Małgorzata Major - Spuścizna Carrie Bradshaw. Nowe dziewczyńskie seriale dla zetek
00:00
Podobno królowa jest tylko jedna. Należałoby więc nałożyć koronę na głowę Carrie Bradshaw. Bohaterce, która przetarła szlaki kolejnym postaciom w serialach dziewczyńskich kilka dekad po tym, jak miała swoje szczęśliwe zakończenie z Mr. Bigiem. Carrie przekazała koronę Hannah Horvath, a ona zetkom odważnie zaznaczającym obecność swojego pokolenia w popkulturze.
Jak śpiewał zespół Kombii: „Każde pokolenie ma własny czas”. Ustalmy więc na potrzeby tekstu, ramy po których poruszają się nasze bohaterki. Carrie (Sarah Jessica Parker) rządziła wyobraźnią kobiet na przełomie XX i XXI wieku (dokładnie między 1998 a 2004 rokiem), ale tak naprawdę nigdy nie zniknęła. Wróciła z przyjaciółkami w dwóch filmach kinowych, a w 2021 w kontynuacji serialowej „I tak po prostu”. HBO zakończyło produkcję po trzech sezonach i obawiam się, że to już definitywny koniec spotkań z dziewczynami z Manhattanu.
Fot. materiały prasowe
Milenialska Hannah Horvath (Lena Dunham) porwała nas na Brooklyn czternaście lat temu (2012), gdy media społecznościowe i YouTube raczkowały, a świat subskrypcji i sztucznej inteligencji był wciąż przed nami. Marzenie bohaterki o byciu głosem pokolenia Y i o pisaniu książek wówczas jeszcze wydawało się realne. Hannah mogła być pisarką jak Carrie, ale to pragnienie dawało jej w kość gdy zaglądała do portfela. Wiecznie darmowe staże i brak perspektyw na stabilizację finansową zabije każdą pasję. W końcu idei nie da się włożyć do garnka. Świadome tego są zetki, które oglądamy w najnowszych serialach dla dziewcząt i kobiet.
Fot. materiały prasowe
Kolejny serial HBO i kolejne pokolenie. Skoro telewizja wykreowała takie hity jak „Seks w wielkim mieście” i „Dziewczyny”, nie mogła zignorować zetek wkraczających na rynek pracy. W serialu „Kocham L.A.” (2025) poznajemy nową generację młodych kobiet marzących o zawodowym spełnieniu i miłości. Twórczynią produkcji HBO jest komiczka Rachel Sennott, która – podobnie jak Lena Dunham – wciela się w postać głównej bohaterki, czyli Mai. Dziewczyna jest początkującą menadżerką, ma doświadczenie pracy w agencji, ale gdy dawno obiecany awans wciąż nie nadchodzi, postanawia wziąć sprawy we własne ręce i rozkręcić własny biznes. Dość szybko znajduje pierwszą klientkę. Influencerka Tallulah (Odessa A’zion) to jej dawna przyjaciółka. Po latach odnawiają kontakt i Maia staje na głowie, żeby zapewnić jej dobry start w branży kreatywnej; współprace, torebki, eventy, to jej codzienność. Oczywiście prędzej niż później zaczynają się problemy, bo trudno ręczyć za osobę, którą znało się w przeszłości, a dzisiaj nie wie się o niej prawie nic. „Kocham L.A.”, to serial, gdzie od pierwszych minut bombardują nas media społecznościowe, wpisy na Instagramie, rolki, spontaniczne lajwy i dużo wiadomości tekstowych. Może się od tego zakręcić w głowie i działa to na mózg bardziej intensywnie niż światła stroboskopowe.
To zasadnicza różnica między generacją Y i Z. Milenialsi w swoich latach dwudziestych nie byli tak przebodźcowani rewolucją social mediów. Facebook sprzed piętnastu lat, wydaje się bardzo odschoolowy w porównaniu do TikToka i Instagrama alarmującego nas dziesiątkami powiadomień dziennie. Maia, nasza zetka, jest ciągle online. Gdy chodzi po bieżni, równocześnie rozmawia przez telefon o sprawach swojej klientki, gdy kładzie się spać - czyta co o Tallulah napisano ostatnio na Instagramie, czy ktoś wrzucił jakąś rolkę na TikToka. Jej praca nigdy się nie kończy, w końcu dramy influencerów to paliwo dla ich działalności. A gaszenie pożarów to obowiązek menadżerki.
Fot. materiały prasowe
Tallulah jest roszczeniowa i bezpardonowa w swoich działaniach. Robi i mówi co jej się podoba, a Maia musi posprzątać ten bałagan. Nie zamierzam pisać, że „kiedyś to były czasy”, gdyż Carrie marzyła o pisaniu książek, Lena marzyła o sprzedaży bestsellera, a Maia z Tallulah marzą tylko o dużej licznie followersów i współprac. Zwyczajnie, zmienił się język kreatywny, ale główny problem jest wciąż ten sam. Młode kobiety nie są traktowane z należytą powagą i muszą walczyć o swoje dwa razy wytrwalej niż mężczyźni.
Maia przekonuje się o tym w finale pierwszego sezonu (odcinek rozgrywa się w Nowym Jorku jakby stanowił hołd dla wszystkich innych telewizyjnych dziewczyn). Znowu jakiś wpływowy mężczyzna próbuje pokazać jej miejsce w szeregu. Czy tego samego nie doświadczyła czasem Hannah Horvath gdy przyszła na spotkanie z poczytnym pisarzem, którego w „Dziewczynach” zagrał Matthew Rhys? A czy Carrie nie musiała udowadniać Bergerowi, że jej książki są tak samo ważne jak jego literatura? Dziewczyny muszą się wspierać, żeby razem przebić kolejny szklany sufit. Nie ma innego wyjścia.
Czytaj także: „Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudą”. Czy bohaterki plus size zasługują na życie erotyczne?
Zmieniły się akcesoria. Carrie robiła odręczne notatki w restauracji, Hannah uwielbiała pisać swojego bloga i eseje na laptopie, a Maia nie rozstaje się ze smartfonem, bo to jej narzędzie pracy. Każda z nich słyszy odmowę, zostaje odprawiona z kwitkiem, albo odarta ze złudzeń, że coś osiągnie tylko dzięki ciężkiej pracy. To co charakterystyczne dla „Kocham L.A.” to intensywność zdarzeń, konieczność bycia w kilku miejscach równocześnie. Musisz być tu i teraz, żeby ktoś o tobie nie zapomniał i cię nie pominął. Musisz być „oznaczony” w jednym konkretnym poście i na zdjęciu, bo inaczej zostaniesz zapomniany.
„Margo jest spłukana” to tegoroczna nowość AppleTV+ z Elle Fanning w roli tytułowej. Margo Millet chciałaby mieć taką menadżerkę jak Maia, ponieważ sama jest dość kiepska jeśli chodzi o autoreklamę. Przynajmniej do pewnego momentu. Poznajemy ją, gdy przechodzi poważną zmianę w życiu. Chwilę temu beztrosko studiowała i marzyła o karierze pisarki (to marzenie nigdy nie umrze w dziewczynach!), ale nagle okazało się, że jest w ciąży i jako młoda mama musi utrzymać siebie i dziecko. To dla niej ekstremalnie trudna sytuacja. A gdy dodać do tego, że ojcem dziecka jest jej były profesor literatury, to trudno wyobrazić sobie gorsze połączenie.
Margo zostaje sama z dzieckiem, ponieważ profesor nagle przypomniał sobie, że ma rodzinę i nie zamierza jej stracić. Dziewczyna mieszka z innymi studentkami w wynajmowanym mieszkaniu i niektóre z nich nie są zadowolone z obecności noworodka, gdy ten ciągle płacze. Finansowo nie może też liczyć na swoich rodziców, matka właśnie wychodzi za mąż, a ojciec jest emerytowanym wrestlerem uzależnionym od heroiny. Zdesperowana wpada na pomysł, żeby zalogować się na OnlyFans i zobaczyć, czy da się tam zarabiać bez wychodzenia z domu.
Fot. materiały prasowe
Z czasem jej działalność zaczyna przynosić dochody i o ile dla Margo to nie jest problem, wie że praca seksworkerek to źródło zarabiania pieniędzy i nic więcej, otoczenie nie jest tak samo wyrozumiałe. Wątek niebieskiej platformy wzbudza kontrowersje w odbiorze serialu, ponieważ niektórzy mogą uznać to za dość natarczywą promocję usług seksualnych online, a inni jeszcze uważają że to coś w rodzaju product placementu. Rodzice bohaterki odmiennie podchodzą do jej pracy. Matka ma z tym duży problem, ponieważ wie, jak bardzo ta praca stygmatyzuje. Ojciec rozumie, że to głównie show. Margo wymyśliła personę, która funkcjonuje w uniwersum science fiction. Bohaterka ma swój kostium, perukę, a nawet „kosmiczny” kolor skóry. Traktuje to jak sztukę, w której może się spełniać. Pisanie do szuflady nie pozwoli jej płacić rachunków i wychowywać syna.
Serial opowiada się za swoją bohaterką. Wspiera jej decyzję i przekonuje, że „to tylko praca”. Trudno jednak nie zadać pytania o koszty emocjonalne ponoszone w przyszłości przez dziecko bohaterki, o nich póki co Margo nie myśli. Zwraca na to uwagę ojciec dziecka, gdy nagle chce walczyć o opiekę nad chłopcem. Wykorzystuje pracę Margo jako oręż przeciwko niej. Uważa, że seksworkerka nie może być dobrą matką. Ta kwestia doczekuje się finału, ale pozostawia nas z wieloma pytaniami o bezpieczeństwo w sieci, odpowiedzialność za dobrostan matki i dziecka. Produkcja AppleTV+ porusza ważny społecznie temat i czyni to w bardzo ciekawy sposób.
Czytaj także: Na taką męskość nie ma już przyzwolenia. Filmy i seriale, których bohaterowie się przeterminowali
Sama Margo jest odważną dwudziestolatką. Aborcja budzi w niej sprzeciw, mimo że otoczenie doradza jej ten pomysł. Ona jednak czuje, że sprosta macierzyństwu, „jedyny” problem to pieniądze. Ta zetka jest kreatywna i samodzielna, nie czeka aż uratuje ją jakiś mężczyzna. Pamiętacie czas, gdy Carrie Bradshaw potrzebowały pieniędzy na wykup mieszkania? Wówczas chciał jej pomóc Mr. Big, ale ostatecznie zrobiła to Charlotte. Margo nikogo nie prosi o pomoc, informuje ojca dziecka o jego obowiązkach, ale gdy on zawodzi, radzi sobie sama. Zetki są sprawcze i samodzielne. Brawo!
Serial „Hacks” (pol. „Komediantki”) zachwyca widownię HBO od 2021, w tym roku oglądamy ostatni, piąty sezon. Produkcja opowiada o zderzeniu postaw dwóch komediantek, jedna z nich jest po siedemdziesiątce i wciąż pracuje, nie zamierza dać o sobie zapomnieć, a druga ma dopiero dwadzieścia pięć lat i stawia pierwsze kroki w branży. Postać Deborah Vance (Jean Smart) inspirowana losami Joan Rivers, jest pewną siebie kobietą sukcesu. Mieszka w Las Vegas w absurdalnie luksusowej willi niczym gwiazda starego Hollywood. Każde pomieszczenie jest idealnie zaaranżowane, bohaterka ma sztab ludzi do pomocy i mocną pozycję w show-biznesie.
Gdy poznaje młodszą o pół wieku Avę (w tej roli Hannah Einbinder), początkowo się nie dogadują. Vance ma rezydenturę w kasynie, własny merch, za sobą setki występów w telewizji i największych salach na świecie, wciąż bawi publiczność i reklamuje to, co uzna za stosowne. Jest królową Ameryki. Ava to ktoś w rodzaju Leny Dunham. Początkująca scenarzystka z ostrym piórem, która nie boi się zadrzeć z wpływowymi twórcami, bo – jak to zetka – nie ma potrzeby wielbić autorytetów.
Fot. materiały prasowe / Zwierciadlo.pl
Panie mają razem pracować i ze względu na różnicę wieku i poglądów, idzie im opornie. Z czasem jednak doceniają swoje towarzystwo, zaprzyjaźniają się, ale jak mówi Lena Dunham – przyjaźń kobiet bywa bardziej dramatyczna niż romans. Na przestrzeni sezonów zazdroszczą sobie wielu rzeczy – sukcesu, pieniędzy, albo młodości i bezczelności. Podziwiają się za wytrwałość i kreatywność. Gdy młodsza próbuje być samodzielna, Vance z jednej strony daje jej błogosławieństwo, z drugiej czuję się opuszczona i samotna. Okazuje się, że to największy problem show-biznesu. Gdy pojawiają się problemy, zostajesz z nimi sama.
Oglądamy też rywalizację pokoleń, Ava nie jest zakompleksiona, bo brakuje jej doświadczenia, a Vence wcale nie chce rozumieć młodszych pokoleń. Różnią się nawet w definiowaniu kobiecości. Ava nie nosi makijażu, często chodzi w dresach i butach sportowych podczas gdy Deborah nie wychodzi z domu bez kompletnej stylizacji. Nosi też perukę, bo nikt nie może zobaczyć jej przerzedzonych włosów. Nie rozumie dlaczego Ava – oczywiście w jej mniemaniu - nie dba o siebie. Dziwi ją styl życia młodego pokolenia. Nie wie jednak, że w dużej mierze wiąże się on z zarobkami dziewczyny, która nie ma takiej pozycji jak Vance. Problemy finansowe to powszechny problem początkujących scenarzystek.
Pomysł na serial „Komediantki” jest genialnie prosty. Zderzenie boomerki z zetką pokazuje, że żyjąc w swojej bańce, nie mamy pojęcia co dzieje się na świecie. Deborah pracuje z ludźmi, którzy mogliby być jej wnukami. Opowiada im historie o latach 90., kiedy oni dopiero się rodzili. Nie mają pojęcia, jak wówczas działał show-biznes. „W Hollywood nie liczy się talent, tylko władza” – mówi jedna z asystentek. Każda z bohaterek próbuje z tym walczyć. Chcą dowieść, że ich talent ma większe znaczenie niż układy i znajomości. Zwłaszcza Ava ceni swoją transparentność i uczciwość. Nie chce pisać wbrew swoim zasadom, ani zgodnie z wytycznymi reklamodawców. Jako przedstawicielka młodego pokolenia nie kryje się za apolitycznością i okrągłymi zdaniami, w przeciwieństwie do Deborah. Vance jest doskonała w zakulisowych gierkach i manipulacji. Dzięki temu zawsze dostaje to, czego chce.
Fot. materiały prasowe
„Komediantki” pokazują różne oblicza kreatywności. Doświadczona komiczka wie jednak, że potrzebuje młodej scenarzystki, żeby jej monologi trafiły do publiczności w różnym wieku. Nadal chce opowiadać o codzienności w swoim stylu i nie myśl o emeryturze. Z kolei Ava pisze również własne scenariusze, ale rachunki płaci jej współpraca z Vance, więc utkwiła między stabilną posadą, a pragnieniem rozwijania nowych pomysłów. Jako młoda kobieta w show-biznesie czuje się odpowiedzialna za to, aby mówić o ważnych tematach społecznych. Paradoksalnie w duecie Ava i Deborah, to ta pierwsza czuje na swoich ramionach ciężar walki o losy świata. Może to naiwność, a może nieco cyniczna postawa Vance, która po prostu niejedno już przeżyła i mało co jest w stanie ją zaskoczyć.
Przyjaźń „komediantek” jest nietypowa, ale na przestrzeni pięciu sezonów serial pokazuje nam, jak bardzo ciekawe jest oglądanie kobiet, które dzieli praktycznie wszystko, a jednak są w stanie znaleźć wspólny język. Budujące.
Kolejna zetka, która w ostatnich latach podbiła serca publiczności, to Emily Cooper. Tak, ta Emily. Serial „Emily w Paryżu” Netfliksa zachwycił od pierwszego sezonu. Początkowo był nowoczesną komedią romantyczną Amerykanki w Paryżu. Z czasem jednak zwroty akcji doprowadziły fanów do irytacji, a nawet aktorzy z obsady wyrażali krytykę wobec scenariusza.
Emily to Amerykanka z Chicago. Dziewczyna po bolesnym rozstaniu otrzymuje możliwość wyjazdu do pracy w Paryżu. Korzysta z niej i zaczyna wielką paryską przygodę. Wszystko jest dla niej nowe i ekscytujące. Pierwsze odcinki przypominają finał „Seksu w wielkim mieście”. W dwóch ostatnich odcinkach zatytułowanych „Amerykanka w Paryżu” śledzimy życie Carrie, jej zachwyt miastem, sztuką, kawiarniami. Potem jednak dopada ją samotność, mimo że przyleciała do ukochanego mężczyzny. A na koniec wszystko się sypie, ale z odsieczą przybywa Mr. Big. Miłość jej życia. I tak „Seks w wielkim mieście” się kończy. Warto dodać, że „Emily w Paryżu” stworzył Darren Star, odpowiedzialny za sukces „Seksu w wielkim mieście”. Widać jego słabość do Paryża nadal trwa.
Fot. materiały prasowe
W przypadku Emily początki są trudne, ale głównie ze względu na pracę. Agencja, do której trafia nie przyjmuje jej z otwartymi rękami. Wszystko jest zagmatwane, a bohaterka musi dołączyć do nurtu wydarzeń bez żadnego szkolenia. Mimo problemów, nie traci hartu ducha. Zwiedza miasto, reaktywuje swoje konto na Instagramie i cieszy się życiem. Poznaje mężczyzn, między którymi będzie musiała dokonać wyboru. Historia stara jak świat, ale początkowo podana w lekko komediowym, ironicznym tonie. Jednak im dalej tym gorzej. Scenariusz nie dowozi ekscytujących przygód, ale powtórkę z rozrywki, a bohaterka staje się przewidywalna w swoich działaniach.
Początkowo pokazuje nam swój pomysł na Instagram, pełniący funkcję pamiętnika z podróży. Dowiadujemy się o tym, co lubi, jakie ma pomysły w pracy, jak radzi sobie z klientami. Z czasem jednak jej romansowe perturbacje biorą górę i poza nimi, nie ma już przestrzeni na poznawanie bohaterki.
Darren Star na pewno zna kobiecą widownię, w końcu od ponad trzydziestu lat produkuje seriale z myślą o niej. Mam jednak wrażenie, że dość powierzchownie podszedł do Emily i jej generacji. Zamiast szukać nowych rozwiązań, podąża utartymi schematami, które sprawdzały się w czasach „Beverly Hills 90210”, czy „Melrose Place”. Jego serial z 2015, zatytułowany „Younger” znacznie dłużej, bo przez kilka sezonów, z sukcesem utrzymywał naszą uwagę, opowiadając o czterdziestolatce udającej kobietę dwadzieścia lat młodszą po to, żeby wrócić na rynek pracy. Tym razem jednak serial dostał o trzy sezony za dużo. I o zetkach nie nauczymy się z niego zbyt wiele.
Sądzę, że „Kocham L.A.” i „Margo jest spłukana” mają szansę na dłużej zagościć w pamięci młodych dorosłych. Obydwie produkcje skupiają się na konkretnych problemach współczesnych kobiet szukających swojego miejsca na rynku pracy. Pokazują jasne i ciemne strony własnych biznesów oraz działalności w branży kreatywnej oraz seksualnej. Co ciekawe, mimo zmieniających się czasów, nowych technologii, nowych zawodów, kobiety wciąż zmagają się ze szklanym sufitem, którego w 2016 roku nie przebiła nawet Hilary Clinton. Ale pewnego dnia w końcu jakaś kobieta to zrobi. Być może zetka.