Agnieszka Radomska - Wierzymy tym, którzy są do nas podobni? Nie tylko. Zanim komuś zaufamy, bierzemy pod uwagę zaskakującą cechę
00:00
14:14
Ocena, czy możesz komuś ufać, jest podstawową społeczną kompetencją. Funkcjonujemy w grupach – rodzinnych, zawodowych, towarzyskich. Umiejętność wyłowienia spośród otaczających nas osób tych, które (najprawdopodobniej) nas nie zawiodą, nie oszukają, nie wykorzystają, jest nieodłączną częścią codziennego życia. Całkowity brak zaufania do ludzi fatalnie wpływa na jakość życia i relacji, ale z kolei nadmierna ufność może nas sporo kosztować. Czasami instynktownie czujemy, że konkretny człowiek godny zaufania nie jest, choć nie potrafimy tego racjonalnie uzasadnić. Więc co tak naprawdę oceniamy, zanim odetchniemy z ulgą, myśląc: „ona dotrzyma obietnicy” czy „on mnie nie zawiedzie”? Naukowcy są zdania, że często nieświadomie bierzemy pod uwagę więcej parametrów, niż skłonni bylibyśmy przypuszczać.
Wyobraź sobie, że chcesz zrobić sobie z przyjaciółkami zdjęcie i szukasz wokół was kogoś, kto mógłby ci pomóc. Zanim wybierzesz z tłumu „ofiarę”, która zostanie fotografem, dosłownie w ciągu kilku sekund oceniasz, czy możesz powierzyć jej telefon (czy tym bardziej aparat) bez ryzyka, że błyskawicznie zniknie z nim za winklem. Jest spora szansa, że wyłuskasz osobę, która z wyglądu choć trochę przypomina ci… ciebie.
Badania sugerują, że podobieństwo może sprawiać, że osoby, które wyglądają lub zachowują się jak my, wydają nam się bardziej godne zaufania. Jedno z możliwych wyjaśnień jest ewolucyjne: podobieństwo mogło być dla naszych przodków wskazówką pokrewieństwa, a więc sygnałem, że z drugą osobą łączą nas wspólne geny i że warto z nią współpracować. Podobieństwo może działać też jak heurystyka – szybki skrót myślowy, który pozwala mózgowi podejmować decyzje bez analizowania wszystkich dostępnych danych. W uproszczeniu: „ten człowiek jest podobny do mnie, więc prawdopodobnie ma podobne wartości, sposób myślenia albo intencje”.
Czytaj także: Na czym polega „efekt kameleona”? Psychologia wyjaśnia, jakie skutki wywołuje kopiowanie innych ludzi
W 2002 r. Lisa DeBruine przeprowadziła eksperyment, w którym uczestnicy grali w grę zaufania. Najpierw pokazywano im zdjęcie potencjalnego partnera. Było ono cyfrowo zmodyfikowane tak, by zwiększyć podobieństwo twarzy partnera do twarzy samego uczestnika, albo pozostawione bez takiej modyfikacji. Następnie uczestnik musiał zdecydować, czy zaufać tej osobie i przekazać jej pieniądze. Efekt był bardzo konkretny: uczestnicy częściej ufali osobom, których twarze przypominały ich własną. Co ważne, podobieństwo nie sprawiło, że partnerzy częściej zachowywali się uczciwie – po prostu ludzie byli bardziej skłonni im zaufać. Kiedy w osobnym warunku wykorzystano podobieństwo do znanej osoby, efekt ten nie wystąpił.
Nie do końca jednak działa tu prosta zasada „ufam ludziom podobnym do siebie”. Podobieństwo może zwiększać poczucie bliskości i więzi, a przez to wpływać na ocenę drugiej osoby. Tylko skąd właściwie wiemy, że ktoś jest godny zaufania, skoro dopiero go poznaliśmy, a nawet – nie poznaliśmy wcale? Częściowo z sygnałów, które pojawiają się w zachowaniu tej osoby, zanim zdążymy mieć jakiekolwiek twarde dowody na jej wiarygodność. I oczywiście – możemy się bardzo pomylić. Przegląd badań z 2022 r. pokazuje, że nasza zdolność do trafnego rozpoznawania, czy danego człowieka warto obdarzyć zaufaniem, jest daleka od doskonałości. Na przykład na podstawie neutralnego zdjęcia czyjejś twarzy radzimy sobie z tym raczej słabo. Ciekawe jest jednak to, że trafność ocen rośnie, kiedy możemy wejść z tym człowiekiem choćby w krótką interakcję i poobserwować sygnały dotyczące jego rzeczywistych intencji.
Sebastian Siuda, psycholog zajmujący się dynamiką zaufania, wraz ze współpracownikami dokonał przeglądu badań sprawdzających, czy i w jakich warunkach ludzie potrafią trafnie rozpoznać, kto jest godny zaufania. Ogólny wynik nie był szczególnie optymistyczny. Spośród 38 analizowanych sytuacji eksperymentalnych tylko w 16 znaleziono dowody na trafne rozpoznawanie wiarygodności. Samo wrażenie „wydaje mi się, że tej osobie można ufać” często nie jest więc szczególnie dobrym kompasem – to po prostu za mało. Kiedy jednak badacze przyjrzeli się temu, w jakich warunkach ludzie radzą sobie lepiej, pojawił się interesujący schemat. Nawet krótka interakcja z daną osobą zwiększała trafność oceny. W jednym z analizowanych badań manipulowano ilością kontaktu między przyszłymi partnerami. Uczestnicy mogli jedynie poznać imię potencjalnego partnera, zobaczyć jego zdjęcie, odbyć z nim krótką rozmowę telefoniczną albo porozmawiać twarzą w twarz. Trafność oceny rosła wraz z bogactwem kontaktu: przy samym imieniu czy zdjęciu była na poziomie przypadku, natomiast po rozmowie telefonicznej i bezpośrednim kontakcie była wyższa niż przypadkowa. Co ciekawe, wystarczyło zaledwie kilka minut interakcji, żeby uczestnicy zaczęli trafniej przewidywać zachowanie partnera.
I właśnie o umiejętność przewidywania tutaj chodzi. Kiedy poznajemy kogoś wyłącznie z wyglądu albo z bardzo ograniczonej informacji, nasz mózg musi w dużej mierze zgadywać, jak ta osoba zachowa się wobec nas. Czy odda telefon? Czy dotrzyma słowa? Czy zrobi to, co obiecała? Kontakt dostarcza nam dodatkowych wskazówek: sposobu mówienia, reagowania, zachowania wobec nas, zgodności słów z zachowaniem i jego spójności. Wiarygodności nie da się więc po prostu „odczytać” z czyjejś twarzy. Potrzebujemy bogatszego zestawu sygnałów – a im więcej ich dostajemy, tym lepiej możemy przewidywać zachowanie drugiej osoby. Miałabyś więc większą szansę trafnie ocenić, czy ta dziewczyna, którą chcesz poprosić o zrobienie zdjęcia, nie wywinie numeru, gdybyś miała okazję choć przez kilka minut z nią porozmawiać i zobaczyć, jak się zachowuje. Bo to, komu odruchowo ufamy, a komu rzeczywiście powinniśmy ufać, to jednak dwie różne kwestie…
Załóżmy, że biedzisz się nad ważnym raportem i czujesz, że potrzebujesz wsparcia. Logicznie byłoby poprosić o nie tę osobę z zespołu, która najlepiej zna się na rzeczy, prawda? Miałabyś pewność, że przypilnuje, by treść była merytoryczna, nie nawkłada ci do raportu błędów i nieścisłości, zadba o jakość w oparciu o swoją wiedzę i doświadczenie. Takiej osobie ufałabyś bardziej niż komuś, kto wiedzę ma niewielką, a doświadczenie skromne. I oczywiście pełna zgoda – lepiej ufać ludziom kompetentnym niż dyletantom, ale by dojść do takiego wniosku, nie potrzebujesz pogłębionej refleksji, bo jest on oczywisty. Prócz kompetencji oceniamy jednak coś jeszcze – najpierw stawiamy sobie pytanie: „czy ta osoba ma dobre intencje?”, bo właśnie one są decydujące, gdy chodzi o zaufanie.
Jednym z najczęściej stosowanych modeli w badaniach nad zaufaniem organizacyjnym jest model Mayera, Davisa i Schoormana, stworzony jeszcze w latach 90. ub. w. Zakłada on, że ludzie oceniają wiarygodność na podstawie trzech czynników: zdolności, życzliwości i uczciwości. Kompetencje to tylko jeden element tej układanki. Gdy chcemy zbadać, czy – przede wszystkim w przestrzeni zawodowej – komuś można zaufać, w pierwszym kroku faktycznie oceniamy zdolności. Zastanawiasz się więc, czy osoba, którą chcesz prosić o pomoc, potrafi zrobić to, czego od niej potrzebujesz. Jednocześnie sprawdzasz, czy zależy jej na twoim interesie, czy może koncentruje się tylko na swoim, a więc upewniasz się co do jej życzliwości. Wreszcie oceniasz też jej uczciwość, to, czy postępuje według zasad, które uznajesz za spójne i z którymi się zgadzasz. Dopiero 3 x TAK sprawia, że czujesz: mogę jej zaufać. Możesz uważać kogoś za bardzo kompetentnego, ale w ogóle nie obdarzać go zaufaniem, jeśli podejrzewasz, że wykorzysta swoje kompetencje przeciwko tobie. W przykładzie z raportem – celowo podpowie ci, byś używała języka niezrozumiałego dla nikogo, kto nie jest ekspertem, choć wie, że szefowa, która raport będzie oceniać, nie znosi nadmiaru branżowego slangu. Badania nad percepcją społeczną pokazują, że ludzie niezwykle często oceniają innych przede wszystkim w dwóch wymiarach – ciepła i życzliwości z jednej, a kompetencji z drugiej strony. I choć jest trochę prawdy w porzekadle, że „dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane”, bo one same nie czynią nikogo godnym zaufania, to z kolei bez nich jest ono właściwie niemożliwe.
Gdybyś miała wymienić cechy osobowości i charakteru człowieka, któremu skłonna jesteś ufać bardziej niż innym, pewnie byłyby to: uczciwość, pewien stopień pokory, hojność, empatia. Badania pokazują, że spośród cech Wielkiej Piątki ufamy tym ludziom, którzy mają wysoki stopień ugodowości – są sympatyczne, przyjazne, skłonne do współpracy, ale też odznaczają się sumiennością. Może ona sygnalizować, że ktoś jest odpowiedzialny, przewidywalny i można na nim polegać, bo prawdopodobnie zrobi to, co obiecał. W badaniach nad zaufaniem do nieznajomych obie te cechy wiązały się z większą skłonnością do obdarzania innych zaufaniem, choć ugodowość wydaje się szczególnie ważna wtedy, gdy dopiero kogoś poznajemy.
Czytaj także: Ludzie o tych 4 cechach osobowości żyją najdłużej. Naukowcy od lat widzą powtarzający się wzorzec
Zupełnie rewolucyjne wnioski dotyczące zależności między cechami osobowości a wzbudzaniem zaufania wyciągnęli jednak autorzy badania opublikowanego w „The Journal of Personality and Social Psychology”. Stwierdzili, że jest cecha jeszcze istotniejsza niż ugodowość czy sumienność, która sprawia, że warto komuś zaufać. To skłonność do... poczucia winy. Osoby, którym poczucie winy często towarzyszy, zwykle przewidując je, starają się unikać złych uczynków i nie rozczarowywać innych, by się przed nim chronić – i właśnie to czyni je godnymi zaufania. Warto zatem (choć brzmi to trochę jak zachęta do podstępu) obserwować, jak dana osoba reaguje w sytuacji, gdy coś pójdzie nie tak, jak powinno, z jej winy. Czy czuje się za to odpowiedzialna, ma wyrzuty sumienia, że czegoś istotnego nie dopilnowała, towarzyszy jej dyskomfort w związku z tym? Współautorka badań prof. Taya Cohen sugeruje, że podobne reakcje są szczególnie wymowne, bo pozwalają sprawdzić, czy ktoś zastanawia się nad wpływem swoich działań na innych ludzi, a to już dość precyzyjny wyznacznik tego, czy można mu zaufać. Wyniki badań nie oznaczają rzecz jasna, że warto poczucie winy niezależnie od sytuacji w sobie wzbudzać po to, by ludzie nam ufali – nic podobnego! Bardziej uświadamiają, że ten stan, choć nieprzyjemny, jednak jest potrzebny. To właśnie on często motywuje nas do zadośćuczynienia i sygnalizuje innym, że można na nas polegać.
Czytaj także: Nie chodzi o to, by zawsze mieć rację. Czasem dobrze jest pobłądzić
Według neuropsycholożki dr Sanam Hafeez jest jeszcze kilka innych cech, które warto w sobie pielęgnować, by stawać się godnym zaufania dla innych. Jej zdaniem ludzie nam ufają, gdy: robimy to, co mówimy, a więc dotrzymujemy nawet drobnych obietnic, jesteśmy spójni – nasze zachowanie nie zmienia się diametralnie w zależności od tego, kto nas otacza, mówimy to, co chcemy powiedzieć, a nie to, co ludzie chcą usłyszeć. Zaufanie wzbudza też umiejętność przyznawania się do błędów i branie za nie odpowiedzialności, szanowanie prywatności innych i nierozprzestrzenianie plotek. Potrzebna jest również pewna doza otwartości, bo osoby przesadnie skryte zwykle nie cieszą się zaufaniem. I wreszcie – większe zaufanie wzbudza umiejętność zachowania spokoju nawet wtedy, gdy wokół panuje chaos. Dobrze uczciwie przyjrzeć się tej liście i pomyśleć, czy nad którąś z tych umiejętności nie warto aby trochę popracować....
Wykorzystane źródła: https://www.psychologytoday.com/us/blog/life-is-a-trip/202505/how-do-you-know-if-you-can-trust-someone; https://rips-irsp.com/articles/10.5334/irsp.623; https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/12079651/; https://medium.com/@nik.charlson/the-structure-of-trust-6d06636d3a4e