1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zaufanie w związku – kiedy może prowadzić na manowce?

Zaufanie w związku – kiedy może prowadzić na manowce?

Bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze. (fot. iStock)
Bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Z badań wynika, że jesteśmy strasznie podejrzliwi. W 2015 roku zaufanie wobec innych ludzi deklarowało jedynie 15,4 proc. Polaków. Ale wystarczy, że ktoś z tych innych zostanie naszym partnerem, by nasza ufność nie miała granic.

Oczywiście, są też osoby, które nie ufają partnerowi lub partnerce. Kontrolują, czytają esemesy i maile, rozliczają z każdej minuty, bez wytchnienia podejrzewając zdradę. Ale nie o nich chcę mówić. Chcę mówić o kobietach, które ufają tak bardzo, że oddają partnerowi kontrolę nad wspólnym majątkiem. Gdy związek się kończy, zostają z niczym. A często również z długami partnera.

Dookoła tyle rozwodów, a te kobiety jakby o tym nie wiedziały. Zachowują się tak, jakby ich związek miał trwać wiecznie, nawet gdy są już oznaki rozpadu. – Nie niepokoiła się pani tym, że nic do pani nie należy? – dopytuję na sesji. – Nie. Przecież mu ufałam – mówią zdziwione. Jasne, że jestem za tym, żeby ludzie sobie ufali. I żeby nie myśleli o rozwodzie, gdy są w dobrym związku. Ale bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze.

Aneta ma 48 lat, dorosłe dzieci i męża, który wyprowadził się z domu. Dom budowali razem, ale formalnie należy do jego matki, Aneta jeszcze mieszka w nim z córką, ale już wie, że będzie się musiała wyprowadzić. Dlaczego dom należy do jego matki? Ze względów podatkowych. Te względy podatkowe od początku odgrywały dużą rolę w ich życiu, ale Aneta się nimi nie zajmowała, podpisywała wszystko, co mąż dawał jej do podpisania. – Dlaczego? – pytam. – Bo on prowadził wszystkie nasze sprawy, ja zajmowałam się domem i dziećmi, chociaż formalnie firma była na mnie. – Dlaczego? – pytam znowu, bo chcę zrozumieć tę kolejną historię, w której on kontroluje wszystko i od początku ma ją w szachu. – Bo on miał długi w urzędzie skarbowym po swojej firmie, którą w końcu zamknął, więc następną założyliśmy na mnie, ale to on ją prowadził. Miał moje pełnomocnictwo, tylko czasem musiałam sama coś podpisać.

I wszystko było dobrze, jedno dziecko, potem drugie, budowanie domu, urządzanie, ona się tym wszystkim zajmowała, a on prowadził firmę i dawał jej pieniądze na życie. Dzieci dorosły, Aneta miała więcej czasu na spotykanie się ze znajomymi i on nagle zaczął podejrzewać ją o zdradę i robić awantury, w końcu wyprowadził się z domu i złożył pozew o rozwód. Może dlatego, że spotkał inną kobietę…? Ale bardziej dlatego, że chciał pozbyć się długów, które znów zaczęły mu ciążyć. Oddał więc żonie zarządzanie firmą, którą zadłużył na cztery miliony. W dodatku wyprowadził z firmy wszystkie maszyny, bo znów założył własną, i będą mu teraz potrzebne. Zrobił to wszystko tak sprytnie, że prawnicy nie dają Anecie wielkich szans. Będzie musiała znaleźć pracę, wynająć mieszkanie, spłacić cztery miliony długów, no a potem już będzie łatwiej.

Zuzanna ma 35 lat, dwoje kilkuletnich dzieci, jest rozwiedziona, pracuje naukowo. Mąż prowadził firmę, ale mu nie szło za dobrze. Miał długi w urzędzie skarbowym i w ZUS-ie, nie mógł dostać kredytu, więc Zuzanna wzięła kredyt na siebie, żeby pomóc mu wybrnąć z kłopotów. On wziął pieniądze, ale długów nie spłacił, za to znalazł nową kobietę i z nią zamieszkał. Zuzanna została z kredytem. Wystąpiła o rozwód i alimenty, zostały przyznane, ale komornik nie ma z czego ich ściągać, bo pierwszeństwo mają ZUS i urząd skarbowy, a i tak mąż nie wykazuje żadnych dochodów. Zuzanna spłaca kredyt, ale nie starcza jej na normalne życie. Za to mąż ma się świetnie. Przyjeżdża po dzieci dobrym samochodem, który formalnie należy oczywiście do jego nowej partnerki. Zabiera je do restauracji i na zagraniczne wakacje, ale na prośbę o alimenty lub spłatę własnego kredytu bezradnie rozkłada ręce. – Niestety, nie mam dochodów.

Ewa, 51 lat, była w zupełnie innej sytuacji. To ona prowadziła firmę, której on był współwłaścicielem. Założyli ją razem i przez lata prowadzili wspólnie, ale on coraz mniej się angażował, aż przestał zupełnie. Był zajęty swoim życiem osobistym. Zdradzał Ewę i oszukiwał w wielu sprawach, często wracał pijany w środku nocy. Miała dość. Dzieci są już dorosłe, postanowiła uporządkować własne życie. Chciała się rozwieść za porozumieniem stron, złożyła pozew i poprosiła męża, żeby się wyprowadził. Mieszkali w jej domu po rodzicach, on miał swoje mieszkanie sprzed ślubu. – Wyprowadzę się, jak przepiszesz na mnie swoje udziały w firmie – usłyszała od niego. Przepisała. – Dlaczego? – pytam zdziwiona. – Bo chciałam, żeby się wyprowadził. Mówił, że to nic nie zmieni, dalej tam będę pracować i tyle samo zarabiać, jedynie bez udziału w zyskach. To miała być jego rekompensata za rozwód – tłumaczy niewinnie. Ale mąż się nie wyprowadził. Nadal wraca w środku nocy pijany i robi awantury. Za to znowu zajął się firmą. Część udziałów sprzedał koledze, który stał się jego wspólnikiem. Razem podziękowali Ewie za współpracę.

Jak to jest, że na drodze potrafimy stosować zasadę ograniczonego zaufania, a w życiu lekceważymy sygnały ostrzegawcze? Każda z opisanych przeze mnie kobiet wiedziała, że jej mąż nie jest uczciwym człowiekiem. Ale wszystkie oddały mu władzę nad swoją sytuacją materialną. Żadna z nich nie zadbała o siebie. Z nadmiaru zaufania, naiwności, braku edukacji ekonomicznej, poczucia, że zadbanie o swoje interesy kłóci się z miłością…?

Kinga ma 29 lat i nowego chłopaka, z którym zamierza spędzić resztę życia, bo cudownie im razem. Jest tylko jeden drobiazg, który ją niepokoi. Ona płaci za wszystko. Za kino, obiad, taksówkę. Na początku on sięgał do kieszeni, ale okazywało się po chwili, że zapomniał portfela, nie zdążył do bankomatu albo karta mu się rozmagnesowała. Potem przestał sięgać i tłumaczyć, Kinga płaci więc za wszystko. – I jak się z tym czujesz? – pytam. – Niezbyt fajnie. Gdyby nie miał pieniędzy, nie byłoby sprawy, ale pracuje i zarabia, więc nie rozumiem sytuacji – przyznaje. – To dlaczego z nim o tym nie porozmawiasz? – To byłoby takie nieromantyczne!

Jeśli nie chcemy być wykorzystywane, warto dbać o swoje interesy. Nieromantycznie, ale za to bezpiecznie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy umiesz zarządzać swoimi pieniędzmi?

Na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. (Fot. Getty Images)
Na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Powiedzmy to wprost i szczerze: chcemy mieć pieniądze. Można być dobrym i bogatym. Można być bogatym i uczciwym. Jak je zdobyć?

"Damy o pieniądzach nie rozmawiają” – tak mówiło się w moim domu. Mogło się nawet wydawać, że naprawdę o nich nie myślą, bo są do wyższych celów stworzone. Poza tymi momentami, gdy wychodziły do pracy albo robiły zakupy, pożyczały lub oddawały najbliższym przyjaciółkom „w potrzebie” czy martwiły się, skąd wziąć na buty dla dziecka. Ponure lata 80. odeszły w przeszłość, ale stare inteligenckie zasady nie.

Gdy teraz rozglądam się wokół i patrzę na życie (oraz pensje) moich przyjaciółek, mam poczucie, że wszystkie musiałyśmy słyszeć w domu to samo. Ania pracuje w firmie szkoleniowej od dawna, ma doktorat, niezłomny charakter i zarządza zespołem 30 osób. Zarabia niewiele więcej niż asystentka, za to znacznie mniej niż nasz menedżer. Menedżer zajmuje się głównie tzw. autopiarem, czyli czymś, co moja babcia nazywa trafnie biciem piany. Ania pracuje zgodnie z zasadą, że widocznie płacą jej tyle, na ile zasługuje. A skoro nie więcej, to znaczy, że nie jest dla firmy więcej warta. „Ciężka praca sama się obroni” – to kolejny mit z bajki o grzecznych dziewczynkach. Tymczasem...

Pieniądze są ważne!

Badania pokazują, że na wysokość zarobków ogromny wpływ ma poczucie własnej wartości, a także przekonania tkwiące w naszej głowie. W kapitalizmie, szczególnie w czasach kryzysu, trudno liczyć na to, by pracodawca sam zaproponował nam podwyżkę. Jeśli nawet zaproponuje, a my odpowiemy zgodnie z tym, co wpajano nam w domu: „Och, nie, naprawdę, ja wcale nie zasługuję…”, to raczej nie liczmy na to, że w jego interesie będzie przekonywanie nas, że jednak się nam należy.

Podobnych absurdów w naszych zachowaniach można znaleźć wiele. Istnieje lista pułapek myślowych, w które wpadamy. Część z nich staje się szczególnie domeną kobiet. Nie ma jednak powodu, byśmy stali się niewolnikami wpojonych zasad, jeśli nas ograniczają. Możemy wyzwolić się, uświadamiając sobie, skąd się wzięły, a w rezultacie – zacząć żyć tak, jak chcemy. Bo właśnie do tego służą pieniądze – do realizacji marzeń.

Uświadom sobie cel!

„Jeśli nie wiesz, dokąd płyniesz, każdy wiatr wydaje ci się właściwy”.

Do realizacji każdego planu niezbędna jest wizja tego, do czego dążymy. To dotyczy też pieniędzy. Warto zacząć od zastanowienia się, do czego potrzebne są pieniądze. Ile pieniędzy potrzebujesz, by żyć tak, jak chcesz. Może nie musisz tak dużo pracować? Po co masz chodzić pięć dni w tygodniu do pracy, jeśli nie wiesz, ile potrzebujesz zarobić?

Musisz wiedzieć, dokąd zmierzasz, by móc zaplanować, jak tam dotrzeć. Zastanów się, jaki jest twój cel finansowy. Może chcesz kupić dom lub mieszkanie albo co roku wyjeżdżać na egzotyczne wakacje? Może chcesz wyjeżdżać raz na miesiąc na weekend nad morze? Twój cel może być agresywny lub skromny, może też zmieniać się z upływem czasu. By go wyznaczyć, trzeba zacząć od uświadomienia sobie, co jest tak naprawdę ważne dla ciebie. Wolny czas, rozwój duchowy, rodzina, podróże, kariera… Te wszystkie rzeczy znajdą się pewnie na twojej liście. Kluczowa jest jednak hierarchia tych celów.

Gdy uda ci się wyznaczyć sobie cel finansowy, poświęć czas na jego wizualizację: wyobrażaj sobie siebie, gdy ten cel powoli realizujesz i w końcu udaje ci się go osiągnąć. Jeśli chcesz kupić dom na Mazurach – wydrukuj sobie jego zdjęcie i powieś na lodówce. Ważne, by mieć ten cel przed oczami. Następnie ustal, ile potrzebujesz pieniędzy. Musisz zdobyć informację, ile ten dom kosztuje. Jeśli myślisz o kredycie, idź do banku i dowiedz się, czy masz zdolność kredytową albo co musisz zrobić, by ją uzyskać.

Zapisz, ile masz oszczędności, które chcesz na to przeznaczyć. Różnica między kosztem domu a twoimi oszczędnościami jest twoim celem finansowym. Ważne, by wiedzieć, ile się realnie potrzebuje. To pierwszy krok na drodze do celu. A pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy…

Bariery w twojej głowie...

Częstą przeszkodą na drodze do finansowego sukcesu bywa brak dążenia do wygranej. Zastanów się, czy w swoim życiu grasz, żeby grać, czy po to, żeby wygrać? Jeśli masz trudności z koncentrowaniem się na osiąganiu celu, zacznij kształtować w sobie tę umiejętność. Jak to zrobić? Obudź w sobie ducha rywalizacji. Choć może się to wydać niepoważne, zdolności rywalizacyjne możesz trenować, biorąc udział w zwykłych grach. Turniej scrabble czy treningi koszykówki pozwolą ci poczuć smak wygranej. Pamiętaj: tu nie chodzi o nic osobistego. To gra. Podobnie jest z pieniędzmi: grasz nie po to, by kogoś pognębić, ale by zyskać coś dla siebie. Pamiętaj, że bycie dobrym i bycie bogatym wzajemnie się nie wykluczają.

Innym hamulcem na drodze do twojego finansowego celu może być lęk. Uparcie dążysz do zachowania poczucia bezpieczeństwa rozumianego jako status quo. Obaw przed realizacją własnych marzeń możesz mieć mnóstwo. Każdy zdrowo myślący człowiek je ma. Nawet ci, którzy zarobili miliony. Ale oni potrafili podjąć ryzyko mimo lęków. By obawy nie zdominowały twojego myślenia, postaraj się otaczać ludźmi „na tak”. Osoby, które pozytywnie patrzą w przyszłość, a jednocześnie potrafią udzielać wsparcia i doradzać, są niecenionym skarbem. Są obok ciebie na pewno.

 
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że być może realizacja twojego celu będzie wymagać zaangażowania i poświęcenia. Jeśli stawiasz na własny biznes, licz się z tym, że przez pierwszy rok nie będziesz mógł sobie pozwolić na urlop w Kenii, gdzie co roku chcesz spędzać dwa tygodnie. Nie zrealizujesz swojego celu od razu.

To ty rządzisz swoimi pieniędzmi!

Osiągnięcie celu będzie możliwe, jeśli przejmiesz kontrolę nas własnym życiem finansowym. By to zrobić, nie wystarczy wiedzieć, ile masz na koncie. Ważne jest, by nauczyć się planować i kontrolować wydatki. To właśnie określa się zarządzaniem budżetem. Jeśli masz wspólną kasę z partnerem, a on do tej pory zajmował się waszymi finansami i nie dopuszczał cię do nich, czeka cię zadanie wymagające asertywności. Powiedz, że pragniesz zorientować się, jak wyglądają wasze dochody i wydatki. Bądź w tym planowaniu finansów partnerem, a nie funkcjonariuszem. Nie zakładaj, że skoro do tej pory nie byłeś zaangażowany w te sprawy, to nie będziesz mile widziany.

Jeśli masz tylko swoje pieniądze, a do tej pory ich nie kontrolowałeś, spróbuj przez miesiąc zapisywać, ile na co wydajesz. Możesz użyć do tego celu Excela albo notesu. By lepiej kontrolować budżet, przerzuć się na bankowe usługi internetowe. Dzięki temu łatwo sprawdzić, czy pracodawca zapłacił ci pensję i w jakiej wysokości. Jest to szczególnie ważne w przypadku, gdy pracujesz w kilku miejscach lub dorabiasz na boku. Zapisz sobie w kalendarzu zadanie: „sprawdzanie konta internetowego” dwa razy w miesiącu. Gdy już podliczysz, przeanalizuj stan konta.

Część osób bierze na siebie obowiązek płacenia comiesięcznych rachunków, ale nie widzi zarządzania w szerszej perspektywie. Należy pamiętać, że odpowiednia strategia pozwala zapewnić sobie i rodzinie bezpieczeństwo finansowe.

Przemyśl inwestycje!

Jakie inwestycje? No właśnie brak inwestycji to kolejny błąd w podejściu do pieniędzy. Z reguły nie myślimy o inwestycjach, zakładając, że nie mamy wolnych środków, że wymagają one fachowej wiedzy. Oba te argumenty to tylko część prawdy.

By zacząć inwestować, wystarczy niewielka suma. Zacznij już teraz. Odłóż 50 zł. W skali miesiąca dobrze jest oszczędzać około 10 proc. W tym celu najlepiej od razu przelewać tę kwotę po wypłacie na oddzielne konto. Jeśli chcesz inwestować, konieczne jest jednak ciągłe zdobywanie wiedzy. Pamiętając o tym, że nie istnieje idealna strategia inwestycyjna (gdyby tak było, wszyscy by ją stosowali), poświęć czas na poszukiwanie wiedzy o finansach. Wystarczy wyznaczyć sobie moment w ciągu dnia, gdy możesz przeczytać artykuł w gazecie lub tekst w portalu ekonomicznym. Można to robić, jadąc autobusem lub w przerwie na kawę w pracy. Słuchaj wiadomości ekonomicznych w radiu albo znajdź czas na szkolenie. Na rynku istnieją także doradcy finansowi.

Podstawową zasadą początkującego inwestora powinno być to, by nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. W ten sposób zapanujesz nie tylko nad racjonalną stroną inwestycji, ale także nad swoimi obawami.

Powstrzymaj emocje!

Przeszkodą na drodze do bycia bogatym jest nie tylko niechęć do inwestowania. Może to też być nałóg kierowania się emocjami podczas zakupów. Mówi się, że niektórzy kupują to, czego potrzebują, a inni to, czego chcą. Istnieje jednak kilka sposobów na to, by wydawać właściwie.

Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że na podejmowanie ważnych decyzji finansowych potrzebny jest czas. Nie decyduj o kupnie mieszkania, na które cię nie stać, „bo się w nim zakochałeś”. Daj sobie czas. Tym bardziej nie kieruj się emocjami, gdy chcesz je kupić na kredyt. Wprowadź zasadę, że za każdym razem, gdy chcesz wydać na coś więcej niż 500 zł, musisz się z tym „przespać”.

Nie daj się także nałogowi zakupów z poczucia winy: ludziom nie da się zrekompensować czasu, którego z nimi nie spędziłeś, drogimi prezentami. Zamiast tego znajdź alternatywną formę obdarowywania: możesz upiec ciasto lub namalować dla nich obraz. Albo po prostu spędzić z nimi czas.

Gdy wybierasz się do sklepu, zrób listę zakupów. Czy zauważyłeś, że wchodzisz do sklepu, by kupić coś na śniadanie, a wychodzisz z koszem pełnym zakupów? Niebezpieczne pod tym względem są szczególnie wycieczki do centrów handlowych. Promocje wabią i nęcą… Dla otrzeźwienia warto czasem przeliczyć, ile będziesz musiał pracować, by zarobić na wypatrzone na wystawie buty.

  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie? Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach? Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością? To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość. Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie? Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy? Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko? Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania? Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy. Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe. Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Zaufanie - do siebie i do świata

Zaufanie jako wzór postawy wobec świata i siebie tworzy się w najwcześniejszym dzieciństwie. (Fot. Getty Images)
Zaufanie jako wzór postawy wobec świata i siebie tworzy się w najwcześniejszym dzieciństwie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
To podstawa funkcjonowania naszego świata. Bez niego niemożliwe jest nawet przejście przez ulicę, zrobienie zakupów, nie mówiąc o wspólnym życiu, o pracy, rozwoju. Zaufanie. Dlaczego jedni idą w świat z wiarą, a inni odgradzają się murem; i co tak naprawdę znaczy ufać sobie – wyjaśnia psycholożka Małgorzata Opanowicz-Małyszko.

To podstawa funkcjonowania naszego świata. Bez niego niemożliwe jest nawet przejście przez ulicę, nie mówiąc o wspólnym życiu, o pracy, rozwoju. Zaufanie. Dlaczego jedni idą w świat z wiarą, a inni odgradzają się murem? Co tak naprawdę znaczy ufać sobie? Wyjaśnia psycholożka Małgorzata Opanowicz-Małyszko.

Spóźniłam się na nasze spotkanie, bo szukałam naszyjnika, który codziennie noszę, ale najwyraźniej go zgubiłam. Poczułam się okropnie, bardzo nie chciałam bez niego wychodzić. W drodze pomyślałam, że to świetny początek rozmowy o zaufaniu. Choć sobie tego nie uświadamiałam, nadałam temu wisiorkowi moc chronienia mnie. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie ufam światu. No i że jestem przesądna... Nie jest pani wyjątkiem. Wydaje się, że naszyjnik, który stał się ochronnym talizmanem, pozwalał pani doświadczać większego poczucia bezpieczeństwa. A jego brak uwidocznił brak zaufania do świata. A jak jest z pani zaufaniem do siebie?

Myślałam, że raczej nie ufam innym, ale teraz czuję, że w rzeczywistości nie ufam sobie. Czyli jest coś takiego jak zaufanie i jego brak, dwa bieguny, i one w pani współistnieją. To prowadzi mnie do pytania, czym właściwie jest zaufanie. Przecież na nim opierają się nasza uzgodniona rzeczywistość i nasze umowy społeczne. Ufamy, że na zielonym świetle możemy przejść przez ulicę i samochody się zatrzymają, że woda z kranu nas nie zatruje, że jeśli na opakowaniu jest napis „bez cukru”, to produkt go nie zawiera itp. Trudno jest żyć bez zaufania. W praktyce to niemożliwe. Wszystkiego osobiście sprawdzić się nie da, trzeba czemuś czy komuś zawierzyć. Tym właśnie jest zaufanie – zdaniem się na kogoś lub na coś, oddaniem kontroli, na podstawie przekonania, wiary, że ktoś czy coś nas zabezpieczy, coś nam zapewni, zadba o nas, nie zawiedzie. A my możemy wtedy odpocząć, poczuć się chronieni, możemy zająć się czymś innym, iść dalej, rozwijać się.

Ten ktoś nas nie wykorzysta, będzie przestrzegał wspólnie zrozumiałych reguł. Jest w tej definicji aspekt zewnętrzny. O, tak. Zaufanie jest cechą relacji. Nawet jeśli mówimy o zaufaniu do siebie – to również jest relacja – z samym sobą. Ufamy swojej wewnętrznej sile, własnym zasobom.

Są ludzie skrajnie nieufni, a inni ufają światu i sobie. Skąd się to bierze? Loteria genowa? Zaufanie jako wzór postawy wobec świata i siebie tworzy się w najwcześniejszym dzieciństwie. Późniejsze doświadczenia mogą tę postawę zweryfikować i to w dowolną stronę, niemniej pierwszy rok życia to czas, kiedy tworzy się rodzaj matrycy. Jesteśmy wtedy pod każdym względem zależni od świata zewnętrznego reprezentowanego przez rodziców. Przyjście na świat to wielkie wyzwanie. Wszystko jest nowe, dziecko uczy się oddychać, jeść, dostosowywać się do bodźców, rytmów. Wszystko, czego potrzebuje, pochodzi z zewnątrz: pożywienie, ciepło, przewinięcie, dotyk.

Jest przy tym zupełnie bezradne. Nie do końca. Rodzi się z potrzebą więzi, wyposażone w sposoby, by tę więź nawiązać. Jest aktywne. Ma usta przygotowane do ssania, które szukają pokarmu. Ma reakcję przytulania, przywierania, chwytania; podąża wzrokiem...

I jest wyposażone w mocny głos. Potrafi płakać na wiele sposobów, szybko się uczy odczytywać  emocje, zaczyna się uśmiechać, wchodzi w interakcje. Gdy dziecko sygnalizuje jakąś potrzebę i ona zostanie spełniona, tworzy się wzór zaufania do opiekuna, ale też do świata. Podświadomy przekaz jest taki – wokół jest obfitość, świat  jest dobry,  jeśli coś mi nie pasuje, komunikuję to i przeszkoda zostaje usunięta. Ale też – warto aktywnie sięgać po to, co mi potrzebne. Tworzy się reguła wzajemności w kontaktach społecznych. Mogę sięgać po miłość, spełnienie. Teoria stadiów rozwoju psychospołecznego Erika Eriksona mówi, że by wykształcić stabilny i kompetentny rys tożsamości, człowiek musi w życiu pomyślnie rozwiązać osiem kryzysów. Pierwszy z nich definiuje para przeciwieństw: ufność – nieufność. Zdobycie podstawowej ufności jako siły ego to baza, na której buduje się następne kompetencje.

A gdy coś idzie nie tak? Zaburzenia na tym etapie rozwoju zawsze powodują głębokie urazy, które rzutują na dorosłe życie. Gdy opieka rodzica była nieregularna czy zabrakło czułości, dorastają ludzie zamknięci w sobie, wycofani, przewrażliwieni, bierni. Albo przeciwnie – nadmiernie aktywni, głodni uwagi, konfrontacyjni, kontrolujący. W trakcie rozwoju dziecko zaczyna się oddzielać od mamy, żeby odkrywać świat. Odchodzi się bawić, ale wraca, gdy dzieje się coś trudnego. Jeśli nic tego procesu nie zakłóci, stopniowo robi to coraz rzadziej, a wycieczki odbywa w świat coraz śmielsze i dalsze. Zaczyna ufać sobie, że sobie poradzi, nawet jeśli czasem nie wszystko pójdzie po jego myśli. Uczy się też, że gdy coś jest za trudne, można sięgnąć po wsparcie, zaufać komuś, na kimś się oprzeć. Gdy coś tę fazę zakłóci, człowiek częściowo zatrzymuje się na tym etapie i w dorosłym życiu ma mniejszą gotowość, by eksperymentować, boi się zmian. Dlatego osoby ufne lepiej radzą sobie w nowych sytuacjach, mniej się stresują, zamartwiają; idą w nieznane, bo wiedzą, że sobie poradzą.

Mówi pani, że ważnym elementem postawy ufności jest zaufanie do kogoś. Znajomy terapeuta powiedział mi ostatnio, że nie ma czegoś takiego jak zaufanie w relacji. Mamy ufać sobie i brać za siebie odpowiedzialność, a nie obarczać nią drugiej osoby. Kontrowersyjna teza. To, co się wnosi do związku, to styl przywiązania, czyli oczekiwania, które ludzie formułują co do kontaktu z innymi osobami. To znów kształtuje się na bazie relacji z pierwszym opiekunem. Jeśli opiera się na poczuciu bezpieczeństwa, mamy dobre wzorce. Wtedy zaufanie do partnera rodzi przekonanie, że jeśli się umówimy na coś, to ta osoba tego dotrzyma. Jeśli jestem nieufna, zaczynam ludzi wokół kontrolować, pilnować, sprawdzać. Na przykład dzwonię, żeby komuś przypomnieć, że się ze mną umówił, sprawdzam jego mejle, czy aby mnie nie zdradza itp. Jeśli komuś ufam, to znaczy, że wierzę w jego intencje i kompetencje. Słowem, uważam go za dorosłego człowieka. Są różne poziomy zaufania. Czasem mogę pozwolić komuś zaopiekować się sobą. Ale to nie jest obarczanie kogoś odpowiedzialnością za mnie. Dobra relacja jest wymianą. Ufamy, że kiedy jedno z nas będzie miało trudniejszy moment, partner go wesprze. Widzimy się wzajemnie wraz ze swoimi słabościami i wierzymy, że partner nie wykorzysta ich przeciwko nam.

Czyli zaufanie i kontrola to w jakimś sensie przeciwieństwa. Nie da się ufać i kontrolować jednocześnie. Jest albo, albo. Żeby się na kimś oprzeć, trzeba oddać kontrolę. Ten sposób reakcji jest zapisany w ciele. Osoby kontrolujące są zwykle bardzo spięte, sztywne, nerwowe. Takie samo jest niemowlę, które płacze. Wypręża się, usztywnia. Kiedy dostaje jeść, jest mu ciepło, jego ciało mięknie, rozluźnia się, poddaje.

Robiłam ćwiczenie, które pokazuje, czy jesteśmy gotowi zaufać innym – stoi się tyłem do grupy osób i trzeba opaść do tyłu na ich ręce. Są ludzie, którzy tego nie potrafią. A przecież ten, kto nie ufa, nigdy nie zdejmuje maski, nie odpuszcza kontroli, nie dozna miłości. Ludzie pod wpływem zranienia często się zamykają, przestają ufać innym. I w ten sposób chronią się przed bólem, ale też uniemożliwiają sobie szczęście. Zaufanie to klucz do miłości.

Czasem ludzie szukają kogoś, na kim można się oprzeć, kto ich bezpiecznie poprowadzi. Nauczyciela, guru. To też relacja oparta na zaufaniu. Guru przypisujemy szczególne zdolności, niedostępne innym ludziom. Z tym należy bardzo uważać. By zachować autonomię w obecności autorytetu, trzeba mieć silne poczucie autonomii i naprawdę ufać sobie. Wyobraźmy sobie człowieka, który czuje się niepewnie, szuka drogi. I spotyka nauczyciela, który ma to wszystko w sobie – wie, jak żyć, zna drogę, jest pewny siebie, mocny, pięknie mówi. Istnieje niebezpieczeństwo, że ten pierwszy ślepo się w niego zapatrzy, będzie gotów zrobić wszystko, byle tylko iść z nim tą samą drogą. Bo ten nauczyciel zastępuje mu emocjonalnie rodzica, którego nie miał albo nie miał wystarczająco. Taki człowiek wchodzi w relację z pozycji dziecka, które samo nie umie zrobić kroku i ma przed sobą wszystkowiedzącego dorosłego. Więc się go ślepo słucha.

Bo ślepo mu ufa. Dla dziecka rodzic jest panem tajemniczego, niepoznanego jeszcze świata, którego ono nie rozumie. Rodzic wszystko mu tłumaczy. Mówi: to jest most, a to jest rzeka. To jest prawda, a tamto nieprawda. Tak trzeba robić. I dziecko słucha. Dorosły, który częściowo zatrzymał się emocjonalnie na tym etapie rozwoju i chce uzdrowić tę blokadę, może nieświadomie pójść za takim człowiekiem, który mu się wydaje wszystkowiedzący. Z prawdziwie dziecięcą naiwnością, wiarą, że ten ktoś jest wszechmocnym czarodziejem, posiadł prawdę. Jeśli tak się stanie, nikomu to nie służy. Taki człowiek jest podatny na manipulacje. I wcale się nie rozwija.

Dlaczego? Bo nie buduje siły w sobie, nie wzmacnia siebie, nie uczy się, tylko cały czas ma tę siłę na zewnątrz, w postaci tego człowieka, nauczyciela.

Widzę, że jest w ludziach – nie wiem, czy w Polakach szczególnie – tęsknota za takim oddaniem, bezgranicznym zaufaniem. Za autorytetem, który wie, co jest prawdą, powie, co jest dobre, a co złe. Współczesny świat wydaje się coraz bardziej chaotyczny i niezrozumiały, wszystko się relatywizuje. I w zasadzie nie ma już niekwestionowanych autorytetów. Nic dziwnego, że szukamy pewności, gwarancji, kierunku. Ta tęsknota jest naturalna. Ale mamy też, a przynajmniej powinniśmy mieć, w sobie taką część, która rozumie, że nikt za nas naszej drogi nie przejdzie, że dobrze uczyć się od kogoś, słuchać, ale z jednym zastrzeżeniem – ostateczną odpowiedzialność za siebie bierzemy sami. Wspaniale jest korzystać ze wsparcia różnych nauczycieli, ale nie robić z nich guru.

Ja ufam nauczycielom, którzy zostawiają przestrzeń na własne doświadczenie. Mój nauczyciel movement medicine pięknie mówi, a na zakończenie często powtarza: Pamiętajcie, że nad moją głową jest napis: „This is not the truth” – to nie jest prawda objawiona. To jest moja prawda. Ktoś, kto mówi: „To jest moja prawda, ale ty sprawdzaj, jaka jest twoja”, jest godny zaufania. Bo daje siłę, wolność. Po tym można poznać dobrego nauczyciela, który nie uzależnia od siebie uczniów, nie karmi się ich energią. Zaufanie nie zwalnia nas z odpowiedzialności za siebie, wręcz przeciwnie. Mamy zaufać komuś na tyle, żebyśmy dzięki jego wskazówkom mogli przejść sami przez most, a nie żeby ten ktoś nas przeniósł na drugą stronę, tam, dokąd sam chce.

Czyli warto też czasami nie ufać do końca? By móc dogłębnie ufać, musimy doświadczyć też nieufności. Małe dzieci poznają różne prawdy z bajek. A w baśniach spotykamy się z morałami, że nie zawsze należy wszystkim ufać. Na przykład baśń o koźlątkach, w której mama koza mówi dzieciom: „Nie można ufać wilkowi, bo chce was zjeść, nie otwierajcie mu”. I koźlątka płacą życiem za naiwność, bo dają się nabrać wilkowi przebranemu za ich mamę. Dlatego warto uczyć się rozróżniać, gdzie jest bezpiecznie, a gdzie nie. Zdrowy krytycyzm to jest szczypta soli, która sprawia, że to, co dostajemy, jest smaczne, służy nam. Może pokazać nam na przykład, że ten nauczyciel jest wilkiem w przebraniu, choć wygląda tak wspaniale i mówi tak pięknie jak mama.

Poprzez zdrową nieufność uczymy się więc ufać sobie. Uwewnętrznione zaufanie do siebie to według mnie nasz największy zasób. Czy nazwiemy go intuicją, wewnętrznym głosem, czy instynktem, trzeba się uczyć go słyszeć. I słuchać. To właśnie nazwałabym ufaniem sobie. Nie tylko swojej sile, wiedzy czy zdobytym umiejętnościom, lecz także ciału, odczuciom. Trzeba się tego uczyć. Nasza kultura, niestety, nas tego od dzieciństwa oducza. Dziecko, które czuje, że coś je boli, często słyszy od mamy: „Nic się nie stało, to nie boli”. I przeżywa dysonans. Wspaniale jest odzyskać głębokie zaufanie do samego siebie. Na poziomie duchowym to nic innego jak prowadzenie. Dziś coraz więcej ludzi szuka głębokiego spełnienia, własnej ścieżki. Pierwszym krokiem na tej drodze jest odzyskanie zaufania do samego siebie.

  1. Psychologia

Jak pogodzić miłość i pieniądze w związku?

W dobrej relacji jest jeden wspólny
W dobrej relacji jest jeden wspólny "kociołek", do którego każdy wrzuca to, co ma, i z którego wspólnie się czerpie. Nie tylko pieniądze". (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kochać? Niełatwo! Zarobić? Też trudno. Ale prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy przychodzi pogodzić dwie tak różne kwestie jak uczucia i finanse.

Zosia samosia

Matylda, 33-letnia specjalistka do spraw sprzedaży, zdobywała kolejne szczeble zawodowej kariery. Nie spieszyła się z zamążpójściem, do czasu, aż poznała Romka, komplementującego ją od stóp do głów. Bez wahania przeprowadził się dla niej do Warszawy ze swojego rodzinnego Wrocławia i zaczął szukać pracy. Niestety, jedyne propozycje, jakie otrzymywał, dotyczyły dorywczych zleceń. W efekcie całe utrzymanie rodziny – bo w międzyczasie zostali rodzicami – spoczywało na barkach Matyldy. Zaczęła się zastanawiać, czy wierzyć w kolejne fantastyczne projekty ukochanego, które „ruszą za chwilę”, czekać, aż się ogarnie, i nie rozbijać rodziny, czy przestać się oszukiwać i przyznać przed sobą, że wzięła na swoje barki coś w rodzaju garba, który nie chce się odczepić. Ma dosyć płacenia wszystkich rachunków i chciałaby, by Romek choć raz zabrał ją na wakacje za swoje pieniądze. Kwiaty też kupuje sobie sama… Bo Romek, ponaglany przez Matyldę, by znalazł sobie wreszcie pracę, z zachwyconego nią romantyka zmienił się w nieprzyjaznego frustrata.

Joanna Boj, psycholog i psychoterapeutka: Nadal jesteśmy niewolnikami pewnych społecznych wzorców – kobieta może pracować lub nie, o ile pozwalają na to warunki. Mężczyzna, który nie pracuje, traci swoją opiekuńczą rolę wobec rodziny. Ciekawa jestem, czy Matylda i Romek byliby skłonni odwrócić tradycyjne role, pod warunkiem że on objąłby w pełni obowiązki domowe. W końcu – patrząc obiektywnie – sytuacja na rynku pracy jest trudna, więc zamiast się frustrować, może lepiej się dogadać. Mam wrażenie, że oboje od początku osadzili się w związku w komplementarnych rolach. Ona silna i niezależna, on w nią wpatrzony. Matylda nie miała w sobie psychologicznie miejsca na pobycie tą, która też potrzebuje opieki. Wiele mogłoby się zmienić, gdyby w końcu Romek znalazł pracę – cała dynamika relacji musiałaby się przekształcić. A że Romek denerwuje się, gdy jest ponaglany... najprawdopodobniej ma tendencje do uciekania przed problemem. Niemożność finansowego utrzymania rodziny może być postrzegana w kategorii porażki (znów wzorce społeczne). Niektórzy mężczyźni wolą nie mierzyć się z tym tematem, szczególnie gdy jest im całkiem wygodnie.

Nierozważna i romantyczna

Mówienie o pieniądzach wielu osobom wydaje się mało romantyczne. Barbara, 43-letnia mama i gospodyni domowa, także sobie tym głowy nie zaprzątała – dla niej było oczywiste, że na randkach płaci mężczyzna, do niego też należy sfinansowanie wspólnych wyjazdów, nie mówiąc już o wzięciu kredytu na mieszkanie czy zakup samochodu. Jej mąż Piotr w podobny sposób podchodził do społecznych ról mężczyzny i kobiety – Basia zajmowała się dziećmi i domem – i sprawiało jej to radość, a Piotr rozwijał własną firmę i spłacał kredyt za 80-metrowe mieszkanie w prestiżowej dzielnicy.

Niestety, pewnego dnia Piotr, wracając z podróży służbowej, wpadł w poślizg i nieprzytomny trafił do szpitala. Nie odzyskał świadomości przez wiele miesięcy i nagle okazało się, że Basia nic nie wie o domowych finansach. Nie ma dostępu do konta (mówiła Piotrowi, ile potrzebuje, i tyle dostawała), nie zna kodów PIN do kart męża, nie wie, ile wynosi rata za mieszkanie i czynsz. Nie mówiąc o tym, że ZUS zaczął ją zarzucać wezwaniami do zapłaty składek związanych z działalnością Piotra. Krążąc między domem i szpitalem, Barbara czuła się zupełnie bezradna – bez żadnego zawodowego doświadczenia, z coraz większymi długami.

Joanna Boj: Nieporuszanie w związku tematu finansów jest zamykaniem oczu na bardzo realny aspekt życia. Utrzymujemy się w przyjemnej iluzji, że skoro jest dobrze, to zawsze tak będzie. To trochę pozostawanie w pozycji dziecka, którym opiekuje się rodzic, czyli partner. Oddanie odpowiedzialności za swoje życie w ręce jednej osoby jest beztroską, która może wiele kosztować, jak w tej historii. Nie lubimy psuć sobie humoru myśleniem o przykrych sprawach czy snuć scenariuszy na temat tego, „a co gdyby jednak…”, szczególnie gdy wszystko dobrze się układa. Jednak do tej sytuacji doprowadziła nie tylko Barbara, ale także jej mąż – który nie zadbał o to, co będzie z jego rodziną, gdy mu się coś stanie. Wolał trzymać całą władzę związaną z finansami w swoich rękach.

Zależna niezależna

Agata, 30-letnia instruktorka fitness, związała się z partnerem sporo starszym, ale też sporo bogatszym, o już ustalonym statusie. Gdy Jurek zaproponował, by przestali już chodzić na schadzki i zamieszkali razem, Agata była w siódmym niebie. Nie chcąc jednak, by Jurek pomyślał, że związała się z nim dla pieniędzy, zaproponowała, że owszem, wprowadzi się do niego, ale będzie płaciła tak, jak za wynajem. Jurek przystał na propozycję Agaty, ale to był zaledwie początek ich finansowych rozliczeń. Nie bacząc na znacznie lepszą sytuację finansową Jurka, wszystkie koszty dzielili na pół – przez dwa tygodnie zakupy robiła Agata, przez dwa kolejne Jurek. Dopłacała do benzyny, gdy gdzieś razem jechali, współfinansowała egzotyczne wakacje. Przy czym praca, którą wykonywała na rzecz ich wspólnego gospodarstwa – a więc gotowanie, sprzątanie i pranie – pozostawała bezpłatna…

Po kilku latach, gdy jednak się rozstali, Agata została z niczym. Pieniędzmi, którymi płaciła Jurkowi za „wynajem”, mogłaby, gdyby je inaczej zagospodarowała, spłacać raty własnego mieszkania.

Joanna Boj: Gdy słyszę, że partner drugiemu partnerowi płaci tak jakby „za wynajem”, to włosy stają mi dęba – taka relacja przestaje być partnerska, a zaczyna być biznesowa. Nie wszystko da się zmierzyć, nie wszystko da się rozliczyć, nie mówiąc o tym, że płacenie po połowie, gdy jedno zarabia znacznie więcej od drugiego, jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Dlaczego Agata zgodziła się na taki układ? Cóż, posiadanie pieniędzy daje dużą przewagę psychologiczną, więc w pewnym sensie to ona była w pozycji kogoś, kto się dostosuje lub nie. Z pewnością bardzo zależało jej na tym związku, ale tak bardzo, że zapomniała o tym, że w dobrej relacji jest jeden wspólny „kociołek”, do którego każdy wrzuca to, co ma, i z którego wspólnie się czerpie, nie tylko pieniądze, ale i umiejętności, wsparcie emocjonalne, pomysły, czas. Nic dziwnego, że się rozstali.

Związek czy spółka?

Nam, kobietom, wydaje się, że gdy w grę wchodzą uczucia, nie wypada mówić o pieniądzach. Ale czy wtedy jest miejsce na partnerstwo? Nie chodzi o to, by wszystko dzielić po połowie, tylko by dzielić się tym, czego mamy więcej. W końcu związek to nie pole bitwy o wpływy, nie pokaz własnej niezależności ani też nie interes do zrobienia.

NAUKOWCY O PIENIĄDZACH W ZWIĄZKU

Podczas eksperymentu w 2011 roku psycholodzy z Brigham Young University badali kwestionariusze 1734 małżeństw z USA dotyczące jakości ich relacji. Jedno z pytań dotyczyło „ważności posiadania pieniędzy i wielu przedmiotów”.

Co się okazało? Pary twierdzące, że pieniądze nie są ważne, uzyskiwały 10–15 proc. więcej punktów w skali stabilności małżeństwa (w porównaniu do par, gdzie jeden lub dwoje partnerów było nastawionych materialistycznie). Za to szwankowała u nich komunikacja czy umiejętność rozwiązywania konfliktów. Jedna na pięć badanych par przyznawała się do silnego umiłowania pieniędzy. Często okazywało się, że dobra materialne stanowiły wówczas podstawowe źródło konfliktów. – Sposób postrzegania finansów wydaje się ważniejszy dla stanu małżeństwa niż rzeczywista sytuacja materialna – podsumowuje badania prof. Jason Carroll.

Joanna Boj psycholog, psychoterapeutka, trenerka. Prowadzi praktykę w Trójmieście, jest w zespole Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces (akademiapop.org). Pisze artykuły psychologiczne na stronie pozaschematy.pl

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.