Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. „Nadmiernie uczłowieczając psa, obrażamy go jako gatunek”. Behawiorysta o „psynkach” i „dziewczynkach”

„Nadmiernie uczłowieczając psa, obrażamy go jako gatunek”. Behawiorysta o „psynkach” i „dziewczynkach”

(Fot. Paul Morigi/Getty Images for NYFW: The Shows)
(Fot. Paul Morigi/Getty Images for NYFW: The Shows)
Cienka granica oddziela okazywanie psu miłości i czułości od robienia mu krzywdy. O przyczyny, dla których często nieświadomie uczłowieczamy naszych czworonożnych podopiecznych, i o skutki takiego działania nie tylko dla psów, lecz także dla właścicieli – pytamy behawiorystę Jacka Gałuszkę.

Spis treści:

  1. Pies i człowiek: ewolucja nas zbliżyła
  2. Behawiorysta: „Pies nie zna pojęcia winy czy chęci zemsty”
  3. Skutki uczłowieczania psa
  4. Teoria dominacji: pomaga czy szkodzi psu?
  5. Pies to nie człowiek: jakich zachowań unikać?
  6. Ubranka dla psów: czy są potrzebne?
  • Relacja między człowiekiem a psem liczy sobie już 14 tysięcy lat. Przez tak długi czas, w toku ewolucji, zdążyliśmy się do siebie zbliżyć.
  • Ludzie mają jednak tendencję do uczłowieczania psów, nazywają je „dziewczynkami” czy „psynkami”.
  • „Kiedy człowiek i pies patrzą sobie w oczy, to u obu aktywuje się ten sam system neurobiologiczny, który odpowiada za relację rodzic–dziecko” – zauważa behawiorysta i instruktor szkolenia psów, Jacek Gałuszka.
  • Pies to jednak nie człowiek: nie zna pojęcia zemsty czy poczucia winy. Potrafi za to świetnie reagować na wzorce ludzkich zachowań.
  • Noszenie w koszyczku, kupowanie ubranek czy całowanie psa w okolicę pyska niekoniecznie są więc wskazne.

Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 01/2026.

Pies i człowiek: ewolucja nas zbliżyła

Agnieszka Radomska: W mojej ulubionej powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” bohaterka zwraca się do swoich suk per dziewczynki. Przyznaję, że robię to samo, a samca w moim stadzie nazywam psynkiem. Obserwuję to u wielu osób. Skąd w nas, ludziach, ta tendencja do uosabiania psów?

Jacek Gałuszka: Temat uczłowieczania psów jest wieloaspektowy i wielowątkowy, a mówiąc o jego przyczynach, nie można pominąć kontekstu kulturowego. Proszę zauważyć, że na przykład w krajach arabskich czy nawet bałkańskich miejsce psa jest zupełnie inne niż w naszym społeczeństwie.

W podanym przez panią przykładzie widzę pewne zawieszenie między biologią a metaforą. Takie uczłowieczanie psa jest między innymi wyrazem tego, że nasze gatunki w procesie ewolucji bardzo się do siebie zbliżyły.

Człowiek udomowił psa 14 tysięcy lat temu, a zdaniem niektórych badaczy nawet wcześniej. Przez ten czas psy nauczyły się nas czytać, ale też same wykształciły bardzo dużo mechanizmów, które dla nas, ludzi, są zrozumiałe.

Pewne gesty i mowę ciała psów instynktownie i w większości przypadków poprawnie interpretują nawet ci, którzy nie mają żadnego wykształcenia w tym kierunku. Uczłowieczanie jest mechanizmem w pewnym sensie spajającym oba gatunki w jeden system społeczny. Można więc powiedzieć, że antropomorfizacja to cena, jaką płacimy za międzygatunkową empatię, bo bez niej nie byłoby możliwości budowania więzi.

Behawiorysta: „Pies nie zna pojęcia winy czy chęci zemsty”

„Dziewczynkami” i „psynkami” świadomie swoje psy uczłowieczam, ale mam wrażenie, że nie robię im w ten sposób większej krzywdy. Czy pana zdaniem granicą, za którą ta niewinna skłonność zaczyna szkodzić – i psu, i opiekunowi – może być moment, gdy w komunikacji z psami przestajemy dostrzegać ich instynkty, a zaczynamy sobie po ludzku tłumaczyć ich zachowania, a co gorsza, po ludzku tłumaczyć psom, co powinny robić. Gdy podczas spaceru opiekunka zwraca się do rozwścieczonej Pusi, mówiąc: „No jak ty się zachowujesz? Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie krzyczała na inne pieski!”. Pusia nie wygląda zwykle, jakby cokolwiek rozumiała…

To jest bardzo trafny przykład. Ale żeby chociaż dotknąć istoty zjawiska komunikacji pies–człowiek, trzeba zacząć od biologii i neurochemii. Japoński naukowiec prof. Miho Nagasawa w serii badań i eksperymentów przeprowadzonych ponad 10 lat temu zauważył, że wpatrywanie się psa (ale uwaga, wilka już nie!) w człowieka zwiększa poziom oksytocyny u właścicieli, co w konsekwencji ułatwia nawiązanie relacji i zwiększa z kolei stężenie oksytocyny u psów.

Kiedy więc człowiek i pies patrzą sobie w oczy, to u obu aktywuje się ten sam system neurobiologiczny, który odpowiada za relację rodzic–dziecko.

W efekcie pies zyskuje w naszym mózgu status społeczny zarezerwowany dla członków rodziny, niejako odruchowo widzimy w nim raczej kogoś niż coś, a to przy okazji uruchamia w nas funkcje opiekuńcze. To wyraźnie widać w podanym przez panią przykładzie.

Dysponujemy zestawem narzędzi, które pozwalają nam rozpoznawać emocje i intencje innych ludzi i ten proces uruchamia się także w relacji z psem. Nasz wykrywacz wzorców jest tak skonstruowany, że skanuje otoczenie w poszukiwaniu znanych obiektów. Znanym obiektem jest ludzka twarz, więc gdy widzimy pieska, który robi duże oczka i na nas patrzy, to ten mechanizm jest skłonny przypisywać mu ludzkie intencje i emocje w sposób automatyczny. W związku z tym mamy tendencję do orzekania, że pies coś zrobił specjalnie, skarcony czuje się winny, jest zazdrosny czy złośliwy jak ta Pusia, która szczeka na inne psy pomimo tylu rozmów! To nasze złudzenie intencjonalności, bo faktycznie pies nie zna pojęcia winy czy chęci zemsty, nie jest też złośliwy, raczej reaguje emocjonalnie na to, co się dzieje, czyli na wzorce i konsekwencję zachowań człowieka.

Choć psy nie przeżywają emocji tak, jak to sobie wyobrażamy, doskonale potrafią wykorzystywać naszą skłonność do interpretowania ich zachowań po ludzku – gdy chcą coś uzyskać, to wiedzą, że więcej dostaną, kiedy będą miłe i zrobią słodkie oczka, niż wtedy, kiedy będą agresywne. I są w tym konsekwentne.

Potrafią bowiem rozpoznawać ludzkie emocje, ale też potrafią na nie reagować fizjologicznie – w odpowiedzi na nasz nastrój czy minę zmieniają napięcie mięśni, ustawienie ogona czy uszu.

Ta synchronizacja emocjonalna i behawioralna tworzy złudzenie wspólnego przeżywania, czyli właśnie to, co my definiujemy jako empatię. Opiekunka Pusi na pewno jest przekonana, że ta rozumie ją najlepiej na świecie, a to nic innego jak konsekwencja efektu lustra emocjonalnego i rezonansu społecznego, które uruchomiły się po jakimś czasie wspólnego funkcjonowania.

Skutki uczłowieczania psa

Jakie są konsekwencje uczłowieczania psa?

Konsekwencji i dla psa, i dla opiekuna jest całe mnóstwo, bo to wpływa na konkretne zachowania psa. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że stawiając psu takie same oczekiwania jak człowiekowi i traktując go jak małego człowieka, tylko ubranego w futerko, przytłaczamy go jako przedstawiciela gatunku, bo nie mówię teraz o konkretnym egzemplarzu. Pies to odrębny gatunek, który ma swoją etologię, swoje instynkty i potrzeby.

Uczłowieczając go nadmiernie, nawet jeśli chcemy w ten sposób, mówiąc kolokwialnie, nieba mu przychylić, tak naprawdę odbieramy mu autonomię. W ten sposób obrażamy psa jako gatunek.

Odnoszę wrażenie, że wiele osób skupia się na ubrankach, a nie na tym, co najważniejsze – na budowaniu relacji psa z przewodnikiem, bo przecież człowiek dla psa jest przede wszystkim przewodnikiem.

Ten trend kupowania psom całkowicie często zbędnych akcesoriów rośnie w siłę od lat i jest napędzany przez marketing. Przekaz jest bardzo prosty: „Kochasz swojego psa? Kup dla niego obróżkę z kryształami Swarovskiego”. Buduje się w nas poczucie, że obdarowując psa luksusowym posłaniem czy czymkolwiek innym, czego on w gruncie rzeczy w ogóle nie potrzebuje, sprawimy, że poczuje się doceniony. To ewidentna bzdura, która dodatkowo napędza traktowanie psów jak ludzi.

Bardzo ważne jest to, co powiedziała pani o dbaniu o relację pies–człowiek. Rzeczywiście, traktując psa jak „maskotkę do przebierania”, wprowadzamy w jego życie kompletną dezorientację. Nie zachowujemy się jak przewodnik, ale jak rozpieszczający dziecko rodzic.

Tymczasem pies, mimo że żyje z nami w mieście, nadal jest obdarzony wszystkimi psimi instynktami, zarazem jest też istotą społeczną i potrzebuje przewodnika.

Teoria dominacji: pomaga czy szkodzi psu?

Wokół teorii dominacji, którą chcę tu wspomnieć, było w środowisku miłośników zwierząt sporo zamieszania. Gdy tylko pojawiło się hasło „dominacja” czy „struktura hierarchiczna”, natychmiast głos zabierali ci, którzy przypominali, że John Fisher, twórca koncepcji, zgodnie z którą człowiek powinien być postrzegany przez psa jako samiec alfa, a więc nad nim dominować, sam się z własnej teorii wycofał, a sama teoria powstała na podstawie badań wilków mieszkających w niewoli, co czyni ją niewiarygodną.

Tymczasem nowsze badania nad grupami psów i wilków pokazały, że podczas gdy wilki częściej opierają się na kooperacji, u psów częściej widzimy bardziej liniowe hierarchie dominacyjne. Między innymi badania nad psami wolno żyjącymi i komentarze takich autorów jak James Serpell z Uniwersytetu Pensylwanii sugerują, że zjawisko dominacji u psów istnieje, tylko nie ma nic wspólnego z prymitywnym zmuszaniem do poddania się.

Ustanawianie hierarchii jako sposób porządkowania świata ma dla nich ogromne znaczenie. Jeśli więc człowiek odbiera psu poczucie bezpieczeństwa poprzez swoje zachowanie, które nie jest zachowaniem przewodnika, to pies czuje się zagubiony i w efekcie mamy problem z agresją kontrolującą czy zaburzeniami lękowymi, w tym lękiem separacyjnym. Czyli to, co życie z psem czyni niezwykle trudnym i wielu właścicieli przerasta.

Pies to nie człowiek: jakich zachowań unikać?

Czasami zupełnie niechcący wysyłamy psu pewne sygnały, które on interpretuje zupełnie inaczej, niż myślimy. Poda pan przykłady takich nieświadomych zachowań?

Pierwszy z brzegu to całowanie psa w kufę, czyli w okolicę pyska. Myślimy, że obdarzamy go czułością, tymczasem dla psa zachowania typu wciskanie twarzy w kufę czy nachylanie się od góry to sygnały bardzo inwazyjne, często kojarzone raczej z naciskiem niż z czułością. Podobnie ma się sprawa z obejmowaniem psa i przytulaniem go do siebie. Dla nas to kolejny przyjacielski gest, ale dla psa do sygnał konfrontacyjny. U psów ułożenie ciała podobne do naszego przytulenia (wejście nad kark, „obejmowanie” łapami) pojawia się często w kontekście nacisku, kontroli lub walki, więc nic dziwnego, że wiele psów odbiera ludzkie przytulanie jako sytuację napięcia, a nie relaks. Także dlatego gdy dwoje ludzi przytula się w obecności psa, ten często wchodzi między nich. Nie, nie dlatego, że chce się przyłączyć do tej wymiany uczuciowej, a raczej dlatego, że próbuje ich rozdzielić, bo według niego zaraz się między nimi zacznie walka, której próbuje zapobiec. Oczywiście podobne zachowania człowieka pies jest w stanie nauczyć się znosić i tolerować, ale proszę zwrócić uwagę, że po takiej sesji przytulania pies często ziewa – a to sygnał uspokajający, niwelujący stres w tej sytuacji.

Myślę sobie, że pół biedy, jeśli będziemy kupować psu co tydzień nową obróżkę, a nawet czasem go przytulimy, o ile będziemy pamiętać, że on potrzebuje przede wszystkim spacerować, węszyć, znaczyć teren, socjalizować się z innymi psami, a nie siedzieć na kanapie i wychodzić tylko do przydomowego ogródka na szybkie siku. Jak to jest z tymi psimi potrzebami?

To nie jest aż tak proste. Często mówiąc o psach, popełniamy błąd uogólnienia, wszystkie wrzucając do jednego worka. Tymczasem to dziś jeden z najbardziej różnorodnych gatunków na Ziemi.

Mamy psy północy, rasy pierwotne, jak alaskan malamut czy husky syberyjski, które są przystosowane do pokonywania ogromnych odległości, mają zachowany pełen łańcuch łowiecki, ale także futro do skutecznej ochrony przed zimnem. Jednak są też psy chihuahua czy papillon, typowe rasy do towarzystwa; polujące charty; psy pasterskie czy stróże stad, jak owczarek podhalański. Nie sposób stworzyć jednej uniwersalnej recepty na przykład na spacer, który odpowiadałby na tak różne potrzeby wymienionych typów psów. Trasa spacerowa idealna dla husky’ego mogłaby chihuahuę kosztować życie. Golden retriever będzie zachwycony, jeśli w czasie spaceru zaproponujemy mu aportowanie, ale taka zabawa najpewniej zupełnie nie zainteresuje bernardyna. Jeżeli chcemy, żeby pies był szczęśliwy, to musimy zatroszczyć się o jego potrzeby związane z przynależnością do określonej rasy lub typu.

Idąc tym tropem – szczytem marzeń popularnego yorka, czyli yorkshire terriera, nie jest raczej siedzenie w torebce na ramieniu czy tym bardziej jeżdżenie wózeczkiem, bo ta rasa została stworzona do polowań na szczury! To my, ludzie, zrobiliśmy sobie z nich maskotki, a one nie mają innego wyjścia i te nasze pomysły znoszą, ale nierzadko nie zachowują się tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Szczekają na przechodniów, są nadmiernie emocjonalne, słowem – sprawiają problemy.

Znoszą to, co z nimi robimy, bo nie mają innego wyjścia. Skoro są noszone i ubierane jak dzieci, nie znają innego, prawdziwie psiego życia. Psy, w tym wypadku niestety, mają duże zdolności adaptacyjne. Są w stanie się przystosować do różnych warunków, nieraz bardzo trudnych, ale też do takich, jakie ludzie im stwarzają, co nie oznacza, że są wówczas szczęśliwe.

Jeżeli zdrowy pies będzie noszony w koszyczku czy wożony w wózeczku i wystawiany na trawę tylko na siusiu, to na pewno nie będzie realizować się jako pies, bo żaden pies w naturze nie porusza się w ten sposób.

Wiele problemów, które mamy z yorkami, wynika z tego, że one nie mają możliwości realizowania swojego instynktu. Ubranko czy kokardka nie zastąpią im tego, do czego są powołane. Traktując miniaturowe psy jak ozdoby, zabieramy im wolność i możliwość życia w zgodzie z naturalnymi potrzebami.

Ubranka dla psów: czy są potrzebne?

Traktujemy je jak ozdoby, ale często, co gorsza, je ozdabiamy... Gdy widzę małe suczki w sukieneczkach z falbanami, to jest mi ich zwyczajnie szkoda. Jak to jest z tym ubieraniem psów?

Większość psów żadnych ubrań nie potrzebuje, zwłaszcza gdy podczas spaceru są w ruchu, bo wtedy ich organizmy w naturalny sposób ogrzewają się same, a poza tym mają sierść, która doskonale je chroni. Jednak niektóre rasy, jak grzywacz chiński, są zupełnie pozbawione sierści, więc w takich przypadkach ubranko faktycznie chroni je przed zimnem. Rasy krótkowłose, jak bokser czy amstaff, mają z kolei dość kiepską izolację termiczną, bo są pozbawione podszerstka, więc może się zdarzyć, że przy ujemnej temperaturze będą marzły. Warto się tu kierować zdrowym rozsądkiem albo w bardzo prosty sposób sprawdzić, czy psu jest zimno. W tym celu wystarczy dotknąć psich uszu – jeżeli są wyraźnie zimne, to znaczy, że pies marznie. Można to poznać także po kolorze dziąseł. Gdy pies jest wychłodzony, dziąsła są blade, porcelanowe; jeśli zaś mają wyraźnie różowy kolor – wszystko jest w porządku. To są proste domowe wskazówki, ale jeśli mamy wątpliwości co do stanu psa, zawsze warto skonsultować się z lekarzem weterynarii.

Czym innym niż ochrona przed zimnem jest natomiast przebieranie psa w idiotyczne stroje. W ten sposób nie tylko go uprzedmiotawiamy, ale co gorsza, odbieramy mu możliwość swobody i naturalnej komunikacji z innymi przedstawicielami gatunku.

Nie zapomnę konsultacji sprzed lat, która tego właśnie tyczyła. Poprosiła mnie o pomoc właścicielka buldożki francuskiej, twierdząc, że w czasie spaceru jej suczka jest atakowana przez inne psy. Tymczasem okazało się, że ta pani zakładała biednej psinie strój pszczółki: ubranko w żółto-czarne paski z doczepionymi skrzydełkami, a na dokładkę – na głowę diadem z czułkami, które rytmicznie podskakiwały, gdy suczka maszerowała... Nic dziwnego, że była atakowana. Taki strój jest dla innych psów niepokojącym sygnałem: idzie coś dziwnego, nieznanego, groźnego, więc wzbudza strach, a wraz z nim – agresję.

Wszelkie przebieranki są być może zabawne, ale wyłącznie dla właściciela. Dla psa to cierpienie i bardzo często ryzyko fatalnej reakcji innych psów.

Najpierw „psujemy” psy, a potem musimy je naprawiać z pomocą behawiorystów?

Trochę tak jest. Przez 14 tysięcy lat ludzie radzili sobie bez behawiorystów. To nie jest przypadek, że odkąd zamknęliśmy psy w domach, ograniczyliśmy im kontakty społeczne, zabraniamy badania rozmaitych naturalnych przestrzeni, prowadzimy je tylko na smyczy, one zaczęły przejawiać tak duże problemy emocjonalne.

Przecież psy żyjące w naturze naprawdę nie mają problemów behawioralnych takich jak psy domowe. Obserwowałem to podczas pobytu w Gruzji. Jest tam bardzo dużo wolno żyjących psów, których większości turystów jest żal.

Faktycznie, często są kalekie, bo biegają luźno po drogach i są potrącane przez samochody, nie mają swoich domów, kanapy, miseczek – wszystkiego tego, czym my swoje psy uszczęśliwiamy. Te psy jednak zdecydowanie rzadziej wykazują typowe dla psów domowych problemy behawioralne, jak reaktywność na smyczy czy lęk separacyjny. Ich życie jest trudniejsze fizycznie, ale psychicznie są w wielu obszarach bardziej „psie” – mają więcej swobody. Nawiązują sympatyczne relacje z ludźmi, między sobą też się gromadzą w grupki, i przynajmniej w tych grupach, które obserwowałem, na pierwszy rzut oka nie widać chronicznej frustracji, agresji czy nadmiernej reaktywności.

Nie twierdzę, że wypuszczenie wszystkich domowych pupili na wolność byłoby świetnym rozwiązaniem, bo absolutnie nie, ale dzięki podobnym przykładom warto uświadomić sobie, że oddalając psy od natury, ograniczając im wolność, nadmiernie je uczłowieczając, robimy krzywdę nie tylko im, ale w konsekwencji – sobie.

Jacek Gałuszka – instruktor szkolenia psów, behawiorysta, wykładowca i autor książek o wychowaniu psów, założyciel Szkoły Przyjaciół Psów „Wesoła Łapka”; wesolalapka.pl

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE