Netflixowy „Frankenstein” to jeden z najbardziej oszałamiających filmów 2025 roku. Widzowie, krytycy i dziennikarze są zgodni: to kino odważne i zachwycające wizualnie, a Guillermo Del Toro nie tylko osiąga w nim formalne mistrzostwo, ale też niezłomnie wciąga widzów w mroczny klimat epoki wiktoriańskiej. Nic więc dziwnego, że Akademia postanowiła uhonorować ten gotycki epos aż 9 nominacjami do Oscara. Zanim jednak poznamy werdykt, warto poświęcić swój czas i zapoznać się z produkcją, zanim będzie mówić o niej cały świat.
Zwykle jest to rzadkością, ale w tym przypadku widzowie i krytycy są zgodni: „Frankenstein”, adaptacja kultowej powieści Mary Shelley w reżyserii Guillerma del Toro, to jeden z najlepszych filmów Netflixa minionego roku. I chociaż nagrodzony trzema Oscarami twórca dostarcza nam wersji o wiele mniej subtelnej niż literacki pierwowzór, jest w niej wiele rzeczy, za które można ją szczerze pokochać. Filmowa baśń przenosi nas bowiem do bogatego świata dekadencji i mrocznego upadku. W centrum historii niezmiennie znajduje się natomiast doktor Victor Frankenstein (Oscar Isaac), genialny, choć nieco arogancki naukowiec, który planuje powołać do życia stworzenie za pomocą złączenia ze sobą elementów ciała ludzkich zwłok. Pomysł ten wydaje się szalony, ale dzięki wsparciu bogatego dobroczyńcy (Christoph Waltz) ambitne marzenie mężczyzny spełnia się. Nieludzki eksperyment ostatecznie prowadzi jednak do tragicznych konsekwencji zarówno dla Frankensteina, jak i samego stworzenia (Jacob Elordi).
Kadr z filmu „Frankenstein” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Czytaj także: Kultowa bohaterka milczała przez sto lat – teraz wreszcie otrzymuje głos i… rozpętuje feministyczny chaos. Recenzja filmu „Panna młoda!”
Co zatem można powiedzieć o tej interpretacji klasycznej powieści z 1818 r.? Dobrego jest tu całkiem sporo. Guillermo del Toro, pozostając wierny swojemu mrocznemu stylowi, przywołuje tu estetykę gotyckiej opowieści, w której każdy element zdaje się być na swoim miejscu: od mrożącego krew w żyłach początku, którego akcja rozgrywa się na Biegunie Północnym, po sceny toczące się w imponującym wnętrzu strzelistego laboratorium.
Kadr z filmu „Frankenstein” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Projekt kultowego stworzenia również robi wrażenie, chociaż Del Toro mądrze unika w tej kwestii popkulturowych konwenansów. Ekranowy potwór nie ma więc śruby w szyi ani przesadnie dużego czoła zszytego zszywkami. To w pełni jego własna istota. Nie oznacza to jednak, że twórcy pomijają cielesną grozę postaci. Stwór ma tym samym niejednolitą, odbarwioną skórę, co rzecz jasna budzi grozę, ale nie sprawia wrażenia aktora w tanim kostiumie. A skoro już o Jacobie Elordim mowa, jest on niekwestionowaną gwiazdą filmu i daje jak dotąd najlepszy występ w całej swojej karierze (chyba wszyscy się zgodzą, że Oscar w kategorii „aktor drugoplanowy” jest w zasadzie formalnością).
Kadr z filmu „Frankenstein” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Czytaj także: Oscary 2026: gdzie oglądać nominowane filmy? Wiele tytułów dostępnych jest już na platformach streamingowych
Tragiczne życie wewnętrzne jego postaci stanowi natomiast główny ciężar emocjonalny tej opowieści, a druga część filmu, skupiona na historii potwora (pierwsza opowiedziana jest z perspektywy Victora), jest zdecydowanie mocniejsza. To właśnie tu reżyser, który napisał również scenariusz, zagłębia się w centralny temat powieści Shelley: „Kto jest prawdziwym potworem?”. To zresztą intrygujące pytanie, które fascynuje czytelników od wieków. Postacie drugoplanowe (grają je niezawodni Oscar Isaac, Mia Goth oraz Christoph Waltz, którego postać została stworzona właśnie na potrzeby filmu) wprost dają nam jednak do zrozumienia, że nieludzka istota może być bardziej ludzka niż prawdziwy człowiek.
Warto też zaznaczyć, że netflixowa adaptacja znacznie bardziej zagłębia się w dzieciństwo Victora niż większość wcześniejszych ekranizacji. Tym razem naukowiec jest więc owocem surowego wychowania ojca, co znajduje odzwierciedlenie w sposobie, w jaki „ojcuje” swojemu własnemu dziełu, nadając filmowi prawdziwej emocjonalnej głębi. Sam reżyser niejednokrotnie mówił zresztą o tym, że chciał zadać tym samym istotne pytania o bycie ojcem i bycie synem. Czy mu się udało? Oceńcie to sami.
Jeśli chodzi natomiast o walory artystyczne, „Frankenstein” to wizualne arcydzieło, więc można się spodziewać, że zgarnie wiele Oscarów w kategoriach technicznych (dzieło ma szansę na statuetkę m.in. za zdjęcia, charakteryzacja, scenografia, kostiumy, a także muzykę i dźwięk). Jeśli jesteście zatem fanami produkcji, w których zdjęcia zapierają dech w piersiach, efekty specjalne są olśniewające, scenografia misterna, a kostiumy dopracowane tak, że nie można oderwać wzroku, ten film z pewnością jest dla was.
Kadr z filmu „Frankenstein” (Fot. materiały prasowe Netflix)
Czytaj także: 8 pięknych seriali, które są ucztą dla oczu i zaspokoją wasze estetyczne gusta
Recenzje „Frankensteina”: co mówią krytycy?
Co o dziele mówią krytycy? W „Critics Consensus” czytamy: „Del Toro odkrywa człowieczeństwo w jednym z najbardziej kultowych potworów kina. Ten film to wystawny epos z wybitną rolą Elordiego”. „Boston Globe” również jest pod wrażeniem: „To poruszająca opowieść o przymusowej egzystencji i jeden z najlepszych filmów roku”. „The Observer” nazwał z kolei „Frankensteina” „ekscytującym, wciągającym i zmysłowym doświadczeniem”, a „The Hollywood Reporter” – „jednym z najlepszych filmów Del Toro” oraz „epicką opowieścią o niezwykłym pięknie, uczuciu i artyzmie”. „The Independent” zwrócił natomiast uwagę na „formalne mistrzostwo Del Toro”.
Czytaj także: Ukryte perełki na Netflixie. Byłam w szoku, że znalazłam tam takie filmy
Czy warto obejrzeć „Frankensteina” na Netflixie?
Ci, którzy widzieli już tę widowiskową interpretację opus magnum Shelley, również nie wykazują rozczarowania tym, co zobaczyli. „Frankenstein” ma bowiem 95% pozytywnych ocen w serwisie Rotten Tomatoes, co czyni go jednym z najlepiej ocenianych filmów Netflixa 2025 r. W recenzjach regularnie przewijają się też określenia: „arcydzieło” i „świetna adaptacja klasyki”. I chociaż wizja reżysera wydaje się skrojona na miarę wielkiego ekranu, i tak warto sięgnąć po film na Netflixie, chociażby dla świetnego występu Elordiego. Jeśli to was jednak nie przekonuje, dodam tylko, że podczas ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Wenecji dzieło zebrało aż 15-minutowe owacje na stojąco, a teraz obraz del Toro walczy o dziewięć (!) Oscarów, w tym za „najlepszy film” i scenariusz adaptowany, a to chyba najlepsza zachęta do tego, aby skusić się na seans.
„Frankenstein” jest dostępny na Netflixie.