We współczesnej polszczyźnie mamy do czynienia z prawdziwym wysypem nowych słów. Część z nich to chwilowe mody, ale są i takie, które wchodzą do słownika na stałe. Językoznawczyni dr Małgorzata Majewska przekonuje, że te z nich, które się bronią, uwodzą nas czymś więcej niż tylko brzmieniem i nowością. Dają możliwość wyrażenia do tej pory niewyrażalnego.
- Jak zaznacza językoznawczyni dr Małgorzata Majewska, w języku nie ma zbędnych słów, a w komunikacji potrzebujemy nie tylko wzorców, ale i elastyczności.
- „Jestem przekonana, że słowa nowe, które się w języku pojawiają, nawet jeśli stają się modne, nie zubożają języka – używamy ich, bo doświetlają pewne sensy” – mówi ekspertka.
- Nowe słowa w języku polskim, jak np. „dowozić” czy „odzobaczyć”, są potrzebne, ponieważ wyrażają coś, co do tej pory nie było nazwane.
- Językoznawczyni dodaje również, że im lepiej kogoś znamy, tym mniej słów używamy, by się z tym kimś dobrze porozumieć.
- Ekspertka zauważa, że większość użytkowników języka ma wyczucie językowe, dzięki któremu wie, kiedy wskazana jest poprawność językowa, a kiedy można sobie pozwolić na większą spontaniczność w komunikacji.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Agnieszka Radomska: Już w latach 90. ubiegłego wieku Jan Miodek napisał, że „w języku nie ma słów niepotrzebnych, są tylko formy nadużywane, dlatego odbierane jako manieryczne i irytujące”. Zgadzasz się z tym, że w języku nie ma zbędnych słów?
Małgorzata Majewska: To jest dla mnie oczywiste. Mało tego, czuję ogromny sprzeciw wobec kodyfikacji języka, czyli tworzenia i utrwalania sztywnych norm językowych. Oczywiście potrzebujemy pewnych wzorców komunikacji, ale w tym obszarze konieczna jest także elastyczność, bo to ona sprawia, że język jest żywy.
Gdy pracowałam na uczelni jako wykładowczyni, byłam zobowiązana do używania poprawnej polszczyzny, ale gdy prywatnie rozmawiam z ludźmi, chcę słyszeć ich opowieści, ich własny język, a nie odwzorowanie standardów zapisanych w słowniku.
Z mojego punktu widzenia każde użyte w wypowiedzi słowo, a nawet błąd językowy czy pozorna nielogiczność, ma swoje uzasadnienie. Język pokazuje sposób widzenia świata przez mówiącego i nie ma w nim przypadkowości, tam zawsze kryje się dodatkowy sens. Jeśli powiem: „Ja zrobiłam ci kawę”, to w tej wypowiedzi zaimek „ja” jest logicznie zbędny, bo sama forma „zrobiłam” zdradza wykonawcę czynności. Najpewniej i stylistycznie wielu osobom jego użycie wyda się niezgrabne. Ale w tle tego zabiegu dzieje się bardzo dużo: mogę czuć się przez ciebie niedoceniana, mogę tej formy użyć dla podkreślenia pretensji, że nie ty tę kawę zaparzyłaś, a kolejny raz ja. I to są bardzo istotne ukryte komunikaty.
Gdybyśmy chcieli sztywno trzymać się kodów i mówić wyłącznie to, co konieczne, traciłyby na tym nasze relacje. Te pozornie zbędne słowa pomagają budować autentyczny kontakt, bliskość z rozmówcą.
Ta generalna zasada, że każde słowo jest jak „zdrapka”, pod którą coś się kryje, do mnie trafia, ale jednocześnie zastanawiam się nad nadużywaniem pewnych słów – zwłaszcza modnych. Czy to nie jest tak, że prowadzą do zubożenia języka, bo wypierają synonimy? Nagle wszystko jest „super”, a nie zachwycające, znakomite czy rewelacyjne...
Nie do końca się z tym zubożeniem zgodzę. Prof. Jerzy Bartmiński, językoznawca, folklorysta i slawista, mawiał, że każde słowo jest jak oszlifowany diament. Patrząc na niego, widzisz jeden szlif, ale on ma z tyłu wiele innych szlifów. W tej metaforze chodzi o to, że każde słowo jakąś rzecz podkreśla, a jakąś chowa. Mało tego, daje ci plus albo minus. Świetnie to pokazuje pierwsze zdanie „Alicji w krainie czarów”, w którym w wersji oryginalnej pada sformułowanie: having nothing to do. W latach 50. jeden z tłumaczy przełożył je jako „próżnować”, ale już współczesna tłumaczka Elżbieta Tabakowska zdecydowała się na formę „nic nie robić”. To jest kolosalna różnica! W próżnowaniu jest negatywna ocena, a nicnierobienie jest zupełnie neutralne.
Jestem przekonana, że słowa nowe, które się w języku pojawiają, nawet jeśli stają się modne, nie zubożają języka – używamy ich, bo doświetlają pewne sensy. Niektórzy pewnie powtarzają je bezrefleksyjnie, ale sądzę, że większość ludzi nie sięga po nie bezmyślnie, tylko czuje, że są im potrzebne, że z jakiegoś powodu wyrażają więcej, mieszczą w sobie coś do tej pory nienazwanego.
Jednym z takich modnych, a mnie osobiście bardzo potrzebnych słów, jest „dowozić”. Mogłabym powiedzieć, że ukończyłam czy sfinalizowałam zlecony mi tekst czy projekt, ale jednak przedrostek „do-” ma tę moc doświetlenia końcówki czynności – jest krótki, prosty i jest w nim jakaś ostateczność, jest jak kropka nad „i”. Projekt dowieziony jest w moim odczuciu jakby więcej niż skończony i właśnie w tym naddatku widzę źródło popularności tego słowa. Podobną słabość mam do słowa „rozkminiać”. Pewnie, że jest wiele synonimów, jak choćby analizować, ale tu działa prawo metafory. Maleńki kminek dodatkowo rozdrabniasz przedrostkiem „roz-”, coś już i tak małego dodatkowo rozkładasz na czynniki pierwsze – i mnie to przekonuje. Pewne słowa zaskakują i szybko stają się modne często właśnie dlatego, że ludzie je intuicyjnie czują, że one celnie odpowiadają na jakąś istotną w komunikacji potrzebę.
Przyznaję, że kocham słowo „ogarniać”. Część osób na nie narzeka, bo przecież można powiedzieć: załatwić coś, funkcjonować czy radzić sobie. A ja wolę ogarniać – to jest dla mnie słowo podręczne i wszystko mające. Na stałe do mojego słownika weszło też „odzobaczyć”. Zastanawiam się, dlaczego niektóre nowe słowa tak nas uwodzą?
Podałaś ciekawe semantycznie przykłady. Myślę, że „ogarniać” przyjęło się na dobre, bo zawiera cudowny przedrostek „o-”, który tworzy okrąg wokół sprawy, o której mówisz. Jedna litera sprawia, że tak wiele się w nim mieści – są tu wszystkie kroki, jakie trzeba podjąć, by wykonać jakieś zadanie, podkreśla też sprawczość, zawiera ją w sobie.
„Odzobaczyć” z kolei jest odpowiedzią na współczesność, a przede wszystkim na świat wirtualny, tę równoległą rzeczywistość, w której jesteśmy bezustannie bombardowani obrazami, bodźcami wizualnymi. Można go użyć ironicznie, choćby komentując jakąś kiczowatą czy wręcz żałosną rolkę w mediach społecznościowych, ale dla mnie to słowo ma większy potencjał. Jest w nim jakiś element samoopieki, troski o siebie. Ostatnio użyłam go, gdy mój przyjaciel chciał mi podesłać filmy obrazujące tragiczną sytuację w Strefie Gazy. Odmówiłam właśnie dlatego, że bałam się, iż ich nie odzobaczę, że uruchomią we mnie emocje, na których przeżywanie nie mam psychicznych zasobów. Zwróć uwagę, że jeszcze w pokoleniu naszych rodziców dzisiejszy self-care czy samoopieka to było nic innego jak egoizm albo nadwrażliwość. Dlatego ja w popularności tego słowa widzę manifestację nowego podejścia do troski o siebie, potwierdzenie, że ona jest ważna, a więc znów – odpowiedź na zmieniającą się rzeczywistość, wypełnienie jakiejś luki.
A jaki jest sam mechanizm powstawania nowych słów? Skąd one się biorą?
Mechanizmów jest kilka. Często mamy do czynienia z tak zwanym rozszerzeniem semantycznym. Już istniejący w języku leksem nabiera innego znaczenia. Przykładem może tu być słowo „dokładnie”. Jego słownikowa definicja brzmi: starannie, z dbałością o szczegóły, ale dziś używamy go metaforycznie, dla podkreślenia, że się z kimś zgadzamy w rozmowie, że identyfikujemy się z tym, co mówi. To słowo zawiera komponent zbliżający – zaznacza, że czyjąś opowieść rozpoznaję jako własną, a tym samym buduje wspólnotę. Podobnie jest ze słowem „szponcić”, które wygrało plebiscyt na Młodzieżowe Słowo Roku 2025. W gwarach miejskich i języku przestępczym znaczyło tyle co kombinować, intrygować, powodować nieporozumienia. Młodzi ludzie dziś nadali mu nowe znaczenie – „szponcić” to robić coś ciekawego, szalonego, organizować coś, flirtować albo wygłupiać się czy cwaniakować.
Źródłem nowych słów są też zamknięte kody komunikacji. Dobrze obrazuje to zjawisko język więzienny. Ktoś spoza tego środowiska bez wyjaśnienia nie zrozumie, że „kojo” to łóżko w celi. To są słowa jasne tylko dla wtajemniczonych. Mamy więc jakąś społeczność, której głównym interesem jest to, żeby ludzie spoza społeczności jej sposobu komunikacji nie rozumieli. Dlatego jej członkowie muszą wytworzyć neologizmy, które dla wszystkich z zewnątrz będą nieczytelne. W ten sam sposób powstają nowe słowa w środowisku młodych ludzi, w tym te nominowane do wspomnianego już Młodzieżowego Słowa Roku. Ani ty, ani ja w życiu byśmy się nie domyśliły, co znaczą „essa”, „sigma” czy „xD”, gdyby nam tego młodsze pokolenie nie wyjaśniło.
Na potwierdzenie tego, o czym wspomniałam, że istotą podobnych wyrażeń jest, by ich używanie włączało do pewnej zamkniętej grupy, niech będzie fakt, że moja córka, gdy zapytałam ją, co dokładnie znaczy to „xD”, powiedziała, że może mi to wyjaśnić pod jednym warunkiem – że nigdy sama go nie użyję z tej prostej przyczyny, iż jako „dziaders” nie mam takiego prawa.
Przy czym w określeniu mnie jako dziadersa nie chodziło o stygmatyzację, a raczej podkreślenie, że słynne „xD” jest znakiem rozpoznawczym młodych ludzi i tak ma pozostać. Rzecz jasna, eksperci od poprawności językowej powiedzą, że takiego słowa nie ma, bo ten zlepek to w ogóle nie jest słowo! A ja jako pragmatyk językowy powiem, że skoro młodzi ludzie go używają, to znaczy, że jest istotnym fragmentem kodu, komunikacyjnym skrótem, który na przekór długości mieści w sobie wiele.
Tendencja do skrótowości i grafizacji mowy jest chyba generalną tendencją młodomowy w ostatnich latach, że wymienię słynne „LOL” czy dziś już klasyczne: „siema”, „spoko”, „w porzo”, „nara” albo „szacun”. Mówimy tak tylko po to, żeby było szybciej?
Skróty generalnie wymusza ekonomia języka. Oczywiście możesz powiedzieć „nie ma dla mnie problemu”, ale „spoko” jest po prostu szybsze i łatwiejsze. Ważniejsze dla mnie jest jednak to, że takie skróty stosujemy raczej w bliskich relacjach. Im bliżej nam do człowieka, tym więcej skrótów w komunikacji; im mniej zażyła relacja, tym dłuższe konstrukcje językowe.
Im więcej o sobie nawzajem wiemy, tym mniej musimy mówić i możemy pozwolić sobie na skróty, bo one też są elementem wypracowanych w danej relacji kodów.
Dystans mocno skracają także pseudonimy – swoją drogą to ciekawe zjawisko. Jeśli mam przyjaciela o pseudonimie Zając i chcę wyrazić podziw dla jakiegoś jego osiągnięcia, to dość absurdalnie albo zależnie od mojej intencji na przykład ironicznie zabrzmi, gdy powiem: „Zając, czuję do ciebie ogromny szacunek za to, czego dokonałeś”, prawda? Jeśli to ma być moje i pasować do charakteru naszej relacji, powiem raczej: „Zając, szacun!”.
Do historii skrótów dodajmy jeszcze jeden akapit – stoi za nimi Internet. Z jednej strony zmniejszył dystans, ale jednocześnie wykluczył kanał niewerbalny, czyli mimiczny i intonacyjny. Może wiadomości głosowe jeszcze są intonacyjne, ale cała reszta komunikacji już nie. W związku z tym pewne skróty typu wymienione już „xD” powstały po to, żeby doprecyzować intencję. „xD” zaznacza, że coś mówimy żartobliwie, na wypadek gdyby rozmówca tego nie załapał. To również zastosowanie asekuracji: kiedy mówię ci coś poważnego, ale boję się odrzucenia, też dodam na wszelki wypadek „xD” i w razie czego będę się mogła odwołać do konwencji żartu. Kiedy jeszcze nie było wirtualnego świata, robiliśmy to intonacją, teraz służą nam do tego skrótowce wytrychy.
Niektórzy pewnie stwierdzą, że to takie językowe disco polo, a nie poprawna polszczyzna...
Myślę, że jednak większość użytkowników języka ma pewną naturalną kompetencję, którą nazwałabym wyczuciem językowym. Ta sama osoba raz powie „sorry”, gdy potrąci kogoś łokciem w markecie, ale innym razem, w poważniejszej sytuacji, poczuje, że właściwsze będzie: „Bardzo cię przepraszam, że zrobiłam ci krzywdę”.
Ja bardzo nie lubię, gdy ludzie mówią, że kiedyś było lepiej, wszyscy się pięknie i literacko wysławiali, a teraz ten język taki płaski, jałowy. Moim zdaniem teraz nie jest gorzej, tylko inaczej, a takie narzekanie jest ocenianiem innych z pozycji wyższości. Gdy to robimy, tracimy relacje, zrywamy połączenia z ludźmi, tracimy coś cennego.
Jest ogromna grupa ludzi, których irytuje na przykład pełna anglicyzmów korpomowa. Drażnią ich deadline’y, case’y, forwardy, feedbacki czy skille, a tymczasem one funkcjonują już od dawna w codziennej komunikacji. I teraz można się obruszać, że mamy swój język i można powiedzieć umiejętność zamiast skill czy informacja zwrotna zamiast feedback, ale co z tej irytacji wynika? Moim zdaniem niewiele, bo ludzie i tak będą mówili dokładnie tak, jak im się podoba – i bardzo dobrze! W większości zresztą mówimy poprawnie, może nie zawsze gramatycznie idealnie, ale zrozumiale – przede wszystkim dzięki intuicji językowej. Wybitny amerykański lingwista Noam Chomsky wprowadził do językoznawstwa takie pojęcie jak intuicja native speakera. Native speaker intuicyjnie czuje, co jest poprawne, a co niepoprawne.
Jeśli wychowałaś się w Polsce, nawet nie znając zasad gramatyki, powiesz: „ja zrobiłam zakupy”, a nie: „zrobiłam zakupy ja”. Masz to wdrukowane, choć nikt nie wie do końca, jak ten w dużej mierze nieświadomy mechanizm działa.
Gdy mówisz swoim językiem, używając słów i form ci bliskich, naturalnych dla ciebie, czujesz się swobodnie i bezpiecznie. Gdy ktoś nagle od ciebie wymaga, byś zaczęła mówić inaczej, bardziej poprawnie, to masz prawo mieć poczucie, że nagle odbiorca komunikatu staje się ważniejszy niż ty, niż twoja tożsamość. Nagle to, co mówisz, przestaje być o tobie, bo zaczynasz się kontrolować. W taki sztywny sposób możesz opowiedzieć o czymś, co cię nie porusza, ale już o cierpieniu czy silnych emocjach niekoniecznie, bo brakuje ci wolności, swobody, tracisz autentyczność.
Modne słowa są jednak częściej elementem mowy kolokwialnej, a nie zawsze możemy sobie na nią pozwolić.
Oczywiście, że nie. Istnieją konwencje językowe, które w pewnych sytuacjach są bardzo istotne i powinny być respektowane. Co do zasady konwencja uznaje, że „my” jest ważniejsze od „ja”. Jeżeli wygłaszam wykład, moi odbiorcy są ważniejsi niż ja. W związku z tym pilnuję poprawnych form, używam konwencjonalnych zwrotów, bo to jest sytuacja publiczna. Ale już w sytuacjach intymno-prywatnych nie muszę tego robić, mam więcej wolności i chciałabym, by ci, z którymi rozmawiam, dali mi do niej prawo.
Przyglądając się językowi, jestem raczej funkcjonalna, nie poprawnościowa. Oczywiście jeśli wiem, że kogoś drażni zwrot, którego używam, w rozmowie z nim będę się starała stosować synonim, ale nie dlatego, że nagle zmieniłam język, lecz z szacunku do tej osoby.
Jednak taki grzecznościowy zabieg może się czasem nie udać, a właściwie – może zupełnie zablokować komunikację. Wielu rodziców w rozmowie z nastolatkami ich poprawia, że „nie zaczyna się zdania od więc” albo mówi się „dobrze”, a nie „git”. Efekt jest taki, że nastolatek, który być może chciałby opowiedzieć rodzicom o sobie, całą uwagę przekierowuje na jakąś rolę społeczną, na dobór słów, a nie na przekazanie, co się z nim i w nim dzieje. Tymczasem gdy pozwalamy ludziom używać zwrotów, jakimi posługują się na co dzień, czują się bezpiecznie w rozmowie, otwierają się, a to jest podstawa budowania relacji.
Mam wrażenie, że część propozycji, które trafiają do finału plebiscytu PWN Młodzieżowe Słowo Roku, to takie efemerydy, które umierają tuż po tym, jak się pojawiły. Są jednak i takie, które potwierdzają, że zwycięska awangarda staje się klasyką. Dla mnie takim słowem jest laureat z 2018 roku, czyli „dzban”. Chwyciło i zostało. Od czego to zależy, że część młodzieżowych słów ulatuje szybko, a inne są podchwytywane także przez starsze pokolenia?
Ten plebiscyt wyciąga z całego potoku słów te, które były statystycznie najczęściej przez młodych ludzi używane, i wyłania laureata w drodze głosowania. Nigdy nie wiadomo, które z nich wejdzie na stałe do języka, bo język jest organizmem żywym. Choćbyśmy nie wiem jak chcieli, nie jesteśmy w stanie językiem zarządzać. Mało tego, język jest od nas mądrzejszy – odrzuca zbędną awangardę, a tę potrzebną zamienia w klasykę. Wspomniany przez ciebie „dzban” jest pięknym słowem. Już w jego brzmieniu jest coś zupełnie pustego, a poza tym mówi o pozorach, które często mylą – z zewnątrz jest piękny, a w środku próżny. Przyjął się jako krótka i dźwięczna metafora na określenie osoby, która robi coś głupiego zapewne także dlatego, że mamy tendencję do namierzania wokół siebie takich właśnie ludzi i potrzebujemy ich punktować. To słowo chwyciło, bo okazało się bardzo użyteczne.
Małgorzata Majewska – dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”