Angelika Kucińska - Paulina Mikuła: „Mnie przystoi wszystko, bo jestem influencerką”. O wolności, języku i byciu ekspertką
00:00
19:10
Kiedy jako 25-latka zakładała wideoblog, na polskim YouTubie było niewiele kobiecych głosów eksperckich, zwłaszcza w dziedzinie, którą się zajmuje, czyli poradnictwie językowym. Dziś kanał „Mówiąc Inaczej” ma ponad pół miliona subskrybentów, a jej głos jest słuchany na równi z językoznawcami pokroju prof. Miodka czy prof. Bralczyka. Paulinę Mikułę, popularyzatorkę wiedzy o polszczyźnie, autorkę książek, a także
piosenkarkę, pytamy o zmiany w języku, w życiu i podejściu do kobiet w internecie.
- Paulina Mikuła opowiada o wolności, jaką daje jej praca na własnych zasadach, ale też o samotności związanej z przecieraniem szlaków. „Wybrałam sobie ścieżkę, którą nie szedł nikt inny. Jest moja” – mówi.
- Popularyzatorka wiedzy o języku polskim mówi też o paradoksie, z którym mierzą się kobiety ekspertki. Atrakcyjny wygląd może przyciągać uwagę, a jednocześnie – jak zauważa – stawać się pretekstem do podważania ich kompetencji.
- Mikuła wraca również do komentarza na temat swoich nóg, przez który przez 10 lat nie chciała ich pokazywać. Dziś publikuje odważniejsze zdjęcia także z myślą o kobietach, które nie odnajdują swojego ciała w medialnym ideale.
- A co z samą polszczyzną? Mikuła tłumaczy, dlaczego język musi się zmieniać, choć jego „szkielet” powinien pozostać stabilny, i przyznaje: „Nikt nie wie wszystkiego, bo język to worek bez dna”.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 06/2026.
Angelika Kucińska: Brakuje ci czasem słów?
Paulina Mikuła: Oczywiście, że tak. Ostatnio nie wiedziałam, co powiedzieć po pierwszym ze spotkań autorskich wokół mojej książki „Prosty poradnik językowy”. Wszystko, co mówiłam, żeby wyrazić wdzięczność, wydawało mi się sztampowe i płaskie. Nie oddawało w pełni mojego poruszenia.
Nie wszystkie emocje da się wyrazić słowami?
Akurat określenia nazywające emocje bywają kanciaste, książkowe, podczas gdy my odczuwamy burzę wewnętrzną, która nas zalewa, i właśnie to tak trudno przełożyć na słowa. Odbiera mi mowę, gdy przeżywam przypływy przeróżnych emocji jednocześnie: radości, ekscytacji, zaskoczenia i wdzięczności.
Zacznijmy od radości: co cię dziś cieszy?
To, że żyję tak, jak zawsze chciałam. I że mogę robić to, co robię. Myślę, że mnóstwo osób nie ma takiej możliwości. Z różnych powodów życie ułożyło im się tak, a nie inaczej.
Czują, że gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, to może byłoby im lepiej. A ja nie mam takiego poczucia. To jest dla mnie największe szczęście.
(Fot. Aga Bilska)
Paulina Mikuła o pracy na własnych zasadach: „Mam bardzo dużo swobody”
Kiedy mówisz, że żyjesz tak, jak zawsze chciałaś, co dokładnie masz na myśli?
Mam bardzo dużo swobody. Nie pracuję „od do”, co ma oczywiście także swoje minusy, ale dla mnie jest zdrowym rozwiązaniem.
Nie mam nad sobą szefa. Pracuję na własne nazwisko. I z jednej strony to jest wspaniałe, z drugiej wiąże się z ogromną odpowiedzialnością – nie mogę rozłożyć jej na inne osoby, przerzucić na moich pracowników, bo ich nie mam.
Jestem za wszystko odpowiedzialna w sposób absolutny. Nie narzekam, to mi odpowiada. I mogę robić w zasadzie wszystko, mogę spróbować, czego tylko mi się zechce spróbować. Ktoś może mi powiedzieć „nie”, ale ja mimo to mogę próbować. I to jest piękne.
Kultura nam dziś mówi, że próbować każdy może.
W teorii tak, ale w praktyce okazuje się, że blokują nas kajdany społeczne. Czy na przykład osoba, która na co dzień jest sędzią, może śpiewać? Wiele osób powie, że sędziemu to nie przystoi. Ordynatorowi pewnie też nie bardzo. Ja się z tym nie zgadzam, ale obowiązująca norma może sprawić, że sędziemu i ordynatorowi, którzy zechcą nagrać płytę, będzie bardzo trudno się na to zdecydować. Nie odważą się.
A mnie przystoi wszystko, bo jestem influencerką. To znaczy, że mogę robić różne rzeczy i nikt nie może mi powiedzieć, że coś nie wypada.
Bo, choć według niektórych zajmuję się poważnymi sprawami jak język, to przecież robię to w internecie. Nie pracuję w szkole. Nie mam nad sobą rektora, dziekana. W kategoriach społecznych daje mi to dużą wolność.
(Fot. Aga Bilska)
Nie powiedziałabym o tobie „influencerka”. Raczej „edukatorka”.
Sama najczęściej nazywam siebie popularyzatorką wiedzy o języku polskim. Bo edukatorka brzmi jednak poważnie. Już widzę panią w garsonce... A popularyzatorka nie ma takiego ciężaru. Zresztą dokładnie tym się zajmuję. Popularyzuję.
Przybliżam wiedzę na temat polszczyzny osobom, które na co dzień językiem zawodowo się nie zajmują, choć wiem, że oglądają mnie również nauczyciele i nauczycielki, co mnie bardzo cieszy.
Gdy jednak zaczynałam tę przygodę, miałam w głowie osoby, które nie badają języka. Korzystają z niego w pracy, bo muszą na przykład wysłać e-mail, ale nie mają dostępu do specjalistycznej wiedzy, którą ja zdobyłam na studiach. Chciałam zapełnić lukę, być tym kimś pośrodku, pomiędzy językoznawcami a użytkownikami języka polskiego.
Zanim się pojawiłaś, zawiłości polszczyzny objaśniali stateczni panowie w garniturach, z tytułami profesorskimi. Aż tu nagle pojawia się kobieta.
Wtedy wręcz dziewczyna. Przecierałam szlaki i też z tego względu uważam, że nie za bardzo jest sens porównywać mnie do kogokolwiek. Nie jestem profesorem z uniwersytetu, nie aspiruję zresztą do tego, znajduję się na zupełnie innym szczeblu tej drabiny. Wybrałam sobie ścieżkę, którą nie szedł nikt inny. Jest moja. A jeśli ktoś stwierdzi, że coś robię nie tak? Nic na to nie poradzę. Kto najlepiej czuje to, co powinnam robić, jeżeli nie ja sama? Z jednej strony wykazałam się odwagą, robiąc coś, czego nie próbował nikt inny. Z drugiej na tej ścieżce czułam się bardzo samotna. Nie miałam się kogo poradzić. Do dziś czasem czuję tę samotność.
Kobieta ekspertka wciąż musi udowadniać swoje kompetencje?
Jakiś czas temu w rozmowie z Kasią Gandor, która jest popularyzatorką treści naukowych, próbowałyśmy rozpracować pewien paradoks. Kobieta, która tworzy merytoryczny kanał na YouTubie, przyciągnie uwagę obiektywnie atrakcyjnym wyglądem, ale jednocześnie ten wygląd pozwoli widowni umniejszyć jej kompetencje.
Niestety, właśnie tak to działa. Moja ekspertyza nigdy nie będzie tak poważana, jak mogłaby być, bo jestem kobietą, która wygląda w określony sposób. To, jak się prezentuję, pozwala podważać moją wiedzę.
(Fot. Aga Bilska)
Paulina Mikuła: „Wiem, że gdy coś opublikuję, poświęcą mi dwie minuty. Nikt im tych dwóch minut już nie zwróci”
Zawsze postrzegałam cię jako osobę, która świetnie sobie radzi z tym paradoksem. Prowadzisz kanał, na którym dzielisz się specjalistyczną wiedzą, ale nie masz problemu, żeby pokazywać w sieci, jak się malujesz.
Bałam się tych filmików makijażowych, bardzo. Zachęciła mnie Katarzyna Woźniak, która prowadzi profil „Mama i stetoskop”. Skoro lekarka robi na Instagramie live o tym, jak krok po kroku powstaje jej makijaż, to ja chyba też mogę. Dla mnie najważniejsza jest autentyczność. Biorę też jednak pod uwagę opinię moich odbiorców i odbiorczyń, pytałam, czy pokazywać to malowanie.
Czas coraz bardziej przecieka nam przez palce. Jeśli więc już coś wrzucam do internetu, to staram się sprawdzić z każdej strony, czy to będzie miało sens, czy to jest potrzebne, ważne. Czy to rozbawi ludzi, bo rozrywka też jest istotna. Ale nie chcę marnować ich czasu. Wiem, że gdy coś opublikuję, poświęcą mi dwie minuty. Nikt im tych dwóch minut już nie zwróci.
Niektóre z ostatnich publikacji wyglądają, jakby były potrzebne przede wszystkim tobie. Oczywiście mówię o tych super zdjęciach, na których wreszcie pokazałaś nogi.
W 2015 roku wraz z Arleną Witt prowadziłam na konferencji rozmowę z profesorem Bralczykiem. Spotkanie można zobaczyć na YouTubie. Komentarze pod nagraniem są fatalne. Wracam do nich czasem, takie sadomaso sobie uprawiam. Robię to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście było tak źle, czy może moja głowa mnie oszukuje i zostawia w pamięci tylko te negatywne. Nie oszukuje mnie... Jedna z komentujących osób kilka razy podzieliła się opinią, że mam okropne nogi, że takich nóg się nie pokazuje. Schowałam więc je na 10 lat.
A 10 lat później…?
A 10 lat później Dawid Klepadło zrobił mi zdjęcia, wystylizował mnie Dominik Więcek, z którym też współtworzę zabawne filmy o języku. Obaj na planie mówili mi, że w moich nogach nie ma nic złego. Popłakałam się podczas tej sesji. Postanowiłam opublikować zdjęcia, żeby w ten sposób podkreślić, że to, co przez tyle lat przeżywałam w wywiadach, już jest za mną. Puściłam to.
I nawet jeśli te zdjęcia wyglądają, jakbym zrobiła je tylko dla siebie, to tak nie jest. Wiem, że wśród moich odbiorczyń może być taka Paulina, która zadręcza się tym, że nie ma nóg modelki. Obraz kobiecego ciała dominujący w mediach jest zakrzywiony, a takie zdjęcia jak moje pokazują prawdę.
Dla dziewczyn, które mnie obserwują, to ważne, żeby widzieć prawdę. Piszą mi, że też zrobią sobie takie foty. Albo że zaczną nosić krótsze sukienki. Kiedy czytam takie wiadomości, czuję, że świat staje się nieco bardziej przyjaznym miejscem.
Widzisz zmianę w podejściu do ekspertki? Kobiety, która ma swoje zdanie i jest specjalistką w swojej dziedzinie?
Nie mogę wypowiadać się w imieniu innych ekspertek, ale w podejściu do mnie żadnej zmiany nie zauważyłam.
Wciąż nie ufamy wiedzy kobiet?
Wiele twórczyń internetowych, które zajmują się nauką czy edukacją, dowiodło, że jest dla nich miejsce w internecie. W 2013 roku, gdy zaczynałam, niektórzy chcieli mnie zniszczyć. Dziś – choć nieprzekonanych wciąż do siebie nie przekonałam – są może bardziej przyzwyczajeni do widoku kobiety, która popularyzuje wiedzę z różnych dziedzin. Ale moim zdaniem nie możemy mówić o wielkiej zmianie społecznej. Ekspertka dalej nie jest tak ekspercka jak ekspert.
Paulina Mikuła o zmianach w języku: „Inaczej stanie się skamieliną”
Wiesz wszystko o języku?
Nie i nigdy nie będę wiedzieć. Nikt nie wie wszystkiego, bo język to worek bez dna. A do tego cały czas się zmienia. Wiem, że jeszcze mnóstwo mnie w języku zaskoczy. To trudne i piękne jednocześnie.
Niektórzy uważają, że zasady językowe po coś wymyślono i to odpowiedzialność osób używających języka, żeby je przyswoiły. Inni – że reguły mogą ulegać zmianie, bo chodzi przede wszystkim o to, żeby osobom używającym języka to użytkowanie maksymalnie ułatwiać. Do której frakcji należysz?
To bardzo trudne pytanie.
Uważam, że język to system, który trzyma się dzięki określonej konstrukcji, składającej się z zasad gramatycznych. To jest szkielet i szkielet musi pozostać niezmienny. Od lat tworzymy zdania tak samo.
Ale jeśli już chodzi o otoczkę, o szatę nakładaną na szkielet, to ona ulega zmianie. Dostosowuje się do otoczenia, do tego, co się dzieje w świecie. Język, którego używamy, powinien nadążać za realiami, w których żyjemy, żebyśmy mogli precyzyjnie nazywać rzeczy dziejące się wokół nas. Ta zmiana jest konieczna, inaczej język stanie się skamieliną.
Czymś innym są zmiany w języku podyktowane chociażby rewolucją cyfrową, która wymusiła pojawianie się nowych słów, a czymś innym decyzja Rady Języka Polskiego, żeby od teraz zapisywać nazwy mieszkańców miast wielką literą.
Ale ta zmiana nie burzy systemu. Przeciwnie – pozwala lepiej oddać nasz stosunek do miasta, z którego się wywodzimy. Przecież wiele osób nie czuło zgody na to, żeby pisać „warszawiak” czy „wrocławianin” małymi literami. Co to jest? Dlaczego? Nie możemy pozostawać głusi na potrzeby emocjonalne użytkowników i użytkowniczek języka.
Skoro wspomniałaś o potrzebach emocjonalnych, zapytam cię, po co nam inkluzywność w języku.
Żeby nam było milej. Żeby uwzględnić w języku te osoby, które do tej pory były niewidoczne. Żeby właśnie nadążyć za zmieniającym się światem, bo dziś coraz więcej wiemy o człowieku, o jego emocjonalności, psychice, seksualności, tożsamości. Język musi ten stan wiedzy oddać. Tutaj zresztą niczego za bardzo nie zmieniamy. Dodajemy.
I to trzeba podkreślać, że język inkluzywny nie polega na tym, że ktoś komuś coś zabiera, wprost przeciwnie! Robi miejsce na nowe albo sięga po coś, co było potencjalne, ale nieużywane, na przykład formę „byłom”, która jest zgodna z systemem języka. Mamy formy: „widziałam”, „widziałem” i „widziałom”. „Dziecko poszło”, zgadza się? No to „ja widziałom” – logiczne!
Te formy, choć poprawne i obecne, leżały sobie odłożone w szufladzie. Sięgamy po nie teraz, bo okazało się, że mogą być funkcjonalne. Nie robimy w ten sposób nic złego ani językowi, ani użytkownikom. Rozumiem jednak, skąd sprzeciw. To jest duża zmiana, bo nagle okazuje się, że język, którego się nauczyliśmy, jest nieaktualny. Niektórzy uważają, że to dziwactwa. To ważne i potrzebne zmiany.
A język młodzieżowy? Po co on?
Jest bardzo potrzebny. Młodzi powinni mówić swoim językiem, bo to jest element budowania własnej tożsamości, podmiotowości. To jest element dojrzewania. To jest ich bunt. W ten sposób tworzą mur między światem dorosłych a własnym, co z kolei pozwoli im w przyszłości stać się dorosłym, który jest dojrzały i świadomy.
Co zachwyca cię w języku?
To, co potrafimy z nim zrobić. Na przykład, że słowo „zadziać” wróciło w nowym znaczeniu. Dawniej oznaczało „zgubić”, a dziś mówi, że coś się stało, wydarzyło. Użyliśmy formy, która wypadła, do tego, żeby stworzyć w zasadzie nowe słowo. Zachwyca mnie, że mamy dziś takie konstrukcje jak „czuć się zaopiekowanym” czy „być zaopiekowaną”. Gramatycznie nie do końca poprawne, ale emocjonalnie właściwe.
Uczyłaś się pisać teksty, zanim zaczęłaś nagrywać piosenki?
Nie. Powinnam? Szanuję osoby, które uczą kreatywnego pisania, ale czułam, że jeśli zwrócę się do kogoś po wskazówki czy lekcje, utrudni mi to życie, zamiast je ułatwić. Szkoła wkłada nas w ramy, a ja tych ram się boję.
Obawiasz się, że są poddawane wyostrzonej krytyce właśnie dlatego, że napisała je ekspertka od języka?
Wiem, że tak jest. I na pewno niektórzy są rozczarowani, może widzą w nich banał, ale ja kocham prostotę. Uważam, że ogromną sztuką jest powiedzieć o rzeczach trudnych i ważnych w prostych słowach. A ja właśnie tak opowiadam, bo w taki sposób myślę – po żołniersku, a nie metaforami.
Kiedy pojawiło się marzenie o muzyce?
W dzieciństwie. Kiedy miałam już takie zdolności, żeby pomyśleć, kim chcę być, to chciałam występować na scenie i śpiewać. Wychowywałam się jednak w czasach programów „Szansa na sukces”, „Idol” i „X Factor”. Przychodziły tam dziewczyny z potężnymi głosami i to one najczęściej wygrywały, więc wnioskowałam, że dla mnie z takim delikatnym głosem nie ma miejsca na scenie. Że mogę śpiewać tylko hobbystycznie, tak dla siebie. Ale cały czas ta tęsknota za muzyką we mnie była, więc pewnego razu poszłam na lekcję śpiewu. Chciałam usłyszeć, co o moim głosie pomyśli osoba, która się na tym zna.
Moja trenerka Agnieszka Przestrzelska-Świderska po kilku latach wspólnej pracy powiedziała mi, że ona już wie, jak śpiewam. Pora, żebym pośpiewała też dla innych. Po sześciu latach od pierwszej lekcji śpiewu weszłam do studia, żeby nagrać swoją piosenkę.
Byłaś gotowa?
Tak, wokalnie i emocjonalnie. Dzielenie się ze światem słowami, które wypływają z najmiększego podbrzusza, to jest emocjonalna tragedia. Stoję goła i pokazuję palcem, gdzie boli. To nie będzie radosna płyta. Ale może ktoś jej posłucha i poczuje, że nie jest ze swoim bólem sama czy sam. Chcę pokazać, że jestem osobą z internetu, ale tak samo cierpię, tak samo mam złamane serce, tak samo ludzie mnie odrzucają i muszę sobie jakoś z tym radzić.
Piosenka „Za długo” jest o tym, że potrafisz się zasiedzieć w miejscu, które nie jest dla ciebie dobre?
Miałam taką tendencję. Musiałam dobrze przyjrzeć się mojemu życiu, skupić na tym, co tu i teraz, żeby lęk przed tym, co będzie, zniknął i żebym mogła podjąć decyzję o zmianie.
Już nie boisz się przyszłości?
Cały czas się boję. Lęk jest zaszyty pod skórą. Nie wiem, skąd się bierze. Może go przejęłam od kogoś, może odziedziczyłam…
Świat dziś niespecjalnie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa.
Bawi mnie to ogólne zdziwienie, że młodzi ludzie nie chcą mieć dzieci. Oni wzrastali wśród nagłówków zaczynających się od „Pilne!”.
To budowało w nich poczucie, że za chwilę wydarzy się coś złego. Media wciąż nie zdają sobie sprawy z tego, jak ogromny wpływ mają na samopoczucie ludzi, co takie nagłówki robią z mózgami i z poczuciem bezpieczeństwa. Przecież język, którym opowiada się nam o świecie, kształtuje postawy emocjonalne czy mentalne całych pokoleń. A może zdają sobie z tego sprawę, tylko z różnych względów nie mogą działać inaczej.