1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Zadie Smith: „Cancel culture, której osobiście nie uznaję, jest wymysłem milenialsów. Prawdziwy świat jest trochę bardziej skomplikowany”

Zadie Smith: „Cancel culture, której osobiście nie uznaję, jest wymysłem milenialsów. Prawdziwy świat jest trochę bardziej skomplikowany”

Zadie Smith (Fot. Andrea Artz/Laif/Forum)
Zadie Smith (Fot. Andrea Artz/Laif/Forum)

Odsłuchaj artykuł

Angelika Kucińska - Zadie Smith: „Cancel culture, której osobiście nie uznaję, jest wymysłem milenialsów. Prawdziwy świat jest trochę bardziej skomplikowany”

00:00 17:34
15s
0,5 x
15s
Nie ma nic bardziej inspirującego niż kobieta, która wyraża swoje opinie na tak wiele różnych tematów, i robi to w sposób śmiały, bez lęku, że zostanie uciszona. Zwłaszcza jeśli tą kobietą jest Zadie Smith, jedna z najsłynniejszych na świecie brytyjskich pisarek. Jej najnowszy zbiór esejów ukazał się w Polsce w marcu 2026.

Spis treści:

  1. Zadie Smith: „Kobieta, która zabiera głos, wcale nie jest mile widzianym zjawiskiem”
  2. „Nie musimy demonizować tych, z którymi się spieramy”
  3. Zadie Smith o sile słów: „Nie ugnę się przed krzyczącym tłumem”
  4. Zadie Smith: „Cancel culture jest wymysłem milenialsów”
  5. „Jeśli cię gdzieś nie chcą, to nie jest twój problem”

  • W wywiadzie dla „Zwierciadła” Zadie Smith mówi, dlaczego nie boi się niezrozumienia i czemu pisarz nie powinien uginać się przed „krzyczącym tłumem”.
  • Autorka opowiada też o granicach języka w czasach wojny i protestów oraz o tym, dlaczego nie chce odpowiadać przemocą – nawet w słowach.
  • Zadia Smith rozprawia się też z internetowym sporem o oddzielanie artysty od dzieła i nazywa cancel culture „wymysłem milenialsów”.
  • Brytyjka wraca też do własnego dzieciństwa i wspomina kobiety, które nauczyły ją mówić, co myśli. Wyjaśnia także, dlaczego bycie „brzydką” uważa dziś za błogosławieństwo.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.

Zadie Smith: „Kobieta, która zabiera głos, wcale nie jest mile widzianym zjawiskiem”

Angelika Kucińska: W zbiorze „Żywa i martwa” z entuzjazmem piszesz o muzyce. Tymczasem ty przecież też śpiewasz, o czym kompletnie nie miałam pojęcia, dopóki nie zobaczyłam nagrania z twojego studyjnego występu z Blood Orange. Masz mocny głos!

Zadie Smith: Dziękuję. Świetnie się bawiłam podczas tego nagrania. Znam Deva [Hynesa – brytyjskiego muzyka, twórcę projektu Blood Orange – przyp. red.] od wielu lat. Zresztą dawno temu próbowałam swoich sił jako piosenkarka, ale pisanie odciągnęło mnie od muzyki. Mam fortepian w domu, śpiewam dla przyjemności, natomiast występowanie zawsze mnie tremowało, byłam zbyt nieśmiała. Aż znów zapragnęłam zaśpiewać publicznie – takie pomysły przychodzą człowiekowi do głowy, gdy kończy 50 lat…

Na marginesie: wśród osób piszących jest sporo muzyków. Dobre ucho przydaje się w tym zawodzie.

Mocny głos też. Twój nabiera siły z każdym zbiorem esejów.

Wychowałam się w rodzinie, w której kobiety zawsze mówiły, co myślą. Wydawało mi się, że to normalne. Że tak po prostu jest. Aż dorosłam, poszłam w świat i okazało się, że kobieta, która zabiera głos, wcale nie jest powszechnym czy mile widzianym zjawiskiem.

Doskonale pamiętam kilka randek z młodości. Starałam się być zabawna, sypałam żartami, a po drugiej stronie widziałam zmieszanie i niedowierzanie. Od razu rozumiesz, że nie tak powinny zachowywać się kobiety.

My jesteśmy od tego, żeby się śmiać z żartów mężczyzny, prawda? I słuchać. A ja byłam zupełnie inna, bo gdy dorastałam, książki wydawały Joan Didion, Toni Morrison, Susan Sontag, Judith Butler czy francuskie krytyczki literatury, jak Hélène Cixous i Julia Kristeva. To był dobry czas dla kobiet, które lubiły rozmyślać o różnych sprawach. Ich publikacje przedstawiano nam na studiach jako równe ideom opisanym przez Sartre’a, Derridę czy Foucaulta.

Muszę jednak zaznaczyć, że nie uważam swoich esejów za narzędzia do wyrażania kategorycznych opinii. Ja po prostu głośno myślę. O polityce, o sztuce, o świecie.

Jestem Angielką, więc nie myślę głośno i publicznie o sprawach dotyczących mojego życia prywatnego, bo to nie leży w naszej angielskiej naturze [śmiech].

Gdy pojechałam do Stanów, byłam zaskoczona ogromną liczbą osobistych, konfesyjnych publikacji kobiet. To nie była część mojej tradycji literackiej. Nawet czarne pisarki, które mnie ukształtowały, nie pisały o sobie. Nie wiem nic o noblistce Toni Morrison, o jej związkach, przyjaźniach – całą uwagę kierowała na zewnątrz.

„Nie musimy demonizować tych, z którymi się spieramy”

Twoje eseje to nie tylko rozważania nad portretami malarki Celii Paul czy na przykład relacja z koncertu rapera Stormzy’ego na festiwalu Glastonbury. To także tekst „Szybolet”, dotyczący propalestyńskich protestów w amerykańskich kampusach uniwersyteckich. Po raz pierwszy ukazał się w „New Yorkerze” i wywołał spory sprzeciw. Czułaś się niezrozumiana?

Autor eseju wie, że może zostać źle zrozumiany, nie byłam zaskoczona. W moją stronę poleciały różne inwektywy, ale przecież wiem, że nie jestem syjonistką.

W eseju „Szybolet” postuluję zasadę, która powinna być fundamentalną regułą protestu – nie musimy demonizować tych, z którymi się spieramy, aby walczyć o sprawiedliwość.

Wierzę w rozwiązywanie problemów etapami, jeden po drugim, a tymczasem internet chce, żebym pisała o wszystkim wszędzie naraz. Ale ja nie jestem wszędzie, nie jestem wszystkim, jestem człowiekiem w jednym miejscu, w jednej chwili. I w tej jednej chwili, gdy usłyszałam, że student Uniwersytetu Columbia powiedział głośno, iż nie widzi problemu w zabijaniu syjonistów, postanowiłam wyjaśnić, dlaczego takie nastawienie nie sprzyja walce o pokój. Za 10, 20 lat ludzie spojrzą na retorykę, którą operowali w różnych formach protestu, i będzie im wstyd, będą wstydzić się słów, których używali. Że mówili tym samym językiem, którego używali opresorzy. Że wszystko widzieli zero-jedynkowo.

Czyli bycie źle zrozumianą to w twoim przypadku rodzaj ryzyka zawodowego?

Strach przed niezrozumieniem nie powinien nikogo powstrzymywać przed pisaniem. Niech to będzie ważna lekcja dla młodszych pisarzy, intelektualistów, ludzi, którzy zabierają głos – wasze życie nie kończy się dlatego, że ktoś was wyzywa w internecie. Wręcz przeciwnie. Najważniejsze, żebyście wtedy nie stracili kontaktu z tym, w co wierzycie, i zasadami moralnymi, według których postępujecie. Nie poświęcę wewnętrznego poczucia przyzwoitości, nie ugnę się przed krzyczącym tłumem.

Zadie Smith o sile słów: „Nie ugnę się przed krzyczącym tłumem”

Odwaga jest dla ciebie ważna?

Prawda jest dla mnie ważna. Jestem szczera w swoim pisaniu, a to oznacza, że czasem powiem coś, co będzie w konflikcie z wypowiedziami dominującymi w mojej społeczności.

Jeśli marzymy o pokoju między Izraelem a Palestyną, którego podstawą będzie wspólne państwo, powinniśmy tworzyć dyskurs, w którym ludzie mogą żyć razem w jednym świeckim kraju. Mogą nazywać mnie sentymentalną naiwniaczką, która nie wierzy w przemoc na potrzeby rewolucji, niech im będzie.

Na mój głos za niestosowaniem przemocy zareagowano tak gwałtownie, jakby sugestia pokojowego rozwiązania była terrorem. Jakby sama wypowiedź w tej kwestii była przestępstwem.

Znaleźliśmy się w dziwnym momencie historii, a ja po prostu – kiedy to wszystko się wreszcie skończy – nie chcę wstydzić się własnych słów. I nie jest mi głupio przed moimi przyjaciółmi w Izraelu i Palestynie, zwłaszcza tymi, którzy pracują razem, a jest ich naprawdę wielu. Skoro więc w tak dramatycznych okolicznościach ludzie dalej mogą pracować razem w jednym miejscu, to z jakiej racji ja, rewolucjonistka kanapowiec, miałabym gloryfikować przemoc? Nie umiałabym pochwalać agresji, której nie jestem w stanie popełnić własnymi rękami.

„Szybolet” pokazał, że słowa wciąż mają moc?

Zabawne, że to mówisz, bo przed chwilą skończyłam przemówienie, które będę wygłaszać w Nowym Jorku. Dotyczy względnej bezsilności słów.

Czyli słowa nie mają mocy?

Nie mają jej w takim sensie, w jaki wierzą prezydenci, dyktatorzy i ideolodzy. Słowa nie mogą wyjść na ulicę i wypowiedzieć wojny obywatelom, tak jak właśnie robi to rząd amerykański. Mają inny rodzaj siły.

Nie jestem osobą o zdecydowanych przekonaniach. Gdy widzę niezwykle złożoną sytuację, chcę wiedzieć, co dzieje się po drugiej stronie sporu, jaki język można stworzyć, aby umożliwiał dialog.

W przeciwieństwie do wielu moich kolegów pisarzy, którzy z dnia na dzień stali się ekspertami w dziedzinie geopolityki, ja wypowiadam się głównie w imieniu człowieka, a nie koncepcji politycznych.

Dotykamy tu jeszcze jednego problemu. Nam się wydaje, że gdy dzieje się coś naprawdę strasznego, to naszym obowiązkiem jest zareagować z równą siłą – słowa, którymi komentujemy potworne wydarzenia, muszą być kategoryczne. Tylko czy aby na pewno najbardziej radykalnym sądem jest ten najbardziej stanowczy? Nelson Mandela tak nie uważał. Ani Martin Luther King. I jeszcze kilka osób, które zdołały dokonać niesamowitych zmian w świecie. Czy mają sens spory intelektualne, traktowane jak gra o wszystko? Czy to działa? Nie umiemy ustąpić, ostatnie słowo musi być nasze, nawet nie próbujemy zrozumieć perspektywy drugiej strony. Czy to aby na pewno skuteczna metoda? Jeśli by tak było, z radością bym ją poparła, ale przecież wszyscy widzimy, że nie działa.

Zadie Smith: „Cancel culture jest wymysłem milenialsów”

W eseju poświęconym głośnemu filmowi „Tár” [kinową premierę miał w 2022 roku – przyp. red.] obnażasz śmieszność stereotypowego konfliktu pokoleniowego. Genialna dyrygentka objaśnia swoim studentom i studentkom Bacha, a wtedy młody mężczyzna, siedzący w sali wykładowej, mówi, że Bacha się nie słucha, bo był mizoginem. Szukasz niuansów w ich sporze, nie skreślasz też Lydii Tár, choć gdyby żyła naprawdę i postępowała z ludźmi tak, jak to widać w filmie, internet by ją potępił.

Lydia Tár jest okropną osobą, ale my wszyscy jesteśmy okropni. A nawet przeokropni. Pytanie tylko, jak dobrze to ukrywamy.

Ujął mnie groteskowy ton filmu, choć trochę w nim niezręczności. Tak, wspomniany przez ciebie dialog między dyrygentką a studentem bywa żenujący, ale udało się dość precyzyjnie sformułować atak na pokolenie Lydii Tár, które jest też moim pokoleniem – wytknięto nam próżność, wyśmiano to, co uważamy za pewnik. Dobrze, gdy czasem kino pokaże ci, jak jesteś absurdalna. Zresztą każda generacja ma taki film, który sprawia, że oglądając go, chcesz wejść z zażenowania pod kanapę.

A w tej konkretnej dyskusji dyrygentki ze studentem gdzie byś się ustawiła? Uważasz, że należy oddzielać dzieło od twórcy?

Ta cała dyskusja o oddzielaniu albo nieoddzielaniu sztuki i artysty to kolejny durny, dziecinny spór, który niepotrzebnie napęczniał w internecie.

Jako dorosła osoba i świadoma czytelniczka mogę sięgać po książki Philipa Rotha i odczuwać przyjemność z obcowania ze słowem, a jednocześnie dostrzegać słabe punkty tej literatury. Przecież nie sięgam po Rotha, żeby dowiedzieć się czegoś o życiu wewnętrznym kobiet! Musiałabym być szalona.

Sentymentalizacja kobiecych postaci, erotyzacja kobiet w życiu Rotha jest wielką wadą jego powieści, ale pokaż mi sztukę bez wad. Pokaż mi artystę bez wad. Kim są ci idealni ludzie, którzy stworzyli dzieła, dzięki którym czujesz się tylko dobrze? Dla mnie to nonsens.

Moje powieści też są wadliwe, a ich ułomność wynika z mojej niezdolności do postrzegania świata jako całości. Świat jest ogromny, wszyscy oglądamy wyłącznie fragmenty. Każdy z nas ma swój mały kawałek, nad którym pracuje, rzekę wpływającą do ogromnego jeziora. Jeśli obraża cię życie artysty, to oczywiście masz pełną swobodę, aby nie angażować się w jego twórczość, nie kupować płyt, książek, biletów do kina. Ani to skomplikowane, ani interesujące, szczerze mówiąc.

Cancel culture, której osobiście nie uznaję, jest wymysłem milenialsów. Prawdziwy świat jest trochę bardziej skomplikowany niż rzeczywistość z „Harry’ego Pottera”, gdzie ludzie są albo dobrzy, albo źli.

Czy każdy, kto tworzy, potrzebuje muz?

To z pewnością pomaga. Mnie ożywia i inspiruje wiele muz: ludzi, ale i przedmiotów. Działa na mnie piękno innych, fizyczne i moralne. Pracuję właśnie nad dość szczególną powieścią – akcja jest osadzona w latach 90., więc obstawiłam się przedmiotami z tamtego okresu. Niech się rozejrzę po gabinecie… Mam tu kilka zdjęć: Jamesa Joyce’a, grupy anonimowych czarnych nastolatków w Nowym Jorku, portret Jamesa Baldwina, moją fotę z Eminemem. Mam figurkę Notoriousa B.I.G. i kubek z Madonną. Takie bibeloty [śmiech].

„Jeśli cię gdzieś nie chcą, to nie jest twój problem”

Lata 90. przywołujesz nieraz również w „Żywej i martwej”. Jest tu też fenomenalny fragment dotyczący wcześniejszej dekady: „Z całym szacunkiem dla rodziców lat 80., wychowała nas telewizja. Mnie nauczyła, jak się zakochiwać, kłócić, uprawiać seks, podróżować, ubierać, jeść, pracować, odnosić sukcesy i ponosić porażki”. I wreszcie jedno z moich ulubionych zdań: „Wiek dziewczęcy wydaje się jednym z niewielu okresów w życiu kobiety, w których jej kreatywność może istnieć zupełnie bezwstydnie: nieskrępowana, gorączkowa, egoistyczna”. No właśnie – co się dzieje z kreatywnością potem, kiedy już przestajesz być dziewczynką?

Stajesz się obiektem. Masz szczęście, kiedy świat uważa, że jesteś brzydka. Wtedy dadzą ci spokój. Ja byłam brzydka i teraz widzę, jak wielkie to błogosławieństwo. Byłoby dużo gorzej, gdybym nagle z płaskiej, kreatywnej, wesołej, biegającej po drzewach 11-latki wyrosła na kobietę o wielkich piersiach i nieskończenie długich nogach. Taka przemiana wywraca twoje życie do góry nogami z dnia na dzień. Przez kolejnych sześć lat próbujesz sobie jakoś z tym poradzić.

Dlaczego mówisz, że byłaś brzydka?

Bo świat tak mnie widział. Miałam wystające zęby, niesforne włosy, zrośnięte brwi, nadwagę. W Anglii lat 80. nie było to uważane za szczególnie atrakcyjne, ale dzięki temu nikt mi nie przeszkadzał w rozwoju kreatywności, pasji, po prostu w beztroskim przeżywaniu dzieciństwa.

Czyli w dzieciństwie nie byłaś zafiksowana na tym, że ktoś uważa cię za nie dość atrakcyjną i przez to cię nie akceptuje?

Kompletnie mi to nie przeszkadzało. Myślę, że mam to po matce. Kobietami targają różne neurozy, wiecznie czują się źle same ze sobą, chcą być szczupłe, chcą być inne, niż są. Przekazują to swoim córkom.

A mnie trafiła się matka, która przekazała mi poczucie, że – zgodnie zresztą z ideą Jamesa Baldwina – jeśli cię gdzieś nie chcą, nie jest to twój problem, ale tych, którzy odmawiają ci wstępu.

Moja matka zresztą kocha Baldwina, zawsze się nim zaczytywała. Dorastali w podobnych okolicznościach: opresyjna religia, bieda, doświadczenie podwójnego wykluczenia, bo gdy twoja skóra jest aż tak czarna, nie znajdujesz pełnej akceptacji nawet w swojej społeczności. Gdy Amerykanie prosili Baldwina, by wyłożył im problem rasizmu, on odbijał piłeczkę i mówił: „Nie, to ty mi to wyłóż, bo rasizm to twój problem, nie mój. Wyjaśnij mi, co takiego w tobie zmusiło cię do nazwania mnie innym? Co w tobie potrzebuje kategorii swoich i innych?”.

To forma samoobrony, którą stosowała również moja matka: czarna kobieta, nosząca rastafariańskie fryzury, niepasująca do wielu miejsc w Anglii, ale zawsze zachowująca się tak, jakby wszyscy powinni być wdzięczni za to, że przyszła i jest. Uważająca się za najwspanialszą osobę, jaka kiedykolwiek istniała na Ziemi.

Zadie Smith, rocznik 1975. Brytyjska powieściopisarka, eseistka i autorka opowiadań. Już jej debiutancka powieść „Białe zęby”, opublikowana w 2000 roku, stała się bestsellerem i zdobyła wiele literackich nagród, została też zaadaptowana na miniserial. Smith jest autorką w sumie sześciu powieści oraz trzech zbiorów opowiadań i esejów. Najnowszy zbiór „Żywa i martwa” w Polsce ukazał się 11 marca.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE