1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Tresować czy wychować - jak postępować z psem

Tresować czy wychować - jak postępować z psem

Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Pomiędzy psem a właścicielem często występuje niemal metafizyczna więź. (Fot. iStock)
Gryzie, niszczy, szczeka, boi się? A kiedy się z nim bawisz, czym go karmisz? Jak ty radzisz sobie z własnym lękiem czy złością – pyta psia psycholożka Anna Gadomska.

W okolicach parku zepsuł mi się samochód. Podeszłam do grupy ludzi z psami, prosząc o pomoc. Brązowy pitbul rzucił się na mnie, a ja poczułam, że to nie on, ale mężczyzna trzymający smycz czuje złość. Czy to możliwe, że pies przejmuje emocje właściciela?
Pies bywa reprezentantem właściciela i może wręcz czuć się do agresji zobowiązany, bo wyczuwa bezbłędnie to, co my czujemy. Emocje zmieniają nasz zapach, oddech, rytm serca, a psy mają węch i słuch doskonały. Pies musi mieć jednak predyspozycje, aby przejmować agresywne emocje. Pitbule są miłe dla ludzi, ale mogą być takim medium. Bonzo, także pitbul, był agresywny nawet w stosunku do podrastającej córki swoich opiekunów i dlatego zostałam przez nich poproszona o pomoc. Dom na uboczu, gdzie mieszkał, wszyscy omijali, jak się wydawało, z jego powodu. Tymczasem Bonzo był tylko delegatem problemów rodziny. Jego państwo byli niechętni bliźnim, choć sobie tego nie uświadamiali. Bonzo łapał zębami, ale nie przebijał skóry, tylko unieruchamiał człowieka – kontrolował tak otoczenie. Tak robią psy niepewne siebie i agresywne. Stąd te mity o psach, które wpuszczają gości, ale już nie wypuszczą. Jak ktoś siedzi w bezruchu, czują się pewnie, ale kiedy ktoś się poruszy, odczuwają to jako zaburzenie swojej przestrzeni i atakują. Bałam się tego psa i, powiem szczerze, tych ludzi też. Pies podchodził do mnie co chwila cały nabuzowany. Sprawdzał, prowokował wzrokiem, a domownicy patrzyli na mnie z niechęcią. Czasem ci, którzy mają konfliktowego psa, tylko po to wzywają psiego psychologa, żeby dostać potwierdzenie: „Nic się nie da zrobić”. Nie chcą refleksji: „Może warto zmienić coś w państwa zachowaniu i nastawieniu wobec Bonzo?”. I kiedy zaproponowałam konkretną pracę, stracili zainteresowanie.

Ale są chyba psy agresywne, choć ich właściciele tacy nie są?
Mam w terapii psy agresywne mające cudnych właścicieli. Czasem muszą brać leki, bo w sytuacji stresowej wpadają w amok i nie można im pomóc metodami psychologicznymi czy behawioralnymi. W wypadku agresji psa liczą się rasa, geny i przeżycia, a nawet jego dieta. Pobudliwość wzrasta na diecie wysokobiałkowej, np. suchej karmie dla psów sportowców. Jeśli je ją pies kanapowiec, to energia go roznosi. Kiedyś uważano, że pies je raz dziennie. Tak, jeśli ma w misce surowe mięso i warzywa, które długo się trawią. Jeśli to sucha karma, może czuć rozdrażnienie, kiedy spada mu poziom cukru. Niedobrze też, jeśli pies za dużo biega za piłką. Po dziesięciu godzinach w domu ma w parku sto razy pobiec za nią? To go pobudza. Bieganie to zachowanie z sekwencji łowieckiej. Pies po powrocie do domu pada wyczerpany, ale nie uspokojony.

Rzucać więc czy nie rzucać?
Rzucać, ale nie sto razy. Psy się uzależniają od piłki, mam takich pacjentów. Ważne też jest to, jak się z psem bawimy w przeciąganie, które nawiązuje do wspólnego rozszarpywania ofiary, czyli przyjemności, zapowiedzi jedzenia. Dlatego nie wyrywajmy psom na siłę zabawki. Różnica między zabawą a rywalizacją tkwi w nastawieniu właściciela. Jeśli ten nie pozwala psu zabrać piłki, to pies uczy się, że ona jest cenna. Gdy nigdy nie może jej zdobyć, staje się psem niepewnym siebie. Tłamsi w sobie negatywne emocje. Im częściej będziemy psu pozwalali zabrać zabawkę, tym szybciej się zorientuje, że sama zabawka jest nudna i służy tylko do wspólnej zabawy.

Psy przejmują od właścicieli tylko agresję czy także inne emocje?
Pomagałam właścicielce pudelka, który miał lęk separacyjny. Gdy za jego panią zamykały się drzwi, strasznie rozpaczał i niszczył wszystko. Podczas wywiadu okazało się, że wychodząc z domu, kobieta miała w sobie wiele lęku: jak ten mój piesek ma sam zostać!? To ona, a nie on, nie przecięła pępowiny. Świadomie chciała zostawiać psa i iść, ale nieświadomie cieszyła się, że ją tak kocha, że tak rozpacza. Chciała, żeby pies miał lęk separacyjny, bo jej mąż, który był w ciągłych rozjazdach, nie przeżywał rozłąki z nią. Proponuję w takiej sytuacji właścicielom: jeśli nie dacie rady sami siebie przekonać, że ani wam, ani waszemu psu nie dzieje się krzywda, kiedy zostaje sam, skorzystajcie z pomocy psychoterapeuty, tak jak korzysta z niej wasz pies.

Czy zawsze pies wyraża lęk właściciela, gdy rozpacza i niszczy, czy bywają też psy, które po prostu mają lęk separacyjny?
Psy mają problem separacyjny. Przyczyn jest wiele, jedną z nich może być zbyt wczesne zabranie szczeniaka od suki, co zaburza poczucie bezpieczeństwa. Mam klientów, którzy mają yorka z takim problemem. Udało się nam przyzwyczaić go do tego, że wychodzą do pracy. Ale jeśli wieczorem chcieliby jeszcze iść do kina, to dla tego psiaka już za dużo. Nie ma sensu próbować z nim pracować, bo on nie da rady dłużej zostawać sam. Na szczęście oni to zaakceptowali i gdy chcą wyjść wieczorem, prowadzą go do teściowej. Nadal też pracują nad jego pewnością siebie, m.in. ucząc go tropić. Ten piesek, jeśli uda mu się odnaleźć „zaginioną osobę”, jest taki dumny: uśmiechnięty pysk, ogonek do góry, rozgląda się na boki, czy wszyscy widzą, jaki jest świetny. Właścicielom psów separacyjnych proponuję, aby zrobili też budkę, zgromadzili w niej zabawki, żeby pies miał w domu miejsce, w którym czuje się super. Proponuję także masaże relaksacyjne, kojarzone z muzyką i olejkiem zapachowym. Po krótkim czasie sam zapach i muzyka koją psa.

Bajka, owczarek niemiecki, niszczyła nawet tapety. Próbowałam ją wybiegać, ganiałam za rowerem godzinami...
Próbujemy spożytkować energię psa, zamiast ją wyciszać. Pies po biegu jest na tak wysokich emocjach, że dużo trudniej mu zostać samemu. Gdyby był na spokojnym spacerze, na którym węszyłby, spotkał psiego kolegę, odniósł jakiś sukces, na przykład znalazł schowaną zabawkę, byłoby to łatwiejsze. W wypadku niszczenia ważne, czy przyczyną jest lęk, nuda, a może rygoryzm. Pamiętam boston teriera, który imprezował pod nieobecność właścicieli. Na nagraniu widać było, że piesek cieszy się, że poszli. „Wreszcie nikt mi nic nie każe i porobię fajne rzeczy”. Chłopak się realizował, kiedy zostawał sam. Potrzebna mu była podpowiedź: w co się bawić? Zabawki, z których pies musi wydobyć jedzenie, smakołyki ukryte w rolce po papierze toaletowym, gryzak w kartonie. Psy uwielbiają zdobywanie pożywienia. To dużo ciekawsze niż pełna micha.

Mówisz o psach jak o ludziach, jakby miały takie same emocje, ambicje i lęki jak my. Mają nawet potrzebę bycia sobą. Nauczyła mnie tego Tosia, pies rasy pierwotnej, a więc zwierzak niezależny. Chciałam, żeby Tosia była karnym owczarkiem. Nic z tego. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nawiązałam z nią relację. Znalazłam ślimaka i pokazałam palcem: „Tosia, zobacz, co to jest?”. Podeszła, powąchała i po raz pierwszy spojrzała na mnie z uznaniem: „Nie jest taka głupia, umie znaleźć ślimaka. No, może się jakoś dogadamy”. To była dla mnie lekcja, że są psy, którym trzeba pozwolić być sobą i tylko tak można z nimi zbudować relację – pokazując, że ze mną może być fajnie. Psychoterapeuta ludzi musi przejść swoją terapię, by pomagać innym. Moja psychoterapia pomaga mi lepiej rozumieć zwierzaki, bo one czują i mają potrzeby jak my i mówią nam o nich na swój sposób. Tosia na przykład przyszła kiedyś podczas imprezy do salonu i położyła się na środku parkietu, jakby mówiła: „Koniec zabawy”. Ja jestem panią od psich emocji, a nie tylko od psich zachowań, czym zajmuje się trener behawiorysta. Jeśli pies szczeka, on go posadzi i będzie nagradzać dobre zachowanie. A ja skupię się na ugładzeniu jego emocji, bo wtedy zmieni się zachowanie psa, i to trwale. Jeśli szanujemy przestrzeń psa, nie narzucamy mu obecności ludzi, zacznie być spokojniejszy. I wtedy dopiero będzie czas na relacje z psami i ludźmi.

Powoli. Nic na siłę. Jeśli pracujemy tylko nad zachowaniem, to mamy bombę zegarową. Pies kontroluje zachowanie, ale wewnątrz emocje buzują.
Po co zajmować się emocjami psów? Psy się tresuje – tak powie wielu.
Żeby pies był szczęśliwy, a skoro jest członkiem naszej rodziny, to mu się należy. Bywa to niemożliwe, jeśli nie zastanowimy się nad jego emocjami. Brudzi w domu, a tresura nie pomaga? Kama została przywieziona ze wsi i kiedy nowi właściciele stawiali ją na trawniku przy Marszałkowskiej, robiła pod siebie ze strachu albo nie mogła zrobić i załatwiała się w domu. Panicznie bała się miasta, a oni tego nie rozumieli, bo atakowała psy i ludzi, więc nie wyglądała na przerażoną. Zaczęliśmy pracować nad tym, żeby poczuła się pewniej i przyzwyczaiła do hałasu. Po kilku miesiącach dostałam zdjęcie: właścicielka na rowerze w parku, a za nią biegnie Kama. I podpis: „Wreszcie jest taka, o jakiej marzyłam”.

Wolno spać w jednym łóżku z psem? Czy nie zacznie wtedy nad nami dominować?
Pies pierwszy nie powinien wchodzić do mieszkania ani jeść... Słyszę te i podobne obiegowe opinie, wynikające z teorii dominacji, która zdaje się nie mieć podstaw – jak uznał jeden z jej prekursorów, behawiorysta John Fisher. Ta teoria wzięła się z obserwacji wilków, i to w sztucznie stworzonych grupach. Od kiedy jednak obserwujemy wilki w naturze, wiemy, że stado tworzą samiec i samica alfa (choć odchodzi się już od nazwy alfa, zastępując wyrażeniem „para rodzicielska”). Pozostali to ich dzieci. Nikt się więc poza parą alfa nie rozmnaża, bo to rodzina. Co więcej, samiec wcale nie zawsze przewodzi i nie zawsze pierwszy je upolowaną zwierzynę. A więc gdzie tu dominacja? Pies jednak jak każda istota potrzebuje schematu, rutyny i albo śpi w łóżku z właścicielem, albo nie. Zasady są po to, by czuł się bezpiecznie.

Ale pies uważa, że jest szefem, skoro nie chce zejść z mojego fotela i jeszcze na mnie warczy?
A dlaczego chcesz go zgonić? Gdyby tam siedział człowiek, też byś próbowała? Możemy nauczyć psa: zejdź, albo: na miejsce. Jeśli nie słucha, może wyczuwa słabość właściciela i instynkt każe mu przejąć kontrolę. Jeśli jest agresywny, warczy, to nie rozumie, dlaczego go spychasz. Nie chce być tak traktowany. Jesteśmy tym, kto psa wychowuje, a nie tresuje. Nauczyłam się respektować zachowanie psa i jak warknie, myślę: „Nie chcesz w tej chwili kontaktu”, i próbuję ten kontakt nawiązać później, inaczej. Miałam kiedyś psa z meliny, kiedy go przytulałam, warczał. Dałam mu przestrzeń, a potem znów go tuliłam. Nic nie było złego w jego warczeniu. Nie wiadomo, kto i co mu zrobił. Po prostu ostrzegał: „Oj, nie mam ochoty na kontakt”, a ja to respektowałam i dzięki temu po kilku miesiącach pozwalał mi na wszystko.

Konflikty z rezydentem, czyli jak wprowadzić nowego psa do domu. Znam taki sposób – podajemy każdemu z psów miskę z żarciem w jednej chwili.
Ja aranżuję spotkanie na neutralnym gruncie, najlepiej, kiedy psy mogą same chcieć podejść do siebie. Potem kilka spacerów, żeby pomyślały: „Aha! Tego to znam. Jest OK”, a potem dopiero wspólnie idziemy do domu. Można też, jeśli chcemy, iść do schroniska i wybrać kilka psiaków, a potem przyjechać ze swoim i iść na spacer. Który piesek najbardziej przypadnie mu do serca, tego weźmy.

Wiedza książkowa czy intuicja decyduje o komunikacji z psem?
Tosia nie przychodziła z ogrodu, kiedy ją wołałam. Miała ważniejsze sprawy. Zaczęłam robić tak, jak poradziła Alexa Capra, włoska trenerka. Wołałam Tosię, a potem wyobrażałam sobie, że wraca z ogrodu. I tak się zaczęło dziać. Jest coś między nami i psami metafizycznego, ja to czuję, ale nie mam na to argumentów naukowych.

Anna Gadomska psycholożka zwierzęca, behawiorystka; współpracuje z Fundacją Azylu pod Psim Aniołem i Wolontariatem na rzecz Zwierząt Dotkniętych Bezdomnością „Pies na Zakręcie”. Najbardziej w zachowaniu psów interesuje ją sposób, w jaki potrafią komunikować się z ludźmi. Prowadzi konsultacje behawiorystyczne, zajęcia z tropienia i zajęcia dla psów z problemami.  

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dzieci na skraju załamania nerwowego, czyli rzecz o dziecięcej psychiatrii

Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak by szkoła, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować. Chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. (Fot. iStock)
Psychiatria dziecięca to w Polsce temat wzbudzający ogromne emocje, bo potrzebujących pomocy jest coraz więcej, a nie wiadomo, gdzie szukać wsparcia. Specjaliści apelują jednak, by zamiast straszyć statystykami, odczarować psychiatrię i usprawnić współpracę między domem i szkołą.

Jesienią przetoczyła się u nas burza o finansowanie psychiatrii dziecięcej. Potrzeby są ogromne, a oddziały psychiatryczne tak przepełnione, że trafiają tam tylko najcięższe przypadki, z udokumentowanymi próbami samobójczymi. Samobójstwa są drugą co do częstotliwości przyczyną zgonów wśród nastolatków w Polsce, a co dziesiąty nastolatek (czyli ok. 650 tys. młodych ludzi) wykazuje zaburzenia psychiczne wymagające pomocy profesjonalistów. Rośnie liczba całościowych zaburzeń rozwojowych, zaburzeń nastroju i osobowości, samookaleczeń, stanów lękowych, zaburzeń odżywiania. A pandemia spotęgowała jeszcze wzrost uzależnień behawioralnych, takich jak nałogowe korzystanie z komputerów czy smartfonów i wcale nie ograniczyła agresji rówieśniczej, bo konflikty przeniosły się do sieci.

Ze strony specjalistów, psychiatrów dziecięcych coraz częściej słychać jednak apel, żeby nie skupiać się tylko na tym, co złe. Psychiatria, szczególnie dziecięca, to delikatna materia. Jeśli wciąż, ze wszystkich stron, słychać głosy, jak jest tragicznie, beznadziejnie, nic się nie dzieje, to może zadziałać jak samospełniająca się przepowiednia. I sygnał dla potrzebujących, że i tak nie warto szukać pomocy, bo jej nie ma. Może czas zwrócić uwagę, że w mrocznym tunelu zwanym dziecięcą psychiatrią pojawia się zielone światło. A właściwie na razie światełko... Ale jest.

Pieniądze to nie wszystko

– W problemie z psychiatrią dziecięcą chodzi przede wszystkim o przebudowę systemu – podkreśla psychiatra Agnieszka Dąbrowska z warszawskiego ośrodka „Relacje”. – Dopóki mamy do czynienia z dziećmi, które przyszły do nas za późno, mając na koncie na przykład próby samookaleczenia się, oznacza to, że system nie działa, jak powinien. Gdybyśmy spotkali się wcześniej, terapia wyglądałaby zupełnie inaczej; byłaby skuteczniejsza i krótsza. I na tym trzeba się skupić.

Doktor hab. n. med. Maciej Pilecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Katedry Psychiatrii UJ CM w Krakowie, idzie jeszcze dalej: – Założeniem wdrażanej reformy w psychiatrii nie jest tylko reakcja na kryzys. Ale przede wszystkim profilaktyka. Można wręcz mówić o wyszukiwaniu dzieci z problemami, wychodzeniu im naprzeciw, żeby zadziałać na czas.

Wyobraźmy sobie dziewczynkę z obniżonym, wciąż pogarszającym się nastrojem. Z myślami samobójczymi. Która w dodatku obsesyjnie chce schudnąć. Żeby pomoc była efektywna, trzeba przede wszystkim jak najwcześniej znaleźć genezę problemu. – Dzieci chodzą często na psychoterapię, gdzie rozmowa skupia się na objawach. Tymczasem musimy się dowiedzieć, co jest źródłem takich zachowań – podkreśla Agnieszka Dąbrowska. – Znaleźć odpowiedź na pytanie, czego w życiu tej dziewczynki jest za dużo, jakich emocji, obciążeń, że nie wytrzymuje. Lub czego za mało, że zabrakło jej narzędzi do poradzenia sobie z własnymi emocjami. Czy źródło problemów tkwi w domu, szkole, w kontaktach towarzyskich? Co się wydarzyło, co przeoczyliśmy?

Odczarować psychiatrię

Od początku ósmej klasy Ania ze wszystkich stron słyszała, że musi się uczyć, żeby jak najlepiej zdać egzamin ósmoklasisty, bo od niego zależy jej przyszłość. Czuła, że nie daje rady i że jest ze swoją niemocą sama. Rodzice pochłonięci problemami młodszego brata, u którego zdiagnozowano cukrzycę, nie dostrzegli zmiany w zachowaniu córki. Ania zamykała się w pokoju, patrzyła w sufit, słuchała muzyki. Przestała się uczyć. Wychowawczyni coraz częściej sygnalizowała niepokojące zachowania nastolatki: płacz podczas lekcji, wybuchy złości. Rodzice jakby wybudzili się z letargu. Zgłosili się do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Po kilku spotkaniach z dziewczyną terapeutka zasugerowała, że konieczne jest włączenie psychiatry, bo ma wrażenie, że wciąż nie może się dokopać do prawdziwego problemu. Ania jest zamknięta, wycofana, nie chce rozmawiać. Mówi, że nie widzi sensu terapii. Psychiatrze wystarczyło jedno spotkanie, żeby zdiagnozować depresję. Przepisała leki i Ania poczuła się lepiej.

Tyle że dla wielu osób wizyta u psychiatry to wciąż duży problem. – Wielu rodziców, szczególnie starszych pokoleniowo, myśli „psychiatria” i widzi „Lot nad kukułczym gniazdem”, drzwi bez klamek, kraty w oknach, szaleństwo, kaftany bezpieczeństwa – mówi Agnieszka Dąbrowska.

Magdalena Parol, zastępca Dyrektora Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla dzieci i młodzieży EZRA UKSW w Piasecznie, podkreśla, że wizyta u psychiatry to często ostateczność, bo oznacza, że dziecko jest inne, dziwne. – Dochodzi do tego strach przed ostracyzmem społecznym i tym, co powiedzą znajomi, dlatego tak ważne jest, abyśmy działali wcześniej, reagowali na objawy, zmiany w zachowaniu, momenty krytyczne – wyjaśnia.

Kiedy rodzice Tomka powiedzieli jego babciom, że psychiatra skierował chłopca na dzienny oddział psychiatryczny, obie zaniemówiły z przerażenia i oburzenia. Nie były w stanie zrozumieć, że w ten sposób można mu pomóc. Że ich ukochany 13-letni wnuczek nie jest rozbrykanym, żywym chłopcem, podobnym do rówieśników, a zdiagnozowano u niego zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne i ma za sobą liczne samookaleczenia. „Niszczycie mu życie. Już na zawsze zostanie wariatem” – próbowały przekonać rodziców chłopca, ale ci nie odpuścili. Tomek od października jest na oddziale dziennym, rano ma lekcje, później terapie, zbiorowe i indywidualne. Co jakiś czas prowadzący terapeuta spotyka się z rodzicami.

– W kryzysach psychicznych efekty nie przychodzą zaraz. To żmudny, powolny proces. Nie od razu jest się czym pochwalić – podkreśla Oliwia Pogodzińska, psycholog z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Rodzice Tomka zdają sobie z tego sprawę, ale widzą poprawę w zachowaniu i samopoczuciu syna.

Zaopiekuj się mną

Ania i Tomek mieli sporo szczęścia. Ani przyglądała się wychowawczyni, która zgłosiła problem rodzicom, a oni skontaktowali się z psychoterapeutką. Ta z kolei uznała, że musi wkroczyć psychiatra, a potem zadziałały leki. Również rodzice Tomka zaufali psychiatrze, który wystawił skierowanie na oddział dzienny.

Współpraca osób skupionych wokół dziecka jest jednym z filarów, na których ma się opierać wprowadzana reforma w psychiatrii dziecięcej. Zakłada ona zmianę modelu pomocy udzielanej osobom doświadczającym kryzysu psychicznego. Ale współpraca to nie wszystko. Aby terapia była szybka i skuteczna, niezbędna jest interwencja w najbliższym środowisku dziecka, rówieśniczym, szkolnym i rodzinnym. Magdalena Parol tłumaczy, że chodzi o zbudowanie sieci wsparcia. Dziecko powinno być zaopiekowane na wszystkich poziomach. Tak, by szkoła, nauczyciele, psychologowie, rodzice, dziadkowie wiedzieli, co się z nim dzieje, jak pomóc, jak się zachować.

Stąd pomysł na wprowadzenie trójstopniowego podziału ośrodków udzielających pomocy dzieciom i młodzieży. Podstawą mają być Ośrodki Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej. To taka pozytywistyczna praca u podstaw. Jeśli zadziała, może się okazać, że nie trzeba wdrażać (lub rzadziej niż do tej pory) drugiego stopnia, czyli kierować dziecko do psychiatry czy na dzienny oddział psychiatryczny. I uda się uniknąć ostateczności, pobytu na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Psychiatrzy podkreślają, że ponad połowa pacjentów nie potrzebowałaby hospitalizacji, gdyby uzyskała pomoc wcześniej, np. w poradni psychologicznej. Docelowo w każdym powiecie ma powstać co najmniej jedno Środowiskowe Centrum Zdrowia Psychicznego. Czyli ok. 300 w całej Polsce. Pomoc ma przyjść w czasie do 72 godzin od zgłoszenia. Spotkanie może odbyć się także w domu, w naturalnym środowisku dziecka. Rodziny mogą liczyć na wsparcie psychologa, diagnosty, psychoterapeuty. Tworzony jest indywidualny plan zdrowienia. Doświadczony psycholog lub psychoterapeuta zdecyduje, czy młody człowiek w ogóle potrzebuje specjalistycznej psychiatrycznej konsultacji.

Stanąć na wysokości zadania

– Duży nacisk kładziemy na rolę terapeuty środowiskowego, który zbiera wywiad, staje się opiekunem i wsparciem dla procesu zdrowienia. Przyjdzie do domu na pierwszą wizytę, zadzwoni, porozmawia z osobami, które mogłyby wspierać dziecko, zapyta, jak funkcjonuje pacjent i inni członkowie rodziny. Ma też być łącznikiem między dzieckiem, rodziną a szkołą – wyjaśnia Magdalena Parol.

Na razie, jak wynika z badań przeprowadzonych wśród nauczycieli przez Fundację „Szkoła z klasą”, współpraca pomiędzy podmiotami, które działają na rzecz dobrostanu psychicznego dzieci – czyli domem i szkołą – praktycznie nie istnieje. Zdarza się, że uczeń czy uczennica chodzą na terapię, leczą się u psychiatry, a nie wie o tym ani wychowawca, ani psycholog czy pedagog szkolny. Trzy czwarte nauczycieli uważa, że główną przyczyną problemów dzieci jest brak wsparcia ze strony rodziców. Wielu z nich nie interesuje się tym, co się dzieje w szkole. Nie wiedzą, z kim córka czy syn się koleguje, z kim jest w konflikcie. Reagują dopiero, gdy sytuacja jest dramatyczna, na przykład dochodzi do próby samobójczej.

Rodzice odbijają piłeczkę i opowiadają o nauczycielach, którzy kończą lekcję i niczym więcej się nie interesują. Dostaje się też szkolnym psychologom i pedagogom. W większości szkół pracuje pedagog, jednak często jest zatrudniony poniżej pełnego etatu. Psycholog jest w jedynie 6 na 10 placówek. Praca pedagogów i psychologów ogranicza się do gaszenia wybuchających co i rusz pożarów. A wizyta u nich staje się dla dzieci karą. Nie każdy też potrafi indywidualnie podejść do ucznia, więc uczniowie odbiegający od normy nie mają łatwego życia.

Powodzenie reformy zależy od otwartości i gotowości każdej ze stron. Na szczeblu domowym czujni powinni być rodzice. Szczególnie na wszelkie zmiany w zachowaniu dziecka, gdyż – jak przypomina Oliwia Pogodzińska – depresja nie zaczyna się z dnia na dzień. Psycholożka podkreśla, że składa się na to długotrwałe osamotnienie, brak wsparcia, umiejętności radzenia sobie z problemem. Wielu dorosłych kwestionuje depresję u dzieci, wątpi, że mogą one mieć prawdziwe problemy.

Reforma zakłada współpracę ośrodków ze szkołami i przedszkolami. Tak jak np. w poradni psychologicznej dla dzieci EZRA UKSW w podwarszawskim Piasecznie. – Mamy porozumienie ze szkołami i przedszkolami z powiatu piaseczyńskiego. Te instytucje mają zgłaszać do nas dzieci z problemami, gdy zauważą np. fobie, lęki, obniżony nastrój, pierwsze sygnały kryzysu psychicznego. Ten poziom wsparcia jest kluczowy – wyjaśnia Magdalena Parol. Przewidziano szkolenia dla psychologów i pedagogów, spotkania z rodzicami. I mają być to spotkania merytoryczne, nie pogadanki. Przekazujące konkretną wiedzę, mechanizmy, rady, jak rozmawiać z dzieckiem, na co zwracać szczególną uwagę, gdzie się zgłaszać. Rodzice muszą jednak chcieć w tych spotkaniach uczestniczyć, czyli przede wszystkim dostrzec w nich sens. Przemóc wstyd i dopuścić do siebie myśl, że dziecko, a tym samym cała rodzina, ma problem. I nie bać się skontaktować z Ośrodkiem Środowiskowej Opieki Psychologicznej i Psychoterapeutycznej.

Doktor Maciej Pilecki uważa, że im wcześniej zwróci się uwagę na kondycję psychiczną dziecka, tym lepiej. – Już do bilansu siedmiolatka włączyłbym pytanie o jego zdrowie psychiczne. Ale przeprowadziłbym taką rozmowę bez obecności rodzica. Spytałbym dziecko, czy czuje się dobrze samo ze sobą. Czy jest coś ważnego, o czym nie chce mówić przy rodzicach. I dlaczego – dodaje.

– W psychiatrii dzieci i młodzieży mamy do zrobienia jeszcze wiele. Ale możemy to wszystko zrobić – jeśli tylko będziemy działać wspólnie. Bądźmy uważni na dziecko, nie bójmy się prosić o pomoc i pamiętajmy, że tam, gdzie pojawił się problem, tam jest jego rozwiązanie – puentuje Magdalena Parol.

I takie podejście daje nadzieję!

  1. Psychologia

Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami

Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Co robić? Schować „komórkę”, zabronić grania? Żyjemy przecież w świecie technologii cyfrowej. Tego już nie zmienimy. Nie spychajmy więc naszego dziecka na margines cywilizacji i społeczeństwa! Rozsądniej jest wybrać inną drogę – od początku towarzyszyć dziecku w internecie, tak jak towarzyszymy mu na meczach czy szkolnych zabawach. (fot. iStock)
Jesteśmy dziś naszym dzieciom potrzebni może nawet bardziej niż dawniej DO ROZMOWY. Nie ma już podwórek z trzepakami, gdzie mogłyby nawiązywać relacje z rówieśnikami, bawić się, przyjaźnić czy spierać. Dzieciom potrzebne są dobre rozmowy z nami, bo pierwszy raz w historii dzieci (i dorośli) wchodzą w relacje nie tylko z innymi ludźmi, lecz także z urządzeniami. Smartfon to nie jest takie samo urządzenie, jak radio czy telewizor, twierdzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta dzieci i młodzieży, współautor książki „Cyfrowe dzieci”.

Beata Pawłowicz: Rodzice i dzieci często miewali problemy z dogadaniem się. Ale dziś „wychowany analogowo” ojciec, musi znaleźć wspólny język z synem należącym nie tylko do innego pokolenia, ale i do świata elektronicznych, mobilnych komunikatorów. Czy dziś jest trudniej być rodzicem?
Dr Tomasz Srebnicki: Ojciec taki jak ja, a dodam, że mój syn ma 10 lat, napotyka wszystkie stare problemy, jakie zawsze mieli rodzice. Ale też staje przed nowymi wyzwaniami. A te biorą się stąd, że szeroko pojęte media utwierdzające nas w przekonaniu, że są niezbędne, w sposób całkiem niekontrolowany, natarczywy, skomercjalizowany – wkraczają w świat relacji rodzica i dziecka. I to wkraczają nie tylko jako narzędzia komunikacji. Pierwszy raz w historii ludzkości mamy do czynienia z takim zjawiskiem, że człowiek pozostaje w bardzo silnej relacji z narzędziem, którym się posługuje.

Jesteśmy w relacji z telefonami? Tak jakby były żywymi istotami?
Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z narzędziami uniwersalnymi, które swoimi możliwościami pokrywają w zasadzie cały obszar funkcjonowania człowieka. Kontakt z nimi dostarcza więc dziecku niezwykłej rozrywki i to w ilości nieograniczonej i dostosowanej do niego samego, do jego potrzeb. Więcej nawet – potrafią wzbudzać w dziecku kolejne potrzeby. Kontakt z tymi urządzeniami umożliwia pozostawanie w relacji z innymi dziećmi, zdobywanie informacji i doświadczanie przyjemności. To urządzenia ofiarują też dziecku niezwykle silne poczucie bezpieczeństwa i kontroli, gdyż grę można wyłączyć, a z forum można wyjść, kiedy tylko zadzieje się coś, co się dziecku nie spodoba. Co więcej smartfony, komputery itd. bez żadnych konsekwencji pozwalają na wielokrotne powtarzanie tych samych błędów. Gry dają możliwość posiadania nieskończonej ilości „żyć”. No więc relacja ze smartfonami jest szalenie atrakcyjna i dlatego dzieci ją nawiązują.

Chciałbym to powtórzyć – w epoce cyfrowej mamy do czynienia nie tylko z relacjami między rodzicami i dziećmi, ale też między dziećmi i telefonami. Jest więc trochę tak, jakbyśmy byli rodzicami nie tylko dziecka, ale też smartfona, z którym nasze dziecko jest w relacji.

To bardzo błyskotliwe stwierdzenie, że jesteśmy rodzicami nie tylko naszych dzieci, ale też ich smartfonów?!
Dziękuję! A więc powtórzę: nasze dzieci i my sami także jesteśmy w stałej i wiernej relacji z urządzeniami elektronicznymi. Wystarczy popatrzeć na to, jak dbamy o telefony, jak zabiegamy, aby mieć stały dostęp do prądu i ładowarki, a zgodzimy się z tym, że łączy nas z nimi silna relacja.

Nazywasz relacją staranie o to, żeby moje urządzenie działało?
Relacja z telefonem nie odbywa się na poziomie: „kocham swój telefon”, ale na poziomie zaspokajania wielu twoich potrzeb, a między innymi poczucia bezpieczeństwa. Przed chwilą mój syn zadzwonił do mnie i to kilkakrotnie, bo czuł się zaniepokojony: pierwszy raz sam wracał ze szkoły. Odważył się na to, ponieważ miał telefon.

Bo mógł do ciebie zadzwonić?!
Dzięki telefonowi mógł w każdej chwili poczuć się bezpieczny, nawiązując relację ze mną. To prawda, że dzięki telefonowi może być w każdej chwili bliżej taty. Ale tu chodzi o coś więcej! Telefon dałby Maksowi poczucie bezpieczeństwa nawet gdybym nie odebrał. W telefonie ma gry i piosenki, które pomogłyby mu się uspokoić. W telefonie ma też moje zdjęcie i zdjęcie mamy. W telefonie jest GPS, który zaprowadziłby go do domu. A więc telefon oferuje tak wiele, że między tym urządzeniem i dzieckiem powstaje relacja. Maks daje za to telefonowi prąd, swoją uwagę i przywiązanie, bo nosi go ze sobą. Zaprzeczanie temu nie ma sensu, bo to jest fakt. Lepiej przyjąć tezę o bezradności rodzica wobec naporu techniki i zaprzestać nieustającej walki o to, aby tę technikę ograniczać. Lepiej uznać, że to pokolenie i następne będą w relacji z urządzeniami. I że świat związków między ludźmi będzie światem równoległym i równorzędnym. Ani lepszym, ani gorszym.

Mamy uznać, że nasze dziecko żyje w dwóch światach: w świecie relacji na żywo, face to face oraz w świecie relacji ze swoim telefonem, komputerem?
Tak. W budowaniu relacji z dzieckiem lepiej jest uznać pewne okoliczności, choć mogą się nam nie podobać, choć możemy uznawać je za szkodliwe, za niewłaściwe w odniesieniu do naszego doświadczenia życiowego. Możemy uważać, że relacje twarzą w twarz są najważniejsze. Obawiam się jednak, że psiocząc i zwalczając to co nieuniknione tylko pogarszamy naszą komunikację z dzieckiem, bo ono po prostu należy do pokolenia cyfrowego.

Czyli „gadać” z dzieckiem przez esemesy, siedząc razem przy kolacji?
Rozumiem, że jest to pytanie o charakterze prowokacyjnym. Odpowiem: oczywiście, że nie. Ale też dodam, że ja bym zaprosił telefon mojego dziecka na tę kolację. Niech leży – wyłączony. Dziecko nie może po niego sięgać podczas posiłku. Podobnie jak rodzice też nie mogą bawić się wtedy swoimi smartfonami. Ale niech z nami przy stole będą.

Telefon ma z nami jeść?!
Może, bo najważniejsze zadanie stojące dziś przed rodzicami to stwarzanie dziecku warunków do budowania relacji face to face z nimi i z innymi ludźmi. A to będzie bardzo trudne, jeśli będziemy kazali dziecku wybierać, jeśli będziemy negować jego relację z telefonem.

Dlatego w naszej książce wiele miejsca poświecimy temu, jak rozmawiać, jak słuchać, jak budować zdrową relację live (na żywo) z własnym dzieckiem. A dziś jest to niezmiernie ważne, bo jeśli się nam uda, to wówczas nic, co płynie z mediów dziecku nie zagrozi.

Relację live należy, w mojej ocenie, traktować jako równorzędną do relacji dziecka z telefonem, bo też taka postawa ułatwia nam rozmowę z nim na żywo. (...)

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Ta książka to zbiór rozmów z ekspertami o tym, w jaki sposób… rozmawiać. Przytaczamy wiele przykładów, jak mówić i słuchać dzieci. Zarówno wtedy kiedy kilkulatek boi się potwora pod łóżkiem, jak i wtedy, kiedy ma 16 lat i potrzebuje pisemnej zgody rodzica, by mieć kolczyk w wargach sromowych. Przykłady mogą okazać się bardzo przydatne, bo dziś wszyscy mamy coraz większy problem z rozmawianiem.

Dzieje się tak zapewne dlatego, że coraz mniej dostrzegamy okazji, aby wymieniać się myślami i wrażeniami z drugim człowiekiem, twarzą w twarz – face to face. Możemy więc nawet nie podejrzewać, co jest najważniejsze w rozmowie, która ma wzmocnić więź z naszym dzieckiem. Możemy nie wiedzieć, jak mówić i słuchać cyfrowego dziecka. A jak odbudować relację z dzieckiem, które zamiast mówić woli klikać?

  1. Psychologia

Dorota Kotas: "Z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć"

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Chce pokazać, że dziewczyny w spektrum autyzmu istnieją i mają głos. Otworzyć nas na inny sposób widzenia świata i funkcjonowania. Jej książka „Cukry” to świadectwo tym ważniejsze, że z pierwszej ręki. Dorota Kotas opisuje w niej siebie i przekonuje, że z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć.

Podobno dla dorosłych osób, u których rozpoznano spektrum autyzmu, diagnoza – spóźniona, ale wreszcie trafna – jest pewnego rodzaju wyzwoleniem. Czy tak było i z tobą?
Diagnoza była potwierdzeniem tego, że mój mózg działa trochę inaczej. Inaczej przetwarzam dane, potrzebuję jasnych zasad i komunikowania się wprost. Mam dużą nadwrażliwość. Czasami się przebodźcowuję, jest dla mnie zbyt głośno, zbyt intensywnie, zbyt blisko – potrzebuję się wtedy odsunąć. Diagnoza potwierdziła, że to jest okej. Nie jest to nienormalne, po prostu tak mam. Dobrze było usłyszeć, że jest na to nazwa – ASD – która tłumaczy moje zachowania i to, skąd się biorą. Ale zaraz potem przyszło zmierzenie się z tym, jak tę diagnozę odbierały inne osoby z mojego otoczenia. Bardzo często mówiły: „Nie, niemożliwe, to na pewno nie autyzm! Przecież jesteś dorosła, skończyłaś studia i piszesz”. Uznały, że przecież można się ze mną jakoś dogadać, więc to nie może być spektrum autyzmu.

Zespół Aspergera stwierdzono u ciebie, gdy miałaś 26 lat. To bardzo późno.
Długo szukałam właściwych terapeutów. Nie wszyscy potrafili ze mną pracować. To było trudne – trafić na kogoś, z kim mogłabym pracować, czując, że ma to sens i w czymś mi to pomaga. Zaliczyłam mnóstwo specjalistów, sprawdzając, jaki rodzaj terapii jest dla mnie najlepszy, i testując to, czy jakiś konkretny nurt u mnie zadziała, czy w ogóle nie chwyci i okaże się stratą czasu. Bliska była mi diagnoza depresji czy stanów lękowych, ale nie miałam jasnego pomysłu na to, skąd one mogą się brać i jak mogłabym sobie pomóc. Na jednej z konsultacji jako możliwy kierunek pojawiły się zaburzenia osobowości, to podobno częsty trop przed diagnozą spektrum, kiedy trzeba dopasować jakieś rozpoznanie, a nie bardzo wiadomo, jakie wybrać. Ale kiedy zaczęłam czytać o spektrum autyzmu, od razu obraz złożył się w całość i zauważyłam, że właściwie wszystko się zgadza.

Co takiego ci się zgadzało?
Piszę o tym sporo w „Cukrach”. Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam. Mam empatię i wyobraźnię, ale nie umiem do końca obchodzić się z ludźmi tak, jak należy. Dużo dzieje się u mnie w środku, za to niewiele wypływa z tego przeżywania na zewnątrz.
Dziewczynki trudno trafnie zdiagnozować, bo potrafią świetnie ukrywać swoje objawy, naśladować zachowania neurotypowych rówieśników i dostosowywać się do oczekiwań otoczenia.Tak są wychowywane. Starają się spełniać oczekiwania.

Czy z tobą było podobnie?
Myślę, że tak. Moi rodzice mieli ze mną liczne problemy. Nie do końca umieli obchodzić się z dzieckiem takim jak ja. Nasza komunikacja była pełna frustracji, czułam, że nie spełniam ich oczekiwań i nie jestem do końca taką córką, jakiej oni by chcieli. Mieszkaliśmy w małym mieście, więc nikt nie brał pod uwagę możliwości diagnostyki. Nie był to temat, o którym by się mówiło. W szkole, w mojej klasie, chłopcy przyciągali strasznie dużo uwagi dorosłych – nauczyciele bardzo zwracali uwagę na ich zachowanie; byli prawdziwym wyzwaniem, bo często się bili i byli głośni. Dziewczynki miały być po prostu tłem: być ciche i dobrze się uczyć. Nikt im się nie przyglądał i nie zastanawiał nad tym, co się kryje pod skorupką grzecznej dziewczynki, która nie sprawia zbyt wielu problemów i ma dobre oceny.

Chcesz pokazać, że nie tylko chłopcy cierpią na autyzm?
Dlaczego cierpią? To jest cecha, z którą się rodzisz – jedna z bardzo wielu cech stałych. Ta cecha nie jest dobra ani zła; w ogóle nie oceniam jej w tych kategoriach. Nie uważam, że chłopcy są częściej w spektrum. To, że częściej się ich diagnozuje, wiąże się z masą stereotypów i z błędnym założeniem, że ten temat nie dotyczy dziewczyn. Test ICD-10, który zawiera punktową skalę wskazującą prawdopodobieństwo bycia w spektrum autyzmu, jest ułożony pod chłopców. To na ich próbie były prowadzone pierwsze badania. W męskocentrycznym świecie – w którym tak naprawdę dopiero od niedawna dziewczyny mogą studiować albo podejmować decyzję o tym, z kim się zwiążą – kobiety bardzo długo nikogo nie obchodziły. Ta tendencja dopiero od niedawna zaczyna się zmieniać. Testy są skonstruowane dosyć stereotypowo. Kładą nacisk na zupełnie nietrafione rzeczy i są ułożone z myślą o dzieciach. Kiedy byłam diagnozowana, nowe kwestionariusze dla osób dorosłych były dopiero w budowie, choć istniały wersje po angielsku, które jeszcze nie zostały przetłumaczone i wdrożone do procesu diagnostycznego w Polsce. Byłam badana także takim testem, który był tłumaczony na bieżąco – dla uzupełniania standardowych narzędzi, ale miało to raczej pomocniczy charakter.

Według badań przeprowadzanych w szkołach dzieci w spektrum doświadczają nękania i fizycznej przemocy o wiele częściej niż ich neurotypowi koledzy.
Ja nie doświadczyłam tego osobiście. Ale widziałam, jak moi rówieśnicy traktują inne dzieci, które choć trochę odbiegają od normy: są zbyt ciche, niezdarne w grach zespołowych albo nie mają markowych ubrań. W mojej szkole było bardzo dużo przemocy. Niestety, nauczyciele też często byli przemocowi. To był ich sposób, żeby budować w dzieciach „szacunek”. Ja byłam mocno odcięta. Zajmowałam się pisaniem. Nie było mi potrzebne bycie w grupie najpopularniejszych dziewczyn w klasie. Chciałam tylko pisać i robić to jak najlepiej.

Dorota Kotas: 'Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam'. (Fot. Marek M. Berezowski)Dorota Kotas: "Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam". (Fot. Marek M. Berezowski)

Skąd ta potrzeba, żeby opowiedzieć o autyzmie? Chodzi o budowanie nowej tożsamości? A może to instrukcja obsługi?
Bardziej to sposób reprezentacji często pomijanego tematu. Spektrum u dziewczyn to przypadek, którego prawie nie ma w literaturze. Jeśli pojawiają się jakieś książki, to opowiadają głównie o chłopcach i są napisane z ich perspektywy. Moja książka to próba pokazania, że dziewczyny w spektrum istnieją i że mają głos. Otworzenie perspektywy na inny sposób widzenia albo trochę inny sposób funkcjonowania i sygnał, że to jest w porządku i że da się w ten sposób żyć, wystarczy się tego nauczyć.

Deklarujesz, że nie rozumiesz ironii, że lubisz jednoznaczne komunikaty. Ale w swojej książce z powodzeniem ironię stosujesz.
To kwestia wyuczenia się. Traktuję język jak narzędzie. Nauczyłam się, jak go używać. Wiem, że wszystko można wypracować. Kiedy przeczyta się odpowiednio dużo książek i ma się z tym narzędziem do czynienia na co dzień, cały czas, to w końcu się je opanowuje. Czasami dzieje się to z pewnym trudem, ale w końcu jakoś przejmuje się język i się go przyswaja. Traktuję też język jak grę. To jedno z moich obsesyjnych zainteresowań. Bardzo lubię zapisywać słowa i lubię, kiedy słowa są ładnie ułożone, w taki sposób, że wszystkie znajdują się na właściwych miejscach.

„Cukry” są rozliczeniowe, piszesz dużo o swojej rodzinie i dzieciństwie, i to bez cackania się.
W pierwszym wywiadzie, którego udzieliłam po napisaniu pierwszej książki [„Pustostany” – przyp. aut.], powiedziałam, że chyba nigdy nie napiszę o dzieciństwie, bo już nic nie pamiętam. Te moje słowa ciągle do mnie wracały. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i przypominać sobie, odbudowywać tę pamięć. Wydało mi się to ciekawe – spróbować przypomnieć sobie jak najwięcej z emocji, których kiedyś nie umiałam jeszcze nazwać ani nie wiedziałam, co z tymi emocjami zrobić.

Z jakiego powodu konfrontujesz się z rodziną?
Nigdy nie podobał mi się mit świętości rodziny, nie czułam tego. Tak naprawdę trafiają nam się przecież przypadkowe osoby, które są naszymi rodzicami, i bywają zupełnie innymi osobami niż my. Czasami mają zupełnie inne poglądy, zupełnie inny sposób życia, smakują im zupełnie inne rzeczy i zupełnie inne rzeczy im się podobają. Nie widzę racjonalnego powodu, żeby utrzymywać kontakt i żeby się lubić, jeśli różnic jest zbyt dużo i jeśli z ich powodu jesteśmy dla siebie skrytymi wrogami. Nie czuję tego konceptu, że mam mieć rodzinę i być z nią związana na całe życie. Moja rodzina to osoby zbyt różne ode mnie. Jest między nami przepaść, dlatego wybieram sobie inną rodzinę, która bardziej mi odpowiada i jest rodziną z wyboru. Taki dom, w którym najbliżej są przyjaciele, jest po prostu zdrowszy.

Wydajesz się szalenie niezależna.
Od dzieciństwa nie pozwalałam narzucić sobie tego, w co będę ubrana ani co będę jeść. W wieku dziesięciu lat zaczęłam sama gotować. Robiłam sobie kaszę wymieszaną z ryżem i przyprawą do kurczaka albo makaron z vegetą, bo zdecydowałam, że nie będę jadła kotletów, mięsa, tego, co rodzice mi dają. Wydaje mi się, że moi rodzice w którymś momencie po prostu ze mnie zrezygnowali i zauważyli, że nie mogą tego opanować. Że jestem zbyt uparta na to, żeby mnie zatrzymać. Oczywiście podejmowali jakieś próby, które zresztą opisuję, ale to było skazane na porażkę, bo moja potrzeba robienia tego, co chcę, jest zbyt duża, żeby ktoś mógł ją zatrzymać.

Masz poczucie, że przed diagnozą udawałaś kogoś innego, niż jesteś?
Tak, bo bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie polubili. Dlatego bardzo starałam się być taka jak wszyscy, postępowałam wobec siebie dosyć brutalnie. Sprawdzałam, czy mogę być przebojowa i pewna siebie oraz czy stanę się taka, jeśli będę udawać, że taka jestem. Później bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie podziwiali. Pragnęłam pochwał i uznania. Ale już ich nie chcę. Teraz moje marzenia są takie: chcę zasypiać wieczorami bez wielu godzin przewracania się w łóżku i myślenia o wszystkich złych rzeczach oraz budzić się wypoczęta i pełna energii. Chcę być dla siebie dobra i znaleźć w tym spokój.

Jesteś minimalistką?
Nie, dlaczego? Myślę, że to bardzo duże marzenie i trudne w realizacji.

Pokutuje silne przekonanie, że osoby w spektrum są pozbawione empatii. Nie do końca tak jest.
Można mówić o różnicach w sposobach reagowania. O trudności w wyrażaniu emocji w sposób, który jest społecznie akceptowalny i zgodny z tymi wszystkimi normami zachowania wyznawanymi przez ogół społeczeństwa. Kiedy ktoś mówi mi, że jest smutny, to nie mam odruchu, żeby powiedzieć mu: „ojeeej, ojej”, i po prostu pobyć z tą osobą. Zamiast tego chcę natychmiast znaleźć jakieś rozwiązanie i myślę, jak mogę pomóc, przerwać ten stan. Reaguję na emocje, raczej działając, niż rozmawiając o tym. Tak jest w moim wypadku, ale to pewnie też nie jest reguła. Nadal jestem dosyć słaba w emocje i duży problem sprawia mi to, że ludzie często coś innego mówią, a inaczej czują albo myślą, że są w tym tak duże rozbieżności. Albo że ktoś mówi jedno, ale ma na myśli coś innego. I nie sposób się w tym odnaleźć, a jednak oczekuje się ode mnie empatii i zrozumienia – to straszny paradoks!

A jak jest z własnymi uczuciami, dobrze je czytasz?
Nie jestem pewna. Bardzo dużo wyczytuję z ciała. Nie wiem, skąd neurotypowe osoby wiedzą, że czują się w określony sposób. U mnie wszystko przepływa przez ciało. Wiem, że jeżeli czuję sztywność rąk, to znaczy, że jestem zdenerwowana, a kiedy mam odruch poruszania się, to jest we mnie napięcie. Ale często te reakcje przychodzą z opóźnieniem i to bywa problematyczne. Ponieważ nie zawsze czuję od razu, że coś się wydarzyło, tylko odkłada się to we mnie i ta świadomość przychodzi po czasie. Bardzo dużo dała mi joga i to, że nauczyłam się kontaktu z ciałem. Umiem teraz je zeskanować i zauważyć różnicę w jego strukturze albo precyzyjnie zlokalizować miejsce, w którym odłożyło się napięcie. Czasami wiem też, co mam zrobić, żeby je z siebie wyrzucić. Wentylem dla napięcia są stimy, zachowania takie jak trzepotanie rąk czy miarowe stukanie nogą. Z drugiej strony to naraża na stygmatyzację.
W reklamach tak zwanych terapii leczących autyzm mówi się często o wyciszaniu niepożądanych zachowań, które są źle widziane. Ja bardzo chciałabym być spontaniczna i robić wszystko, na co mam ochotę – i iść za tym, co pojawia się w moim ciele, czego ono potrzebuje. Ale mam blokady związane z wychowaniem i z tym, że nie wolno. Staram się jednak pilnować tego coraz mniej. Nie wiem, dlaczego miałabym nie robić czegoś, co mi pomaga, czego potrzebuję. A jednak prawie każdy swój ruch wykonuję z przyzwyczajenia z ogromnym namysłem.

Mówi się, że osoby w spektrum są odrzucane społecznie, choć pragną kontaktów. Często wycofują się też z relacji, jeśli spotkał je zawód.
Wydaje mi się, że trzeba znaleźć właściwych ludzi, którzy do nas pasują, z którymi się rozumiemy. To jest dość skomplikowane w wypadku każdej osoby. Ale w czasach Internetu to jest do zrobienia. Można łatwiej znaleźć właściwe osoby i nie trzeba od razu patrzeć sobie w oczy.
Nie czuję się samotna, ale też nie potrzebuję bardzo wielu relacji. Dużo dają mi książki. Nie potrzebuję być w bezpośrednim kontakcie, codziennego spotykania się ani dzwonienia. Wystarcza mi sama świadomość, że mam bliskie osoby. Czasami wystarcza mi, że rozmawiamy raz na pół roku. Nie jestem w tym zakresie bardzo wymagająca.

Kluczem do przyjaźni jest podobieństwo?
Niekoniecznie, raczej dogranie się, przystawalność do siebie, zgodność energii. Relacje są trudne, ale da się je „zrobić”, w przypadku gotowości obu stron do tego, żeby rozmawiać.

Przyznajesz się do tego, że dużo rzeczy wyzwala w tobie strach. Jak udaje ci się z nim walczyć?
Nie jestem pewna, czy walczę ze strachem. To w moim życiu coś niezmiennie obecnego, jakaś stała jakość. Może po prostu uczę się go obsługiwać. Strach jest we mnie prawie cały czas. Robię tyle, ile mogę, żeby było dobrze. 

W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się  druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się jej druga książka „Cukry”.

  1. Psychologia

Kłopoty z wolnym wyborem według Hanny Samson

Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Miło, jeśli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. Dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. (Fot. iStock)
Dla wielu z nas wolność jest ważną wartością, jednak na co dzień często tkwimy w pułapce powinności i lęku przed opinią innych. Zamiast podążać za swoimi pragnieniami, wolimy spełniać to, czego oczekuje od nas świat. Gdzie leży problem – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Praca z grupą kobiet na platformie Zoom różni się zdecydowanie od tej w realu, ale problemy, z którymi się mierzymy, są podobne.

– W waszych wypowiedziach znacznie częściej padają słowa „powinnam” i „muszę” niż „pragnę” czy „chcę” – zauważyłam na ostatnim spotkaniu. Kobiety nie były zdziwione.

– No jasne! Dzieci, praca, dom, nie mam czasu na jakieś chcenia – oburzyła się Krysia. – A gdybyś miała czas, to co byś chciała zrobić? – zapytałam. – Nie wiem, nawet o tym nie myślę. – Może warto się nad tym zastanowić? Z badań wynika, że pod koniec życia ludzie częściej żałują tego, czego nie zrobili niż błędów popełnionych w działaniu. Co byście chciały zrobić, żeby nie żałować tego zaniechania w przyszłości? – Chciałabym zmienić zawód – mówi Mirka. – Często o tym myślę, ale nikt by tego nie zrozumiał, mąż by się nie zgodził, muszę trwać. – A ty rozumiesz to swoje pragnienie? – Jasne, że tak. Jestem księgową, bo mama chciała, żebym miała dobry zawód, więc mam. I mam stabilną pracę, nieźle zarabiam. Na początku nawet to lubiłam, ale od kilku lat bardzo się męczę. Gdy pomyślę, że całe życie mam siedzieć w tych fakturach i rachunkach, robi mi się słabo. Mam 38 lat, a marzę o emeryturze, chcę, żeby moje życie już minęło – Mirka uśmiecha się smutno.

Dobrze wie, co chciałaby robić, gdyby nie była księgową. Uwielbia projektować i szyć ubrania, skończyła liceum plastyczne, chciała iść na ASP. Czasem uszyje coś sobie albo córce, ludziom się bardzo podoba, mogłaby się tym zajmować na szerszą skalę, ale mąż tylko puka się w głowę: „Zwariowałaś? Jak się ma dobrą pracę, to należy się jej trzymać”. Nawet gdyby przez jakiś czas mniej zarabiała, nic by się nie stało, a zawsze znajdzie pracę jako księgowa. Ale jej mąż nie chce o tym słyszeć, nie lubi zmian, a poza tym boi się, że Mirka nie będzie miała czasu dla domu.

Czas dorosnąć

– Marzę o emeryturze, bo wreszcie będę mogła robić to, co kocham – wzdycha na koniec Mirka. – A do emerytury to mąż kieruje twoim życiem, a nie ty – mówię. – Skoro jesteśmy razem, to nie mogę sama decydować – oponuje. – A on może sam decydować o twojej pracy? On nie chce, żebyś ją zmieniała, więc nie zmieniasz. Najpierw mama wybrała ci zawód, teraz mąż nie pozwala ci go zmienić. Co by się stało, gdybyś odeszła z pracy bez jego zgody? – Mielibyśmy ciche dni albo awantury, włączyłby mamę, z pewnością byłby niezadowolony… – Skoro zadowolenie męża jest ważniejsze od twoich pragnień, to rzeczywiście musisz czekać do emerytury – stwierdzam z nadzieją, że to zdanie będzie w niej pracować.

Jeśli nie robisz czegoś, co chciałbyś zrobić, ponieważ boisz się opinii innych, to oddajesz im kontrolę nad swoim życiem i tak naprawdę nie jesteś dorosły.

Jest taka przypowieść o ojcu i synu, którą już kiedyś tu opowiadałam, bo pasuje do wielu sytuacji. Rzecz dzieje się gdzieś w odległej wsi, syn przychodzi do ojca i mówi: „Ojcze, jestem już dorosły, chciałbym odejść z domu i założyć własne gospodarstwo. Czy zgadzasz się na to?”, „Nie, jeszcze nie czas, synu” – odpowiedział ojciec, więc syn został w domu. Po roku znów młody mężczyzna zadał to samo pytanie i otrzymał tę samą odpowiedź. W kolejnym roku rozmowa wyglądała tak samo, ale gdy się skończyła, ojciec zapłakał: „Czy on nigdy nie dorośnie i po prostu nie odejdzie z domu, zamiast pytać mnie o pozwolenie?”.

Nie, nie spodziewam się, że mąż Mirki czeka z utęsknieniem, aż ona zdecyduje o zmianie pracy. Rzecz jedynie w tym, że dorosły człowiek nie potrzebuje zgody innych do podjęcia własnych decyzji. Nie oczekuje, że inni będą z niego zawsze zadowoleni i będą myśleć tak samo jak on.

Trudno być zołzą

Moja przyjaciółka Aśka na piątym roku studiów urodziła dziecko. Mąż był już po studiach, pracował w placówce wychowawczej i utrzymywał rodzinę, Aśce została do napisania praca magisterska. Znam wiele kobiet, które po urodzeniu dziecka odłożyły zrobienie dyplomu na kilka lat, czasem okazywało się, że na zawsze. Aśka napisała swoją pracę w terminie. Nim zaszła w ciążę, ustalili z mężem, że obydwoje chcą mieć dziecko i będą się nim wspólnie zajmować. Wkrótce po porodzie umówili się na dyżury przy dziecku. Mąż miał zmienny grafik w pracy, więc do niego dostosowywali godziny opieki nad Zosią. Każdy dzień dzielili sprawiedliwie, ten, kto miał popołudnie, miał też noc. Mąż wychodził do pracy, Aśka zostawała z córką, a gdy wracał, zamykała się w pokoju i pisała magisterkę. Ale w pracy jak to w pracy, czasem coś wypadnie i człowiek wraca później. Aśka to rozumiała, jednak nie zamierzała rezygnować z równego podziału. Zapisywała każdą godzinę spóźnienia i mąż miał dłuższe dyżury w weekendy, ona miała wtedy wolne. Mąż oczywiście się buntował, ale Aśka wychodziła z domu lub zamykała się w swoim pokoju, a on zostawał z dzieckiem.

A że nie działo się to w próżni, każdy miał swoje zdanie na ten temat i byliśmy w tym zadziwiająco zgodni. Dyżury? Co to za pomysł?! Postawa Aśki bulwersowała całe nasze środowisko, wszyscy próbowaliśmy jej tłumaczyć, że to wcale nie jest sprawiedliwe, przecież on pracuje, a ona może pisać swoją pracę, kiedy chce, ale Aśka była nieugięta. Wszyscy współczuliśmy Tomkowi, że jego żona okazała się zołzą, a Aśka trwała przy swoim, choć z pewnością nie było jej łatwo.

– Przecież po obronie ja też pójdę do pracy – wyjaśniała. – I wtedy co? Jego praca także będzie ważniejsza od mojej? Kiedy Zosia zachoruje, to zawsze ja będę brała wolne? Jeśli jemu się przedłuży praca, to nie odbierze jej ze żłobka, tylko ja rzucę swoją i pobiegnę po nią? No hej, to jest nasze wspólne dziecko, więc co w tym dziwnego, że obydwoje tyle samo się nim zajmujemy?

Niby nic, ale nie byliśmy przekonani. Za to Aśka zaraz po obronie poszła do pracy i mogła się w nią angażować w takim samym stopniu jak Tomek w swoją. Dziś już nie muszą nic sztywno ustalać, bo Zosia jest dorosła, a oni obydwoje w równym stopniu angażują się w życie domowe, tworzą naprawdę partnerskie małżeństwo.

Czy byłoby tak, gdyby Aśka tak twardo nie egzekwowała zawartej umowy? Gdyby uległa presji społecznej i odpuściła na jakiś czas? Nie wiem. Ale znam wiele początkowo partnerskich związków, które po pojawieniu się dziecka zmieniają się i bardzo trudno to potem odkręcić. On zarabia, ona zajmuje się dzieckiem i domem – taki układ też można uznać za partnerski, tyle że tworzy podwaliny do nierówności. Dzieci podrastają, ona wraca do zawodu, ale jej odpowiedzialność za dom i dzieci się nie zmienia. Mąż czasem jej pomaga, ale właśnie: pomaga, w jej utrwalonym już zakresie obowiązków. Zdarza się też, że ona w ogóle nie idzie do pracy, bo w domu ma co robić przez długie lata.

Nasze decyzje, nasza odpowiedzialność

Iza ma 57 lat, nie pracuje i właściwie nigdy nie pracowała zawodowo, jeśli nie liczyć udzielanych czasem dzieciom znajomych korepetycji z niemieckiego. Na szczęście pieniędzmi nie musi się przejmować, mąż zarabia wystarczająco. Poznali się na studiach, mają czworo dzieci, najmłodsza córka Julka ma już 17 lat i myśli nad wyborem kierunku studiów.

– Rozmawiali o tym z mężem, podeszłam i chciałam się włączyć, zaczęłam zdanie, że ja uważam..., a wtedy córka przerwała mi, kpiąc, że ja nawet rachunków nie potrafię zapłacić, więc co niby wiem! A więc tak mnie widzi moja córka? – w oczach Izy pojawiają się łzy. – A ty jak siebie widzisz? – zapytałam. – Zupełnie inaczej! – Czyli jak? – nie ustępuję. – Byłam świetną studentką! Miałam propozycję pracy na uczelni! Zrezygnowałam z innych pomysłów na życie, żeby zająć się domem i dziećmi. Uważałam, że powinnam tak zrobić, żeby dzieci były zadbane. Mąż też tego ode mnie oczekiwał! Latami robiłam wszystko, żeby byli ze mnie zadowoleni, byłam na każde skinienie. A w oczach mojej córki jestem nikim! – Żyłaś tak, jak uważałaś, że powinnaś żyć. – Tak! I byłam szczęśliwa, że oni są szczęśliwi dzięki mnie! Byłam pewna, że doceniają to, co robię. A teraz coraz mniej mnie potrzebują. W domu została tylko Julka, wnuki mieszkają daleko, już nie jestem nikomu potrzebna. – Już nie masz tylu powinności, możesz żyć, tak jak chcesz. – Czyli jak? – pyta Iza niepewnie. – Tak, żebyś ty była zadowolona, a nie inni.

Iza milczy przez dłuższą chwilę, w końcu zaczyna mówić: – Koleżanka zaprasza mnie do domu nad morzem, ale oczywiście odmówiłam, bo przecież mąż pracuje, a córka się uczy. Ale chyba mogą sobie sami poradzić przez kilka dni? Tak bardzo chciałabym zobaczyć morze. Myślisz, że to dobry pomysł? – A co cię obchodzi, co ja myślę? – Iza patrzy zdziwiona, a po chwili wybucha śmiechem. – Ważne jest to, co ja myślę, prawda... – Pytasz czy stwierdzasz? – Stwierdzam, bo wiem, że ważne jest to, co ja myślę, to przecież moje życie. Inni niech sobie myślą, co chcą. – A czy mąż się zgodzi na twój wyjazd? – zadaję jeszcze pytanie podchwytliwe, ale Iza nie daje się zwieść. – On mnie nie pyta, kiedy jedzie w delegację, tylko mówi. Ja też go oczywiście poinformuję – odpowiada ze śmiechem.

Miło, jeżeli nasze decyzje podobają się innym. Ale jeśli nie, to jeszcze nie powód, żeby ich nie podejmować. W końcu to my ponosimy za nie odpowiedzialność.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)