Kylie Minogue: Paraliżuje mnie myśl o małżeństwie

Kylie: Paraliżuje mnie myśl o małzeństwie
fot. materiały prasowe EMI Music

Na co dzień nie jestem latającą w powietrzu Afrodytą, nieziemską osobą, która przemieszcza się na aniołach. W domu jestem wręcz nudziarsko normalna. Nie mam żadnych ekstrawaganckich przyzwyczajeń, nie oczekuję też, że cały świat na każdym kroku będzie mi się kłaniał w pas – mówi w jedynym w Polsce wywiadzie Kylie Minogue.

Kylie: Paraliżuje mnie myśl o małzeństwie
EMI Music

Nie ma dnia, by przy londyńskiej Abbey Road nieopodal Grove End turyści nie blokowali słynnego przejścia dla pieszych, gdzie u schyłku lat 60. (i u schyłku istnienia zespołu) sfotografowali się John Lennon, Paul McCartney, George Harrison i Ringo Starr.

Kylie Minogue, z którą przy Abbey Road 3 umówiony jestem na wywiad, trudno w Londynie uznać za turystkę, mimo że pochodzi z Australii. Z miastem związana jest od ponad 20 lat. A teraz nagrała tu płytę „The Abbey Road Sessions”, na której znalazło się jej 16 największych przebojów w nowych, orkiestrowych aranżacjach.

Recenzja płyty „The Abbey Road Sessions”

Czekam na spotkanie i nasiąkam atmosferą miejsca. Na ścianach archiwalne fotografie z legendarnych sesji nagraniowych. Obok siebie: The Beatles, Mick Jagger, Queen, Stevie Wonder, A-ha, Kate Bush, Radiohead, Sigur Rós, liczne orkiestry symfoniczne… Kawał historii muzyki. Ale bez muzealnych klimatów. Siedzę w restauracji położonej w piwnicy studia. Prosty wystrój, zwykła stołówka zakładowa. Tuż nade mną zabawne zdjęcie z 1969 roku: Paul McCartney dźwiga na tacy zestaw zup i kefirów. Na sąsiedniej ścianie półka z książkami. Najbardziej rzuca się w oczy album o znamiennym tytule: „Abbey Road. Najlepsze studio nagraniowe na świecie”. Czy rzeczywiście najlepsze? Bez wątpienia najsłynniejsze. Bo które inne studio ma darmową reklamę na okładce płyty będącej kamieniem milowym w historii muzyki?

Spotykamy się w wigilię 43. rocznicy wydania niezapomnianego albumu Beatlesów„Abbey Road”. Nie mogę więc nie zapytać, czy nowa płyta Kylie to rodzaj hołdu złożonego czwórce z Liverpoolu.

Kylie Minogue: Uwielbiam te mury i kiedy już będę bardzo starą kobietą, z pewnością będę się chwalić młodym ludziom, że kiedyś, dawno temu, udało mi się popracować trochę w słynnym Abbey Road. Miejsce jest kultowe i nie da się uciec od tych wszystkich skojarzeń, ale dla nas nie miało to nadrzędnego znaczenia. Po prostu chcieliśmy precyzyjnie oddać to, czym jest ten materiał. Nagraliśmy i zmiksowaliśmy płytę dokładnie w tym miejscu, w którym w tej chwili rozmawiamy, i uznaliśmy, że nie ma się co silić na jakieś wymyślne tytuły. A wybraliśmy Abbey Road, ponieważ tu się naprawdę przyjemnie pracuje. Studio jest bardzo profesjonalne, urządzone w starym dobrym stylu. Tu wszyscy są przywiązani do tradycji, w związku z czym nikt nawet nie próbuje na siłę tego wnętrza unowocześniać. I mnie się to bardzo podoba.

Płyta The Beatles „Abbey Road” była dla ciebie ważna, kiedy dorastałaś?

Nie mogę pamiętać momentu ukazania się „Abbey Road” na rynku, bo miałam wtedy ledwie rok. Ale wiem, że była ważna dla mojego ojca. On, tak jak wszyscy, był wtedy pod wielkim wrażeniem tego, co robią Beatlesi. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, namawiał mnie, bym nauczyła się grać „Eight Days a Week”. Potem przez długi czas to była moja ulubiona piosenka – oczywiście wiem, że nie pochodzi z albumu „Abbey Road”. Miałam zaledwie kilka lat, kiedy powoli zaczął docierać do mnie fenomen popularności The Beatles. Oglądałam filmy i zdjęcia Paula McCartneya i marzyłam, że być może w przyszłości uda mi się zostać również znaną artystką. Piosenkarką albo aktorką.

Marzenia stały się rzeczywistością.

I jestem za to bardzo wdzięczna losowi i sobie samej. Mam przekonanie, że dostajemy w życiu parę szans, by dać światu od siebie coś ważnego, twórczego. Trzeba przynajmniej spróbować jedną z nich wykorzystać.

Trochę zaskoczyłaś publiczność tym nowym materiałem. Nagrałaś znane już w większości przeboje z nowymi aranżacjami, w towarzystwie orkiestry symfonicznej BBC. Nie boisz się, że twoja publiczność z tanecznych parkietów może nie zrozumieć tego ruchu?

Nie mam takich obaw. Wierzę w to, że słuchają mnie ludzie poszukujący, którzy nie zamykają się w formalnych, gatunkowych granicach. Tę płytę nagrałam przede wszystkim dla siebie, ale nie wątpię, że moi fani też ją docenią. Na „The Abbey Road Sessions” dużo bawiliśmy się muzyką. Jest tu sporo jazzujących, lekko improwizowanych aranżacji, sporo luzu i bezpretensjonalności. O to mi chodziło. Powstały piosenki, które są jak nowe inkarnacje dawnych bytów. Wierzę, że dla kogoś, kto słucha mnie od kilkunastu czy 20 lat, to może być miła niespodzianka.

Skąd w ogóle pomysł na taki album?

Decyzja była wspólna: moja oraz mojego stałego producenta, Steve’a Andersona. Znamy się od wielu lat, to on ma największy wpływ na moją muzykę. Wspomniał kiedyś, że fajnie byłoby odświeżyć trochę aranżacyjnie moje stare piosenki, dodać im nowego blasku, nowego znaczenia. Potem ja z kolei coś o tym mówiłam. Ale cały czas odkładaliśmy ten pomysł na później. W końcu jednak nasze drogi się zbiegły. I jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Zresztą chyba jak w piosence: „Powinnam być tak szczęśliwa”! (oryginalnie „I Should Be So Lucky”).

Wspomniałaś kiedyś, że na początku kariery byłaś trochę jak pacynka poruszana przez rekiny show-biznesu i że źle to znosiłaś. Podobno chciałaś nawet porzucić karierę wokalną. Wciąż nachodzą cię wątpliwości, czy ta branża jest dla ciebie odpowiednim miejscem?

Kiedy zaczynałam, nie wiedziałam o tym biznesie kompletnie nic. Szłam trochę po omacku. Musiałam znaleźć sobie menedżera i zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi ludziom, którzy tym biznesem trzęsą. Czułam, że jestem cały czas prowadzona za rękę, ale też dość dokładnie kontrolowana, i faktycznie nie zawsze dobrze się z tym czułam. Na początku ten brak doświadczenia mścił się na mnie dość często. Z tego brały się frustracje, obawy, rozczarowania. Ale od tego czasu zmieniło się właściwie wszystko. Wiem już, kim jestem w światowej muzyce, czego oczekuję od siebie i innych. Zyskałam niezależność. Sama mam wizję, w jakim kierunku chcę się rozwijać. Nie chcę zasklepiać się we wspomnieniach i rozważaniach, co kiedyś było dobrze, a co źle. Ważne jest tu i teraz. Kiedy myślę o swojej karierze, trochę trudno mi uwierzyć, że wszystko to robię już tak długo, ale z pewnością nie zamierzam niczego kończyć. Mam teraz świetny czas w życiu, żal byłoby to tak zostawić.

Myślę, że musiałam przeżyć kolejne rozmaite wzloty i upadki, żeby móc teraz nagrać taki, a nie inny album. Na pewno nie mógłby on powstać np. dziesięć lat temu. Bo dopiero teraz wiem, że wszystko, co nas spotyka, ma sens i miejsce w czasie.

W tym roku minęło 25 lat od wydania twojego pierwszego singla „The Loco-Motion”. Co myślisz teraz o tamtej Kylie sprzed ćwierć wieku?

Lubię siebie zarówno teraz, jak i z tamtych czasów. Choć na pewno byłam dość naiwną dziewczyną. Pamiętam ten szum w głowie, gdy mój singiel został okrzyknięty singlem dekady w Australii. Były bankiety, flesze, wywiady. Zbyt dużo jak na tak młodą osobę. Dla mnie wiązało się to z wielkim wzruszeniem, ale też czułam, że dla wielu ludzi wokół to tylko biznes, sposób na zarabianie pieniędzy. Dopiero na trasie koncertowej uczyłam się, jak panować nad emocjami, jak komunikować się z widownią. Poza tym nie byłam do końca pewna siebie i własnych możliwości. Na początku myślałam: „OK, będzie dobrze, jeśli utrzymam się w tym biznesie pięć lat”. Potem dawałam sobie dziesięć itd. Nie do końca wierzyłam, że show-biznes może być sposobem na całe życie. Przez długi czas po prostu płynęłam z nurtem, nie zastanawiając się, dokąd mnie to zaprowadzi. Ale miałam wtedy kilkanaście lat. Potrzebowałam czasu, żeby dojrzeć, dorosnąć, zyskać wiele doświadczeń i refleksję nad życiem i światem, w którym żyłam.

W Internecie pojawiło się niedawno i było szeroko komentowane stwierdzenie, że dzięki tej płycie masz szansę znów powalczyć o tytuł królowej popu, który teraz należy zdaniem jednych do Lady Gagi, a zdaniem drugich do Madonny. Irytują cię takie porównania?

Nie, nie przejmuję się nimi. Madonna, Lady Gaga, Katy Perry, Rihanna, ja… Wszystkie jesteśmy tak bardzo różne. Oczywiście poruszamy się na tej samej scenie, jesteśmy artystkami pop. Ale to chyba jedyne podobieństwo. Jeśli nie lubię tych porównań, to dlatego, że w jakimś sensie stawiają nas one w stan wojny, prowokują konfrontację. A wierz mi, że jestem osobą, która najbardziej na świecie nie lubi walki, przemocy, brutalnego współzawodnictwa. To nie moja bajka. Zresztą rankingi największych gwiazd nie mają wiele sensu. Tak dużo teraz na rynku świetnych wokalistek, do tego tak różnych, że naprawdę nie sposób stwierdzić, która w tym momencie dominuje i jest najlepsza. Słucham sporo muzyki i wiem, że każda z tych dziewczyn jest na swój sposób bardzo interesująca.

Kilka lat temu powiedziałaś, że nie chciałabyś nigdy wyjść za mąż. A teraz jesteś od czterech lat w stałym związku z Hiszpanem Andrésem Velencoso. Nic się nie zmieniło w twoich planach?

To cud! Ale to prawda, jestem w stałym, długim związku. Co jednak w kontekście małżeństwa niewiele zmienia. Nigdy nie byłam typem dziewczyny, która marzy o białej sukni z welonem, wielkiej uroczystości, pompie i setkach gości. To nie dla mnie. Odświętne ciuchy, gołębie, małżeński kontrakt… Nie widzę w tym niczego magicznego. Ale jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy takiego aktu potrzebują. Bo widocznie daje im poczucie bezpieczeństwa, wewnętrzny spokój. Nie jestem przeciw instytucji małżeństwa, ale formalizowanie związku nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Jeśli dwoje ludzi się kocha, są szczęśliwi, ufają sobie, to nie ma żadnego powodu, by zabiegać o jakiś papier. Jeśli nie będzie miłości i zaufania, to żaden dokument nie pomoże. Jestem szczęśliwa w związku i naprawdę nie potrzebuję niczego udowadniać przed urzędnikiem. To, czy jestem z kimś, czy nie, jest tylko moim wyborem.

Kiedy któreś z nas uzna, że coś się skończyło, rozejdziemy się. I naprawdę nie są mi do tego potrzebne państwo ani Kościół mówiący: „Hola, hola, jakie rozstanie, przecież jesteście związani kontraktem!”. A co one mają do tego?! Moje życie prywatne należy tylko do mnie, do nikogo więcej! Staram się więc nie informować urzędników o moich randkach, miłościach, radościach, partnerach czy rozstaniach. Jeśli coś nie jest zepsute, nie ma sensu tego naprawiać. „Ślub nie jest żadną gwarancją szczęścia” – mówią o swoim związku Kurt Russell i Goldie Hawn. Mam do tego podobny stosunek. Goldie i Kurt mówią o sobie per „mąż” i „żona”, mimo że nigdy nie wzięli ślubu. A są szczęśliwą parą od wielu, wielu lat. Chociaż z drugiej strony nauczyłam się już żelaznej zasady: nigdy nie mów „nigdy”. Więc kto wie? Na razie sama myśl o tym mnie paraliżuje.

A dzieci?

To całkiem inna sprawa. Zawsze uwielbiałam dzieci i duże rodziny. Zawsze chciałam mieć też własne dzieci. Plany pokrzyżowała mi choroba, z którą przez jakiś czas musiałam się zmagać. Ale jestem przeszczęśliwa, gdy tylko mam okazję spotkać się choćby z moimi bratankami.

Kiedyś powiedziałaś, że walka z rakiem piersi sprawiła, że z gwiazdy stałaś się rzeczywistą kobietą. Co dokładnie miałaś na myśli?

Nie jestem pewna, czy dokładnie coś takiego powiedziałam, bo w codziennym życiu nigdy nie gwiazdorzyłam. To nie mój styl bycia. Oczywiście na estradzie czasem jestem elementem wielkiego spektaklu, ale to tylko pewna konwencja, rola, którą gram. Wierz mi, że na co dzień nie jestem latającą w powietrzu Afrodytą, nieziemską osobą, która przemieszcza się na aniołach. W domu jestem wręcz nudziarsko normalna. Nie mam żadnych ekstrawaganckich przyzwyczajeń, nie oczekuję też, że cały świat na każdym kroku będzie mi się kłaniał w pas.

Zawsze tak było?

Odkąd pamiętam, starałam się być dla ludzi uprzejma i miła, niezależnie od tego, czy tego samego oczekiwałam z drugiej strony. Z natury nie jestem złośliwa, więc przychodzi mi to bez trudu. No i nie dzielę ludzi na tych z topu i tych z dołu. Pod tym względem jestem stuprocentową egalitarystką. Ale faktem jest, że choroba bardzo zmieniła moje postrzeganie rzeczywistości. Uwierzyłam w dobro, uwierzyłam w to, że ludzie w swojej masie mają dobre intencje. Uwierzyłam, że potrafią być twórczy i odważni, gdy im się na to pozwoli. Podczas leczenia spotkałam całą armię wspaniałych, ciepłych osób. Opowiadaliśmy sobie nawzajem o uczuciach, które nami w tym czasie targały, o lękach, obawach, ale też o nadziejach i radościach. Padały wspaniałe, głębokie i prawdziwe słowa, zdarzały się ogromnie wzruszające gesty. To było niesamowite, wychodziło gdzieś daleko poza granicę doraźności i codzienności. Patrzyłam tym dziewczynom w oczy i w takich momentach zawsze miałam wielką ochotę mocno je przytulić. Czułam, że prawdziwe życie jest właśnie tam, a nie na jakichś wielkich galach czy rautach. Poczułam wtedy, że dla wielu ludzi moje życie naprawdę ma jakąś wartość. Może zabrzmi to banalnie, ale po tym doświadczeniu uwierzyłam w ludzkość, w humanizm.

Twój rytm życia zmienił się po wygranej walce z nowotworem?

Historia mojej choroby raczej nijak nie pasuje do historii, powiedzmy, bogatego zestresowanego biznesmena, który po informacji o wykryciu raka rzuca palenie i pracę i leci pobalować do Tajlandii. A potem już nie chce wrócić do poprzedniego życia. Być może moja praca nigdy nie była tak stresująca, być może też nigdy przesadnie się nie przemęczałam, ale po tej przerwie bardzo chciałam wrócić do tego, co kocham. Do życia i pracy. Wróciłam do normalnego, dawnego rytmu i jestem szczęśliwa. Nie chcę tego roztrząsać, bo choroba to bardzo osobista, intymna sprawa.

Mówiąc o tym, możesz pomóc wielu ludziom. Już kilka lat temu lekarze wspominali o tzw. efekcie Kylie, a więc sytuacji, w której dzięki tobie, twojej walce z chorobą, w wielu krajach lawinowo wzrosła liczba młodych kobiet, które profilaktycznie zaczęły badać się w kierunku nowotworu piersi. Jak to przyjęłaś?

To oczywiście fantastyczne uczucie. Zdarzało się, że zaczepiały mnie dziewczyny, mówiąc, że dzięki mnie zaczęły żyć bardziej świadomie. I to było cudowne. Tak samo jak doświadczenie obcowania z innymi chorymi. Ludzie często pytają mnie o „efekt Kylie”, mówią np.: „Powinnaś być dumna z tego, co wywołałaś”. Zawsze wtedy odpowiadam, że słowo „dumna” nie jest tu na miejscu. Bo w tym nie ma żadnej mojej zasługi. Walcząc z chorobą, po prostu chciałam przeżyć, przetrwać. A że dało to taki rezultat? Jestem szczęśliwa, że tak się stało, ale to nie ma nic wspólnego z dumą.

Kylie Minogue piosenkarka pochodzenia australijskiego. Jej największe przeboje to m.in.: „The Loco-Motion”, „I Should Be So Lucky”, „Where The Wild Roses Grow” ( z Nickiem Cave’em), „Can’t Get You Out of My Head”.