„Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem” – mówi Grzegorz Damięcki w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor opowiada o dorastaniu w rodzinie, której nazwisko od pokoleń budzi skojarzenia z polskim teatrem, o rozwodzie rodziców, samotności, terapii, sukcesie i porażce. Powstaje opowieść daleka od celebryckich wyznań. Bardziej przypomina intymny esej o męskości, odpowiedzialności i nieustannym poszukiwaniu siebie.
Nazwisko Damięcki od dekad funkcjonuje w polskiej kulturze niemal jak instytucja. Wiele osób mogłoby uznać, że otwiera drzwi, daje przewagę i poczucie bezpieczeństwa. Grzegorz Damięcki nie ma jednak wątpliwości, że przede wszystkim stawia wymagania. Pytany przez Beatę Biały, czy rodzinne nazwisko bywa przekleństwem, odpowiada, że jest przede wszystkim wyzwaniem. Dorastając w cieniu wcześniejszych pokoleń, nie sposób nie zadawać sobie pytań o godność, szlachetność i odpowiedzialność za własne wybory. Zwłaszcza że – jak zauważa – współczesny świat wyjątkowo brutalnie obchodzi się z ludźmi wrażliwymi.
Historia Damięckich mogłaby stać się scenariuszem wielopokoleniowej sagi. Aktor wraca pamięcią do domu, który nieustannie się zmieniał – także dosłownie, bo dzieciństwo upłynęło pod znakiem kolejnych przeprowadzek. Z czułością wspomina swoje babcie, które były sobie tak bliskie, że – jak opowiada – zmarły tego samego dnia i tego samego roku. Zaraz potem pojawia się jednak doświadczenie rozpadu rodziny. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Miał zaledwie piętnaście lat, gdy na jego barki spadło znacznie więcej codziennych obowiązków, niż zwykle dźwigają nastolatkowie.
Paradoksalnie właśnie z domu rodzinnego nie wyniósł gotowych recept na życie. Przyznaje otwarcie, że nie otrzymał wzorów postępowania, do których mógłby dziś się odwoływać. Dlatego z pokorą mówi: „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem”. Zaraz dodaje jeszcze jedno zdanie, które wybrzmiewa niemal prowokacyjnie – nie wierzy w coś takiego jak doświadczenie. Każdy etap życia wymaga bowiem nowych odpowiedzi, a dawne pewniki szybko tracą swoją wartość.
W rozmowie z Beatą Biały wyjątkowo mocno wybrzmiewa temat buntu. Damięcki uważa, że jeśli nie pojawia się on w wieku nastoletnim, może być sygnałem niepokojącym. W jego przypadku miał bardzo konkretny kierunek. Nie buntował się przeciw światu, lecz przeciw własnej rodzinie, przeciw temu, co kojarzyło mu się z mieszczańskim porządkiem, wysokimi oczekiwaniami i nieustannym ocenianiem. Wspomina charakterystyczne pytania o wyniki i sukcesy – „a czemu byłeś trzeci?” – które potrafią skutecznie podcinać skrzydła.
Siła tego sprzeciwu była tak duża, że jako młody człowiek chciał nawet porzucić nazwisko Damięcki i przyjąć nazwisko Bojanowski. Dziś patrzy na tamten moment z większym dystansem, ale nie odbiera mu znaczenia. Każdy młody człowiek potrzebuje przecież chwili, w której próbuje zdefiniować siebie poza oczekiwaniami innych.
Kariera aktorska często kojarzy się z popularnością, uznaniem i spełnieniem. Damięcki pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Pytany o sukces i porażkę przyznaje, że oba doświadczenia bywają równie trudne. Porażki zmuszają do refleksji, natomiast sukces – jak mówi – potrafi onieśmielać, a nawet odbierać trzeźwy ogląd rzeczywistości. Nie bez powodu zauważa, że właśnie od sukcesu ludzie najczęściej głupieją.
Takie spojrzenie dobrze współgra z jego wyznaniem, że bezczynność natychmiast uruchamia lęk. Praca okazuje się nie tylko zawodem, ale również sposobem porządkowania własnego świata. Kiedy zatrzymuje się na dłużej, pojawia się niepokój i poczucie zagubienia. Sam przyznaje zresztą, że w pewnym momencie życia „pogubiło mu się wiele rzeczy”.
Jednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o terapii. Aktor nie przedstawia jej jako spektakularnej przemiany ani cudownego lekarstwa na wszystkie problemy. Mówi o znacznie bardziej przyziemnym celu – poszedł na terapię po to, by nauczyć się stawiać światu granice.
Brzmi prosto, ale właśnie w tej prostocie kryje się sedno. Wielu mężczyzn wychowywano w przekonaniu, że powinni wszystko wytrzymać, wszystko znieść i nikogo nie obciążać własnymi emocjami. Damięcki odwraca tę logikę. Zauważa również, że bardzo często najbardziej boimy się nie obcych ludzi, lecz właśnie tych najbliższych. Relacje rodzinne i partnerskie bywają przecież przestrzenią największej bezbronności.
Rozmowa schodzi także na temat sztuki. Damięcki nie idealizuje środowiska teatralnego. Przeciwnie – podkreśla, że w sztuce nie ma demokracji. Jest za to wiele bólu, niesprawiedliwości i trudnych emocji. Zaraz dodaje, że podobnie wygląda życie poza sceną. Tak samo skomplikowane potrafią być związki, przyjaźnie i rodzinne relacje.
Nieprzypadkowo z ogromnym szacunkiem wspomina ludzi, którzy stali się dla niego autorytetami. Pierwszym był Gustaw Holoubek, później dyrektor Teatru Ateneum Janusz Warmiński. Szukał wzorców poza domem, ponieważ właśnie tam znajdował odpowiedzi, których wcześniej zabrakło.
Szczególnie poruszająco brzmi również opowieść o matce. Damięcki mówi o jej ostatnich latach bez upiększania rzeczywistości. Chorowała dzielnie, ale – jak przyznaje – w chorobie stała się jeszcze trudniejsza niż wcześniej. Nie ma tu ani oskarżeń, ani taniego sentymentalizmu. Jest zgoda na to, że miłość do najbliższych często współistnieje z bezradnością, zmęczeniem i bólem.
Najbardziej zapadają w pamięć słowa, że całe jego życie znajduje się dziś w gigantycznej przebudowie. W wieku, w którym wielu ludzi próbuje zamykać kolejne rozdziały i tworzyć bilanse, Grzegorz Damięcki wybiera coś zupełnie innego – zmianę. Zamiast poczucia, że wszystko już wie, pozostaje ciekawość. Zamiast przekonania o własnej racji – gotowość do dalszych poszukiwań.
W najnowszym odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” Beata Biały prowadzi rozmowę, która wykracza daleko poza świat teatru. Powstaje wielowymiarowy portret mężczyzny świadomego własnych słabości, nieuciekającego od trudnych wspomnień i przekonanego, że prawdziwa dojrzałość nie polega na nieomylności, lecz na odwadze, by nieustannie zadawać sobie najważniejsze pytania.