1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Co sprawiło, że zdecydował się na powrót? Marek Kondrat: „Lalka. To złota powieść, jakże nowoczesna. Myśmy się uwiesili na Sienkiewiczu, a nie doceniamy Prusa”

Co sprawiło, że zdecydował się na powrót? Marek Kondrat: „Lalka. To złota powieść, jakże nowoczesna. Myśmy się uwiesili na Sienkiewiczu, a nie doceniamy Prusa”

Marek Kondrat (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Marek Kondrat (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Odsłuchaj artykuł

Alina Gutek - Co sprawiło, że zdecydował się na powrót? Marek Kondrat: „Lalka. To złota powieść, jakże nowoczesna. Myśmy się uwiesili na Sienkiewiczu, a nie doceniamy Prusa”

00:00 09:53
15s
0,5 x
15s
Ku zdziwieniu widzów w szczycie kariery zrezygnował z aktorstwa. Przeniósł się do bardziej przewidywalnego świata, czyli biznesu winiarskiego. Aż tu niespodzianka! Rolą Ignacego Rzeckiego Marek Kondrat wraca do swojej ulubionej „Lalki”, chociaż nie do grania jako takiego. „Dożyłem momentu, w którym jestem pogodzony sam ze sobą – mówi. – Mam spokój i poczucie, że dużo fajnych zmian zaszło i w moim życiu, i w Polsce”.

Spis treści:

  1. Marek Kondrat: „Nie da się na dobre (i złe) wyjść z aktorstwa
  2. Marek Kondrat: „Myśmy się uwiesili na Sienkiewiczu, a nie doceniamy Prusa. Był nie tylko utalentowanym pisarzem, ale też dziennikarzem”
  3. Marek Kondrat: »„Lalka” jest właśnie wyrazem miłości do tego miasta, mojego miasta«
  4. Marek Kondrat: „Od dziecka miałem poczucie, że jestem stary”

Fragment wywiadu z Markiem Kondratem. Całość przeczytasz w październikowym numerze „Zwierciadła”.

Marek Kondrat: „Nie da się na dobre (i złe) wyjść z aktorstwa

Alina Gutek: Zarzekał się pan, że nie będzie grał, a tu, proszę, jest rola, i to jaka! Odszedł pan z aktorstwa, ale aktorstwo nie odeszło od pana?

Marek Kondrat: Nie da się na dobre (i złe) wyjść z aktorstwa. To jest coś, co się wykształca w człowieku, bo prawdopodobnie – jak powiedział ktoś mądry – aktorami jesteśmy wszyscy, z wyjątkiem paru dobrych komediantów. To po prostu sposób interpretowania świata ze sobą w centralnej pozycji, bo ono ma to do siebie, że podporządkowuje świat własnemu spojrzeniu. Jego trudnością jest to, że nie pozostaje się w fizycznej odległości od tworzonego obiektu, podlegając jednocześnie ciśnieniu zewnętrznemu.

Gotowość do grania jest wymagana tu i teraz, trzeba ją przenieść w świat kreowany, co daje niesłychaną przyjemność, która tak zwanemu normalnemu człowiekowi jest dana od święta. Ale powrót stamtąd bywa bardzo trudny, więc za to płaci się cenę. To koszt aktorstwa, niesłychanie męczący.

Co ciekawe, jeszcze 100 lat temu ten zawód był w poniewierce. Mój ukochany Bronek Pawlik, czyli protoplasta roli Rzeckiego, z którym się przyjaźniłem, mieszkał w czasie studiów na stancji u swojego wuja, szefa poczty krakowskiej. Kiedy powiedział mu, że zdał do szkoły aktorskiej, wuj – w bindzie na wąsy, w siatce na włosy, spodniach na szelkach, podomce, z kieliszeczkiem nalewki, bo to był mieszczański dom – powiedział: „To za waryjota będziesz robił?”. Bronek odpowiedział: „Ale to szkoła dramatyczna”. Na co wuj: „To zrób jakąś dramatyczną minę”. Takie było pojmowanie aktorstwa ledwie wiek temu.

Helena Modrzejewska mogła na początku wieku XX zagrać dwa przedstawienia, bo chłop nie chodził do teatru, a mieszczaństwa było tyle, co na dwa przedstawienia, aktorzy nie byli tak popularni jak dzisiaj, choć teraz często są znani tylko z tego, że są znani. W czasach mojej młodości trzeba było zasłużyć na to, żeby być rozpoznawalnym.

Gdy więc ten świat aktorski tak się ujednolicił, zlał, pozbawił konturów, przestał być ciekawy.

(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Marek Kondrat: „Myśmy się uwiesili na Sienkiewiczu, a nie doceniamy Prusa. Był nie tylko utalentowanym pisarzem, ale też dziennikarzem”

Co w takim razie sprawiło, że zdecydował się pan na powrót?

„Lalka”. To złota powieść, jakże nowoczesna.

Myśmy się uwiesili na Sienkiewiczu, a nie doceniamy Prusa. Był nie tylko utalentowanym pisarzem, ale też dziennikarzem, miał więc zupełnie inne spojrzenie, trochę jak Joseph Roth piszący o Galicji, w której się urodził, ale z tym samym talentem dziennikarskim.

Prus ma bardzo czujne spojrzenie na sprawy międzyludzkie, umieszczone w kontekście rzeczywistości społecznej, politycznej. To duży walor „Lalki”.

A drugi ważny powód to pomysłodawca i producent filmu Radek Drabik, który wziął na siebie całą odpowiedzialność biznesową tego przedsięwzięcia. Kto nie dotknął przedsiębiorczości własnymi rękami, a ja dotknąłem, nie ma pojęcia, jak trzeba organizować biznesową rzeczywistość i jakie ponosi się przy tym ryzyko. Zaangażowanie ludzi, zorganizowanie produkcji – to musi się biznesowo zgadzać, bo inaczej jest nadużycie. Radek zaryzykował, dumnie postąpił wobec PISF-u [Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej – przyp. red.], który odmówił mu wsparcia.

Tym pana ujął. Jak przedsiębiorca przedsiębiorcę.

Tak. Kiedy dawno temu, po transformacji ustrojowej, ojczyzna namawiała, żeby wziąć sprawy w swoje ręce, to je wziąłem, z różnych powodów. Po pierwsze dlatego, że miałem dość tego, co robiłem, po drugie zawsze mi się wydawało, że trzeba wziąć odpowiedzialność za to, co się robi. Natomiast aktor jest w jakimś sensie opakowany przez innych: dostaje tekst, kostium, mówią mu, co ma robić. Oczywiście ujawnia swój talent, wzrusza, rozśmiesza, ale biznesu nie dźwiga.

Ameryka, ojczyzna kina, wymyśliła przedsiębiorstwo pod tytułem film, które polega na tym, że nakłady się zwracają. To potężny kraj, w samym Nowym Jorku jest więcej kin niż w całej Polsce. Musimy zrozumieć to, co oni od dawna rozumieją – filmu nie robi się za bibułę, nawet nie dla idei, włożone pieniądze muszą się zwrócić.

A u nas dzielenie pieniędzy jest uznaniowe. Mnie to straszliwie drażni jako przedsiębiorcę, który musi brać odpowiedzialność za swój biznes i za ludzi, których zatrudnia.

(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Marek Kondrat: »„Lalka” jest właśnie wyrazem miłości do tego miasta, mojego miasta«

Wróćmy do „Lalki” jako powieści. Odkrył ją pan na nowo?

To moja ulubiona powieść, miałem takie w dzieciństwie, w młodości. Pierwszą była „Anna Karenina”, lektura z gatunku: miłość niespełniona, a potem szło tym torem, kończąc na „Muzeum niewinności” Pamuka. Ale „Lalka” jest wyjątkowa, bo z mojego podwórka. Ponieważ żyję dostatecznie długo, mam tak zwane spojrzenie sumaryczne, czyli odpadają mi rzeczy mniej istotne, a zbiera się cała gęsta historia, i bardziej rozumiem – tak mi się wydaje – wiele rzeczy. Patrzę łagodnie na to, co mnie kiedyś denerwowało albo pobudzało, traktuję to jako normalną kolej dziejów.

Kiedy udaję się na Powązki i widzę groby rosyjskich oficerów, rówieśników Wokulskiego i Prusa, to widzę Warszawę tego czasu, ewidentnie rosyjską, nędzną, z bardzo skromnym centrum mieszczańskim, zbudowanym głównie przez zamożnych Rosjan, Żydów i Niemców.

Prus wspaniale opisał straszną nędzę Warszawy, nie tylko zresztą on, bo jak czyta się Singera, widzi się ten sam obraz Warszawy. To było skromne miasto, do którego mam ogromny sentyment. A „Lalka” jest właśnie wyrazem miłości do tego miasta, mojego miasta.

Przecież urodził się pan w Krakowie, gdzie dziś rozmawiamy…

Tak, ale rodzice bez pytania przenieśli mnie do Warszawy, jak miałem pół roku. Zamieszkaliśmy na terenach byłego getta, na Nowolipkach. W kinie Muranów obejrzałem mój pierwszy dorosły film, „Sublokatora” Polańskiego. Stojąc na dachu kina [nad kinem są schody prowadzące na osiedle – przyp. red.], oglądałem pogrzeb Bieruta. Z „Lalką” wiąże się suma moich przeżyć, w niej zawiera się też udział mojego ojca w „Lalce” Hasa, grał tam Szlangbauma.

Zaufał pan producentowi, choć go nie znał. Ufa pan ludziom?

Całe moje życie polegało na zaufaniu do ludzi. Moja wielka przyjaźń z Januszem Majewskim wynikała z fascynacji jego stosunkiem do świata, kulturą, sposobem komponowania obsad do filmów. W większości z nich wziąłem udział, czując się bezpiecznie i doskonale, bo w zasadzie te obsady były tak komponowane, żeby było nam ze sobą dobrze. Janusz troszczył się o detal, był wrażliwy, z czego wynikało dużo dobrego.

Dzisiaj twórcy filmowi są zdeterminowani przez okienko kamery, w związku z tym budują świat wąsko, tylko i wyłącznie przez obiektyw, a odniesień do życia jest mało.

Marek Kondrat: „Od dziecka miałem poczucie, że jestem stary”

Pytanie, jak odnalazł się pan w postaci Rzeckiego, wydaje się retoryczne. To postać skomplikowana i prostolinijna zarazem, troszkę przy tym staroświecka.

Tak jak ja. Od dziecka miałem poczucie, że jestem stary. Byłem wypieszczony, inaczej wychowywany, a nawet inaczej ubrany niż moi koledzy na podwórku. Marzyłem, żeby być jak oni, być z tak zwanego normalnego świata. Chciałem upodobnić się do tej chuliganerii muranowskiej, która była taka zwyczajna – z pajdą chleba z cukrem, bo na to było stać rodzinę.

Życie zawsze kierowało mnie w stronę osobności, o czym zwykle ludzie marzą. U mnie było zupełnie przeciwnie, stąd być może wiele nieporozumień i tego zdziwienia innych ludzi: „Jak można taki świat porzucić dla czegoś zwykłego, normalnego, nieatrakcyjnego?!”. A mnie dziwi, że ludzie się dziwią…

Wracając do Rzeckiego, jest mi bliski. Wziął udział w Wiośnie Ludów w 1848 roku na Węgrzech, i ten rys starałem się oddać w tej postaci, bo odczytałem ją przede wszystkim jako żołnierza.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Okładka Zwierciadlo

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE