Morgan Freeman skończył 89 lat, ale ani myśli o emeryturze. W najnowszym wywiadzie legendarny aktor opowiada o tym, dlaczego wciąż pracuje, jak patrzy na przemijanie i czemu – wbrew romantycznym wyobrażeniom – pieniądze nadal mają znaczenie przy wyborze ról.
Dla wielu jest głosem, który natychmiast budzi zaufanie. Narratorem filmów dokumentalnych, ekranowym Bogiem, prezydentem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów świata. Morgan Freeman od lat pozostaje symbolem klasy, spokoju i zawodowej konsekwencji. Mimo że zbliża się do dziewięćdziesiątki, nie zamierza zwalniać tempa.
W rozmowie z „The New York Times” aktor promujący trzeci sezon serialu „Lioness” opowiedział nie tylko o pracy, ale także o starzeniu się, pokorze i motywacji, która nie opuszcza go od dekad.
Zapytany o to, co wciąż napędza go do pracy, Freeman przywołał słowa swojego przyjaciela Clinta Eastwooda.
– Mam w tej kwestii podejście jak Clint Eastwood: Nie wpuszczaj starego człowieka. Po prostu trzeba działać. Jeśli jesteś w stanie wstać z łóżka i nie przewracasz się przy tym, to pozostaje tylko doceniać to, co masz, i iść dalej – wyznał.
– Będę pracował tak długo, jak długo ktoś będzie do mnie dzwonił z pytaniem: „Chcesz zagrać tę rolę?” – dodał.
Choć dziś trudno to sobie wyobrazić, Morgan Freeman przypomina, że jego kariera rozwinęła się stosunkowo późno. – Moja kariera tak naprawdę nie zaczęła się, dopóki nie skończyłem 50 lat – powiedział.
Mimo ogromnego dorobku i statusu jednej z największych gwiazd Hollywood, Freeman z dystansem podchodzi również do jednego ze swoich najbardziej charakterystycznych atutów, czyli głębokiego, spokojnego, natychmiast rozpoznawalnego głosu. Co ciekawe, sam aktor nigdy nie uważał go za coś wyjątkowego. Na pytanie, kiedy zdał sobie sprawę, że jego głos jest niezwykłym narzędziem, odpowiedział krótko: „Nadal sobie tego nie uświadomiłem”. A kiedy słyszy komplementy? Reaguje po prostu: „Naprawdę? Dziękuję bardzo”. Przyznaje też, że nigdy nie ćwiczył żadnych specjalnych technik. Jak twierdzi, po prostu stara się mówić wyraźnie.
Freeman nie idealizuje również Hollywood. Zapytany o to, co sprawia, że przyjmuje daną rolę, odpowiedział z rozbrajającą szczerością. Przyznał, że oczywiście dobry scenariusz jest ważny, ale w praktyce znaczenie ma także wynagrodzenie.
– Jeśli ktoś oferuje ci pracę, to świetnie, jeśli idzie za tym także ekscytujący scenariusz. Ale w rzeczywistości najpierw pojawia się pytanie: „Ile mi za to zapłacą?”. Jeśli wynagrodzenie jest odpowiednio wysokie, można przymknąć oko na pewne niedociągnięcia scenariusza – stwierdził.
Obok aktorstwa ważne miejsce w jego życiu zajmuje muzyka bluesowa. Freeman jest współzałożycielem klubu bluesowego w Clarksdale w stanie Missisipi i angażuje się w ochronę tego gatunku, który nazywa jednym z najważniejszych elementów amerykańskiego dziedzictwa kulturowego. Jak opowiada, pomysł narodził się z bardzo konkretnej potrzeby. Zauważył kiedyś, że turyści odwiedzający Clarksdale – miejsce uznawane za kolebkę bluesa – nie mieli gdzie posłuchać tej muzyki na żywo. Uznał, że trzeba to zmienić.
Czy jest jeszcze postać, której nigdy nie zagrał, a chciałby?
– Nie. Zbliżam się do dziewięćdziesiątki. Role, o których kiedyś marzyłem, zagra teraz Denzel Washington – odpowiedział z uśmiechem.
Być może właśnie dlatego motto „Nie wpuszczaj starego człowieka” wybrzmiewa w jego ustach tak przekonująco.
Źródło: Jonathan Abrams, „Morgan Freeman Is Pushing 90, With No Plans to Stop”, nytimes.com [dostęp: 06.08.2026]