Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Nie bardzo interesuje mnie granie postaci jednoznacznie dobrych”. Stellan Skarsgård w rozmowie o filmie „Wartość sentymentalna”

„Nie bardzo interesuje mnie granie postaci jednoznacznie dobrych”. Stellan Skarsgård w rozmowie o filmie „Wartość sentymentalna”

Stellan Skarsgård (Fot. Gareth Cattermole/Getty Images)
Stellan Skarsgård (Fot. Gareth Cattermole/Getty Images)
Rozgadany, dygresyjny, do bólu szczery. Na ekranie: zawsze bezbłędny. Stellana Skarsgårda można zobaczyć w „Wartości sentymentalnej”, za którą to rolę zgarnął Złoty Glob. Za rekomendację samego filmu niech posłuży zaś fakt, że w minionym roku został jednym z najdłużej oklaskiwanych tytułów w całej 80-letniej historii festiwalu w Cannes.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.

Artur Zaborski: Co pan sądzi o mężczyznach, którzy mają problemy z okazywaniem uczuć?

Stellan Skarsgård: Jest mi ich żal.

Czyli pańskiego bohatera filmu „Wartość sentymentalna”, Gustava, też panu żal?

On przynajmniej próbuje, nawet jeśli jego próby zwykle kończą się fiaskiem. Właściwie to od 25 lat pociągają mnie role tego typu mężczyzn – uwielbiam grać facetów ponoszących porażkę za porażką [śmiech]. Oczywiście w prawdziwym życiu bywa różnie. Zwłaszcza w relacjach z ludźmi – no wie pan, wszystkie te sytuacje, kiedy próbuje się nawiązać z kimś więź i to się kompletnie nie udaje…

A więc jesteście z Gustavem zupełnie różni?

W wielu kwestiach jesteśmy jednak podobni. Ja też mam pracę, którą kocham. Podobnie jak Gustav [w filmie ta postać jest wziętym reżyserem – przyp. red.] jestem w tej kwestii trochę jak nałogowiec, nie mogę żyć bez swojego zawodu. Tylko że mnie, w odróżnieniu od bohatera, którego gram, udało się lepiej ten nałóg zrównoważyć z życiem rodzinnym. Częściej bywałem w domu, pokazywałem też moim dzieciom, że nie jestem we wszystkim dobry. Nie bałem się im wyznać, że na niektórych polach wypadam kiepsko. Jako ojciec na pewno nie stoję na piedestale, nie pretenduję do figury ojca, którego należy czcić. Myślę, że to mi wiele ułatwiło w relacjach z własnymi dziećmi.

A wracając do Gustava, świetnie, że jest, jaki jest, bo nie bardzo interesuje mnie granie postaci jednoznacznie dobrych. Nawet jeśli scenariusz sugerowałby coś takiego, ja i tak wymyślę moim bohaterom jakieś wady. Muszę sięgnąć do ich ciemniejszej strony, żeby zbudować wewnętrzne napięcie. Chcę w kinie opowiadać o prawdziwych ludziach, a nie o świecie wyraźnie podzielonym na to, co dobre i złe. Zwłaszcza że ten podział jest absolutnie kłamliwy, choć najwyraźniej, sądząc po hollywoodzkich klasykach, sporo z nas chce w to kłamstwo wierzyć. Tak więc wszyscy moi bohaterowie mają wady. Wszyscy! Mogą być nie wiem jak wspaniali, a jednocześnie pełni wad.

Czytaj także: Co czuje kobieta odrzucona przez ojca? Katarzyna Miller w rozmowie o filmie „Wartość sentymentalna”

Bywa i tak, jak w przypadku barona Harkonnena z „Diuny”.

Niewiele tam miałem do zagrania [śmiech]. Po prostu dbałem o to, żeby było Harkonnena jak najmniej – mimo jego potężnej masy. On ma tylko jedno zadanie: ma być cholernie przerażający, co osiąga głównie wyglądem. Gdyby pokazywać go zbyt często, przestałby być aż tak straszny. Swoją drogą, nie wiem, czy pan wie, ale na początku był pomysł, żeby Harkonnen nosił zbroję, jak w filmach Marvela. Ostatecznie pokazaliśmy go takiego, jaki jest: nagiego i w piżamie. W tak skrajnych przypadkach nie interesuje mnie pokazywanie przeszłości bohatera. Nie zastanawiam się, czy był źle traktowany jako dziecko, nie buduję sobie tła psychologicznego postaci. To nie jest ważne. W kinie artystycznym mam dużo więcej do namysłu, więcej czasu, żeby zbudować rolę.

Skoro mowa o Hollywood – co pan sądzi o deklaracjach niektórych europejskich aktorów, że będą odmawiali grania w hollywoodzkich filmach w geście sprzeciwu wobec polityki Donalda Trumpa?

Szczerze wątpię, żeby każdy film kręcony w Hollywood legitymizował Trumpa. Przemysł filmowy raczej mu się sprzeciwia, więc chyba lepiej tam pracować i wspierać przeciwników działań obecnego prezydenta. Chyba że bierze się udział w produkcjach, które w jakiś sposób wspierają jego politykę. Nie jest też tak, że wszyscy, którzy popierają MAGA, są złymi ludźmi. Większość z nich myśli, że jest po właściwej stronie, w czym utwierdzają ich doniesienia stacji Fox News, a wiadomo, jak wiarygodne jest to źródło informacji. Z drugiej strony gdy pomyślę, co przez ostatnie 10 lat potrafił wypisywać „New York Times”… I tu znowu dochodzimy do niejednoznacznego podziału świata na tych dobrych i tych złych. Weźmy mojego bohatera z serialu „Czarnobyl” – chciałem pokazać tego człowieka jako kogoś sympatycznego, kogoś, kto broni systemu, bo uważa, że jest sprawiedliwy. Wraz z rozwojem akcji widzimy, jak stopniowo uświadamia sobie, że ludzie stojący po tej samej stronie co on spowodowali katastrofę, że to właśnie system, w który on tak mocno wierzył, do niej doprowadził. Patrzymy więc, jak cały jego kodeks moralny obraca się w pył. To było dla mnie niezwykle interesujące zadanie aktorskie.

Lubię wywiady z panem, bo nie boi się pan mówić, co myśli, nie kryje się pan za neutralnymi wypowiedziami. Nie zapomnę, jak szczerze opowiadał pan o tym, że pański syn Kolbjörn traktowany jest jak nepo baby i w związku z tym dręczą go w szkole. Wypowiada się pan ostro o religii, a Bergmana, ikonę szwedzkiej kinematografii, nie wahał się nazwać nazistą. Nie martwi pana, że ktoś z powodu takich wypowiedzi się obrazi?

Faktycznie w Europie pod wpływem kultury amerykańskiej zaczynamy wypowiadać się tak, żeby nikomu się nie narazić. Tylko że moim zdaniem ludzie ciągle się o coś obrażają. Nie da się tego uniknąć. Byłbym raczej zaniepokojony, gdybyśmy nagle przestali się czuć urażeni. Zresztą mnie też codziennie ktoś, kurwa, obraża i jakoś muszę z tym żyć!

Kto konkretnie pana obraża?

Politycy, którzy reagują strachem i agresją. Zachowują się jak dzieci, ale sami tego nie dostrzegają, nie są tego świadomi, a to jest dla mnie najbardziej przerażające. Nie muszę chyba znowu wymieniać nazwiska prezydenta, który zachowuje się jak dziecko. Ułatwiając mi pracę, która w gruncie rzeczy polega na tym, by odkrywać w dorosłym człowieku dziecko. Zresztą takich osób jest w polityce sporo.

Tak, zdarza mi się mówić rzeczy – także te o wydźwięku politycznym – niewygodne. Nie łudzę się, że to cokolwiek zmieni. Mam jedynie nadzieję, że mogę wnieść w ogólną dyskusję wkład tak nieznaczny jak podmuch wiatru, jak ledwo wyczuwalna bryza.

Kadr z filmu „Wartość sentymentalna” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Wartość sentymentalna” (Fot. materiały prasowe)

Skoro zagrał pan w „Wartości sentymentalnej” reżysera, mam pytanie: do jakiego stopnia dla pana jako aktora ważne jest, kto reżyseruje projekt? Zawsze zwraca pan na to uwagę?

Dobrą odpowiedzią jest tu przykład „Piratów z Karaibów”, których kręciliśmy z Gore’em Verbinskim, reżyserem kina niezależnego, absurdystą. Na planie było 400 osób, ale wokół kamery pracowało nas pięciu, sześciu. Jak na planie filmu artystycznego. Próbowaliśmy różnych rozwiązań, aktorzy bawili się rolami.

Na pewno na planie przyświeca mi myśl, że nie chcę iść na zbyt duże kompromisy, choć jednocześnie zależy mi na tym, by film zobaczyła jak największa widownia.

Pamiętam, jak w latach 90. realizowaliśmy „Ronina” Johna Frankenheimera – reżysera legendy. Uwielbiałem go. Kiedy współpracowaliśmy, miał dokładnie tyle lat, ile ja mam teraz, a reżyserował z energią człowieka realizującego swój debiut. Frankenheimer był przepełniony entuzjazmem. A tak na marginesie: scenariusz „Ronina” został w pewnym momencie całkowicie przepisany. Nie uwierzy pan, jak wyglądała jego nowa wersja.

Proszę opowiedzieć.

Kiedy dostałem ją do ręki, zobaczyłem, że praktycznie zniknęły z niej dialogi. Nie mogłem się tym nacieszyć! Dla mnie to właśnie esencja kina: zero dialogów, zamiast nich spojrzenia. Wszystko powściągliwe, niewypowiedziane. No wie pan, podejście do widza takie jak w latach 50. i 60., kiedy pojawiła się nowa fala, na przykład w Czechosłowacji, i powstające w jej ramach filmy odarły kino z teatralności. Wcześniej film był przecież rodzajem teatru nagrywanego kamerą, wszystko tłumaczono dialogiem. Jak dziś w telewizji – możesz jednocześnie gotować obiad i oglądać serial, więc wszystko musi być powiedziane na głos. Wraz z pojawieniem się nowej fali nastała wolność. Zaczęliśmy czytać między słowami. Widziałeś po twarzy aktora, że ktoś kłamie albo mówi prawdę. Albo że ktoś jest zakochany. Nikt tego nie wypowiadał. To było wspaniałe i bardzo za takim kinem tęsknię. Tym bardziej cieszę się, że reżyser „Wartości sentymentalnej” Joachim Trier tak wiele z nowej fali czerpie – jeśli chodzi o język kina, posługiwanie się dialogiem, zabawę narracją i formą.

Przytacza pan czeską nową falę, a przecież ma pan na koncie współpracę z samym Milošem Formanem w „Duchach Goi” z 2006 roku…

Kochałem przebywać z Milošem. Był niezwykle ekspresyjny. I tak jak ja bardzo interesował się jedzeniem. Miał taką zasadę, że jeśli dobrze obsadzisz film, to już zrobiłeś więcej niż połowę roboty, więc kiedy Natalie Portman podeszła do niego i powiedziała: „Miloš, mam problem z moją rolą”, on odpowiedział: „Co z tobą nie tak? Zatrudniłem cię i rozwiązywanie problemów z rolą to twoja robota! Powiedzcie mi lepiej, gdzie dziś jemy”. Bardzo mi się to w nim podobało [śmiech]. Mnie w zasadzie ukształtowało stare czeskie kino. Nie tylko Formana, ale też Miloša Žandovskiego, Jana Němca i wszystkich tych wspaniałych reżyserów. Kiedy studiowałem, wszyscy chodziliśmy oglądać czeskie filmy. W latach 60. i 70., długo przed nastaniem ery blockbusterów, każda taka premiera to było wydarzenie. Żałuję, że nie przyjechałem do Czechosłowacji, kiedy jeszcze była Czechosłowacją. Dopiero po upadku żelaznej kurtyny trafiłem do Bratysławy, gdzie kręciliśmy film. Pamiętam, że było mi potem strasznie wstyd, że mamy w Szwecji taki dobrobyt. Taki raj, jeśli chodzi o dostęp do jedzenia.

Na Słowacji to był wtedy problem?

Po raz pierwszy pojechałem do kraju, gdzie wcześniej panował komunizm. I widok, który zastałem, mnie dobił – w całym mieście były deficyty jedzenia. Dlatego kiedy tylko wróciłem do domu, poszedłem prosto na hamburgera. Głupio się czułem z powodu tego mojego odruchu. Na dodatek zaraz potem zjadłem jeszcze sznycel wiedeński!

To mi przypomina, jak po upadku muru berlińskiego poznałem czeskiego reżysera Václava Marhoula, który był szefem studia Barrandov, wtedy praktycznie opuszczonego. W tamtym czasie było w Pradze mnóstwo takich opuszczonych miejsc. Ludzie

próbowali zorientować się, co właściwie mają, co można z tym zrobić, jak stworzyć przyszłość z tego, co zostało. Poszliśmy wtedy razem z Václavem do baru i potwornie się upiliśmy. On twierdzi, że tej nocy wdaliśmy się w bójkę z czterema pijanymi facetami i że ich wszystkich powaliliśmy. Ja tego nie pamiętam. Sądzę, że zmyśla, nie wyobrażam sobie, żebym kogokolwiek nokautował. A może to jednak prawda?

Potem nie widzieliśmy się z Václavem przez kolejnych 20 lat. Aż w końcu się do mnie odezwał, bo chciał zrobić „Malowanego ptaka” na podstawie powieści Jerzego Kosińskiego. I chociaż bardzo go w tym pomyśle wspierałem – byłem związany z tym projektem przez 10 lat – Václav nie napisał tam dla mnie żadnej roli. Ostatecznie zagrałem rolę bez dialogów – uwinąłem się z nią w jeden dzień. Tak czy inaczej, uważam, że to wspaniały film. Tłumaczący ludziom bez oceniania, jak wygląda moralność w potwornych czasach.

Z tego, co pan mówi, wynika, że kino jest narzędziem do nauki empatii. Tak?

Roger Ebert, wybitny krytyk filmowy, mówił, że kino jest maszyną do empatii. Miał rację. Myślę zresztą, że to nie dotyczy tylko kina, ale także literatury, w ogóle sztuki, która nawet jeśli nie pokazuje empatii we wszystkich jej odcieniach, to jednak daje nam dodatkową parę oczu. Dzięki nim możemy popatrzeć na świat inaczej, oglądamy czyjąś wersję rzeczywistości. A przecież zawsze dobrze jest móc spojrzeć oczami kogoś innego. Bez tego na dobre zatrzaśniemy się we własnej — jak to się dziś mówi — bańce.

Stellan Skarsgård rocznik 1951. Urodzony w Göteborgu, w wieku 17 lat zadebiutował w telewizji, w serialu dla młodzieży. W 1972 dołączył do Królewskiego Teatru Dramatycznego w Sztokholmie. Do jego najsłynniejszych ról należą te w filmach „Przełamując fale”, „Tańcząc w ciemnościach”, „Dogville”, „Nimfomanka”, „Mamma Mia”, „Diuna” czy w serialu „Czarnobyl”. Prywatnie jest ojcem jednej córki i siedmiu synów, z których sześciu także zostało aktorami.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE