1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Brad Pitt i jego najważniejsze role

Brad Pitt i jego najważniejsze role

Brad Pitt podczas londyńskiej premiery
Brad Pitt podczas londyńskiej premiery "Pewnego razu w... Hollywood". (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Brad Pitt to jedna z najpopularniejszych gwiazd współczesnego kina. Swój sukces zawdzięcza nie tylko nienagannej aparycji, ale również ogromnemu talentowi, dzięki któremu może wcielać się w rozmaite, bardzo zróżnicowane role.

W ciągu ostatnich 30 lat zagrał w ponad sześćdziesięciu filmach, był pięciokrotnie nominowany do Oscara (którego otrzymał w 2013 roku za film „Zniewolony. 12 Years a Slave” Steve’a McQueena) i mimo to, wciąż zaskakuje. Wielokrotnie udowodnił, że może zagrać każdą rolę. Nie boi się żadnego aktorskiego zadania, a te najtrudniejsze do zrealizowania przyjmuje ze zdwojoną przyjemnością. Do tej pory mogliśmy oglądać go jako urzekającego amanta, psychopatycznego seryjnego mordercę, detektywa-twardziela, żydowskiego wojskowego, chorego psychicznie chłopca, a nawet wampira. Rewelacyjnych kreacji jest jednak jeszcze więcej… Z okazji 56. urodzin aktora, dokonaliśmy przeglądu tych najciekawszych.

 „Thelma i Louise” (1991)

https://www.youtube.com/watch?v=2iBFmKlO4BY&t=20s

Przygoda Brada Pitta z aktorstwem rozpoczęła się już w latach 80., jednak dopiero film "Thelma i Louise" z 1991 roku przyniósł mu popularność. O rolę J.D. - przystojnego włóczykija z filmu Ridleya Scotta ubiegali się m.in. Johnny Depp, Tom Cruise, Sean Penn, Alec Baldwin i George Clooney. Ostatecznie angaż otrzymał jednak Pitt, a występ w filmie stał się prawdziwym przełomem w jego karierze. Epizodyczna rola autostopowicza zapewniła mu rozpoznawalność i pozwoliła osiągnąć status jednej z największych gwiazd Hollywood.

„Wywiad z wampirem” (1994)

https://www.youtube.com/watch?v=SqHo79Ox5_E

Ekranizacja powieści Anne Rice w reżyserii Neila Jordana to doskonały dowód na to, że Brad Pitt z powodzeniem wcieli się w dosłownie każdą rolę. Tym razem widzimy go jako rozgoryczonego wdowca, który aby poradzić sobie z cierpieniem po stracie żony, przemienia się w wampira. W rolach głównych występują również Tom Cruise i Kirsten Dunst.

 „Wichry namiętności” (1994)

https://www.youtube.com/watch?v=fSTyL-KbUM0

W kultowym melodramacie „Wichry namiętności” z 1994 roku Pitt wcielił się w rolę prawdziwego amanta i dzięki niej otrzymał swoją pierwszą nominację do Złotego Globu. Statuetki co prawda nie otrzymał, jednak jego występ aktorski na długo pozostał w pamięci widzów i choć atrakcyjność fizyczna Pitta wyeksponowana w roli Tristana była oczywistym atutem, szybko okazała się również brzemieniem.

„Siedem” (1995)

https://www.youtube.com/watch?v=1txN-utYn2U

Kreacja młodego i nieco naiwnego detektywa w mrocznym thrillerze Davida Finchera to pierwsze poważne wcielenie Brada Pitta. I choć nie był on pierwszym kandydatem do roli Davida Millsa, trzeba przyznać, że wczuł się w postać rewelacyjne, a kultowa scena kończąca film to prawdopodobnie jeden z najlepszych popisów aktorskich Pitta. Co ciekawe, w pierwotnej wersji scenariusza Mills miał być czarnoskóry, a do roli brano pod uwagę m.in. Danzela Washingtona.

„12 małp” (1995)

https://www.youtube.com/watch?v=15s4Y9ffW_o

Nagrodzona Zlotym Globem drugoplanowa rola Jeffreya Goinesa w filmie „12 małp” Terry’ego Gilliama była pierwszym krokiem do zerwania Brada Pitta z wizerunkiem słodkiego chłopca, do którego wzdychają tabuny kobiet. Aktor zagrał tu klasycznego psychopatę, a kreacja obłąkanego i nieobliczanego chłopaka, jaką udało mu się stworzyć dopracowana jest niemalże do całkowitej perfekcji.

„Podziemny krąg” (1999)

https://www.youtube.com/watch?v=bv_CWBRf80k

„Podziemny krąg” z 1999 roku to kolejny owoc współpracy Brada Pitta z Davidem Fincherem i jak uważa wielu krytyków jeden z najlepszych filmów w historii kina. Aktor wcielił się tu w niezwykle wyrazistą postać walczącego z systemem Tylera Durdena, założyciela tzw. Fight Clubu i udowodnił jak wielki posiada talent. Jego kreacja to mocny obraz charyzmatycznego, brutalnego i bezpośredniego człowieka, który nie cofnie się przed niczym.

„Przekręt” (2000)

https://www.youtube.com/watch?v=ni4tEtuTccc

Krążą plotki, że Brad Pitt sam wyprosił u Guya Ritchie’ego angaż w filmie „Przekręt”. Nie do końca, wiadomo czy jest to prawdą, jednakże drugoplanową rolą Mickey’ego O’Neala, którą otrzymał, prawie całkowicie przyćmił aktorów, będących na pierwszym planie. Gwarantujemy, że oglądanie zabawnego i niezwykle energicznego Pitta w roli niezbyt rozgarniętego cygańskiego boksera to prawdziwa uczta dla kinomana.

 „Pan i Pani Smith” (2005)

https://www.youtube.com/watch?v=5E4GfsLD14U

„Pan i Pani Smith” to istotny film w kontekście życia prywatnego Brada Pitta. W filmie tym odegrał on rolę płatnego zabójcy pracującego dla dwóch tajnych agencji. To lekka i zabawna produkcja, która wciąga, relaksuje i intryguje. U boku aktora wystąpiła zjawiskowa Angelina Jolie, a płomienny i wielokrotnie komentowany przez media romans, który rozpoczął się między aktorami na planie filmu zakończył małżeństwo Pitta z Jennifer Aniston.

 „Bękarty wojny” (2009)

https://www.youtube.com/watch?v=zs2uV1xapTA

Porucznik Aldo Raine jest żydowskim wojskowym, który mści się na nazistach. Wydawałoby się, że niemożliwym jest uczynienie z niego postaci rozrywkowej. A jednak! Bradowi się to udało. W końcu mamy do czynienia z projektem ekscentrycznego Quentina Tarantino. „Bękarty wojny” to pierwsza produkcja, przy której Pitt miał okazję z nim współpracować, a rola, jaką w niej odegrał pozwoliła mu ponownie rozwinąć skrzydła.

 „Pewnego razu... w Hollywood” (2019)

https://www.youtube.com/watch?v=ZSS2Z9sutO8

Tego lata Brad Pitt ponownie pojawił się na dużym ekranie i to po raz kolejny w  produkcji Quentina Tarantino. W filmie „Pewnego razu... w Hollywood” aktor gra rolę kaskadera, który wraz z przyjacielem, Rickiem Daltonem (w tej roli Leonardo DiCaprio) próbuje na nowo rozpocząć swoją karierę w przemyśle filmowym. Film otrzymał 5 nominacji do Złotych Globów, a jedna z nich (w kategorii „Najlepszy aktor drugoplanowy”) należy właśnie do Brada Pitta.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowa platforma VOD z klasyką kina - kuratorem Tomasz Raczek

W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela
W ofercie nowej platformy Entclick znalazł się m.in. legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia" z Catherine Deneuve w roli głównej. (Fot. Paris Film/Entertainment Pictures/Forum)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Kinomaniacy czekali na taki serwis od dawna. W ubiegłym tygodniu ruszyła nowa platforma VOD Entclick, na której obejrzymy zrekonstruowane cyfrowo klasyki kina z lat 70., 80, i 90. O selekcję kultowych tytułów zadba kurator serwisu Tomasz Raczek.

Kultowe filmy, legendarni twórcy, wielcy aktorzy i autentyczne emocje. Nowy serwis VOD Entclick to wyspa prawdziwej filmowej rozrywki - znajdziemy tam całą masę klasycznych tytułów z lat 70., 80. i 90. Świeżo uruchomiona platforma zachwyca jednak nie tylko wyszukanym repertuarem, ale również jakością udostępnianych filmów (każdy z nich obejrzeć można w technologii HD i 4K). Na premierową ofertę serwisu składa się aż 50 kultowych pozycji, jednak z każdym tygodniem będzie ona uaktualniana o pięć nowych tytułów - część z nich będzie dostępna jedynie w Entclick.

Kuratorem serwisu został Tomasz Raczek. "Jako kurator Entclicka będę uważnie dobierał kolejne licencje. Nasza oferta skierowana jest do osób z wyrobionym gustem filmowym. To miejsce, które szanuje czas i nie zmusza do scrollowania w nadziei na znalezienie czegoś wartościowego. Czuję, że "Perły z lamusa" wracają! Wiem, co powiedziałby teraz Zygmunt Kałużyński: Szkoda, że tego nie dożyłem!" – mówi Tomasz Raczek.

"Entclick.com jest miejscem dla miłośników rasowego kina arthousowego, szukających nowych doznań artystycznych. Miejscem dla fanów klasycznych obrazów w doskonałej jakości, szukających treści do tej pory trudno dostępnych. Serwis jest odpowiedzią na poszukiwania czegoś więcej niż tylko filmu jako "zapełniacza" wieczoru" – dodaje właściciel serwisu Jacek Bednarz.

https://www.youtube.com/watch?v=OYB02rqWSSY

Oferta platformy podzielona została na pięć kategorii. "Alfabet zbrodni" to zbiór filmów o detektywach, bandytach i seryjnych mordercach. "Mistrzowie kampu" z kolei gromadzą produkcje tak złe, że aż dobre. Kategoria "W szponach zła" zaprasza na spotkanie z kinem grozy, natomiast "Ludzkie historie" przedstawią emocjonujące tytuły, które poruszą nawet najtwardszych widzów. Znalazło się miejsce również na autorską kategorię Tomasza Raczka, "Tomasz Raczek poleca". Na dobry początek kurator serwisu wybrał kultowy debiut braci Coen - "Śmiertelnie proste" oraz legendarny film Luisa Bunuela "Piękność dnia".

Wśród 50 pozycji dostępnych na platformie znajdziemy również takie tytuły jak: "Pogarda" Jeana-Luca Godarda, "Czerwony smok" Michaela Manna, "Mgła" Johna Carpentera, "Harry Angel" Alana Parkera, "Producenci" Mela Brooksa, "Widmo wolności" Luisa Bunuela oraz "Ran" Akiry Kurosawy. W ofercie nie brakuje też produkcji z udziałem największych gwiazd ekranu: Sylvestra Stallone ("Osadzony"), Ala Pacino ("Serpico"), Arnolda Schwarzeneggera ("Czerwona gorączka"), Louisa de Funesa ("Wielkie wakacje"), Christophera Lamberta ("Nieśmiertelny"), Mickey'a Rourke ("Przystojniak"), Alaina Delona ("Glina"). Każdy tytuł dostępny jest z polskojęzycznymi napisami. Cena wypożyczenia filmu na 3 dni wynosi 10 zł.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

 Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)
Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację? Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca? Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie \"Ojciec\" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać? Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie. No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje? I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć? Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana? Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala? Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach? Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne? Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda? Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości. Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) \"Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia\" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga? Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym? Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.

  1. Kultura

Dobre kino na Święta. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

 (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
(Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Bez względu na to, jak spędzacie tegoroczne Święta Wielkanocne, warto podczas ich trwania znaleźć chwilę wytchnienia. I spędzić ją na przykład oglądając dobre kino. Wśród filmów dostępnych online w zasięgu ręki są ciekawe produkcje z całego świata, ale co powiecie na te, które powstały tutaj i pokazują nasz kraj z różnych ciekawych perspektyw?

„Zabij to i wyjedź z tego miasta”

(Fot. materiały prasowe Gutek Film) (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Jeden z najgłośniejszych filmów zeszłego roku. Wielki zwycięzca festiwalu w Gdyni (pierwsza w historii animacja nagrodzona Złotymi Lwami), pokazywany premierowo na Berlinale, wyróżniony na festiwalu w Annency. „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to opowieść bardzo intymna, projekt życia Mariusza Wilczyńskiego, który pracował nad tą niezwykłą produkcją aż 14 lat. To także hołd złożony przeszłości – mamie, bluesmanowi Tadeuszowi Nalepie, który był Wilczyńskiego przyjacielem i mentorem, a także, a może przede wszystkim rodzinnemu miastu, czyli Łodzi. Opowieść liryczna, rysowana charakterystyczną dla autora rozedrganą kreską. Niesamowite wrażenie robią także głosy osób, które Wilczyński przez lata zdołał zaprosić do współpracy. Jego film zdubbingowali m.in. Barbara Krafftówna, Krystyna Janda, Anna Dymna, Marek Kondrat, wystąpić zdążyli jeszcze Irena Kwiatkowska, Tomasz Stańko, Andrzej Wajda.

Do obejrzenia od 4 kwietnia w wirtualnej sali Kina Muranów (kinomuranow.pl/film/zabij-i-wyjedz-z-tego-miasta-seans-online) oraz na platformie Nowe Horyzonty VOD. 

„Prime Time”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Nowość i spore zaskoczenie. Trudno uwierzyć, że „Prime Time” jest debiutem. Reżyser Jakub Piątek swoją pierwszą pełnometrażową fabułę nakręcił z dużym wyczuciem, dojrzale, dbając o najdrobniejszy szczegół. Akcja filmu toczy się w sylwestrowy wieczór, za kilka godzin zacznie się rok 2000. O latach 90. będzie się mówiło w czasie przeszłym, ale nadal doskonale widać je w tureckich swetrach, satynowych bluzkach, sztywnych od lakieru fryzurach z obowiązkowymi „pazurkami”. Do studia telewizyjnego, skąd nadawany jest konkurs audiotele, wdziera się uzbrojony napastnik (Bartosz Bielenia). Jego zakładnikami stają się przypadkowy ochroniarz (Andrzej Kłak) i prowadząca program (Magda Popławska). Chłopak z bronią ma jedno żądanie – chce ogłosić coś na żywo na wizji. W budynku telewizji pojawiają się policyjni negocjatorzy i ekipa antyterrorystyczna, liczy się każda minuta. Czy napastnikowi wymachującemu bronią można oddać we władanie antenę? Wszystko to brzmi być może jakby chodziło o klasyczne kino akcji, a jednak „Prime Time” jest czymś więcej. To film z mocnym przekazem, inteligentny, zaskakujący. Dodatkowy plus za mistrzów trzeciego planu, doskonale obsadzonych naturszczyków w rolach pracowników telewizji.

Do obejrzenia na platformie Netflix.

„Dzikie róże”

(Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty) (Fot. materiały prasowe Nowe Horyzonty)

Film nakręcony przez kobiety – wyreżyserowany przez Annę Jadowską i sfilmowany przez Małgorzatę – z rewelacyjną rolą Marty Nieradkiewicz. Jak go polecić, nie zdradzając zbyt wiele? Główna bohaterka Ewa mieszka na dolnośląskiej wsi. Z dwójką dzieci i mężem, choć w praktyce zwykle bez niego, bo ten pracuje w Norwegii, żeby zarobić na wykończenie ich domu. Ewa ma też, jak się wkrótce okazuje, romans z sąsiadem, zapatrzonym w nią nastolatkiem. To zresztą tylko wierzchołek góry lodowej, bo pod powierzchnią kryje się więcej zagmatwanych relacji, emocji, starannie ukrywanych sekretów. Rzadko polskie kino tak wnikliwie przygląda się prowincji, bez oceniania, spłycania, poczucia wyższości. Rzadko kiedy twórcy tak wnikliwie i ze zrozumieniem przyglądają się kobiecie i powierzonym jej rolom, które tak często bardzo trudno pogodzić. Reżyserka odkrywa kawałek po kawałku różne prawdy, racje, motywy postępowania poszczególnych postaci. Wszystkie pokazane tu osoby mają coś na sumieniu, i właściwie wszystkie są tak samo niewinne, każdą da się jakoś zrozumieć, bo to kino kręcone z dużą empatią.

Do obejrzenia na platformach ncplusgo.pl, Nowe Horyzonty VOD, Chili, ipla.pl, vod.pl, vod.tvp.pl.

„Lekcja miłości”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Dokument, który zwyciężył w konkursie „Zwierciadła” na zeszłorocznym festiwalu Docs Against Gravity. Festiwalu, który – przypominam – w tym roku rozpoczyna się 21 maja i odbędzie się najpierw na żywo, natomiast w czerwcu ruszy w wersji online. „Lekcję miłości” postanowiliśmy nagrodzić dlatego, że zakochaliśmy się w głównej bohaterce. Nie chodzi tylko o to, że pani Jola jest kobietą z niesamowitym wyczuciem stylu. Ale przede wszystkim o jej niezłomną wiarę, że ma prawo być kochana i szanowana. Po 45 latach małżeństwa decyduje się uwolnić z przemocowego związku i zaczyna wszystko od nowa. Opuszcza Włochy, gdzie kiedyś wyemigrowała z mężem i dziećmi, i wraca do rodzinnego Szczecina. Zapisuje się na lekcje śpiewu, spotyka się z dawnymi przyjaciółkami, chodzi na tańce i na tańcach właśnie poznaje mężczyznę, który jest jej szansą na miłość. Jest to więc, zgodnie z tytułem, opowieść o miłości (z happy endem!), o pani Joli, o kobietach różnych pokoleń, bo córki głównej bohaterki i jej przyjaciółki zabierają tu głos i mówią o sobie tak szczerze, jak to tylko możliwe.

Do obejrzenia na platformach: HBO GO, ipla.pl, player.pl, vod.mdag.pl.

„Smak Pho”

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Ciekawy kulturowy miks, bo reżyserka „Smaku pho”, czyli Japonka Mariko Bobrik filmówkę kończyła w Łodzi i postanowiła nakręcić film o Wietnamczykach w Warszawie. W jednym z wywiadów Bobrik mówiła, że smak tytułowej pho kojarzy jej się z poczuciem bezpieczeństwa: miska pełnowartościowej zupy, która cię rozgrzeje i nasyci. Oglądamy tu codzienność pana Longa, kucharza, specjalisty od pysznej pho, pracującego w wietnamskiej knajpce w centrum Warszawy. Sam wychowuje córkę, elokwentną dziesięciolatkę Maję, która rozterki, kiedy być „bardziej wietnamska”, a kiedy „bardziej polska” rozstrzyga na bieżąco, według tylko sobie znanego klucza. I chociaż Maja wychodząc co rano na lekcje tuż za progiem mieszkania wyrzuca wietnamskie dania, które przygotowuje jej do szkoły tata (woli podkradać koledze „normalne” kanapki) i zmienia wyprasowaną przez tatę spódniczkę na „normalne” dżinsy, doskonale widać, że ojciec z córką są sobie bardzo bliscy. W ich życiu za chwilę nastąpią spore zmiany. Pracodawca pana Longa wraca do Wietnamu, a knajpę przejmuje nowy właściciel, zamieniając lokal w restaurację serwującą sushi, curry i kebab. Panu Longowi przez jakiś czas wydaje się, że to katastrofa, ale może niekoniecznie, może wystarczy zmienić podejście? Familijny, optymistyczny, nakręcony z humorem film o bliskości i wyobcowaniu, małej codzienności. Rozgrzewający od środka jak zupa pho.

Do obejrzenia na platformach: www.piecsmakow.pl/wdomu, HBO GO, player.pl, ipla.pl, ncplusgo.pl.

  1. Kultura

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca

 Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)
Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nowe obostrzenia w całym kraju to niedobry moment na planowanie podróży? A może wręcz odwrotnie, może właśnie takie planowanie to dobry sposób, żeby myślami wyrwać się z pandemicznej rzeczywistości? Co powiecie na Stambuł? Pojawił się kolejny powód, dla którego warto go odwiedzić.

Miasto dwóch kontynentów – położone i w Europie i w Azji. Olbrzymie z prawie 20 milionami mieszkańców, nieoczywiste, piękne, mroczne. W Stambule nie brakuje historycznych miejsc, które warto odwiedzić. A właśnie teraz, po przerwie, na kulturalną mapę stolicy Turcji wróciło jedno z nich – kino Atlas i Muzeum Kinematografii.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Położone w dzielnicy Beyoğlu, przy słynnym deptaku İstiklal Caddesi (pol. Aleja Niepodległości) w europejskiej dzielnicy Stambułu, swoją działalność rozpoczęło w 1948 roku, a historia budynku, w którym kino się znajduje sięga jeszcze bardziej wstecz – neoklasycystyczną kamienicę ukończono w 1870 roku za panowania sułtana Abdulaziza. To miejsce wielu wyjątkowych premier, festiwali (w tym Międzynarodowego Festiwalu Filmów Fabularnych w Stambule) przez dwa ostatnie lata było zamknięte na głucho z powodu renowacji. Pracami konserwatorskimi zostały objęte między innymi takie miejsca jak scena, widownia, nagłośnienie i foyer. W odnowionym kinie dostępnych jest 483 miejsc siedzących, odnowiona scena o wymiarach 13x7 metrów, możliwe są tu projekcje w wysokiej jakości obrazu 4K, ale także inne niż filmowe wydarzenia, sala przystosowana jest m.in. do spektakli teatralnych.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule (Fot. materiały prasowe)

Renowacji poddane zostało także mieszczące się w tym samym budynku Muzeum Kinematografii. Instytucja udostępnia cyfrowe kopie wszystkich filmów nakręconych w historii tureckiego kina. W muzeum można też będzie zobaczyć krajowe i międzynarodowe nagrody i wyróżnienia, które kino tureckie otrzymało na przestrzeni lat.

Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe) Kino Atlas i Muzeum Kinematografii w Stambule powraca (Fot. materiały prasowe)

A z ciekawostek – wśród zagranicznych gości podczas ceremonii otwarcia kina i muzeum znalazł się znany reżyser Guy Ritchie, który kręci właśnie w Turcji swój najnowszy film „Five Eyes” z Jasonem Stathamem, Joshem Harnettem i Jacquie Ainsley.

  1. Kultura

Carey Mulligan: "Chcę wpadać w zachwyt"

 Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie
Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie "Wykopaliska". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jest gwarancją dobrego kina. Bo jeśli Carey Mulligan pojawia się na ekranie, wiadomo, że i jej bohaterka, i cała historia są nietuzinkowe. Dotyczy to także najnowszej roli w filmie „Wykopaliska”. Kameralnej historii o dużej sile rażenia.

Zanim w pani ręce trafił scenariusz „Wykopalisk”, ile pani wiedziała na temat opisanych w nim wydarzeń? Byłam świadoma, że jest coś takiego jak Sutton Hoo [stanowisko archeologiczne i odnaleziony skarb, anglosaska łódź-grobowiec, jedno z najcenniejszych odkryć tego typu w Europie – przyp. red.]. W Anglii jest to temat omawiany na kursie do egzaminów kończących szkołę średnią. Wydaje mi się, że jako dziewczynka byłam też z klasą w muzeum, gdzie wystawiane są znalezione w łodzi eksponaty, widziałam maskę i hełm, zestaw, który wyświetli się pani pewnie w Google po wpisaniu hasła „Sutton Hoo”. Można więc powiedzieć, że zanim przeczytałam scenariusz, wiedziałam, że gdzieś dzwoni, ale w którym kościele już nie bardzo [śmiech].

Wy, tworzący ten film, odkłamujecie historię. Opowiadacie o ludziach, bez których tytułowego wykopaliska by nie było, tyle że ich zasługi przypisali sobie inni, „poważni” naukowcy. Nie tacy amatorzy jak pani bohaterka Edith Pretty i genialny archeolog samouk, „człowiek z ludu” Basil Brown [w tej roli Ralph Fiennes – przyp. red.]. W jego przypadku chodzi jeszcze o pochodzenie. Jako ktoś z niższej klasy społecznej bez mrugnięcia okiem został pominięty, wymazany z historii. Dzieci wychowywano wówczas w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak „ich miejsce” w społecznej tkance – i było to miejsce bardzo ciasne i precyzyjnie określone. Nie kwestionowano tego. Dziś oficjalnie takie przekonania uznaje się za dyskryminację, ale to, że w XXI wieku już „nie wypada” tak myśleć, nie znaczy, że klasizm zniknął. Istnieje, tyle że za zamkniętymi drzwiami. Kiedy z ciekawości sprawdziłam, w podręczniku znalazłam o Basilu Brownie taki mikroskopijny [Mulligan pokazuje palcami odcinek około pięciu centymetrów] ustęp. Dla kogoś zainteresowanego tematem znalezienie informacji o nim do niedawna nie było łatwe. Z kolei rolę Edith Pretty, właścicielki terenu, na którym odkryto anglosaską łódź, umniejszano, bo była kobietą. Edith fascynuje mnie na równi z Basilem.

Co w niej zaintrygowało panią najbardziej? Była skrępowana więzami czasów, w których przyszło jej żyć. Na planie filmowym cały czas miałam poczucie, że ona nie chce być damulką siedzącą w wiklinowym fotelu i obserwującą, jak inni się pocą. Że sama najchętniej złapałaby za szpadel i wykopała z błota ten skarb.

Widać, że jest przedsiębiorcza, silna psychicznie, konkretna. Kiedy na Basila Browna spada góra osuwającej się ziemi, ona – delikatna, filigranowa, słabego zdrowia – reaguje szybko i skutecznie, żeby uratować postawnego mężczyznę. Na marginesie dodam, że scena z odkopywaniem Ralpha była bardzo stresująca. Oczywiście uniosłam się dumą i nie chciałam oddać zadania kaskaderowi, Ralph też nie. Robiliśmy wiele dubli, Ralph raz za razem lądował pod górą ziemi, a ja byłam odpowiedzialna za odkopywanie jego twarzy, nozdrzy. W pewnym momencie w moich rękach było więc życie skarbu brytyjskiej kinematografii! Śmieję się, ale wtedy to było mało zabawne. A wracając do Edith – proszę zauważyć, że tak, była głodna przygody, ale jednocześnie pozostawała niezwykle skromna, pokorna, empatyczna.

Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie 'Wykopaliska'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie \"Wykopaliska\". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Na ile jest pani podobna do tej postaci? Chodzi mi o jej pasję odkrywczyni. W dzieciństwie wśród pani planów i marzeń nie znalazło się przypadkiem także to o byciu archeolożką? Chciałam być fryzjerką. I strażakiem. A potem, mniej więcej od siódmych urodzin, już tylko aktorką. Wiem, mało w tym tajemnicy, ale taka jest prawda. Faktycznie, po pracy przy „Wykopaliskach” myślę sobie, że i ja chcę znajdować w swoim życiu więcej czasu na zachwyt. „To przecież jest łodź!” – zdanie wypowiadane w filmie przez moją bohaterkę jest dla mnie kwintesencją „Wykopalisk”. Edith, jej synek i Basil wychodzą we trójkę na pole, stają przed stanowiskiem archeologicznym i nagle przychodzi oświecenie: „To jest łódź!”. Człowiek znajdzie na spacerze zagubiony kolczyk albo monetę na plaży i to już jest miłe uczucie: „O rety! Jestem odkrywcą, a to kawałek czyjejś historii”. A znaleźć na własnym polu anglosaską łódź? Która okazuje się grobowcem króla przeciągniętym z wody na pole przez setki ludzi tysiące lat temu? Czy potrafi sobie pani wyobrazić, jakie to uczucie? Ja – nie. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz widziałam na ekranie tak pięknie uchwycone uczucie zachwytu, cudownego zadziwienia. Coś tak rzadkiego, niecodziennego przesyca cały nasz film. To zasługa reżysera, Simona Stone’a, który nigdzie się nie spieszył. Nie zależało mu na efekciarskim montażu, Simon pozwala filmowi i widzom kontemplować w ciszy wiele pięknych ujęć, co, uważam, wspaniale się sprawdza, ale też świetnie oddaje dynamikę postaci, bo Edith i Basil w pewnym momencie rozumieli się już tak dobrze, że mogli razem siedzieć w milczeniu.

To także film o tym, że czas płynie nieubłaganie. Macie go coraz mniej. I pani bohaterka, i reszta postaci. Prawdziwa Edith Pretty zmarła w 1942 roku, nigdy nie doczekawszy wystawienia znalezisk w British Museum. Skarb znaleziono krótko przed atakiem Hitlera na Polskę, potem bezpiecznie przeczekał całą wojnę schowany pod ziemią, na stacji metra. Podczas wojny teren wykopalisk był wykorzystywany przez wojsko jako poligon ćwiczeniowy, więc żołnierze, gdyby stanowiska archeologicznego nie zasypano, wszystko by zadeptali. Gdyby nie rozsądne szybkie działanie, świat w ogóle nie dowiedziałby się o pradawnej łodzi ze szczątkami króla Rædwalda zakopanej w środku pola. Bohaterowie filmu wiedzą, że wojna zbliża się nieubłaganie, codziennie czytają o tym w gazetach. Pamiętam, jak na planie któregoś dnia w moje ręce wpadł rekwizyt: odtworzona gazeta z lata 1945. Znajdował się tam artykuł o ewakuacji londyńskiego zoo. Niektóre zwierzęta miały być odesłane, inne czekała śmierć. Wyobraziłam sobie ten widok, strzelanie do zwierząt. Wstrząsające. Powietrze musiało dosłownie pachnieć wojną, nie można było zrobić kroku, by nie natrafić na zakrojone na szeroką skalę przygotowania, jakieś przegrupowania, apele, samoloty nad głową. A przecież spora część ekipy pracującej przy Sutton Hoo miała już na koncie doświadczenie wojny. Nie umiem sobie wyobrazić, jak musieli się czuć, wiedząc, że zaraz czeka ich znowu to samo. Mam wrażenie, że ludzi zaangażowanych w wykopaliska w Suffolku cechowały cicha odwaga i stoicyzm. Mimo że to był wyścig z czasem. Musieli się zjednoczyć jako zespół i ukończyć swoje zadanie. I jeszcze choroba Edith. Moja bohaterka zdawała sobie sprawę ze swojego stanu. Ona musiała zdążyć, zanim umrze, inni – zanim znowu zapali się świat.

„Wykopaliska” to kolejny film, w którym wraca pani do przeszłości. Londyn lat 60. w „Była sobie dziewczyna”, południe Stanów Zjednoczonych zaraz po wojnie w „Mudbound”, Nowy Jork lat 20. w „Wielkim Gatsbym”. Pani szczególnie ceni sobie role w kostiumowych dramatach? Na pewno taka wyprawa przez epoki to za każdym razem ogromny przywilej. Na krótką chwilę mogę zostać w tamtym czasie, realiach, wyobrazić sobie, jakby to było, gdybym rzeczywiście wtedy się urodziła. Tak, nie bez powodu w moim dorobku dominują takie filmy: to tam kryją się najciekawsze historie. Mnie osobiście najciekawszy wydaje się chyba okres walki o prawa wyborcze kobiet. Przed udziałem w „Sufrażystce” wyobrażałam sobie te protesty jako jakąś pokojową, delikatną rewolucję. Kwiatki, marsze, i załatwione. W szkole niestety ledwie się tego tematu dotyka, nie wchodzi się w szczegóły. Zetknięcie z wymagającymi realiami tamtych czasów, z trudem i znojem, koszmarnymi przeciwnościami losu, z jakimi codziennie mierzyły się kobiety, było dla mnie wielkim i ważnym doświadczeniem. W gruncie rzeczy interesują mnie historie, w których jest prawda, życie. Chcę zobaczyć na kartach scenariusza kogoś, z kim poczuję więź, kogo jestem w stanie zrozumieć. Nawet jeśli nie zgadzam się z tej osoby postępowaniem.

Widać, że uwielbia pani swoją pracę. Jestem wdzięczna losowi, że dane jest mi nie tylko wykonywać zawód, który dla większości jest marzeniem ściętej głowy, ale wykonywać go z sukcesami od kilkunastu lat. Dostawać zlecenie za zleceniem, być aktorką aktywnie pracującą. Mówiłyśmy o „Wykopaliskach” w kontekście klasowym, przywilejów. I ja doskonale wiem, że na pierwsze przesłuchanie zaproszono mnie tylko dlatego, że w szkole poznałam kogoś, kto miał znajomości wśród aktorów i polecił mnie organizatorom castingu [w 2004 roku, mając 18 lat, Mulligan zadebiutowała jako czwarta córka państwa Bennet w „Dumie i uprzedzeniu” u boku Keiry Knightley, a pomogła jej dyrektorka szkoły średniej, która skierowała dziewczynę do znajomego scenarzysty Juliana Fellowesa. Po spotkaniu z Mulligan żona Fellowesa umówiła ją na rozmowę z osobą odpowiedzialną za casting – przyp. aut.]. Czyli, w pewnym sensie, był to taki łańcuch przywilejów, tylko nie wynikających z mojej klasy społecznej, ale z innych przesłanek. W środowisku aktorów takie zależności są bardzo istotne. Przywilej to aktorska codzienność. Poza naszą bańką większość ludzi nie może sobie pozwolić na takie funkcjonowanie: ciągłe próbowanie, tracenie zleceń, czekanie na to, aż w końcu może się uda. Czyli de facto przez ogromną część czasu niepracowanie. W tym sensie kategoria przywileju ma przełożenie na nasze życie.

Czyli równe szanse w branży kinowej to nadal, niestety, mit. Proszę zauważyć, że w „Wykopaliskach” mamy w centrum relację damsko-męską, która nie jest miłosna ani erotyczna. To relacja intelektualna, oparta na dzielonej pasji. Nadal trudno znaleźć scenariusze, w których kobieta nie jest definiowana jako czyjaś żona czy dziewczyna, a do działania nie napędza jej romantyczna miłość.

Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW) Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW)

Ta zależność rzadko kiedy dotyczy granych przez panią bohaterek. Przełamuje pani w kinie ten stereotyp. Z niecierpliwością czekam na kinową premierę „Obiecującej . Młodej. Kobiety”. W filmie pani Cassandra staje się głosem tych, których wcześniej nie słuchano: ofiar seksualnej przemocy i victim blamingu [kiedy ofiara jest obwiniana, sugeruje się, że „sama jest sobie winna” – przyp. red.]. W tej opowieści nie ma ani jednego przykładu przemocy i prób jej usprawiedliwiania, którego ja czy moje znajome nie znałybyśmy z własnych doświadczeń lub z doświadczeń innych bliskich nam kobiet. Albo same coś takiego przeżyłyśmy, albo dotknęło to kuzynkę, przyjaciółkę, sąsiadkę. O przemocy seksualnej i jej konsekwencjach mówi się często, ale trochę tak, jakby to było coś wstydliwego. A to nie żadne tabu. Powodem do wstydu jest, że w „Obiecującej. Młodej. Kobiecie” opowiadamy o czymś boleśnie prawdziwym i boleśnie powszechnym.

Carey Mulligan, rocznik 1985. Brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”.