Joanna Olekszyk - Magdalena Cielecka o roli Wąsowskiej w nowej „Lalce”: „Tak jak ona żyję, jak chcę, i mówię, co myślę. Utrzymuję się z pracy własnych rąk”
00:00
09:20
Ta jesień należy do niej. Dopiero co zachwyciła nas podczas teatralnego maratonu, a już za chwilę zobaczymy ją jako Wąsowską w serialowej „Lalce”. W październiku kolejna premiera – główna rola w nowym serialu kryminalnym „Zmora”. Magdalena Cielecka to artystka wciąż obecna, wciąż na „górnej półce”, wciąż na ustach wszystkich. Zaskakująca jak zawsze, bliska jak nigdy dotąd.
Fragment wywiadu z Magdaleną Cielecką. Całość przeczytasz w październikowym numerze „Zwierciadła”.
Joanna Olekszyk: Sukces podczas festiwalu Malta zapoczątkował bardzo dobry okres w twoim życiu zawodowym. Jesteś na fali wznoszącej, masz premierę za premierą. Jesienią zobaczymy cię w roli pani Wąsowskiej w nowej wersji „Lalki” Pawła Maślony. Żyjąca według własnych zasad, niezależna, wolna – cała ty. Przeszło ci kiedyś przez myśl, że gdyby była nowa ekranizacja „Lalki”, fajnie byłoby zagrać właśnie ją, nie Łęcką?
Magdalena Cielecka: Z tym moim lodowatym wizerunkiem mogłabym zagrać Łęcką, ale ten czas już minął.
Całkiem niedawno obejrzałam „Lalkę” Wojciecha Jerzego Hasa z Kaliną Jędrusik w roli Wąsowskiej i Beatą Tyszkiewcz w roli Łęckiej. Moim zdaniem nasza, Maślonowa „Lalka” będzie właśnie tym, czym była wtedy ta ekranizacja. Tam też niewiele się zgadza, jest to tak samo abstrakcyjne, tak samo surrealistyczne, tak samo pojechane.
Takie właśnie kino mnie zachwyca. Bardzo się ucieszyłam, że zostałam zaproszona do tego projektu, bo Pawła bardzo cenię, znam go jeszcze z czasów, kiedy był asystentem Marcina Wrony, znam i cenię filmy, które do tej pory zrobił. A dzięki temu, że mogliśmy znów wspólnie pracować, jeszcze bardziej go polubiłam, a wręcz się w nim zakochałam, bo jest twórcą inteligentnym, czułym, nowoczesnym, głęboko myślącym, skromnym, do tego z niesamowitą fantazją.
A co do samej Wąsowskiej, to bardzo ją czuję i doskonale rozumiem. Gdyby żyła w naszych czasach, to rzeczywiście mogłabym nią być. Tak jak ona żyję, jak chcę, i mówię, co myślę. Utrzymuję się z pracy własnych rąk, czyli z mojego wyuczonego zawodu, nie narzekam na sferę materialną – umiem nią zarządzać i ją wykorzystywać.
Dla niektórych jestem pewnie nieco ekscentryczna, zbyt oryginalna, zbyt otwarta na nowe. Lubię się bawić, lubię ryzyko, podróże, świat sztuki i interesujące towarzystwo.
Podejrzewam, że tak jak ona dla Łęckiej, być może dla niektórych młodszych kobiet też mogę być inspiracją. Kimś, kim chciałyby zostać, jak dorosną. Dostaję takie sygnały, są one bardzo miłe.
(Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab.)
Nie chcę zdradzać widzom za dużo z tej cudownej, szalonej jazdy, jaką jest wasz serial, ale wspomnę jedną scenę. Naturalistyczną, wstrząsającą scenę nagłego porodu podczas przyjęcia, która pojawia się już w pierwszym odcinku. I genialny, ale i gorzki komentarz twojej postaci: „Dlatego na wszelki wypadek nigdy nie rodziłam”.
Ten komentarz nawet dzisiaj brzmi kontrowersyjnie. Podskórnie czujemy, że może zostać od razu podchwycony przez różne frakcje na ich własny użytek. Dlatego tak bardzo się autocenzurujemy – w wywiadach, publicznych rozmowach, ale też w prywatnie wyrażanych opiniach.
W innej scenie Wąsowska mówi do Łęckiej: „Potrzebujesz mężczyzny, który ma jaja i plecy”. To też bardzo trafne i zabawne. My dziś z jednej strony nie boimy się mówić tego, co myślimy, a z drugiej wiemy, że to może być opacznie zrozumiane i wykorzystane przeciwko nam. Bo nawet jeśli wyjaśniamy obszernie, co mieliśmy na myśli, to wiemy, że nikt nie przytacza całych wypowiedzi, tylko wytłuszcza to, co jest kontrowersyjne, prowokacyjne czy po prostu klikalne. A potem takie jedno zdanie, jedna wypowiedź przyczepiają się do ciebie na lata.
To, co mówi Wąsowska, rzeczywiście głęboko zapada w pamięć Łęckiej, dlatego też zaczyna ona inaczej myśleć – o sobie, o życiu, o mężczyznach. Zastanawiać się, czy jest możliwe, by sama kierowała swoim losem, a jeśli tak, to co musiałoby się zdarzyć.
Podoba ci się zakończenie waszej „Lalki”?
Uważam, że to jest wspaniały twist i myślę, że ta część widzów, która da się wkręcić w naszą wersję, też będzie nim zachwycona. Ja byłam.
(Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab.)
Myślę, że ten twist jest bardzo w stylu Wąsowskiej.
Gdyby powstał kiedyś spin-off „Lalki”, opowiadający o mojej bohaterce, to chciałabym ją zagrać. Już wyobrażam sobie mnogość kierunków, w których moglibyśmy pójść.
Genialny pomysł! Więcej Wąsowskiej! Zanim jednak do tego dojdzie, jak już człowiek otrzepie się z kurzu, który wznieci „Lalka”, w październiku czeka nas kolejna premiera z twoim udziałem. „Zmora” – serial oparty na thrillerze Roberta Małeckiego i tym razem pierwszoplanowa bohaterka. Niepokorna dziennikarka, gwiazda telewizji, która wraca do rodzinnego Torunia i wikła się w śledztwo wokół sprawy sprzed lat. Ale kryminalna intryga to tylko tło. O czym tak naprawdę jest ta historia?
O rodzinie, długo skrywanych tajemnicach, ale też o mojej bohaterce. Dziennikarce z „górnej półki”, cenionej i szeroko rozpoznawalnej, której zdarzyło się powiedzieć przy włączonych kamerach coś kontrowersyjnego – coś, co mogło wiele osób zaboleć i co na pewno mogło być powiedziane inaczej. Oczywiście staram się ją zrozumieć i jakoś usprawiedliwić, w mediach – chcąc sprowokować rozmówcę czy dotrzeć do sedna – używa się czasem języka ostrzejszego. Ją za to ostatecznie scancelowano. Wyciągnięto jej nietolerancję, nietaktowne zachowanie, przemocowość zawartą w tamtych słowach. W efekcie z dnia na dzień stała się persona non grata.
Bardzo łatwo mogłam sobie to wyobrazić, jestem na podobnej półce, wiem, jakie są blaski i cienie bycia na podium. Znam też prywatnie kilka dziennikarek, które posłużyły mi jako model do skonstruowania Kamy Kosowskiej. Dla mnie ten serial opowiada też o tym, co jest w nas publiczne, a co prywatne.
Z jednej strony jestem ja, a z drugiej jest mój wizerunek – pytanie, na ile tworzę go sama, a na ile robi to środowisko, ogół, publiczność. Jaki to czasem ciężar i absurd, że nawet swojego nieszczęścia nie można spokojnie poprzeżywać czy opłakać, bo piszą o tym wszystkie portale i tabloidy.
Czy Kama, która jedzie do swojego rodzinnego miasta, może być tam sobą czy jednak musi być wciąż publiczną personą? Podoba mi się, że mogłam do tego tematu też coś od siebie dorzucić.
Przede wszystkim jest to jednak opowieść o tym, że zdarza się, że nie znamy osób, które są nam bliskie. Nigdy do końca nie poznamy prawdy o drugim człowieku, czasem ona wychodzi na jaw po latach i jest w stanie zredefiniować całe nasze życie. Niekoniecznie je zniszczyć, bo nie zawsze musi to być bolesna prawda, po prostu nikt nie lubi, jak mu się burzy jakiś obraz świata.
Ogromnie mnie ciekawi, co się dzieje z człowiekiem, kiedy okazuje się, że całe jego dotychczasowe życie, jego wspomnienia, dzieciństwo, nawet zdjęcia w albumie – były kłamstwem. Co ma teraz z tym zrobić? Wymyślić od nowa swoją prehistorię? To jest trudne.
Do tego dochodzi fakt, że ktoś, komu ufasz, cię zawodzi. I to na całej linii. Zadajesz sobie wtedy wiele trudnych pytań. Gdzie popełniłam błąd? Jak mogłam tego nie widzieć? A może widziałam, ale wyparłam? Pojawiają się wyrzuty sumienia. To na wielu poziomach bardzo ciekawa psychologiczna rozprawka z samą sobą.
Nie wiemy, co Kama Kosowska zrobi dalej, ale nie wyobrażamy sobie, by wróciła do Warszawy i dostała inny program w telewizji, jak twierdzi jej ojciec. W jej życiu na pewno dokona się zmiana, ale czy na lepsze? Osobiście uważam, że każda zmiana jest dobra, bo każda nas buduje, nawet jeśli w momencie, kiedy zachodzi, nie jesteśmy w stanie tego dostrzec. Myślę, że dla Kamy to będzie odrodzenie.