Joanna Olekszyk - Możesz zachować młody wygląd, ale nie dożyjesz więcej niż 70 lat. Michalina Łabacz o filmie „Czas, który nie nadszedł”
00:00
19:18
Jedna z najbardziej utalentowanych aktorek młodego pokolenia. Intrygująca, niejednoznaczna, tajemnicza. Michalina wraca na duży ekran rolą w filmie, który powalczy o Złote Lwy. To świetna okazja, by porozmawiać o tym, co przychodzi do nas wraz z upływem czasu i dlaczego tak bardzo chcemy ten proces zatrzymywać.
- Michalina Łabacz opowiada o filmie „Czas, który nie nadszedł” (pojawi się w Konkursie Głównym na 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni) i świecie, w którym młodość można zachować za bardzo wysoką cenę. Sama przyznaje, że buntuje się przeciwko rzeczywistości odbierającej ludziom możliwość decydowania o sobie.
- Aktorka mówi też o starzeniu się i presji wyglądu. „Zmarszczki czy blizny też nas tworzą, opowiadają naszą historię” – podkreśla.
- W rozmowie Michalina Łabacz wraca również do swoich niejednoznacznych bohaterek, opowiada o miłości, intuicji i ludziach, których spotkała na zawodowej drodze. „Najważniejsze rzeczy dzieją się między słowami” – mówi o tym, co naprawdę łączy nas z innymi.
- Aktorka wspomina także role w „Wołyniu” i „Heweliuszu”, mówi o przyjaźniach w aktorskim świecie oraz związku z Filipem Pławiakiem.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 10/2026.
Joanna Olekszyk: Która to już twoja Gdynia?
Michalina Łabacz: Wydaje mi się, że trzecia. Najpierw byłam tu z „Wołyniem”, potem z drugim „Weselem” Wojtka Smarzowskiego, teraz w Konkursie Głównym jest „Czas, który nie nadszedł”. Cieszę się tym bardziej, że w tym roku jest naprawdę dużo ciekawych tytułów. Mimo to nasza historia się wyróżnia. Porusza bardzo aktualny, uniwersalny temat. Taki świat już za jakiś czas może być udziałem wszystkich. Co jest zarówno smutne, jak i przerażające.
Mam nadzieję, że wokół walki z czasem, chęci zatrzymania młodości i tego, jak wiele jesteśmy dla niej poświęcić – rozkręci się prawdziwa debata społeczna. Jakie stanowisko byś w niej zajęła? Poddałabyś się kuracji antygeriatrycznej, jaka jest pokazana w waszym filmie?
Dziś sądzę, że nie, ale nie wiem, może z czasem zmienię zdanie. To takiego rodzaju decyzja, która rodzi wiele pytań i nie na wszystkie dostanie się odpowiedź. Wolność i niezależność zawsze były dla mnie największymi wartościami, dlatego odruchowo buntuję się przeciwko temu, by państwo narzucało mi coś, na co niekoniecznie mam ochotę. Dlatego też rozumiem postać graną przez Agatę Kuleszę, dla której najważniejsze jest żyć po swojemu, na własnych zasadach.
Moja bohaterka Layla jest już dzieckiem nowego świata, na razie ma tyle lat, na ile wygląda, jest jeszcze przed kuracją. Natomiast ile dokładnie lat ma jej partner Oskar, dawna miłość Sary, który kuracji się poddał, nie wiadomo. W ogóle temat wieku jest tu zakazany, nie pyta się o to ludzi. Layla wychowała się w rzeczywistości, w której taka kuracja jest jeszcze wyborem, nie przymusem, ale wyborem zalecanym, wskazywanym przez państwo, więc pewnie nawet się nad tym nie zastanawiała. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy po tych wszystkich wydarzeniach nie nabierze jednak wątpliwości.
Bo kuracja daje młodość, ale nie daje długowieczności.
Efektem ubocznym jest to, że przyjmując ją, masz pewność, że nie dożyjesz więcej niż 70 lat. Czyli jednak coś za coś. Nie jest tak, że nie ponosi się żadnego kosztu takiego wyboru. Za to jeśli się go nie dokona, zostaje się zamkniętym w ośrodku izolacji, gdzie być może pożyje się dłużej, ale na marginesie społeczeństwa.
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Ta wizja jest rzeczywiście smutna i przerażająca, ale wasz film kilka razy mnie też rozbawił. Na przykład hasłem „Cześć, stara”, rzucanym na powitanie w ośrodku izolacji. Ludzie z nowego świata już tak się nie przywitają… Albo sceną, w której twoja bohaterka przedstawia swoich rodziców… wyglądających na jej rówieśników. Pomyślałam, że to musi być bardzo dziwne uczucie mieć dookoła siebie ludzi, którzy nie zmieniają się zewnętrznie wraz z upływem czasu. A może to dobrze, bo oznacza, że wygląd przestaje mieć znaczenie?
Ciężko mi wyobrazić sobie taką rzeczywistość. Jest tu jednak zachwiana jakaś równowaga i naturalny porządek.
Powinno nas dotyczyć dojrzewanie i przemijanie, zmarszczki czy blizny też nas tworzą, opowiadają naszą historię, pokazują, w jakim momencie życia się znajdujemy. To jest piękne. Nie ma tu czego się bać. Natomiast w świecie bez starości to, co reprezentujemy sobą na zewnątrz, wciąż jest ważniejsze niż to, co mamy w środku.
Jaka jest Layla, twoja bohaterka? Moim zdaniem wyróżnia ją empatia. Świetnie odczytuje cudze emocje.
Jej życie było dość spokojne i uporządkowane, dopóki nie pojawiła się w nim Sara – postać, która wprowadza barwę i bałagan, tym samym zmuszając Laylę, by zupełnie inaczej spojrzała na to, co do tej pory uznawała za pewnik. Layla nikogo nie ocenia, chce przede wszystkim zrozumieć, jednocześnie ma w sobie siłę, za którą ją podziwiam i która sprawia, że nie boi się walczyć o siebie i o swoją miłość. Layla rozumie rozterki Oskara, ale jednocześnie daje mu jasny przekaz, że ona nie chce i nie będzie żyć w zawieszeniu. Choć ona i Sara wywodzą się z zupełnie innych światów i na pierwszy rzut oka więcej je różni, niż łączy, to są do siebie bardzo podobne. Obydwie dokładnie wiedzą, czego chcą.
W odróżnieniu od swoich rodziców Layla jest zaciekawiona, wręcz zafascynowana Sarą. Chyba nigdy wcześniej nie spotkała kogoś takiego.
Tak, rodzice Layli są zdegustowani, obrzydzeni Sarą, ale też po prostu starością. Wspólnie z reżyserką Julią Rogowską chciałyśmy nadać Layli wyrazistość, osobowość. By nie była tylko cieniem, tłem dla opowieści o miłości Oskara i Sary. Kolejne pytanie, czy to, co tych dwoje łączy, to właśnie miłość czy jednak pewien sentyment, tęsknota za dawnym i dawną sobą, za czasami, kiedy wszystko było prostsze?
Czas zmienia ludzi, nawet jeśli nie zewnętrznie, jak w naszym filmie, to na pewno wewnętrznie. Czy to zatem możliwe, by po tylu latach Oskar i Sara byli wciąż tymi samymi ludźmi? Obserwujemy, jak przez te kilka dni na nowo się w sobie zakochują. Tylko czy to na pewno jest prawdziwe?
Co twoim zdaniem przesądza o tym, że chcemy być z drugą osobą?
Chemia! A już bardziej na poważnie – aura, energia tej drugiej osoby, w jakiejś części również związana z jej wyglądem, ale głównie z jej osobowością. Duże znaczenie mają też nasze upodobania, matryce, jakie w sobie nosimy. W dodatku one też mogą się zmieniać z czasem.
A czego ty szukasz w ludziach?
Na pewno poczucia humoru. Dla mnie to podstawa i ogromna wartość, za którą idzie dużo innych istotnych rzeczy. Lubimy tych, w których towarzystwie czujemy się bezpiecznie, spokojnie, którzy pozwalają nam na bycie sobą. Tym, co naprawdę łączy, są jednak wspólne wartości. W miłości czy przyjaźni jest trochę jak w aktorstwie – najważniejsze rzeczy dzieją się między słowami.
Wracając do Layli, podoba mi się, że oddajecie jej sprawiedliwość. Zawsze wkurzało mnie to, jak w opowieściach o miłości – czy tych z życia, czy tych z filmu – są traktowane osoby trzecie, byli partnerzy głównych bohaterów. Oni w końcu też przeżywają dramat, choć niczym nie zawinili.
Zgadzam się z tobą. Zależało nam na tym, by widz mógł postawić się też na miejscu Layli, zrozumiał jej motywy i punkt widzenia. Chciałyśmy wydostać ją ze stereotypu młodszej kochanki czy dziewczyny trofeum dla głównego bohatera, który w konsekwencji swojej decyzji dostał się do lepszej kasty społecznej. Bo w tym filmie nic nie jest biało-czarne. Nie ma łatwych wyborów i łatwych rozwiązań. Stawiamy wiele pytań. W tym to, czy można kochać kilka osób jednocześnie.
I można?
Nasz film pokazuje, że tak, jak najbardziej. Każda z tych miłości jest inna, ale każda równie ważna.
Podoba mi się też, jak budujesz swoje bohaterki. Nawet te, które nie wzbudzają sympatii. Udaje ci się przedstawić je tak, że choć im nie kibicujemy, to je rozumiemy, a nawet im współczujemy. Tak było z Olą, którą zagrałaś w serialu „Scheda”.
Ola to zupełnie inna bohaterka niż Layla, twarda, zadziorna, bezkompromisowa. Dąży do celu niekiedy po trupach, ale walczy o swoją rodzinę i nie zależy jej na tym, by być sympatyczną. To była ciekawa postać do zagrania.
Ostatnio w podróży słuchałam audioserialu „Wiedźma”, w którym grasz Magdę, kapitankę w bazie lotnictwa morskiego, odważną i silną kobietę w męskim świecie. Nie sądziłam, że tak wciągnę się w sensacyjną, współczesną szpiegowską opowieść. Pod koniec bardzo żałowałam, że nie powstał z tego serial telewizyjny, choć z drugiej strony wersja audio zostawia więcej miejsca wyobraźni.
Bardzo lubię pracować głosem. Tak jak mówisz, ma to tę zaletę, że słuchacz cały świat przedstawiony może sobie zbudować w głowie, a my mu w tym pomagamy. Pracowaliśmy dość szczegółowo i emocjonalnie, staraliśmy się naprawdę wczuć w sytuację, nie tylko odczytywać swoje kwestie. Miałam nawet możliwość zrobienia kilku scen wspólnie z Piotrem Witkowskim i Julką Kijowską, grającymi dwie inne główne postaci. Myślę, że wyszło nam z tego niezłe kino akcji. I też chętnie zobaczyłabym to na ekranie, takie polskie „Top Gun”, w dodatku w kobiecym wydaniu.
Tytułowa „wiedźma” to ksywka, którą twoja bohaterka dostała jeszcze w szkole lotniczej, kiedy podczas jednego z ćwiczeń nie mogła się pozbyć wrażenia, że coś jest nie tak z samolotem. Jej przeczucia początkowo bagatelizowano, aż okazało się, że miała rację. Tobie też zdarza się widzieć coś, czego inni nie dostrzegają? W końcu pochodzisz z Suwałk, rejonu szeptuch.
Do tej pory nie miałam bliskiego kontaktu z tą atrakcją Suwalszczyzny, a w życiu staram się kierować własną intuicją, dotychczas mnie nie zawiodła.
Jestem zdania, że każdy z nas ma jakieś swoje dojścia i połączenia ze sferą metafizyczną. Czasem mam poczucie, że spotykam na swojej drodze ludzi, których z jakiegoś powodu miałam spotkać – wspaniałych twórców i artystów, ale przede wszystkim fajnych i wartościowych ludzi. Myślę też, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a pewne rzeczy po prostu sobie wyśniłam.
Wyśniłaś?
Zdarzyło mi się myśleć o czymś bardzo intensywnie, a potem to się wydarzało. Los potrafi zaskakiwać. Generalnie jestem bardzo wdzięczna komuś lub czemuś, co sprawia, że moje życie i droga zawodowa układają się tak, a nie inaczej. Że gram tak niejednoznaczne bohaterki, że mogę szperać w ludzkiej psychice. Lubię wyzwania.
Jeśli chodzi o ważne osoby, jakie spotkałaś na swojej zawodowej drodze, to zwykle wymieniasz dwa nazwiska: Wojciech Smarzowski, który odkrył cię dla świata filmu, i Jan Englert, który zaprosił cię do zespołu Teatru Narodowego i w ogóle do teatralnego świata. Ja dorzuciłabym do tego grona Jana Holoubka, który – można tak powiedzieć – odpowiada za segment serialowy.
To prawda, praca z Jankiem to ogromny komfort dla aktora, wszystkie dobre rzeczy, jakie o nim słyszałam przed wejściem na plan, potwierdziły się w stu procentach. Jest uważny, czuły, mądry. Miałam też szczęście kilka razy pracować z Kasprem Bajonem, scenarzystą i reżyserem, i to również była wielka przyjemność. Na mojej drodze zawodowej spotkałam wiele ciekawych reżyserek i reżyserów. Praca z każdym z nich była inna i wyjątkowa. Uwielbiam takie momenty i takie projekty, w których mogę sobie powiedzieć: „Tak, to jest moja praca, ale to jest też moja pasja”. Dużo dowiaduję się o sobie dzięki moim bohaterkom.
A momenty, kiedy słyszysz od kogoś, że twoja rola miała ogromny wpływ na jego życie? Zwykle trochę krępujemy się mówić takie rzeczy znanym osobom, a przecież pozytywny feedback jest dla was ważny.
Ludzie rzeczywiście boją się dzielić takimi przeżyciami, uważają je chyba za zbyt intymne, nie dziwię się. Ale jest to zawsze miłe i satysfakcjonujące, kiedy słyszysz, jak kino wpływa na ludzi i ile dostarcza emocji.
Jestem osobą, która oprócz feedbacku, potrzebuje w pracy poczucia bezpieczeństwa i zaufania. Z kolei po zakończeniu zdjęć muszę szybko zmienić kanał, czasami mam możliwość przejść do nowego projektu albo w jakiś inny przyjemny sposób oczyścić sobie głowę.
Na przykład podróżami?
Ciekawość świata, ludzi, innych kultur czy niespotykanej przyrody to jeden z większych sensów mojego życia. Ostatnio zachwyciła mnie Jordania i jej pustynia Wadi Rum. Bardzo filmowa, kręcono tu m.in. „Diunę”. Nie pierwszy raz byłam na pustyni, ale pierwszy raz na niej nocowałam i zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Myślałam, że jestem typem, który do wypoczynku i szczęścia potrzebuje wody – oceanów, mórz, jezior – ale ten księżycowy krajobraz mnie uwiódł i wypełnił spokojem.
Wróćmy do początków, czyli do „Wołynia”, filmu, który przyniósł ci uznanie i popularność. Był twoim debiutem fabularnym, wystąpiłaś w nim jeszcze jako studentka szkoły aktorskiej. Czy po takim wejściu z hukiem człowiek potrzebuje zrobić krok w tył albo w bok, zająć się czymś innym? Tak odczytuję twoje większe zaangażowanie w teatr, ale może mylnie…
Rzeczywiście czas tuż po premierze „Wołynia” był intensywny. Byłam wtedy jeszcze na studiach, dodatkowo dołączyłam do ekipy Teatru Narodowego – miałam więc czym się zająć i czemu poświęcić uwagę. Poza tym zależało mi na tym, by pokazać się na ekranie z innej, nowej strony. Byłam gotowa na to poczekać. I wtedy przyszła propozycja zagrania w „Belfrze” u boku Maćka Stuhra. Współczesna historia i bardzo ciekawa postać do stworzenia.
Dlatego cieszy mnie, że kino otwiera się na różnorodne, niejednoznaczne kobiece bohaterki, nie boi się eksplorować nowych perspektyw i niestandardowych ujęć. W ostatnim czasie spotkałam twórców, którzy potrafią i chcą ryzykować.
To duża frajda pracować z takimi artystami. Niestety większość moich nowych projektów musi pozostać jeszcze tajemnicą, z tych, o których mogę mówić, wymieniłabym seriale „Scheda”, czyli sagę rodzinną oraz „Niebo. Rok w piekle”, dramat opowiadający o sekcie z lat 90. Było kino familijne – druga część „O psie, który jeździł koleją”, ale i czysta sensacja, czyli kontynuacja „Idź przodem, bracie”, która ukaże się w przyszłym roku.
No i był nagradzany „Heweliusz” Jana Holoubka. Grasz tam żonę jednego z niewielu członków załogi, którzy przeżyli katastrofę. Powinna być najszczęśliwsza ze wszystkich bohaterek, ale nie jest, bo jej mąż zmaga się z PTSD. Myślisz, że Jadwiga wiedziała, co przeżywa Witek?
Na pewno miała świadomość, że jest mu ciężko, ale ponieważ Witek, grany przez Konrada Eleryka, nie chciał jej o niczym opowiedzieć, nie wiedziała, z czym dokładnie się mierzył. Próbowała się do niego dobić, bez skutku. Morze zwróciło Jadwidze męża, ale zupełnie odmienionego. To nie był jej Witek, tylko ciało bez ducha. Dla niej to było jak żałoba jeszcze za jego życia. Zresztą żałoba łączy wszystkie bohaterki „Heweliusza”.
Jednym z mitów na temat zawodu aktora jest ten, że przez ciągłą rywalizację nie ma w nim miejsca na przyjaźń. Tymczasem twoja paczka trzyma się jeszcze od czasu studiów. Są w niej na przykład Weronika Humaj czy Karolina Bacia… Jak rozumiem, gdy jedna z was dostaje rolę czy odnosi jakiś sukces, to wszystkie razem świętujecie?
Absolutnie, cieszymy się i wspieramy, co jest ważne i potrzebne w tym niełatwym zawodzie. Myślę, że jesteśmy przykładem na to, że przyjaźń w tej branży jest możliwa, i to taka na lata.
Tworzysz wieloletni związek z aktorem Filipem Pławiakiem. I znów, mówi się, że wspólna praca i wspólne życie niekoniecznie idą w parze. Ja mam inne spostrzeżenie, uważam, że to właśnie scala, bo pomaga zrozumieć, z czym zmaga się zawodowo druga osoba.
No właśnie, zwykle jak słyszę jakieś komentarze na temat związku z aktorem czy aktorką, to powtarza się tam jedno słowo „masakra”. Ja, podobnie jak ty, mam zupełnie inne zdanie i doświadczenie. To trzy razy więcej zrozumienia i cztery razy więcej wsparcia. Tak, jesteśmy aktorami, ale przede wszystkim jesteśmy ludźmi. Dobrze umieć te dwie rzeczy rozdzielić.
Wracając do przyszłości, wiesz, co mnie najbardziej przeraża w filmach o niej opowiadających? To, w jakich smutnych, sterylnych i wyzutych z osobowości mieszkaniach będziemy – według nich – mieszkać. Ty jesteś fanką takiej estetyki? Czego by ci w takim świecie z przyszłości najbardziej brakowało?
Zdecydowanie jestem fanką vintage i artystycznego nieładu. Poza tym staram się jednak żyć tu i teraz… Wcale nie smutne mieszkania mnie najbardziej przerażają w tych filmach, tylko sterylność i pustka emocjonalna. A co najbardziej chciałabym zachować w takiej przyszłości? Na pewno prawo wyboru.
Michalina Łabacz, rocznik 1992. Jej debiut aktorski w filmie „Wołyń” został nagrodzony podczas 41. FPFF w Gdyni. Zagrała też w innym filmie Wojciecha Smarzowskiego „Wesele” z 2021 roku. Znana z ról w serialach „Belfer”, „Pod powierzchnią”, „Rojst. Millenium”, „Scheda”, „Niebo. Rok w piekle” czy „Heweliusz”. Na stałe w zespole Teatru Narodowego w Warszawie. Film „Czas, który nie nadszedł” wejdzie do kin 16 października.