1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Usłyszeć siebie

Usłyszeć siebie

Kiedy ostatnio dźwięczała ci w uszach cisza? Słyszałaś skrzypienie śniegu? Bicie własnego serca? Własne myśli? Czułaś pulsującą w żyłach krew? A czy nie jest aby tak: Wchodzisz do domu – włączasz telewizor, wsiadasz do samochodu – nastawiasz radio. Słuchawki na uszach w autobusie i na spacerze. Przyznajmy, zakrzykujemy nawet święta, które wymagają ciszy (wszak rodzi się Dzieciątko),a jednocześnie bardzo tej ciszy pragniemy. Czujemy, że w niej tkwi źródło odnawialnej siły.

Jest taki niezwykły film dokumentalny Philipa Groninga „Wielka cisza”. Nie ma w nim muzyki, dialogów, akcji, jest natomiast dużo – cztery godziny – przenikliwej ciszy. Właściwie cały film jest ciszą, ponieważ opowiada o klasztorze Kartuzów w Alpach Francuskich, w którym obowiązuje jedna z najbardziej ścisłych reguł w Kościele rzymskokatolickim. Mnisi, odcięci od świata, modlą się, medytują, śpiewają, pracują, a wszystko to w powtarzalnym nieśpiesznym rytmie.

Na początku wprowadzono ten film w jednej kopii do jednego kina w Warszawie. I stało się coś niesamowitego. Po bilety do kina Muranów zaczęły ustawiać się długie kolejki, jakich nie widziało się przed kasami kin od dawna. Trzeba było zamówić więcej kopii, zorganizować więcej seansów. W rezultacie ten surowy, prosty film, którego bohaterem jest cisza, obejrzało ponad 80 tysięcy widzów.

Kierownik kina Muranów Adam Trzopek opowiada, że był bardzo ciekaw reakcji widzów. A oni nie dość, że nie wychodzili w trakcie seansu, to jeszcze sprawiali wrażenie, jakby chcieli zostać w kinie dłużej.

– To było niezwykle ciekawe, obserwować, jak ludzie wpadali do kina roześmiani, rozgadani, z telefonem przy uchu, a opuszczali je w skupieniu, zamyśleniu.

Na czym polega fenomen „Wielkiej ciszy”? Myślę, że między innymi na tym, że odwołuje się do jednej z naszych silnych potrzeb – potrzeby wyciszenia się, często stłumionej. Wielu ludzi w ogóle nie potrafi jej w sobie odkryć. Innym niezbędny jest jakiś bodziec, choćby taki film właśnie.

Tak cię uczyli od lat,Tylko krzykiem zdobywa się świat

Maciej Kałkus, dyrektor artystyczny „Gazety Wyborczej”, potrzebę wyciszenia się odkrył sam, i to wcześnie, bo już jako student Akademii Sztuk Pięknych. Studenckie życie zaczął jednak od wejścia w artystyczny luzacki świat. Jakaś impreza, wszyscy, on też, mocno wstawieni, a z nim dzieje się coś takiego, jakby widział siebie z zewnątrz. „Co ja tu robię?”, myśli. Wstaje i wychodzi.

– Nagle dotarło do mnie, że takie życie jest bez sensu. Ale to nie było tak, że ja coś wykalkulowałem. To się zadziało samo. Na krótko zostałem totalnie odepchnięty przez środowisko, zresztą nie dziwię się moim kolegom, bo zachowałem się jak idiota. Mieli prawo zinterpretować moje zachowanie jako pogardę, brak akceptacji.

Maciek powiedział: „Dość, nie chcę tak żyć”, choć jeszcze wtedy nie wiedział co dalej. Przez jakiś czas nie mógł się odnaleźć. Dwa lata wcześniej zmarł mu ojciec, zabrakło więc w jego życiu kogoś, kto by pasował go na mężczyznę. Miotał się. Był nawet u psychiatry, dostał tabletki, ale intuicja podpowiadała mu, że branie prochów to ostatnia rzecz, jaką w takiej sytuacji należy robić. Czuł, że powinien skonfrontować się ze swoim wewnętrznym cierpieniem.

– Widocznie musiałem najpierw przeżyć dezintegrację, żeby potem się posklejać. Miałem szczęście, bo spotkałem Wojciecha Eichelbergera, zacząłem chodzić na terapię, pracować nad sobą.

Cały czas szukał jednak odpowiedzi na pytanie: Jak pogodzić studia, a potem aktywne uprawianie zawodu grafika – który zawsze go pasjonował, ale który jednocześnie jest niezwykle absorbujący i stresujący – z codziennym życiem? Wychowany został w wierze katolickiej, chodził do kościoła, jednak czegoś mu brakowało. Dopiero, kiedy przeczytał książkę „Trzy filary zen” Philipa Kapleau, odkrył, że tym czymś jest cisza. To było to poszukiwane przez Maćka narzędzie i zarazem język, którego używa już 30 lat.

 – Ważne, żeby każdy z nas odnalazł swój język – mówi Maciek. – I żeby się nie zrażać, że na początku nie jest łatwo, bo cisza stanowi niewygodę dla ego, które przed nią się broni. W ciszy ujawnia się cała głęboko ukryta sfera cierpienia, ego robi więc wszystko, żeby to cierpienie zagłuszyć. Ploteczki, chi, chi, cha, cha, kawka, ucieczki w pracoholizm, nałogi, agresja, seksoholizm. Wszystko, byleby tylko nie chwila samotności. Osiągnęliśmy w tym mistrzostwo.
Z kolei Henri J.M. Nouwen, holenderski pisarz, wykładowca uniwersytecki, duchowy autorytet, uważa, że życie, w którym brakuje centrum ciszy, jest zagrożone destrukcją. W książce „Z samotności” pisze: „Jeśli uzależnimy się od rezultatów swoich działa  jako jedynego kryterium naszego samookreślenia, staniemy się zachłanni i niedostępni, a bliźnich będziemy traktować raczej jak wrogów, których należy trzymać na dystans, niż jak przyjaciół, z którymi dzielimy dary życia. W ciszy możemy stopniowo odsłonić iluzję swojej chęci posiadania i odkryć w samym centrum własnego »ja«, że naszą istotą nie jest to, co zdobędziemy, lecz to, co zostało nam dane”.

Tego naprawdę ci brak, Ona jedna prawdziwy ma smak

Renata Jankowska, architektka, odczuła potrzebę ciszy bardzo intensywnie po dość burzliwym, choć też – jak podkreśla – pięknym okresie młodości. Wcześniej płynęła z nurtem wydarzeń, trochę bezrefleksyjnie, ale nie czuła się z tym wygodnie. W pewnym momencie odkryła medytację, której podstawą jest pozostawanie w ciszy.

– Poczułam, jakbym powróciła do domu z dalekiej podróży. To było doświadczenie, które zmieniło moje życie. Ono rozpoczęło długi proces prowadzący poza tajemnicę „ja”.

Renata uważa, że współczesny człowiek coraz bardziej pragnie ciszy, ponieważ przeczuwa istnienie innego wymiaru życia, a w jego świadomości panuje kompletny zamęt.

– Jesteśmy przytłoczeni nadmiarem informacji, schematów, gotowych kalk. Patrzymy na świat z poziomu głowy. W ciszy nasza świadomość powoli schodzi do poziomu serca, a stamtąd widać i ludzi, i rzeczy takimi, jakimi są. Działając z tego poziomu, pozbywamy się złudzeń dotyczących siebie, innych, świata i krok po kroku uwalniamy się od naszego głównego balastu, czyli egoizmu.

Dla Renaty, praktykującej katoliczki, cisza ma wymiar religijny. Jest przestrzenią dla modlitwy, medytacji chrześcijańskiej i – jak to określa Renata – działania Ducha Świętego.

Dlaczego cisza jest w modlitwie tak ważna? Julia Fiedorczuk na internetowej stronie katolickiego Biura Literackiego pisze: „Dlatego, że jedynie milcząc, stajemy się prawdziwie obecni – dla siebie i dla Boga. Wiadomo, że nieobecni nie mogą się spotkać! Trzeba zatem »porządnie« zanurzyć się w milczeniu, by stać się obecnym najpierw dla siebie samego. Jest to warunek spotkania z Bogiem. Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty celnie zauważa: »Bóg jest przyjacielem milczenia. Potrzebujemy milczenia, byśmy mogli dojść do duszy«”.

Zdaniem Renaty Jankowskiej pułapką jest jednak myślenie, że pozostawanie w ciszy prowadzi natychmiast do osiągnięcia spokoju i wewnętrznej wolności.

– To nieraz trudny, burzliwy proces, który może trwać całe życie.

Ojciec Jan Bereza, twórca Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu, dzieli praktykowanie ciszy na to przed burzą i po burzy.

– W ciszę wchodzimy nie po to, żeby zapaść w letarg, ale żeby zrobić porządek ze swoim życiem. Dlatego czasem zanurzenie się w ciszę paradoksalnie najpierw wywołuje dużo hałasu w nas samych, ale to tylko stan przejściowy. Potem możemy już osiągnąć tę ciszę, której nikt nie jest nam w stanie odebrać. Bliskie są mi słowa Ojców Pustyni, którzy mówili, że jeżeli chcesz poznać Boga, musisz najpierw poznać samego siebie. Ale także słowa Edwarda Stachury: „Nie poznawszy siebie, nie przeraziwszy się sobą, zaprawdę z piekła nie wyjdziesz”. Samego siebie poznaje się w ciszy. Dlatego właśnie ciszę i samotność od wieków wykorzystywano w różnych tradycjach i religiach do tego, aby przemieniać ludzkie serca.

Dlaczego zatem uciekamy w hałas?

Renata Jankowska: – Ponieważ wydaje się nam, że zewnętrzny szum, informacje z radia, telewizji porządkują nasz wewnętrzny chaos. A one tylko przygłuszają kłębiące się w nas problemy, z którymi nie umiemy się skonfrontować. Od dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do życia w hałasie, który jest niejako naszym naturalnym, bo jedynym znanym, środowiskiem. Rodzice starają się zorganizować swoim dzieciom jak najwięcej zajęć, bo sądzą, że dziecko nieustannie stymulowane lepiej rozwija się intelektualnie. Ale intelektualna strona człowieka to nie wszystko. Powinniśmy przyzwyczajać dzieci do zabawy w ciszy, bez grającego w tle radia czy telewizora.

Sza, cicho sza, czas na ciszę,Tę, którą w swym sercu słyszysz

Maciek Kałkus stara się praktykować ciszę (w zen mówi się „siedzieć”) codziennie.

– Wiadomo, praktyka czyni mistrza. łatwiej doświadczać dobrodziejstw wyciszenia, gdy praktykuje się je regularnie. Jeśli tylko od czasu do czasu – trzeba za każdym razem przekraczać ograniczenia ego, które podżega: Nie rób tego, po co masz się męczyć.

Maciek przyznaje, że jemu potrzebna jest także praktyka grupowa. Bo jak się pozostaje w ciszy samemu, to istnieje więcej możliwości ucieczki, trudno narzucić sobie dyscyplinę, można wstać, powiedzieć: a, to już wystarczy.

 
Cisza grupowa jest dyskomfortowa, bo narusza intymność, ale też narzuca pewne reguły zachowania, które ułatwiają zanurzenie się w niej. Maciek jeździ do ośrodka zen w warszawskiej Falenicy. Praktykuje „siedzenia” dwudniowe raz w miesiącu i tygodniowe co pół roku.

– Trzeba podchodzić do tych praktyk uczciwie. Kiedyś ktoś przyszedł do naszego ośrodka na kilkudniowe zazen  z ulicy. I nagle zniknął. Potem okazało się, że na macie zostawił list: „Tu jest gorzej niż w piekle”. Ludzie przychodzą czasami do ośrodka, żeby uciec od rzeczywistości, a to przecież nie o to chodzi. Rzeczywistość też jest prawdziwa. Cisza może być początkiem, który pomaga się w niej odnaleźć.

Renata stara się, tak jak zalecają mistrzowie, pozostawać w ciszy dwa razy dziennie po 20, 30 minut. Kilka razy do roku wyjeżdża także do Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu (prowadzonego dzisiaj przez ojca Maksymiliana).

– To niezwykłe miejsce. Pozwala łączyć ciszę z codziennym życiem. W Lubiniu można nie tylko medytować, ale także razem z ojcami benedyktynami pracować, spożywać posiłki. Benedyktyni pokazują, że cisza może być wprzęgnięta w codzienność, że to nie jest tak: skupienie albo praca.

Ojciec Jan Bereza: – Święty Benedykt zapisał w regule klasztoru półtora tysiąca lat temu, że ma to być miejsce dla mnichów, ale i dla gości, którzy powinni znaleźć tu ukojenie. I od tamtego czasu ten ideał jest praktykowany. Goście mogą uczestniczyć w naszych wspólnych modlitwach, posiłkach, pracy. Nie ma sztywnych zasad ich pobytu, ustala się je w każdym przypadku z prefektem. Można pozostawać we wspólnocie, w samotności, można umówić się z zakonnikiem na duchową rozmowę, wziąć udział w medytacjach.

Ojciec Jan mieszka w klasztorze w Lubiniu 25 lat i widzi, jak bardzo zmieniła się motywacja przyjeżdżających tu ludzi. 20 lat temu chcieli przede wszystkim pogłębić swoją wiarę. Teraz jest więcej osób zagubionych, poszukujących, które stanęły na rozdrożu i pragną coś ze swoim życiem zrobić. Najwięcej przyjeżdża warszawiaków.

– Myślę, że jest to związane z ceną, jaką płaci się dziś za życie w wielkim mieście, pełne hałasu, zbyt dużej aktywności, stresu. Ale ten hałas i cywilizacyjne osiągnięcia – w postaci telefonów, komputerów – docierają nawet do klasztorów, przynajmniej w Polsce. Na Zachodzie rezygnuje się z osiągnięć cywilizacji, wraca się do reguły klasztoru w pierwotnym rozumieniu, do prostoty życia, do ciszy.

Podejdź i zanurz się w nią, Kryształową i czystą jej toń

Na ostatnim festiwalu filmowym w Gdyni zagadnęłam reżysera Krzysztofa Krauzego o pomysły na nowe filmy. Odpowiedział: – Mam ich wiele. Problem nas, twórców, nie polega na braku pomysłów, tylko na tym, żebyśmy chcieli przez jakiś czas pobyć w ciszy. Bo pomysły właśnie wtedy się rodzą. I zapytał zaczepnie: – A kiedy ty siedziałaś nad tekstem w ciszy?

Renata i Maciek podkreślają, że cisza uczy uważności. A uważność powoduje, że człowiek po prostu o wiele szybciej i sprawniej działa.

Maciek Kałkus: – Moje doświadczenie jest takie, że cokolwiek dostaję z zewnątrz, jest nietrwałe, nieważne. Natomiast to, co wychodzi ze mnie i z ciszy, jest zdecydowanie bardziej efektywne i nie powoduje konfliktów ze światem. Praktykowanie ciszy nie gwarantuje mi oczywiście, że nie będę popełniał błędów, ale daje szansę te błędy poprawić. Pozwala na chwilę być widzem swojego życia, zdystansować się od wielu problemów, zobaczyć, czy nikt nie narusza moich granic, odpowiedzieć sobie na ważne pytania. Cisza hołubiona daje siłę do zmaga  z problemami dnia codziennego. Ja w każdym razie nie znam innego sposobu duchowej regeneracji. Można też praktykować ciszę aktywnie. Latem dojeżdżam do pracy (kilkanaście kilometrów) na rowerze, pracuję w ogródku. W takich prostych czynnościach też można odnaleźć kosmos.

Renata Jankowska: – Nie odczuwam potrzeby oglądania telewizji, ale to nie znaczy, że straciłam zainteresowanie tym, co się dookoła dzieje. Wręcz przeciwnie – śledzę wydarzenia, czytam, jestem na bieżąco i wszystko ciekawi mnie dużo bardziej. Po latach praktyki doszłam do tego, że nie dzielę życia na ciszę i codzienność. Cisza nie odciąga nas bowiem od życia. Ona montuje nas w samym jego środku.     

Śródtytuły pochodzą z tekstu piosenki „Cisza jak ta” autorstwa Andrzeja Mogielnickiego z repertuaru Budki Suflera.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze