1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Polka wychowana w Londynie zamieszkała w Warszawie. „Polacy mówią wprost, co myślą. Anglicy są bardziej uprzejmi, ale to nie znaczy, że nie mają uprzedzeń”

Polka wychowana w Londynie zamieszkała w Warszawie. „Polacy mówią wprost, co myślą. Anglicy są bardziej uprzejmi, ale to nie znaczy, że nie mają uprzedzeń”

Maya Szymecka (Fot. archwium prywatne)
Maya Szymecka (Fot. archwium prywatne)

Odsłuchaj artykuł

Anna Sierant - Polka wychowana w Londynie zamieszkała w Warszawie. „Polacy mówią wprost, co myślą. Anglicy są bardziej uprzejmi, ale to nie znaczy, że nie mają uprzedzeń”

00:00 13:47
15s
0,5 x
15s
Maya Szymecka wychowała się w Londynie w polskiej rodzinie, a niedawno zamieniła brytyjską stolicę na Warszawę. Na Instagramie dzieli się swoimi obserwacjami na temat życia w Polsce i różnic między Polakami a Brytyjczykami. Nam opowiada, co zaskoczyło ją po przeprowadzce, dlaczego Polaków porównuje do kokosów, a Anglików do brzoskwiń i zdradza, czy – jej zdaniem – brytyjska uprzejmość rzeczywiście oznacza większą otwartość.

Spis treści:

  1. Maya Szymecka: „W Londynie wysłałam 40 aplikacji o pracę, w Warszawie wystarczyły dwie”
  2. Jak Brytyjczycy postrzegają Polaków? „Jest w nas znacznie więcej niż praca, którą wykonujemy”
  3. „Mam wrażenie, że kobiety są w Polsce bardziej oceniane niż w UK”
  4. „Jako dziecko wstydziłam się, że jestem Polką. Dziś jestem z tego bardzo dumna”

  • Maya Szymecka wychowała się w Londynie w polskiej rodzinie. Choć Polska zawsze była obecna w jej życiu, dopiero niedawno zdecydowała się zamieszkać w Warszawie.
  • Przeprowadzka pozwoliła jej spojrzeć na oba kraje z nowej perspektywy. Dostrzega różnice w kosztach życia i możliwościach zawodowych, ale też w codziennych relacjach, podejściu do obcych czy sposobie budowania wspólnoty.
  • Polaków uważa za bardziej bezpośrednich, Brytyjczyków – za bardziej uprzejmych na pierwszy rzut oka. Zwraca jednak uwagę, że brytyjska grzeczność nie musi oznaczać braku uprzedzeń, a polska szczerość ma zarówno dobre, jak i złe strony.
  • W rozmowie Maya Szymecka opowiada również o dorastaniu między dwiema kulturami, stereotypach dotyczących Polaków w Wielkiej Brytanii i własnej tożsamości. Jako dziecko chciała być taka jak jej angielskie koleżanki, dziś podkreśla, że jest dumna ze swoich polskich korzeni.

Maya Szymecka: „W Londynie wysłałam 40 aplikacji o pracę, w Warszawie wystarczyły dwie”

Anna Sierant: Mieszkasz teraz w Warszawie, ale czy możesz opowiedzieć, jak wyglądało twoje życie, zanim przeprowadziłaś się do kraju swojego pochodzenia?

Maya Szymecka: Pewnie! Zaczynając od samego początku: urodziłam się w Polsce, ale kiedy moi rodzice wyemigrowali do Londynu, miałam zaledwie trzy miesiące. Właściwie całe życie spędziłam więc w Anglii. Dorastałam w Enfield, w północnej części miasta, która jest bardzo wielokulturowa i zamieszkiwana przez wiele społeczności imigranckich. Chodziłam do zwykłej państwowej szkoły, a później studiowałam w Imperial College London – jednej z najlepszych uczelni na świecie. To było dla mnie pewnego rodzaju zderzenie z brytyjskim systemem klasowym – nagle znalazłam się wśród wielu osób, które miały zupełnie inne, często bardzo uprzywilejowane zaplecze.

Myślisz, że brytyjskie społeczeństwo jest bardziej klasowe niż polskie?

Tak to odczuwałam, szczególnie na studiach i później na rynku pracy.

Jeśli pochodzisz z rodziny imigranckiej i nie masz kontaktów – nie znasz ludzi, którzy mogliby cię wprowadzić w określone środowiska, start bywa trudniejszy.

Londyński rynek pracy jest bardzo wymagający. To był też jeden z powodów, dla których zaczęłam myśleć o Polsce.

W Anglii wysłałam kilkadziesiąt CV i bez znajomości nie udało mi się zdobyć pracy. W Polsce wysłałam dwie aplikacje i od razu zatrudnienie dostałam. Zdaję sobie jednak sprawę, że wyszłam z pozycji uprzywilejowanej – jako native speakerka i absolwentka wspomnianej już uczelni.

Maya w Londynie (Fot. archiwum prywatne) Maya w Londynie (Fot. archiwum prywatne)

Coś jeszcze sprawiło, że zdecydowałaś się przeprowadzić do Warszawy?

Tak – możliwości zawodowe to jedno, a koszty życia – drugie. W Londynie płaciłam za studenckie mieszkanie kwotę odpowiadającą mniej więcej pięciu tysiącom złotych miesięcznie, a warunki były fatalne – miałam pleśń i współlokatorki – myszy. W Warszawie za te same pieniądze można wynająć naprawdę przyzwoite mieszkanie. Oczywiście teraz zarabiam w złotówkach, więc muszę przestać wszystko przeliczać na funty. Dla własnego dobra! [śmiech] Nadal zdarza mi się zobaczyć, że np. przejazd Uberem kosztuje 30 złotych i pomyśleć: „Ale tanio!”. A potem przypominam sobie, że dla osoby zarabiającej tutaj – czyli teraz także dla mnie – to wcale nie musi być tanio.

Czym zajmujesz się zawodowo w Warszawie?

Pracuję w firmie konsultingowej, w obszarze komunikacji i PR-u. Co ciekawe, pracuję głównie z Brytyjczykami i Irlandczykami, więc zawodowo funkcjonuję właściwie wyłącznie po angielsku. W firmie pracuje wielu Polaków, ale akurat nie w moim bezpośrednim zespole. Ale i tak bardzo lubię tę pracę.

A przed przeprowadzką miałaś stały kontakt z Polską i językiem polskim?

Tak. Co roku przyjeżdżałam do Torunia, do dziadków i dalszej rodziny, więc Polska nigdy nie była mi zupełnie obca. W Londynie obracałam się jednak przede wszystkim wśród Brytyjczyków i osób z innych krajów – moje najbliższe koleżanki nie były Polkami.

Moi rodzice bardzo dbali o to, żebyśmy z siostrą znały polski.

Przez rok chodziłam nawet do sobotniej polskiej szkoły, czego jako dziecko nie znosiłam, bo oznaczało to wstawanie rano także w weekend. Dużo polskiego nauczyłam się też w kościele (choć dziś nie uważam się za osobę religijną) i w chórze – całą rodziną bardzo lubimy śpiewać. W domu rodzice zawsze mówili do nas po polsku, a my z siostrą odpowiadałyśmy po angielsku i między sobą również rozmawiałyśmy po angielsku.

Maya w Warszawie (Fot. archiwum prywatne) Maya w Warszawie (Fot. archiwum prywatne)

Jak Brytyjczycy postrzegają Polaków? „Jest w nas znacznie więcej niż praca, którą wykonujemy”

A jak, twoim zdaniem, Polska i Polacy są postrzegani w Wielkiej Brytanii?

O, to bardzo skomplikowana kwestia. Wciąż funkcjonuje stereotyp, że Polacy pracują przede wszystkim na budowach, a Polki przy sprzątaniu. Oczywiście wiele osób rzeczywiście wykonywało i wykonuje takie prace, ale problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje się dostrzegać w nich cokolwiek więcej. Za każdym migrantem stoi przecież historia. Moi rodzice przyjechali do Wielkiej Brytanii praktycznie z niczym i zbudowali tam życie od początku. Dla mojego pokolenia – dzieci polskich migrantów – to bardzo ważna część tożsamości.

Jednocześnie Polacy są widziani jako tzw. good immigrants – istnieje przekonanie, że świetnie się integrują i – jako że również pochodzą z kraju europejskiego – dzielą z Brytyjczykami podobne wartości.

Czy jako dziecko doświadczałaś nieprzyjemności z powodu polskiego pochodzenia?

Nie powiedziałabym, że spotkało mnie coś bardzo poważnego, ale długo wstydziłam się tego, że jestem Polką. Dzisiaj jest mi smutno, kiedy o tym myślę, bo teraz jestem z tego bardzo dumna. Wtedy chciałam być taka jak moje koleżanki, chciałam być Angielką. Zdarzały się też komentarze o Polakach, które traktowano jako niewinne żarty, ale dla mnie one nimi nie były, np.: „Maya, twój tata pewnie pracuje na budowie?”.

A czy zauważyłaś w ciągu ostatnich lat zmianę w tym, jak Brytyjczycy patrzą na Polskę?

Tak, zdecydowanie. Polska stała się w ostatnich latach popularniejszym kierunkiem turystycznym, szczególnie Kraków, ale nie tylko. Dzięki temu coraz więcej osób widzi ją inaczej niż wyłącznie jako kraj, z którego przyjeżdżają pracownicy.

Jednocześnie w brytyjskich filmach i serialach reprezentacja Polaków nadal jest niewielka, mimo że polski jest jednym z najczęściej używanych języków w Wielkiej Brytanii – poza angielskim i walijskim.

Jeśli polska postać już się pojawia, bywa stereotypowa – budowlaniec, przestępca – albo gra ją aktor, który nawet nie jest Polakiem. To dziwne, bo polskich aktorów w Wielkiej Brytanii naprawdę nie brakuje.

Dlatego bardzo cieszą mnie nawet takie pozornie niewielkie wydarzenia, jak udział w Love Island UK pochodzącej z Polski Julii. Ona jest tam po prostu jako ona – nie jakiś stereotypowy wytwór.

Maya w Warszawie (Fot. archiwum prywatne) Maya w Warszawie (Fot. archiwum prywatne)

W jednej ze swojej wypowiedzi zauważyłaś, że Polska niekoniecznie jest bardziej rasistowska od Wielkiej Brytanii?

Wydaje mi się, że Polacy są po prostu bardziej szczerzy w tym, co mówią. Częściej mówią wprost to, co myślą – również wtedy, kiedy jest to nieprzyjemne. Brytyjczycy są zwykle bardziej uprzejmi w formie, ale to nie oznacza automatycznie, że uprzedzeń nie mają. W Polsce masowa imigracja jest też znacznie nowszym zjawiskiem niż w Londynie. Ciekawi mnie, jak te postawy będą się zmieniały wraz z tym, jak polskie społeczeństwo będzie stawało się coraz bardziej różnorodne.

A jakie różnice dostrzegasz między Polakami a Brytyjczykami w codziennych relacjach?

Lubię porównanie Polaków do kokosów: na początku mają bardzo twardą skorupę, ale kiedy już się przez nią przebijesz, dostajesz ogrom ciepła. Wchodzisz do domu i od razu jest jedzenie, ciasto, wszystko przygotowane.

Z Brytyjczykami odwrotnie – od pierwszej chwili jest bardzo miło i łatwo się rozmawia, ale żeby móc poruszać naprawdę osobiste tematy, trzeba znać kogoś dłużej. Polacy potrafią szybciej przejść do sedna. Jak dziewczyna, która – jak mi się wydawało – mnie nie lubiła, po pięciu minutach zaczęła mi opowiadać o swoim byłym [śmiech].

Oba te podejścia mają swoje plusy i minusy.

Brytyjczycy są pewnie lepsi w small talku niż Polacy.

Tak! W Wielkiej Brytanii ktoś obcy może bez problemu podejść do ciebie i powiedzieć: „Świetny outfit, wyglądasz rewelacyjnie. Gdzie go kupiłaś?”. To zupełnie normalna, miła interakcja między nieznajomymi. W Polsce mam wrażenie, że tego jest mniej. A przecież taki drobiazg może komuś poprawić cały dzień.

Ostatnio byłam na siłowni i jakiś chłopak robił martwy ciąg – chciałam mu powiedzieć, że świetnie mu idzie i czy może mi powiedzieć, jak prawidłowo wykonać to ćwiczenie. W Anglii zrobiłabym to bez problemu, tu bym się bała, że pomyśli, że go np. podrywam.

Przeniosłabyś choć odrobinę tej umiejętności prowadzenia small talku z Wielkiej Brytanii do Polski?

Zdecydowanie. Wiem, że wiele osób w Polsce za tym nie przepada, ale według mnie nie docenia się tego, jak bardzo small talk pomaga on budować poczucie wspólnoty. Można zamienić kilka słów z osobą w sklepie, na siłowni czy w windzie. Polacy uwielbiają narzekać, więc dlaczego nie ponarzekać razem na pogodę? Dzięki takim małym rozmowom otoczenie staje się bardziej znajome i mniej anonimowe.

A co przeniosłabyś z Polski do Wielkiej Brytanii?

Szczerość. Chciałabym, żebyśmy w Wielkiej Brytanii trochę mniej udawali i częściej mówili wprost, co myślimy – oczywiście z wyczuciem. Jeśli ktoś odzywa się do ciebie w sposób, który ci nie odpowiada, można po prostu powiedzieć: „Nie podobało mi się, jak się do mnie zwracasz”, zamiast być pasywno-agresywnym. Polska bezpośredniość może być bardzo odświeżająca.

Polska stała się w ostatnich latach dość popularna. Dlaczego, twoim zdaniem, coraz więcej osób z zagranicy wybiera właśnie ten kraj?

Na razie nie jest to jeszcze ogromna grupa, ale myślę, że ważne są możliwości, które daje Polska.

Kiedy zaczęłam mówić o swojej przeprowadzce w mediach społecznościowych, wiele osób reagowało: „Naprawdę? W Polsce są lepsze perspektywy?”.

Jak już jednak wspomniałam wcześniej, mówię to jednak z uprzywilejowanej pozycji: znam angielski i mam dobre wykształcenie. Wiem, że nie każdemu jest tutaj równie łatwo. Ale dla anglojęzycznej osoby z moim doświadczeniem Warszawa okazała się bardzo otwarta zawodowo.

„Mam wrażenie, że kobiety są w Polsce bardziej oceniane niż w UK”

A jak – jako młoda dziewczyna – oceniasz sytuację kobiet w Polsce i Wielkiej Brytanii?

Porównuję przede wszystkim Warszawę z Londynem, bo to te dwa miasta znam. Mam poczucie, że w Polsce kwestie praw kobiet są bardziej obciążone politycznie i silniej związane z wpływem Kościoła – widać to choćby w debatach o aborcji czy prawach osób LGBT+.

W codziennym życiu zauważam też, że kobiety bywają tutaj częściej oceniane ze względu na wygląd. W Londynie, być może dzięki jego ogromnej różnorodności, łatwiej mi było mieć poczucie, że każdy zajmuje się sobą.

Kiedy biegam w krótkich spodenkach w Anglii, właściwie nikt nie zwraca uwagi. W Warszawie zdarzało mi się czuć na sobie znacznie więcej spojrzeń. Oczywiście to moje osobiste doświadczenie, nie uniwersalna reguła.

„Jako dziecko wstydziłam się, że jestem Polką. Dziś jestem z tego bardzo dumna”

Co okazało się dla ciebie zaskakująco trudne po przeprowadzce do Polski?

Choćby to, jak zwracać się do osób, których nie znam. W angielskim wszędzie jest po prostu „you”. W Polsce muszę się zastanawiać: „pani”, „pan” czy może już „ty”? Nie chcę wyjść na niegrzeczną. To drobiazg, ale pokazuje, że znajomość języka wyniesiona z domu nie oznacza automatycznie znajomości wszystkich kodów społecznych. Cały czas uczę się też słów i slangu. Chciałabym mówić bardziej naturalnie, używać takich słów jak „mega” czy „w sensie” albo „w sumie”, a nie tłumaczyć wszystko w głowie z angielskiego.

I na koniec: myślisz, że dorastanie w rodzinie imigranckiej coś ci dało?

Bardzo dużo. Były rzeczy, z którymi musiałam radzić sobie sama, bo moi rodzice nie znali np. brytyjskiego systemu szkolnictwa tak jak rodzice moich angielskich koleżanek. Kiedy trzeba było przygotować dokumenty na studia (personal statement), nie mogłam po prostu poprosić rodziców, żeby sprawdzili, czy wszystko brzmi dobrze po angielsku. Musiałam się tego nauczyć. Dzisiaj jestem za to wdzięczna, bo mam poczucie, że właśnie te doświadczenia w dużej mierze ukształtowały moją osobowość.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE