1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wideo
  4. >
  5. „Najgorsze, co możesz zrobić, to uciekać przed lękiem”. Sebastian Karpiel-Bułecka o wychodzeniu z trudnych emocji | „Kultura i inne przyjemności”

„Najgorsze, co możesz zrobić, to uciekać przed lękiem”. Sebastian Karpiel-Bułecka o wychodzeniu z trudnych emocji | „Kultura i inne przyjemności”

„Lęk potrafi być naprawdę przytłaczający” – mówi Sebastian Karpiel-Bułecka w rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura „Zwierciadła”. Lider Zakopower opowiada o tym, czego nauczyli go ojciec i dziadek, o niezwykłym pożegnaniu z tatą, emocjonalnym koszcie koncertów, stanach lękowych i o tym, dlaczego dziś łatwiej jest mu oswoić własne słabości.

Zanim pojawiła się nazwa Zakopower, były inne pomysły. Zespół Sebastiana Karpiela-Bułecki zaczynał jako „Zakopane Soundsystem”, przez pewien czas pojawiał się także „Gazdozbiór”. Nazwa, która ostatecznie stała się rozpoznawalną marką polskiej muzyki, nie była więc pierwszym wyborem. Od początku była natomiast potrzeba łączenia tego, co zakorzenione w tradycji, z tym, co współczesne.

Miłość do muzyki nie pojawiła się jednak znikąd. Karpiel-Bułecka mówi, że wyniósł ją z domu – podobnie jak fascynację skokami narciarskimi. Ojciec i dziadek byli ważnymi punktami odniesienia, a rodzinne dziedzictwo okazało się czymś więcej niż tylko zestawem wspomnień. Stało się częścią jego własnej tożsamości.

Ta więź z muzyką nabrała szczególnego znaczenia w jednym z najbardziej osobistych momentów jego życia. Kiedy odchodził jego tata, Sebastian był przy nim z gitarą. Grał góralskie piosenki, a ojciec próbował rozpoznawać kolejne utwory. Zamiast bezradności wobec nieuchronnego pojawiła się bliskość, której nie trzeba było już tłumaczyć.

Kiedy przychodzi cisza

W tej historii jest coś niezwykle prostego i jednocześnie mocnego: muzyka pozwoliła im być razem wtedy, kiedy słowa przestawały wystarczać. „Byłem przy tacie, grałem góralskie piosenki, a tata zgadywał, co to za utwór” – wspomina Karpiel-Bułecka. Jak mówi, było to doświadczenie piękne i głębokie, bo ojciec nie odchodził po prostu – był otoczony tym, co kochał, i dzięki temu czuł się szczęśliwy.

Dla muzyka scena może być źródłem ogromnej energii. Jest publiczność, światła, rytm, wspólne granie i szczególny rodzaj porozumienia, którego nie da się do końca przełożyć na język. Karpiel-Bułecka opisuje je wręcz jako „język duchowy” – coś, co powstaje pomiędzy członkami zespołu podczas koncertu.

Problem zaczynał się po zejściu ze sceny.

Przez lata emocjonalny kontrast między koncertowym pobudzeniem a zwyczajnością po występie potrafił być dla niego bardzo trudny. Ten „skok dopaminowy” po koncercie, jak sam go określa, zostawiał pustkę, szczególnie kiedy nie miał jeszcze rodziny. Po intensywnym doświadczeniu nagle nie było do czego wracać. Artysta przyznaje, że zdarzało mu się to ocierać o depresję.

Dziś ten mechanizm wygląda inaczej. Żona, dzieci, dom i codzienność sprawiły, że po zejściu ze sceny istnieje coś więcej niż tylko cisza. „Od kiedy mam żonę, dzieci, tych skoków emocjonalnych nie czuję” – mówi. Rodzina stała się więc nie tylko przestrzenią prywatności, ale też swoistą przeciwwagą dla życia opartego na ciągłej intensywności.

Kiedy wchodzi lęk

Jednym z ważniejszych tematów rozmowy jest lęk. Karpiel-Bułecka zdecydował się mówić o swoich stanach lękowych publicznie, choć mógłby przecież pozostawić je w sferze prywatnej. Powód był prosty: skoro sam doświadczył trudności, chciał, żeby jego historia mogła pomóc komuś, kto właśnie przeżywa coś podobnego.

Wciąż funkcjonujemy w rzeczywistości, w której problemy psychiczne bywają traktowane inaczej niż choroby ciała. O osobie cierpiącej z powodu lęku czy depresji łatwo powiedzieć, że „przesadza”, „wymyśla” albo powinna po prostu wziąć się w garść. Muzyk sprzeciwia się takiemu myśleniu. „Nerwica lękowa czy depresja to takie same choroby jak na przykład grypa” – podkreśla. Jego zdaniem takie podejście może być ważne zarówno dla osoby, która mierzy się z problemem, jak i dla jej najbliższych.

Jest w tym także bardzo osobista potrzeba oczyszczenia. Karpiel-Bułecka przyznaje, że chciał po prostu wyrzucić z siebie to, co przeżywał. Nie zakładał, że otwartość może mu zaszkodzić. Przeciwnie – uznał, że mówienie o własnych doświadczeniach może odebrać lękowi część jego mocy.

Bo lęk potrafi być absurdalny, a jednocześnie całkowicie realny w odczuciu osoby, która go doświadcza. Muzyk wspomina sytuacje, w których bał się wyjść na scenę, ponieważ był przekonany, że upadnie i umrze. Z zewnątrz trudno znaleźć w takim scenariuszu logikę. Dla człowieka znajdującego się w środku ataku lęku ta irracjonalność nie sprawia jednak, że strach staje się mniej dotkliwy.

Odzyskiwanie wpływu

Czy można powiedzieć, że Karpiel-Bułecka ma już ten etap za sobą? Odpowiedź jest daleka od efektownej historii o całkowitym zwycięstwie nad własnymi słabościami. „Nie” – przyznaje. Różnica polega na czymś innym: dziś potrafi wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze i odpowiednio zareagować.

Zamiast czekać, aż lęk urośnie do rozmiarów, z którymi trudno sobie poradzić, stara się wyciszyć, nie brać wszystkiego tak bardzo do siebie i działać profilaktycznie. To podejście jest mniej spektakularne niż opowieść o pokonaniu własnych demonów, ale właśnie dlatego brzmi wiarygodnie. Nie chodzi o to, żeby już nigdy się nie bać. Chodzi o to, by wiedzieć, co zrobić, kiedy strach znowu się pojawi.

Karpiel-Bułecka mówi zresztą bardzo stanowczo o tym, czego – jego zdaniem – nie należy robić. Zamknięcie się w domu, pozostanie na kanapie i unikanie sytuacji wywołujących lęk może dawać chwilową ulgę, ale w dłuższej perspektywie tylko wzmacnia problem. „Najgorsze, co możesz zrobić, to ucieczka przed lękiem” – przekonuje. W jego doświadczeniu skuteczniejsza okazuje się droga małych kroków: wychodzenie naprzeciw temu, czego się boimy, nawet jeśli wymaga to sporego wysiłku.

Nie jest to recepta na życie bez lęku. Raczej sposób na odzyskiwanie wpływu na własne życie.

Człowiek renesansu

Muzyka nie jest zresztą jedynym światem, w którym porusza się Sebastian Karpiel-Bułecka. Jego drugim zawodowym obszarem jest architektura. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to dwie odległe dziedziny: jedna opiera się na dźwięku, rytmie i emocji, druga na konstrukcji, przestrzeni i precyzji.

Dla niego mają jednak wspólne źródło. Także zainteresowanie architekturą przyszło przez rodzinę i tradycję. Karpiel-Bułecka mówi, że podobnie jak w przypadku muzyki jest to coś, co „wyniósł z domu od dziada pradziada”.

Może właśnie dlatego te pozornie różne role nie wykluczają się w jego przypadku. Muzyk, architekt, mąż i ojciec nie muszą być osobnymi wcieleniami. Tworzą jedną opowieść o człowieku, który przez lata nauczył się czerpać siłę z własnych korzeni, ale też coraz uważniej przyglądać się temu, co dzieje się w jego głowie.

Rozmowa Zofii Fabjanowskiej z Sebastianem Karpielem-Bułecką to więc nie tylko spotkanie z liderem jednego z najbardziej charakterystycznych polskich zespołów. To rozmowa o przyjemności tworzenia, rodzinnych więziach, cenie intensywnego życia i o tym, że siła wcale nie musi oznaczać niewzruszoności. Czasem oznacza po prostu umiejętność powiedzenia: boję się. A potem – zagrać kolejny utwór, zrobić następny krok i wrócić do domu.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email