1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pokora – co to jest? Definicja i przykłady. Jak się jej nauczyć i jak być pokornym?

Pokora – co to jest? Definicja i przykłady. Jak się jej nauczyć i jak być pokornym?

Pokora to jedna z najważniejszych wartości. Nie wyklucza odwagi, sukcesu, radości z życia. (Fot. iStock)
Pokora to jedna z najważniejszych wartości. Nie wyklucza odwagi, sukcesu, radości z życia. (Fot. iStock)
Co to jest pokora? Według definicji to cnota, która wcale nie jest tożsama z umniejszaniem się. Dobrze pojmowana pomaga w życiu, bo oznacza szacunek do sił, które nim rządzą. Co to znaczy i jak być pokornym w codziennym życiu? Jak to osiągnąć? I jak definiowany jest brak pokory?

1. Pamiętaj, że nie zawsze chodzi o ciebie.
Oprzyj się pokusie ciągłego stawiania siebie w centrum. Zgodnie z definicją pokory zachowaj równowagę w rozeznaniu, co jest dobre dla ciebie, ale też dla innych. Podejmując decyzje, nie zapominaj o sobie, ale zawsze zrób krok wstecz, by spojrzeć na potrzeby innych – tym będzie przejawiać się np. pokora w związku.

2. Szukaj współdziałania.
Miej kontakt z własnymi myślami i rozwijaj kreatywność, ale jednocześnie miej oczy otwarte na propozycje innych. Szukaj mądrej rady, inspiracji, współdziałania. Żyj społecznie i bądź graczem jakiegoś zespołu, unikając zachowań sygnalizujących brak pokory. Przykłady z życia potwierdzają słuszność tej wskazówki. Bo czym jest pokora, jeśli nie wrażliwością na opinie innych?

3. Przyjmuj pomoc.
To oznaka dobrze pojętej pokory i jeden z przykładów, kiedy nie czujesz wstydu prosząc o pomoc i jesteś w stanie ją przyjąć. To, że znajdujesz się w sytuacji, w której potrzebujesz pomocy, nie jest związane z twoim poczuciem własnej wartości.

4. Przyznawaj się do błędów.
Błądzenie jest nieodłączną częścią życia. Jeśli będziemy je odbierać jako cenne lekcje od życia, wzmocnimy się psychicznie. Pokażemy, że wiemy, co to jest pokora, i wiemy, jak być pokornym.

5. Nie pozwól, by sukces decydował o twoim poczuciu własnej wartości.
Największe szczęście jest tak naprawdę niezależne od okoliczności. Jeśli jest ci dobrze bez powodu, mimo że akurat nic nie zdobyłaś, niczego nie osiągnęłaś lub nie zostałaś doceniona, jesteś królową życia. A kiedy odnosisz sukces, nie utożsamiasz go z najwyższym szczęściem. Pokora – co to więc jest? – Złoto jest dla ciebie piaskiem – oto prawdziwa definicja pokory i okazanie szacunku wobec życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Empatyczna komunikacja - czy to potrafisz?

Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia powoduje, że zamiast brać słowa i zachowania innych ludzi osobiście, cały czas utrzymujemy świadomość, że to, co inni mówią, jest opowieścią o nich samych, nie o nas.

Matka: – Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne. Córka: – Przykro ci, bo dla ciebie jest ważne, żeby być docenianą? Chciałabyś, żebym zrobiła coś, co dla ciebie będzie dowodem na to, że doceniam to, co robisz? – Tak, chcę, żebyś podziękowała, skoro ugotowałam wam obiad, a nie czepiała się, że zupa jest tłusta. Dzieci taką lubią. – Jak coś robisz, to chcesz, żeby inni cieszyli się z tego? – No a po co robi się coś dla innych? – Ja też lubię, jak jest dobra atmosfera, i też jest ważne dla mnie, żebyśmy się nawzajem szanowali. Doceniam chęć pomocy, jednocześnie ważne jest dla mnie dbanie o zdrowie rodziny. Skoro unikamy tłuszczu, to wyrażanie wdzięczności za „chudą” zupę przyszłoby mi z łatwością, a dziękowanie za coś, co rozbija mój plan żywieniowy, nie jest tym, co mam ochotę robić. Czy mogłybyśmy się umówić, że jak będziesz w przyszłości chciała nas wesprzeć w robieniu obiadu, to powiesz mi o tym i uzgodnimy menu razem? – W przyszłości to będziesz sobie sama zdrowo gotować! – Ciężko ci się pogodzić z moim pomysłem na odżywianie? – Pewnie, że tak. – Może potrzeba na to czasu? – Może…

No i jaki sens ma prowadzenie takich rozmów, skoro inni i tak nadal się z nami nie zgadzają? – mógłby ktoś spytać. Taki długi dialog, a efektu żadnego. Skoro tak ma wyglądać empatyczna komunikacja, to może ją sobie z góry darować? Otóż jeżeli główną intencją w komunikowaniu się z innymi jest pomysł, że każda rozmowa ma przynieść efekt polegający na spełnieniu naszych oczekiwań, to rzeczywiście komunikowanie się w sposób empatyczny nie okaże się pomocne. Bardziej wskazane byłoby wówczas nauczenie się technik manipulacji. Tylko że te okażą się nieskuteczne, jeśli trafimy w rozmowie na kogoś, kto zachowuje się w sposób empatyczny. Bo prawdziwa empatia nie ulega manipulacji. Dlatego, że sama jej nie stosuje.

Mistrzostwo komunikacji

Empatyczne podejście to rolls-royce komunikacji werbalnej. Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. Tak jak asertywność polega na skupieniu się na rzeczowości kontaktów, podejmowaniu „niezawisłych” decyzji, unikaniu emocji destabilizujących rozmówców, tak empatia nie boi się emocji i buduje relacje z innymi w oparciu o informacje o ważnych niezaspokojonych lub zaspokojonych potrzebach, jakie z emocji płyną, i skupiając uwagę właśnie na ludzkich potrzebach.

Marshall Rosenberg, twórca metody non violent communication, podkreśla, że uczucia służą ochronie siebie – te ze znakiem minus są dla nas informacją, że jakaś ważna ludzka potrzeba nie jest w danej sytuacji zaspokojona i warto byłoby się pokusić o znalezienie rozwiązania lepiej tę potrzebę zaspokajającego. Z kolei tak zwane „pozytywne uczucia” są informacją, że jakieś nasze ważne potrzeby są aktualnie zaspokojone. To, co możemy w tej sytuacji zrobić, to właśnie wyrazić wdzięczność – drugiemu człowiekowi, opatrzności, absolutowi – jakkolwiek go pojmujemy – temu wszystkiemu, co sprawia, że nasze życie staje się piękniejsze.

Diabelski młyn

Uciekając się do bezpośredniej przemocy słownej i manipulacji, startujemy z miejsca niewiary w drugiego człowieka. Jesteśmy w stanie, który utrudnia nam zrozumienie, że ludzkie relacje mogą opierać się na wzajemnej trosce, szacunku i zaufaniu. Jeśli dotychczasowe doświadczenia utrwaliły w nas pogląd, że ludzie są brutalni albo wmanewrowują nas w robienie rzeczy, na których to im, a nie nam zależy – potrzeba trochę wysiłku i ćwiczenia się w innym postrzeganiu rzeczywistości, żeby odkryć, że ci, którzy nas ranią, sami dość słabo funkcjonują i dlatego używają kiepskich metod do kontaktowania się z innymi. Mają potrzeby, ale nie umieją prosić innych o pomoc w ich zaspokojeniu. Proszenie wiąże się bowiem z możliwością otrzymania odpowiedzi odmownej i koniecznością szukania alternatywnego rozwiązania. A oni czują się tak kiepsko, że chcą rozwiązania natychmiast. Na ich własnych zasadach, bo je znają i nie mają zamiaru w danym momencie szukać nowych. Czują się źle, ale zupełnie nie mają świadomości dlaczego. Więc podejmują działania, wypowiadają słowa, które mają ten stan zmienić. Jednak skuteczność tych zabiegów jest zazwyczaj dość ograniczona. Przypomina leczenie objawów, a nie przyczyn choroby. Działa doraźnie, jednak problem pozostaje.

Kiedy rozumiemy, że ktoś się zachowuje niefortunnie, bo w danym momencie nie ma dostępu do innego zachowania, uczymy się widzieć za tym zachowaniem jego niezaspokojoną potrzebę, dlatego kiedy pada zdanie: „Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne” – słyszymy informację o niezaspokojonej potrzebie bycia docenianym. W samej potrzebie i jej wyrażaniu nie ma nic złego. Ważne jest jednak podejście: „pragnę tego, jeśli tobie to również pasuje, a jak nie, to poszukam innej osoby albo innego sposobu”.

Autentyczność w relacjach

Skoro więc ja chcę wyrażać wdzięczność w takich wypadkach, kiedy rzeczywiście ją czuję (potrzeba autentyczności), mogę zaproponować, jakie działania prawdopodobnie spowodują, że będę czuła się wdzięczna. Jednak druga strona nie musi przyjąć mojej strategii. I to też jest OK. Nie ma powodu naciskać. Wszyscy mają możliwość wybrać, co zaspokaja ich potrzeby, a co nie. Jeśli stosujemy w życiu komunikację empatyczną, potrafimy tak długo rozmawiać bez obwiniania, osądzania, wypierania się odpowiedzialności i żądań, przyglądając się nawzajem swoim potrzebom, aż znajdziemy rozwiązanie dobre dla wszystkich. Nie wymaga to nadprzyrodzonych zdolności, jest raczej kwestią treningu i wynikiem pracy nad zmianą nawyków komunikacyjnych, jeśli wcześniej stosowaliśmy bardziej opresyjne formy porozumiewania się.

Kiedy przeanalizujemy dialog o zupie i wdzięczności (gdzie jedna z osób – córka, stosuje empatyczne podejście, a druga – matka, wręcz przeciwnie), zauważymy pewną dynamikę rozmowy. Wystarczy, że jedna z osób okazuje empatię na przemian rozmówcy i sobie, by stopniowo opadały emocje i pojawiło się miejsce na „może” – pewien rodzaj otwarcia na ewentualną zmianę.

Częstą wątpliwością osób uczestniczących w treningach empatycznej komunikacji jest kwestia czasu potrzebnego na rozmowę podążającą za potrzebami obu stron, bez presji czasu i tego, że ktokolwiek cokolwiek „musi”. Kwestię ekonomii czasowej i efektywności rozmowy można rozważyć, zastanawiając się, co się bardziej opłaca: jednorazowa półgodzinna nawet rozmowa na temat danej kwestii (choćby wynoszenia śmieci), w czasie której przeanalizujemy, „jak to jest dla mnie” i „jak to jest dla ciebie”, i bez obwiniania się i wyżywania na sobie znajdziemy rozwiązanie skuteczne na jakiś czas, czy też codzienne dwuminutowe „pyskówki” przez okrągły rok, a bywa, że dłużej.

Kogo przyciągasz, kogo odpychasz

Stosując empatyczny model komunikowania się, tworzymy przestrzeń na porozumienie z wieloma osobami. W takiej bezpiecznej atmosferze nawet osoby nieufne i mające niskie mniemanie o sobie są bardziej skłonne otworzyć serce i porozumiewać się z tego poziomu. Cholerycy o złotych sercach też dobrze się czują w „empatycznym towarzystwie”, w którym ich wybuchowe usposobienie nie paraliżuje otoczenia, a działania, często przynoszące pożytek wielu osobom, są doceniane. Najmniej atrakcyjna jest oferta empatycznej komunikacji dla manipulatorów działających przez wpływanie na innych, uaktywnianie w ludziach poczucia winy, wstydu i strachu i skłaniających rozmówców do zrobienia tego, czego oni sami oczekują. Osoby stosujące empatię w relacjach – świadome swoich potrzeb i widzące potrzeby rozmówców nawet pod najdziwniejszymi formami ich zachowań i wypowiedzi – manipulacji nie ulegają. Tak więc manipulator ma dwa wyjścia: albo „przełączyć się” na bardziej przejrzysty rodzaj komunikacji, albo szukać sobie pola do popisu gdzie indziej. Empatia po prostu rozbraja komunikaty przemocowe i manipulacyjne, bez rozlewu krwi.

  1. Psychologia

Pokora. Na czym polega? Jak się jej nauczyć? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Pokora, czyli
Pokora, czyli "nie wiem" (fot. iStock)
Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener i doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pierwszym etapem Questu jest pokora.

Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener, doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pokora jest pierwszym etapem.

Czym więc jest pokora, jeśli nie uległością wobec innych?
To pokora wobec własnego doświadczenia, intuicji, wizji i marzeń pochodzących z najgłębszych, najbardziej prywatnych przestrzeni naszych serc i umysłów. Te doświadczenia podważają nawykowe, odziedziczone przekonania – również te uznane za fundamentalne. Pokora drąży nasze ograniczone „wiem”, niepokoi, każe pytać i sprawdzać, aż uwalnia nas, przenosi w przestrzeń „nie wiem” – i każe ruszać w dalszą drogę. Gdy pokora ujawni iluzoryczność jakiegoś przekonania, w tym momencie rozpoczyna się w nas cudowny, acz niełatwy, twórczy proces poszukiwania nowej prawdy. Jeśli uda się ją znaleźć, to znak, że zakończył się kolejny cykl Questu. Ale mądrzejąc po drodze, wiemy, że następny jest nieuchronny i że spoczywanie na laurach czyni z nas głupców i dogmatyków.

Jeśli więc jestem przekonana, że nie umiem zbudować domu, blokuję siebie w skutecznym działaniu.
Pokora to też zdolność do zakwestionowania ulubionych przekonań na własny temat: to mogę, a tamtego nie mogę, tego nigdy się nie nauczę, niczego już nie zmienię. Z pokorą pozbywajmy się starych przekonań, bo to nieodzowny warunek, żeby proces poznawania, kreowania rzeczywistości mógł się rozpocząć. To brak pokory – czyli pycha – nie pozwala nam dostrzec rzeczywistości i odkrywać jej niepoliczalnych manifestacji. Pycha sprawia, że ignorując rzeczywistość, żyjemy w swoim filmie.

Czyli pokora to odrzucenie projekcji, nawyków, lęków.
Pokora przejawia się na wiele sposobów, ale wyrażające ją „nie wiem” jest pierwszym, koniecznym krokiem do wszelkiej wiedzy i zmiany. Jeśli uznamy, że coś wiemy raz na zawsze, to przestaniemy zadawać sobie i światu pytania, a więc zatrzymamy się w rozwoju i przestaniemy nadążać za zmianami. A przecież poznawanie rzeczywistego to proces, który nigdy się nie kończy. Nauka od niepamiętnych czasów usiłuje poznać rzeczywistość, a miliony naukowców pracujących w różnych krajach świata nadal mają co robić, ciągle zadają nowe pytania.

Czyli pokorny człowiek to ten, który wobec życia przyjmuje postawę naukowca, badacza?
W pewnym sensie tak. Moim ulubionym przykładem człowieka, który miał wielką pokorę, czyli ufał swoim zmysłom, rozumowi i intuicji, jest Giordano Bruno. Jeszcze przed Kopernikiem bez przyrządów i obliczeń zobaczył, że uświęcone przekonanie o Słońcu krążącym wokół Ziemi jest iluzją. I mimo więzienia, tortur i groźby kary śmierci bronił swojego doświadczenia do końca. Tuż przed zapaleniem stosu nakłaniano go raz jeszcze do odwołania uznanych za bluźniercze poglądów, jednak nie wyparł się ich i zginął w płomieniach.

Trudno Giordana Bruna nazwać pokornym, skoro wszyscy, w tym wielkie autorytety jego czasów, głosili coś odwrotnego niż on.
Giordano Bruno był pokorny – powtórzmy – wobec świadectwa swoich zmysłów i rozumu. Nie mógł czuć pokory wobec tych, którzy kazali mu wierzyć w coś, co się kłóciło z jego doświadczeniem. Uległość wobec dogmatyków nie ma nic wspólnego z pokorą. Jest hipokryzją lub żałosnym konformizmem. I to właśnie paradoks pokory, która z punktu widzenia zastanego porządku zdaje się zmieniać w swoje przeciwieństwo. Kiedy jednak mimo wszystko i wbrew wszystkim dochowujemy wierności sobie, to pokora rodzi autonomię, kolejną cnotę Questu.

Doszliśmy więc do tego, dlaczego św. Teresa z Ávila mówiła, że pokora jest prawdą.
Pokora polega na tym, żeby umieć przyznać się przed sobą: „nie wiem”. Jezus był uosobieniem tak rozumianej pokory. W rezultacie zobaczył rzeczywistość tak dalece inaczej niż pozostali członkowie korporacji religijnej, w której wyrósł, że najbardziej pokorny z pokornych został uznany za buntownika i zabity, choć podobnie jak wszyscy pokorni nie szukał rozgłosu, nikogo nie namawiał do zmiany poglądów – i miał zaledwie 12 uczniów i jedną uczennicę.

Jak pokora przekłada się na codzienne życie zwykłego człowieka z korporacji, dziennikarza czy nawet psychoterapeuty?
Przekonania, których pełno w naszych umysłach, przesłaniają nam cudowność tego, co rzeczywiste. Potrafią być tak ugruntowane i trwałe, że same się potwierdzają i rozmnażają. Ilustruje to dowcip o panu Brownie i sekatorze. Pan Brown był tak przekonany, że Smith nie pożyczy mu sekatora, że gdy zapukał do drzwi sąsiada, a ten otworzył mu z uśmiechem, pytając: „Witaj, Brown, co mogę dla ciebie zrobić?”, tak odpowiedział: „Mam gdzieś twój sekator, Smith!”.

W starciu z naszymi przekonaniami rzeczywistość nie ma szans. Źródłem naszych cierpień – czyli wypędzenia z mitycznego raju – są wyłącznie przekonania. Stąd zapewne konstatacja św. Teresy, że pokora – czytaj: brak przekonań – jest prawdą.

Ale przyznanie się do niewiedzy nawet przed samym sobą jest trudne, budzi lęk. Jeszcze gorzej, gdy mamy to powiedzieć innym.
Gdy za Sokratesem przyznam, że „wiem, że nic nie wiem”, to w tym samym momencie otwieram się całkowicie na to, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, przesunąć granicę poznania. Wtedy niczego z góry nie zakładam, po prostu patrzę, słucham, jestem coraz bardziej zadziwiony cudem istnienia. Tak więc pokora to uświadomiona niekompetencja i to dzięki niej my sami i nasza cywilizacja – na zasadzie dwa kroki do przodu, krok do tyłu – jakoś się rozwijamy.

Pokora to też przyznanie się do błędu, a to bywa niebezpieczne, zwłaszcza w pracy. Łatwo wtedy stać się kozłem ofiarnym.
Przyznanie się do niewiedzy często wyzwala w innych ochotę, by nas upokorzyć. Ale pokorni nie doświadczają upokorzenia, nie są przywiązani do konkretnego obrazu samych siebie, którego musieliby bronić. Gdy na życiowym zakręcie postępujemy w zgodzie z naszą wewnętrzną prawdą, to nikt nie jest w stanie nas upokorzyć.

Quest to przede wszystkim program dla biznesmenów, ale mówienie o nich jako ludziach pokornego serca, którzy walczą o prawdę, wydaje się fikcją.
Wcale nie. Szczególnie w biznesie – w tej błyskawicznie i nieustannie zmieniającej się grze – trzeba i warto wiedzieć, czego się nie wie. Tylko wtedy jesteśmy skłonni się tego dowiedzieć albo powołać zespół ekspertów czy wybrać trudną drogę przekształceń. Popatrzmy na toczący się spór klimatyczny. Jedni mówią: „Jakie ocieplenie? My nie mamy z tym nic wspólnego. To normalne fluktuacje klimatyczne”. Drudzy: „Zmiany klimatu są skutkiem nadmiaru konsumujących wszystko ludzi, rozwoju motoryzacji, przerostu miejskich aglomeracji itd.”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ci pierwsi są pokorni. Ale ich przekonanie jest podejrzanie wygodne, nie zmusza do refleksji i nie każe brać odpowiedzialności. Ci, którzy twierdzą, że to my, ludzie, jesteśmy winni ociepleniu, nie próbują zaprzeczać temu, co widać gołym okiem, choć jest to dla wszystkich niewygodne, wymagające zmian i wyrzeczeń. Pokora wybiera trudniejszą drogę i każe brać odpowiedzialność na siebie.

  1. Psychologia

Jak nawiązać porozumienie z dzieckiem i zrozumieć jego emocje?

Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Dziecko, jak każdy człowiek, pragnie być wysłuchane i zrozumiane. (fot. iStock)
Ryczący niemowlak? Zbuntowany dwulatek? Obrażony nastolatek? W tej metodzie rada dla wszystkich jest jedna. Zaakceptować jego uczucia i znaleźć nić porozumienia.

„Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, i jak słuchać, aby dzieci do nas mówiły” – dla rodziców to pytanie na całe życie. Nic dziwnego, że książka o tym tytule w wielu domach stoi na półce wymięta, pozakreślana, z pozaginanymi rogami, mnóstwem dopisków i ze śladami wielokrotnego czytania. Biblia? Raczej wysłużony przewodnik. Na polskim rynku od ponad 30 lat, wcześniej podbiła Amerykę (ponad trzy miliony sprzedanych egzemplarzy od 1980 roku) i rozeszła się po całym świecie (tłumaczenie na ponad 30 języków). Klasyka, a jednocześnie ciągle nowość i gwiazdka z nieba dla pokoleń młodych rodziców. „Byłam wspaniałą matką, zanim jeszcze miałam własne dzieci – tymi słowami zaczyna się ta kultowa pozycja. – Doskonale wówczas wiedziałam, dlaczego inni mają z nimi problemy. Później zostałam matką trojga urwisów”.

Który rodzic nie pokiwa głową ze zrozumieniem na to wyznanie? A jednak autorki, psycholożki Adele Faber i Elaine Mazlish, obiecują, że znalazły sposób na dotarcie do największego nawet urwisa. W dodatku metoda „szukania porozumienia” działa nie tylko w odniesieniu do starszych (bo już mówiących) dzieci. Są psycholożki, które na założeniu podobnym do tego z książki Faber i Mazlish opierają wzorce postępowania nawet z niemowlakami.

O co chodzi? O podejście do emocji dziecka. Założenie jest pozornie proste: trzeba te emocje zrozumieć i spróbować zaakceptować. Utrudnienie: to dotyczy wszystkich emocji. Nawet tych najgorszych.

Jak odczytać płacz dziecka?

Pierwsza myśl rodzica, którego niemowlę ryczy wniebogłosy? Jak najszybciej, jak najskuteczniej je uspokoić. Odwrócić uwagę, ukołysać, szeptać czule: „Nie płacz, nic się nie stało...”.

„Błąd” – powiedziałyby nestorki metody „szukania porozumienia”. Jeżeli dziecko płacze, to z jego punktu widzenia nieprawda, że nic się nie stało. I rodzic powinien uszanować jego uczucia.

Życzliwe, empatyczne wysłuchanie niemowlęcych żalów zaleca szkoła rodzicielstwa uwagi. Stworzyła je szwajcarsko-amerykańska doktor psychologii rozwojowej Aletha Solter. Jednak myliłby się ten, kto utożsamia jej metodę z „pozwoleniem na wypłakanie się”. To strategia rodem z XIX wieku, spopularyzował ją jako pierwszy doktor Luther Emmett Holt w bestsellerowej książce z 1894 roku. Przekonywał, że dziecku nie można pobłażać; jeśli płacze, należy je zostawić, aż samo się uspokoi. Za pierwszym razem może mu to zająć nawet dwie, trzy godziny, za drugim będzie to godzina, potem kilkanaście minut, aż w końcu dziecko przestanie urządzać awantury. Ta strategia, potem opisywana jeszcze przez wielu pediatrów (między innymi popularnego w Polsce od lat 70. doktora Benjamina Spocka), ma swoich zwolenników do dziś – zwłaszcza wśród przedstawicieli starszego pokolenia. Doczekała się też twórczej modyfikacji w postaci metody „kontrolowanego wypłakiwania się” autorstwa profesora Richarda Ferbera. Radzi on, aby nie zostawiać płaczącego dziecka zupełnie samego, tylko co jakiś czas przychodzić do niego i starać się je uspokoić. Najpierw co trzy minuty, potem co pięć, siedem, dziewięć... Tak, aby wiedziało, że rodzic jest gdzieś w pobliżu – a jednocześnie ze swoim żalem poradziło sobie samo. I zrozumiało, że płaczem nic nie wskóra.

Ta praktyka spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony obozu rodzicielstwa bliskości. Już pisaliśmy – w tej koncepcji dziecko w zasadzie nie ma powodów do płaczu. Rodzice budują z nim tak mocną, bezpieczną więź – poprzez wspólne spanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, przytulanie, bycie blisko – że na wielogodzinne histerie po prostu nie ma miejsca.

Jednak Solter uważa, że przy takim podejściu też traci się coś cennego.

– Rodzicielstwo bliskości to zdrowy trend i ruch w dobrym kierunku – twierdzi psycholożka w swoich tekstach. – Jednak możliwe, że w tym wysiłku, aby przeciwdziałać szkodom wyrządzonym przez taktykę „wypłakiwania”, rodzice przegapią ważną funkcję płaczu. W naszych staraniach, aby uspokoić dziecko, tracimy okazję do umożliwienia mu uporania się ze stresem czy przezwyciężenia jakiejś traumy – przekonuje.

Rodzicielstwo uwagi to zatem trzecia droga, dystansująca się zarówno od pomysłu rodem z metody zimnego wychowu, jak i od strategii rodzicielstwa bliskości. Instrukcja Solter: przede wszystkim upewnij się, że wszystkie potrzeby płaczącego niemowlęcia są zaspokojone. Nie jest ono głodne ani śpiące? Nie ma może brudnej pieluszki? Jeśli wszystko wydaje się w porządku, a dziecko nadal płacze, nie ma sensu wypróbowywać w panice kolejnych metod uciszania. Najlepiej pomożemy niemowlęciu, trzymając je po prostu w ramionach i empatycznie słuchając. Bo czy my sami nie potrzebujemy czasem ramienia, na którym można się bezpiecznie wypłakać? Czy nie miewamy czasem nastroju, w którym ulgę przyniesie tylko danie upustu swojemu żalowi, smutkowi, frustracji i zalanie się łzami? I czy próby uciszania nas, zdania typu: „Nie płacz, nic się nie stało”, nie powiększają tylko naszego poczucia osamotnienia? No bo jeśli zebrał się tak wielki żal, że trzeba go z siebie wypłakać – potrzebujemy wsparcia, a nie zaprzeczenia naszych uczuć. Kochająca osoba może nas wspierać, będąc blisko. Tuląc, pokazuje, że rozumie. Według Solter tego właśnie oczekuje od nas dziecko. Po takim wypłakaniu się w bliskości będzie odprężone, spokojne i pełne ulgi. Tak jak my, gdy wreszcie z siebie wyrzucimy coś, co nas dręczyło.

To o niemowlęciu, jednak towarzyszenie w płaczu ma też zbawienny wpływ na starsze dziecko. O tym pisze kolejna nestorka metody „szukania porozumienia”, amerykańska psycholożka Patty Wipfler. Przekonuje, że empatyczne słuchanie to najwłaściwsza metoda działania zarówno w płaczu pełnym żalu czy bólu, jak i we wściekłym ataku buntu czy histerii. Ba, według Wipfler to naturalne, że dziecko urządza scenę wobec mamy, mimo że przedtem pół dnia było anielsko grzeczne w przedszkolu. Albo że atak histerii może nastąpić po udanym, harmonijnym dniu. Dziecko pozwala sobie na oczyszczający płacz wówczas, gdy czuje się bezpieczne. – Płacz to część procesu uzdrowienia. Można w nim pozbyć się zranionych uczuć – twierdzi Wipfler w tekście „Bunty i histerie”. I podaje przykład: po całym popołudniu, gdy mama była zajęta, synek prosi ją o tosty na kolację. Dostaje je – i urządza scenę. Wybucha rykiem, rzuca się na ziemię. Tosty są pocięte w trójkąty, a on chciał prostokąty! – Jeśli w odpowiedzi po prostu uklękniesz, obejmiesz go i zaczniesz słuchać, płacz może potrwać długo – zapowiada psycholożka. – Trójkątne tosty to dla chłopca tragedia, bo to kropla, która przelała czarę goryczy po godzinach odbierania sygnału „nie chcę cię tu, odejdź!”. Jednak potem chłopiec poczuje się lepiej.

Innymi słowy: jeśli latorośl zaczyna marudzić, że nie chce tego soku, chce inny; jeśli awanturuje się, że ta piżamka uwiera, zakładasz inną, i znowu źle; gdy dziecko zaczyna przechodzić samo siebie w wymyślaniu, co by tu jeszcze spsocić w supermarkecie – to niechybna oznaka, że zbiera się żal, frustracja lub bunt. I że tak naprawdę nie chodzi ani o tę piżamkę, ani o smak soku, tylko o coś głębszego, co trzeba z siebie wyrzucić. Zupełnie jak u dorosłych: gdy coś nas gnębi, nawet stłuczenie szklanki może wywołać falę rozpaczy. I wiadomo, że prawdziwym powodem nie będzie stłuczona szklanka.

Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com) Okazywanie empatii sobie, a tym bardziej dziecku, nie zawsze przychodzi łatwo. (fot. 123rf.com)

Co jest przyczyną tak wielkich żalów u dzieci? No cóż, czasami nie mamy zielonego pojęcia. – My, rodzice, bardzo chcemy wiedzieć, co wywołało tak wielką rozpacz, ale często dzieci nie mają słów, aby opisać uczucia. Na szczęście wystarczy, że będziemy słuchać – przekonuje Patty Wipfler. Wystarczy, że zaakceptujemy emocje.

Tu dochodzimy do momentu, w którym to samo założenie sprawdza się w odniesieniu do starszych dzieci. Dobrze mówiących kilkulatków, a nawet nastolatków. Wracamy do kultowej książki autorek Faber i Mazlish – i do przekonania, że metoda „szukania porozumienia” potrafi uzdrowić relacje w rodzinie.

Zdobądź się na empatię

„Mamo, nie chcę iść do przedszkola”. „Chcesz, przecież dobrze się tam bawisz”. „Nie cierpię mojego małego brata”. „Bzdura, na pewno go kochasz”. „Nie będę już jeść tej zupy, jest niesmaczna”. „No co ty, przecież zawsze ci smakowała”.

Ile podobnych dialogów prowadzą ze swoimi dziećmi rodzice? Wspólny mianownik jest jeden: tata lub mama uważają, że wiedzą lepiej, co czuje ich potomek.

Adele Faber i Elaine Mazlish przekonują, że to droga donikąd. Zazwyczaj tak stanowcze zaprzeczenie dorosłego zamyka rozmowę, może nawet prowadzić do awantury. Zamiast więc odruchowo się sprzeciwiać – nawet w sprawach tak drażliwych, jak uczucia względem rodzeństwa – autorki radzą zdobyć się na empatię. A więc: najpierw wysłuchać uważnie, co dziecko ma do powiedzenia. Potem dać wyraz akceptacji jego uczuć, choćby przez nieoceniające „yhy”, „mmm”, „rozumiem”. Wreszcie spróbować nazwać te uczucia. Na deklarację: „mam ochotę dać Michałowi w nos”, proponują konstatację: „Wygląda na to, że jesteś na niego zły”. Faber i Mazlish przekonują, że dziecko w tak poprowadzonej rozmowie chętnie opowie cały incydent, który doprowadził do chęci rozbicia nosa. Dużo chętniej niż zasypane pytaniami w stylu: „dlaczego?”, „co się stało” i innymi, które sprawią, że poczuje się jak na przesłuchaniu. No i oczywiście nieporównywalnie chętniej niż w sytuacji, w której rodzic skwitowałby: „Zapomnij o tym, nie wolno bić nikogo w nos”.

A więc rozmowa. To już dużo. Jednak zalet tego stylu komunikacji jest więcej. Autorki twierdzą, że dzięki empatycznemu wysłuchaniu dziecko samo wymyśli rozwiązanie swojego problemu. Nie trzeba więc zaraz wyrywać się z dobrą radą. Nie doceniamy inwencji dzieci i ich gotowości do współpracy. Trzeba tylko potraktować ich pomysły poważnie – przekonują.

Książka „Jak mówić...” obfituje w scenki i przykłady dialogów, które prowadzą do skutecznego porozumienia. Są też relacje rodziców, którzy uczestniczyli w warsztatach prowadzonych przez autorki i wcielali ich instrukcje w życie. Niektóre świadectwa cudownych przemian dzieci wyglądają wręcz niewiarygodnie. Zmiana stylu komunikowania się ma pomóc nie tylko uniknąć histerii, ale wręcz w ogóle przezwyciężyć problemy wychowawcze z najtrudniejszym nawet egzemplarzem i wprowadzić do rodziny szczęście. Utopia? Raczej trudna sztuka. To prawda, wszystkie wymienione psycholożki obiecują spektakularny sukces: dobre relacje z dzieckiem. Żadna z nich jednak nie pisze, że będzie łatwo. No cóż, może w wychowaniu po prostu nie może być łatwo. Ważne jednak, żeby było dobrze.

  1. Psychologia

Fantazjowanie pomaga nam w życiu - przekonują twórcy psychologii zorientowanej na proces

Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Fantazjowanie wpływa na empatię i kreatywność, niesie też wiele cennych dla nas informacji. (fot. iStock)
Zdarza ci się odpływać myślami podczas zebrania? Nie karć się za dziecięce roztargnienie. Według Amy i Arnolda Mindellów, propagatorów psychologii procesu, śnienie na jawie sprawia, że stajemy się bardziej kreatywni i lepiej rozwiązujemy konflikty.

Według badań naukowców z Izraela ludzie, którzy dużo fantazjują, są bardziej empatyczni. Arnold: Ja bym ujął to tak: ludzie, którzy dużo śnią na jawie i cieszą się z tego, mają wysoki poziom empatii. Generalnie wszyscy śnimy na jawie, chociaż większość z nas ten fakt wypiera. Amy: Nie wszyscy też zauważają swoje śnienia albo dochodzą do wniosku, że nie mają one żadnego znaczenia. Arnold:
Powiem więcej, im mniej fantazjujemy, tym bardziej jesteśmy podatni na różne uzależnienia. Narkotyki czy alkohol pomagają oderwać się od rzeczywistości tym, którzy nie potrafią tego zrobić w inny sposób.

Czy sytuacja, w której zawieszam się, gapiąc się bezmyślnie w jakiś punkt, to także śnienie na jawie? Arnold:
Tak. Twój mózg wyłącza się i zaczynasz fantazjować.

Jak często to robimy? Arnold:
Wielokrotnie w ciągu dnia. Prawdopodobnie przynajmniej raz na dwie godziny.

A czy nie jest tak, że śnimy na jawie wtedy, gdy się nudzimy? Arnold:
To prawda. Śnienie może przegonić nudę. Dodałbym też, że każdy śni na jawie, bez względu na to, czy lubi swoją pracę, czy też nie. Fantazjowanie jest spontaniczne. Ktoś może być bardzo zainteresowany pisaniem artykułu na komputerze i nagle, nie zdając sobie z tego w pełni sprawy, zacząć bujać w obłokach. W efekcie tego np. sprawdza coś na Facebooku.

Dlaczego to robimy? Arnold:
Ponieważ jesteśmy świadomymi istotami ludzkimi. Część z nas robi to notorycznie, cały długi dzień.

Jak to cały!? Arnold:
Jeśli żołądek boli cię od rana i myślisz, że to tylko ból i nic więcej, to jesteś w błędzie. To może być związane z kwasem żołądkowym, zaś ten może wydzielić się w wyniku śnienia w nocy o czymś ostrym, spiczastym, wręcz bolesnym. Czujesz ten sen w swoim żołądku, więc śnisz na jawie cały ten czas. Jeśli nie spoglądasz w swoje sny, nie analizujesz ich, to szybko przekształcają się one w sygnały płynące z ciała.

Czy to sny wywołują dolegliwości w organizmie, czy też problemy zdrowotne wywołują sny? Arnold:
I tak, i tak. Czasami trudno stwierdzić, co było pierwsze.

O czym ludzie fantazjują? Amy:
Jest wiele odpowiedzi na to pytanie. Postrzegamy siebie jako osobę, która np. w danej chwili jest bardzo zajęta albo zmęczona. Proces śnienia wywołuje w głowie stany lub rzeczy, których w danej chwili potrzebujemy. Przykładowo po naszym wywiadzie pan może zacząć fantazjować o obiedzie albo o pięknych kwiatach, które przypadkowo zwróciły pana uwagę.

Czyli fantazjujemy o zwykłych, codziennych rzeczach? Amy:
Tak. Tych, których w danej chwili potrzebujemy. Część naszego ja może być zmęczona albo głodna – stąd ten obiad czy coś wesołego, relaksującego. A część, której nie jesteśmy świadomi, może mieć potrzebę piękna – stąd te kwiaty. Tego, czego nam brakuje, próbujemy doświadczyć właśnie poprzez śnienie na jawie.

Jestem zaskoczony, bo myślałem, że śnimy na jawie o rzeczach, które są dla nas nieosiągalne. Że śnienie na jawie to także forma wyrzucania z siebie jakichś złych emocji – jako dziecko kiedyś fantazjowałem o sprawiedliwości wymierzonej starszym chłopakom, którzy krzywdzili słabszych. Arnold:
Niektórzy fantazjują o rozwiązaniu problemów, np. ktoś został okradziony i fantazjuje o tym, że odzyskuje te rzeczy w zdecydowany sposób. Ale śnienie na jawie wychodzi daleko poza to myślenie życzeniowe. Jest ono kształtowane przez pierwsze sny z dzieciństwa. Najwcześniejszy sen, jaki pamiętasz, organizuje – jak jakiś system w mózgu – wiele snów i śnień na jawie. Aż po ostatnie pięć minut twojego życia. I w ten sposób na nie wpływa.

Naprawdę? Skąd pan to wie? Arnold:
Bo pracujemy z ludźmi, którzy są bardzo bliscy śmierci. Oni wspominają wówczas te pierwsze sny z dzieciństwa. Przykład: pewien mężczyzna pamiętał, że w jego pierwszym śnie dwie siostry podeszły do jego łóżka, a on się wtedy obudził. Jak pan sądzi, co wydarzyło się tuż przed śmiercią tego mężczyzny?

Pewnie coś, co ma związek z tymi siostrami. Arnold:
Tylko on nie miał sióstr. Sprowadził więc dwie kobiety do swojego łóżka tylko po to, by potrzymać je za ręce. I krótko potem zmarł. Byliśmy przy tym z Amy. Podobnych sytuacji widzieliśmy wiele. Stąd wniosek – pierwszy sen, który pamiętasz, organizuje wiele z twoich fantazji, śnień. Jest jak mityczny wzorzec.

Byłem kiedyś na warsztatach Instytutu Eriksonowskiego, organizowanych dla menedżerów, biznesmenów. Tam powiedziano mi, że sytuacje, w których nagle zapatrujemy się ślepo w przestrzeń, odpływamy od rzeczywistości, można wykorzystać do zwiększania swojego potencjału, np. w pracy. Czy psychologia zorientowana na proces także potrafi spożytkować takie chwile do zwiększania naszych możliwości? Amy: Oczywiście. Pracujemy często z terapeutami. Jeśli są mocno zablokowani, to wprawdzie starają się dobrze wykonywać swoją pracę, ale im się to nie udaje. Muszą coś zmienić w sobie. W takiej sytuacji prosimy ich, by na chwilę dali odpocząć swojemu mózgowi, poczuli Ziemię, Wszechświat, to, co krąży wokół ich umysłów. By wyłapywali te myśli, marzenia, fantazje, które się pojawią, wszelkie nowe pomysły, idee, które do nich napłyną. Takie ćwiczenie jest dobrym źródłem kreatywności. Arnold:
Podam przykład ćwiczenia, które zastosowałem, pracując z wysokiej rangi urzędnikami. Chcieli mojej pomocy, bo narastał pomiędzy nimi konflikt. Poprosiłem, by co najmniej przez minutę rozluźniali mięśnie szyi i ramion, zrelaksowali się. Takie warunki sprzyjają śnieniu na jawie. Powiedziałem im, by zwrócili uwagę na myśli, jakie pojawiają się w ich głowach podczas tej chwili relaksu. Jeden z nich stwierdził, że faktycznie rozmarzył się i zobaczył siebie siedzącego nad rzeką. Wtedy poprosiłem wszystkich, by zaczęli udawać, że są nad rzeką i łowią ryby. Podczas tego ćwiczenia z przyjemnością udawali wędkarzy i zapomnieli na pewien czas o konflikcie. Dopiero wówczas wróciliśmy do tematu i w dyskusji znaleźliśmy rozwiązanie problemu.

Jeśli dobrze rozumiem, opowiadając innym o swoich snach na jawie, otwieramy się na nich i zacieśniamy relację, bo mówimy o rzeczach bardzo prywatnych? Arnold:
Śnienie jest dla ciebie, ale jeśli używasz go w biznesie albo innych relacjach, to wtedy otwierasz przestrzeń między sobą a innymi.

Dzieci fantazjują znacznie częściej niż dorośli. Dlaczego? Amy: Gdy dorastamy, zakładamy, że będziemy taką a taką osobą. Dzieci jeszcze tego w sobie nie zbudowały, więc mają łatwiejszy dostęp do snów, dość swobodnie płyną od jednego śnienia do drugiego. Robią to szybko i bardziej świadomie niż dorośli. Arnold:
Dlatego też odmianą rodzicielskiego napomnienia „dorośnij wreszcie” jest: „przestań marzyć”. Czyli: bądź realistą, stań twardo na ziemi! W Australii nauczyciele zwykli karać aborygeńskie dzieci za to, że te śniły na jawie. Bo, w przeciwieństwie do Aborygenów, kultura europejska nie rozumie potrzeby fantazjowania.

Czyli rodzice powinni pozwalać dzieciom na bujanie w obłokach, bo to im pomaga? Arnold:
Nie tylko im. Także rodzicom. Oni również potrzebują takich fantazji. Śniąc na jawie, dzieci otwierają przestrzeń między sobą a rodzicami. Dzieci mogą też pokazać dorosłym, jak to robić – to także może poprawić ich relacje.

W latach 50. w USA mówiono rodzicom, by nie pozwalali dzieciom na fantazjowanie, bo to może doprowadzić je do psychozy lub neurozy. Amy:
Pamiętam przypadek małego dziecka, które leczyliśmy w naszej klinice na wybrzeżu w stanie Oregon. Kilkulatek miał tak ciężką astmę, że gdy dostawał ataku, od razu musiał jechać do szpitala. Posadziliśmy go w środku koła dużej grupy i poprosiliśmy, by bawił się zebranymi tam zabawkami. Wybrał pacynkę Dartha Vadera (negatywny bohater „Gwiezdnych wojen”, usosobienie zła i siły – przyp. red.). Z początku trochę się bał. Zachęcaliśmy go do fantazjowania, że jest Darthem Vaderem, że ma w sobie dużo siły. I tak się stało – podczas śnienia na jawie poczuł tę siłę. Po tym ćwiczeniu jego napady astmy osłabły. Doświadczał tej choroby jako siły, która naciskała na jego klatkę piersiową, utrudniała mu oddychanie. Dzięki śnieniu na jawie w trakcie zabawy odzyskał swoją siłę i uwolnił się od tego nacisku.

Czytałem, że śnienie na jawie może także pomóc w utrwalaniu nauki. Arnold:
Stan zrelaksowania na pewno pomaga w nauce. Zanim stworzyłem POP, moim terapeutą był siostrzeniec Junga. Nim został lekarzem, strasznie obawiał się egzaminów na studiach. Zapytał więc wuja, co zrobić, by się nie denerwować. „Weź apteczkę i połóż ją pod poduszką”. Zrobił tak i zdał wszystkie egzaminy z doskonałymi notami. Ale nie zapewniam, że ten sposób daje 100 proc. gwarancji sukcesu (śmiech).

Dr Arnold Mindell: amerykański fizyk i psychoterapeuta, w latach 70. stworzył psychologię zorientowaną na proces (POP), obecnie popularną metodę psychoterapeutyczną. O POP, snach i pracy z ludźmi napisał 21 książek, które przetłumaczono na 27 języków.

Dr Amy Mindell: psychoterapeutka, propagatorka POP, znana z pracy z ludźmi w stanie śpiączki oraz wykorzystywania sztuki w terapii. Poświęciła temu kilka książek. Prywatnie żona Arnolda Mindella. Razem prowadzą warsztaty i szkolenia na całym świecie.

  1. Psychologia

Zmysł empatii u dzieci - jak go rozwijać?

Umiejętność empatycznego myślenia jest niezbędna, aby móc budować udane relacje z ludźmi. (Fot. Getty Images)
Umiejętność empatycznego myślenia jest niezbędna, aby móc budować udane relacje z ludźmi. (Fot. Getty Images)
Co decyduje o tym, że człowiek osiąga sukces w życiu? Wbrew pozorom, wcale nie wysokie IQ, ale sztuka dogadywania się z ludźmi. Dlatego jeśli chcesz zrobić jedną dobrą rzecz dla swojego dziecka, zadbaj o to, by rozwinąć w nim zmysł empatii.

Helenka ma osiem lat. Na pierwszy rzut oka jest uroczą, wesołą, bardzo mądrą dziewczynką. Tej opinii nie podzielają jednak jej rówieśnicy. Dla kolegów z klasy i ich rodziców dziewczynka ma tylko jeden przydomek: „Ta, która bije dzieci”.

– Bardzo długo uważałam, że wszyscy się jej czepiają – wyznaje 36-letnia Anna, mama Helenki. – Mała już jako dwulatka mówiła płynnie, używała trudnych słów. Gdy miała pięć lat, sama już czytała książki o kosmosie i umiała powtórzyć wszystko niemal słowo w słowo. Wydawało mi się, że krytyka Heli bierze się z zazdrości.

Postawa rodziców Helenki nie jest wcale odosobniona. W ostatnim czasie można zaobserwować, że dorośli coraz częściej za główny cel wychowawczy stawiają sobie rozwój intelektualny dziecka. Ich działania koncentrują się wtedy na motywowaniu pociechy do gromadzenia wiedzy czy rozwijania „twardych” umiejętności, takich jak czytanie, pisanie czy znajomość języków obcych. Jednak wychowanie społeczne zazwyczaj wtedy zostaje zepchnięte na margines. Zdarza się, że w takich przypadkach dzieci rozpoczynające naukę szkolną są już wyposażone w umiejętność czytania, bogatą wiedzę, ale mają problemy na poziomie emocjonalnym, np. z kontrolą agresji.

Czym skorupka za młodu

Dzieci agresywne bardzo często nie rozumieją, że każdy ma swoje potrzeby i emocje. Ich niski poziom empatii skutkuje nie tylko odbieraniem innym prawa do odczuwania emocji, ale wręcz negacją, że w ogóle coś czują. Takie ekstremalne skupienie na sobie jest naturalne dla bardzo małych dzieci, ale w późniejszych latach powinno ulec znacznemu złagodzeniu. Ponieważ nasze szkoły nie mają żadnej oferty w obszarze podnoszenia poziomu empatii, rodzina może liczyć tylko na własne siły.

Umiejętność empatycznego myślenia, czyli zdolność rozpoznawania tego, co dzieje się w umysłach innych, oraz tego, co dzieje się w nas samych – jest niezbędna, aby móc budować udane relacje z ludźmi. Nie chodzi jednak o przejmowanie uczuć drugiej osoby, ale ich nazwanie i przyjęcie do wiadomości. Zdaniem psychologów istnieje wyraźna zależność między tym, czy dziecko w pierwszych latach życia otrzymało empatyczną opiekę, a jego własnym poziomem empatii. Oczywiście, ważny jest komponent genetyczny, ale nie decydujący. Poziom empatii można zwiększyć poprzez styl wychowania.

– Gdy po raz pierwszy psycholog zapytała mnie, czy jesteśmy empatyczną rodziną, powiedziałam, że oczywiście tak – przyznaje Anna. – Pół roku byłam z córką na urlopie, potem moja mama zgodziła się nią zająć. Nie musieliśmy oddawać jej do żłobka ani zatrudniać nieznanej osoby. Helenka świetnie się rozwijała. Moja mama to była nauczycielka, cały czas do niej mówiła, zabierała w ciekawe miejsca. Oboje z mężem byliśmy tylko czasami zdziwieni, że płacze, gdy babcia ma przyjść. Umknęło to nam, choć uważałam, że jestem bardzo empatyczna.

Kluczem do zrozumienia agresywnego zachowania dziecka bywa sięgnięcie do jego pierwszych doświadczeń społecznych. Rodzic musi jednak w tym celu podjąć wysiłek emocjonalny i wyjść poza rolę opiekuna idealnego, który wszystko robił dobrze i zapewnił możliwie najlepsze warunki. Wymaga to spojrzenia na siebie bardziej krytycznym okiem.

Zacząć od siebie

– To była długa i trudna droga, zanim wydobyliśmy z Helenki jej wspomnienia – relacjonuje Anna. – Dla nas to był szok. Okazało się, że moja mama zmuszała Helenkę do jedzenia. Ja byłam typem niejadka. W wieku pięciu lat miałam poważną niedowagę i mama bardzo się wstydziła tego przed rodziną. Nie przyszło mi do głowy, że mała jest terroryzowana, żeby zjadała na żądanie. Przy nas mama tego nie robiła. Drugim problemem było wymuszanie na niej snu na komendę. Moja mama zamykała Helenkę w zaciemnionym pokoju, żeby szybciej zasnęła. Mnie robiła to samo, ale to też mi umknęło.

Postępowanie babci Helenki to dowód na to, jak istotne jest empatyczne myślenie także u opiekunów. Wielu dorosłych ze zbyt niskim poziomem empatii uważa, że ich potrzeby: spokoju, czasu czy kontroli przestrzeni są ważniejsze niż potrzeby dziecka (poczucie bezpieczeństwa, zaufanie do opiekuna, samostanowienie chociażby w sprawie wielkości jedzonych porcji). Taka postawa skutkuje zaburzeniami w rozwoju empatii u dziecka. Maluch, który nie doświadcza pełnego zrozumienia dla własnych potrzeb, nie będzie rozumiał potrzeb innych. Empatii uczymy się najskuteczniej poprzez jej doświadczanie od opiekunów.

Nie tylko dzieci potrzebują empatii – żeby dobrze funkcjonować w szkole, nie bić innych i być lubianymi. Potrzebują jej także rodzice. Kiedy masz wysoki poziom empatii, znacznie łatwiej ci zrozumieć swoje dziecko. A jeśli je rozumiesz, to nie interpretujesz jego zachowania jako walki z tobą, tylko jako dążenie do zaspokojenia swoich potrzeb. Oczywiście wiele mam czy ojców wychowało się w domach odbierających prawo do odczuwania. Mięsień empatii można jednak wyćwiczyć. – Oboje z mężem poszliśmy na terapię – mówi mama Helenki. – Uczymy się rozumieć, co czuje nasza córka i dlaczego tak się zachowuje. Uczymy się, jak jej pomóc.

Terapia jest bardzo potrzebna rodzicom, żeby nie skupiali się na szukaniu winnego lub obarczaniu się winą za wyrządzone dziecku szkody emocjonalne, ale żeby wprowadzili radykalny plan naprawczy.

Zabawa w odczuwanie

– Ostateczną decyzję o tym, że musimy się skupić na podniesieniu poziomu empatii Helenki, podjęłam po tym, jak zobaczyłam moją córkę wychodzącą ze szkoły – opowiada Anna. Szła sama. Nikt się do niej nie odzywał, a gdy jakiś chłopczyk przechodził blisko niej, wymierzyła mu cios w plecy. Chłopczyk zaczął płakać, a Helenka z uśmiechem rzuciła mi się w ramiona, pokazując szóstkę z wykrzyknikiem na karcie pracy z matematyki. Wskazałam na płaczącego chłopca i zapytałam, co ten chłopczyk czuje. Powiedziała: „Nic, to obcy chłopiec”.

Warto pobawić się z dzieckiem w każdym wieku w zmianę punktu widzenia. Z pomocą przychodzą tu książki do kształcenia empatii dziecka, a także zabawy rozwijające umiejętność rozpoznawania uczuć innych. Można np. wykorzystać ostatnio przeczytaną książkę i zabawić się, że każdy członek rodziny jest inną postacią i kolejno mówi, jak widzi problem i co czuje. Takie ćwiczenia mogą być dla dziecka niezwykle rozwijające i na dodatek zabawne, jeśli do grona omawianych postaci dołączymy przedmioty z otoczenia lub zjawiska abstrakcyjne. Co czuje krzesło, żyrandol, zapach bzu, burza, wschód słońca, lewa pięta taty? Możemy się zaśmiewać do rozpuku, a jednocześnie wdrukowywać dziecku ważną umiejętność przyznawania wszystkiemu na świecie prawa do odczuwania. Warto też mówić o swoich emocjach i nie bać się tego, że często są one sprzeczne z emocjami dziecka.

– Helence podsuwam teraz książki beletrystyczne – mówi Anna. – Po każdej książce, każdym filmie, zdarzeniu w autobusie, w parku, w sklepie rozmawiam z nią o tym, co czują inni ludzie. Warto, bo już widzimy efekty. Helenka ostatnio pozwoliła obcej dziewczynce przejechać się na jej rowerku. Tak się cieszę, że moja córeczka powoli odnajduje drogę do ludzi.

Za dużo empatii? Niemożliwe!

Wielu rodziców obawia się, że nadmierne rozbudowanie zmysłu empatii u dziecka może spowodować, że stanie się ono „za miękkie”, nie będzie potrafiło walczyć o siebie w życiu, zrobi się mało asertywne. To błędny pogląd! Osoby empatyczne mają bardziej rozwinięte tzw. umiejętności miękkie, potrafią łatwiej nawiązywać relacje, rozumieją innych, są w stanie klarownie interpretować zdarzenia z uwzględnieniem wszystkich czynników, także tych emocjonalnych. Pamiętajmy, że sama „sucha” wiedza nie utoruje drogi do sukcesu.