że Lucky dużo lepiej radzi sobie w kontaktach towarzyskich, kiedy jest puszczony luźno (tam, gdzie to dozwolone i bezpieczne) albo trzymany na tak zwanej luźnej smyczy, gdy na przykład idziemy przez wieś i zewsząd dobiega szczekanie lokalsów.
Na górskim szlaku Lucky odnajdywał się jak zaprawiony wędrowiec – w jednym z miejsc, gdzie spędziliśmy kilka dni, miał jeszcze siłę, by po długiej wyprawie przez cały wieczór bawić się z suczką gospodarzy. Wybraliśmy słowacką część parku narodowego, bo do polskiej psy nie mogą wchodzić. I tu uwaga: warto zawczasu sprawdzić, które parki udostępniają psiarzom wyznaczone szlaki, przy czym do rezerwatów psy nie wejdą nigdy, zaś w lesie powinny być na smyczy. Świetnie sprawdza się wówczas długa silikonowa linka, która pozwala zwierzęciu swobodnie węszyć, a jednocześnie uniemożliwia pogoń za zwierzyną.
Kolejna sprawa – kaganiec. Niektóre większe hotele wyraźnie ich wymagają, nie wspominając o środkach komunikacji, typu autobusy czy pociągi. Sam wybór kagańca to ważna rzecz. Powinien to być tak zwany kaganiec fizjologiczny – taki, który umożliwia swobodne oddychanie, ziajanie i picie, jest elastyczny i komfortowy, a więc koniecznie w dobrym rozmiarze.
Co jednak zrobić, jeśli pies za każdym razem, gdy próbujesz mu go włożyć, zmienia się w rozjuszonego byka, podskakuje i obija się o meble, byle tylko pozbyć się „narzędzia tortur”? My przez jakiś czas smarowaliśmy kaganiec... pasztetem. Zakładaliśmy go Lucky’emu chwilę i stopniowo wydłużaliśmy czas, wychwalając go przy tym pod niebiosa. Dodatkowo nagradzaliśmy go hojną porcją smaczków. W końcu zadziałało. Jeśli więc czeka was podróż z psem i będzie on musiał nosić kaganiec, warto przygotować się wcześniej.
Kaganiec może się też przydać, jeśli w planach macie odwiedziny miejsc, w których podstawową rozrywką jest grill. Zabraliśmy kiedyś Lucky’ego na kilkudniowy rejs po Mazurach. O ile doskonale radził sobie na łódce, z kokpitu nadzorując całą naszą flotę, o tyle zejścia na ląd bywały problematyczne. No bo jak tu się oprzeć zapachowi karkówki, którą na nadbrzeżny grill właśnie wrzucili sąsiedzi?
Na rejs, ale też na przykład na spływ kajakiem, warto wyposażyć psa w kapok. Tak, istnieją psie kapoki! Wyglądają uroczo, a przede wszystkim zapewniają bezpieczeństwo zwierzakowi, który może spanikować albo wypaść za burtę w najmniej spodziewanym momencie. Kapok pomaga utrzymać psa na powierzchni, ułatwia jego szybkie wyciągnięcie z wody, co opiekunom daje nieoceniony spokój ducha.
Chałwa dołączyła do naszej sfory po pięciu latach. Smukłonoga, miała być odpowiedzią na wyraźne zamiłowanie Lucky’ego do psich modelek, czyli charcic.
Okazała się psicą równie czułą i delikatną, co nieobliczalną. W domu była łagodna i przytulaśna, na spacerach ulegała instynktowi łowczyni. A ponieważ biega z prędkością 60 kilometrów na godzinę, szybko zrozumieliśmy, że bez GPS-a, który pozwala monitorować jej położenie, się nie obejdzie.
Jeśli wasze psy mają tendencję do wypraw na własną łapę, zdecydowanie polecam to rozwiązanie. Przyda się zwłaszcza w wakacje, gdy zwierzak może się spłoszyć w nieznanej okolicy.
Po adopcji Chałwy wybór miejsca na weekendowy wypad znów się u nas zawęził. Kluczowe stało się teraz, czy teren jest ogrodzony, by mogła się swobodnie wybiegać bez ryzyka ucieczki. Zaczęliśmy też zadawać pytania o obecność kotów, które Chałwa uwielbia, tyle że nie zawsze z wzajemnością.
A jak wygląda sama podróż? Mamy to szczęście, że nasze psy nie cierpią na chorobę lokomocyjną. Potrafią za to awanturować się jak dzieci na tylnym siedzeniu samochodu, zwłaszcza gdy jedno z nich rozpycha się i zajmuje większość miejsca. Rozwiązaniem okazało się rozdzielenie psich pasażerów plecakiem. Kolejna rzecz to mata – żeby uniknąć sierści na siedzeniach – i obowiązkowe psie pasy bezpieczeństwa, najlepiej atestowane. Ograniczą wędrówki psa po samochodzie (bardzo niebezpieczne dla kierowcy) i zminimalizują urazy w razie wypadku.
Dobrze pamiętać, że w upalny dzień podróż może być dla psa jeszcze trudniejsza niż dla nas. Na szyby warto więc nakleić specjalne przeciwsłoneczne zasłonki, włączyć klimatyzację, rozłożyć matę chłodzącą. Choć wiele psów, w tym Lucky, uwielbia wystawiać głowę i węszyć przez okno, nie jest to bezpieczne, zwłaszcza przy dużych prędkościach. Z kolei Chałwa łatwo się przewiewa, więc unikamy przeciągów. Podróżując z psami, pamiętamy o regularnych postojach, wodzie i spacerze co kilka godzin. Latem nigdy, ale to przenigdy nie zostawiamy psa w zamkniętym samochodzie, w którym temperatura w ciągu kilku minut może wzrosnąć do poziomu zagrażającego życiu.
Choć uwielbiam podróżowanie z psami i uważam, że to wspaniale wzmacnia naszą więź, są sytuacje, kiedy wolę zostawić je w Warszawie. Nigdy nie zabrałabym ich na festiwal, tam, gdzie głośno i dużo ludzi. Niejednokrotnie widywałam wystraszone zwierzaki biegające pod sceną w poszukiwaniu opiekuna, który zatracił się w spontanicznym tańcu. Daruję im także city break. Hałaśliwe, pełne nowych zapachów miasto jest wystarczająco przebodźcowujące dla mnie, nie będę tego fundować psom. Nie polecę też z nimi w egzotyczne kierunki, bo podróż psa w luku bagażowym samolotu uważam za ostateczność. Czekam na moment, gdy latanie z psem powyżej ośmiu kilo w kabinie stanie się powszechnie dostępne. Na razie to możliwe tylko prywatnym odrzutowcem, owszem, w luksusowych warunkach, ale koszty są niebotyczne.
Marzy mi się za to podróż kamperem przez Europę i wyobrażam sobie, że jadą wtedy z nami psy. Wyrobiłam im więc paszporty, które, uwaga, może wydać tylko weterynarz z odpowiednimi uprawnieniami. A co jeśli będziemy chcieli zwiedzić jakąś atrakcję? Zrobimy to na zmianę – jedna osoba podziwia, druga spaceruje z czworonogami.
Gdy decyzja o wyjeździe bez zwierzaków zostanie podjęta, trzeba poszukać im opieki na miejscu. Wariant idealny to pozostawienie ich z bliską osobą, która wprowadza się do nas i zajmuje psami w ich własnej budzie (tym, którzy mają wątpliwości co do trzymania psów w mieszkaniach, podpowiem: psy traktują je jak dużą budę, zaś podstawą ich dobrostanu jest odpowiednia długość spacerów). Bywają też petsitterzy, którzy oferują taką usługę, jednak nie każdy jest gotów wpuścić obcą osobę do domu. My przez dłuższy czas zostawialiśmy Lucky’ego na koloniach u naszych przyjaciół, których z wzajemnością uwielbia. Kiedy jednak na świecie pojawiła się ich córeczka, musieliśmy znaleźć nowe rozwiązanie.
Etap pierwszy – hotel dla psów. Wydawał się idealny. Położony na kilku hektarach nad rzeką, z wybiegami pełnymi zabawek i obietnicą codziennych gonitw. Po Lucky’ego przyjechał specjalny wysłannik, by uniknąć wrażenia, że to my go porzucamy. Przez kilka dni musiałam też spać w starym T-shircie, który pies zabrał jako wyprawkę, by mieć kojący zapach domu przy sobie. Byłam w stałym kontakcie z właścicielem, a co jakiś czas zaglądałam na Facebooka, by oglądać filmiki, na których Lakuś hasa po wybiegu z koleżankami.
Czar prysł, gdy któregoś razu odebraliśmy psy po dwutygodniowym urlopie. Były nieswoje, dziwnie się zachowywały, a Chałwa miała na kostkach odleżyny. Straciliśmy zaufanie. O hotelach dla psów krążą mrożące krew w żyłach opowieści. Choć nie ma potrzeby budować w sobie uprzedzeń, niestety, część z nich jest prawdziwa.
Przed oddaniem psa warto więc pojechać na miejsce, porozmawiać z gospodarzami, poobserwować gości hotelowych, czyli psy, poczytać opinie w Internecie. I wreszcie – zaufać swoim przeczuciom.
W końcu trafiamy do hotelu, ale domowego. Prowadzi go A., która jest także behawiorystką. Spotykamy się na polance w parku, by nasze psy i inni goście A. mogły się poznać. Jest ich kilka, różnych ras, wśród nich młode samce, za którymi nie przepada Lakuś. Panuje lekki chaos, psy plączą się na smyczach, ja się stresuję, a jednak do żadnej bójki nie dochodzi.
Potem sprawy toczą się szybko. A. przejmuje od nas psy i nie pozwala się z nimi wylewnie żegnać, by nie robić dramatu z kilkudniowego rozstania. Wychodzimy cichaczem i nasłuchujemy, czy za nami nie wyją. Nic takiego się nie dzieje. Codziennie dostajemy dokumentację zdjęciową i filmową. Ustawione w dwuszeregu psy (w porywach do piętnastu!) pozują wpatrzone w obiektyw niczym modele na sesji modowej. Wychodzą na spacer sześć razy dziennie, a jedzą wszystkie naraz, na komendę, i nie dochodzi do żadnych rozbojów.
Lucky za każdym wraca do nas wyraźnie zsocjalizowany. Dłuższy kontakt z innymi psami sprawia, że w parku nie wszczyna już awantur. Za każdym razem, gdy jedziemy z nim do A., merda ogonem na jej widok, a Chałwa daje jej zawsze buziaki na pożegnanie. Czasem podejrzewam, że nasze psy lepiej bawią się na koloniach u A. niż my na naszych ludzkich wakacjach...