fbpx

Wojciech Jagielski: Nie ja płace za wojny

Był przy rozpadzie imperium radzieckiego, końcu apartheidu w RPA, połączeniu Hongkongu z Chinami. Pisał o ugandyjskich dzieciach żołnierzach. Reporter z urodzenia, grupy krwi i zawodu. Wojciech Jagielski właśnie opublikował pierwszą książkę o Republice Południowej Afryki – „Wypalanie traw”. Pisze następną, tym razem o pasji, jaka za sprawą Nelsona Mandeli doprowadziła RPA do wolności i jaka zniszczyła mu życie.
Dlaczego tak późno napisał pan książkę o Republice Południowej Afryki?

Jeżdżę tam od lat. Zawsze mnie fascynowała i przywoziłem stamtąd całe worki opowieści, które kiedyś chciałem ułożyć w książkę, ale brakowało mi pomysłu, klamry. W 2010 roku byłem w RPA dwa razy, także na mistrzostwach świata w piłce nożnej, i znalazłem w końcu klucz. Znalazłem bohatera. Jest nim małe miasteczko Ventersdorp, w którym dokonuje się rewolucyjna przemiana, wymuszająca zachowania, na które to miasteczko w ogóle nie jest gotowe. Trzej bohaterowie, Anglik, afrykaner i czarny, próbują wyrwać się ze starych czasów i dostosować do nowych. „Wypalanie traw” to opowieść o nadziejach, o fiasku tych nadziei, czyli coś, co powinienem napisać o moich rodzinnych stronach, o Kurpiowszczyźnie w czasie przełomu w Polsce, ale nie zrobiłem tego z wcześniejszego wyboru, żeby zajmować się światem, a nie Polską.

Nie znajduje pan tematów w Polsce?

Znajduję, ale bałbym się je podjąć, może ze względu na swoją nadwrażliwość, a może tchórzostwo. Bałbym się, że mogę zmienić życie bohaterów. Są za blisko. Najpierw chciałem jechać w świat i pisać o świecie, a później zrozumiałem, że to był instynktowny, ale właściwy wybór. Jestem odważny, pisząc korespondencje z wojen, a brakuje mi odwagi, a może pychy, żeby to samo napisać o sąsiadach.

O jakich „polskich” sprawach chciałby pan pisać?

Wychowałem się w miasteczku Kolno na pograniczu Kurpiów i Mazur. Jako chłopcy zapuszczaliśmy się na rowerach najdalej do miejscowości Jeże. Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego akurat tam, a przecież tam była granica między Polską a Prusami, dojeżdżaliśmy do cmentarza niemieckiego, dalej nie. Jeżeli ktoś z Kolna wybierał liceum poza Kolnem, to w Łomży, a nie w Piszu. Pisz to już były Prusy. W Kolnie kupowałem trampki w sklepie sportowym, który wszyscy nazywali bóżnicą. Nie zdawałem sobie sprawy, co to jest. A przecież w Kolnie też byli Żydzi. To niedaleko Jedwabnego, Wizny, Łomży. Interesowałby mnie czas i miejsce pogranicza. Losy Niemców, Mazurów, Polaków, przesiedleńców to taki polski Dziki Zachód. Opowiadał mi o tym ojciec, który trafił do Kolna pod koniec lat 50. na skutek wilczego biletu, chociaż nie był dysydentem, nie zajmował się polityką. Po prostu jego kolega miał bibułę i ubecja ich zwinęła. Ojciec jest lekarzem weterynarii. Kolno było miastem zawłaszczonym przez takich jak on 30-letnich ludzi z wyższym wykształceniem z małych miasteczek. Skąd się tam wzięli? Co się później z nimi działo? Kiedy wyjeżdżałem z Kolna, byłem jedną z pięciu albo sześciu osób, które mówiły po angielsku, dzisiaj nie ma tam rodziny, która by nie miała kogoś w Nowym Jorku. Chyba po 30 latach zaproszono mnie do Kolna jako pana redaktora i pisarza, była pełna sala w kinie, do którego chodziłem jako dziecko, było czynne codziennie, a repertuar zmieniano co dwa, co trzy dni.

Jak nazywało się to kino?

Wrzos. Dzisiaj zamknięte na głucho. Na spotkaniu ze mną młodzież chciała się dowiedzieć tylko jednego – jak mi się udało stąd uciec. Myślałem o tym dużo. Bo to, co się później stało z ludźmi, to też nasza wina. Poupadały pegeery, a o ludziach z tych terenów nikt nie pomyślał. W Warszawie debatowaliśmy nad planem Balcerowicza, że się musi udać, nad wejściem do Unii Europejskiej – mówiliśmy, że zmierzamy do Europy, bo przecież jesteśmy Europejczykami, ale do mieszkańców Kolna czy Wizny nie mówiliśmy: chodźcie z nami, jesteście Europejczykami jak my. Sprzedaliśmy ich za sukces globalnej transformacji. W moim Kolnie jest drużyna piłkarska, w której grałem, Orzeł Kolna. Śledzę wyniki, grają w trzeciej lidze. Nazywa się trzecią, chociaż jest czwartą. Ale tak to u nas jest, że pierwsza liga nazywa się ekstraklasą, a druga – pierwszą. Parę lat temu przeczytałem, że drużyna Orła sprowadziła dwóch piłkarzy z Afryki, z Burkina Faso. Chciałbym napisać o tych chłopakach z Burkina Faso, którzy wylądowali w polskim, szalenie konserwatywnym miasteczku. Dla moich rodziców awansem cywilizacyjnym była ucieczka do Warszawy, obydwoje są z Kurpiów.

Rodzice zrobili wielkie kariery zawodowe. Mama rozpoczynała od biblioteki w wiosce Mały Płock, a skończyła jako dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy na Koszykowej. Przeprowadzka do Warszawy miała ułatwić życie mnie i mojej siostrze. Zrobiłem jakiś awans, a teraz najbardziej marzę o powrocie na to moje pogranicze. Jestem małomiasteczkowy, co mi pomagało w rozmowach z bohaterami z zaściankowych krajów. Świetnie rozumiałem ludzi z peryferii, choćby z afgańskimi talibami. Ich zachowania, kompleksy, nadzieje są mi bliskie i tylko w takiej rzeczywistości mógłbym funkcjonować. Na nikogo nie spoglądam z góry, bo sam czuję się niższy. Wielkomiejskość ma w sobie arogancję – skoro jestem z wielkiego miasta, to więcej wiem, więcej książek przeczytałem. Żyraf balszoj jemu widnieje – jak śpiewał Władimir Wysocki. Nigdy nie byłem taką żyrafą.

Laureat Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego Jean Hatzfeld napisał książkę o naturze reportera, który z najbardziej niebezpiecznych miejsc wraca do domu i trudno mu się odnaleźć, jakby był z czegoś wyrwany. Co się dzieje, kiedy wraca pan z wojny? Umie się pan przystosować?

To nigdy nie był mój problem. No, może czasami, po wyjazdach, które były wyjątkowo intensywne, obfitujące w skrajne przeżycia, dochodziłem do siebie dłużej. Jestem bardzo związany z domem, a to nie tylko miejsce, w którym się mieszka, ale przede wszystkim rodzina. Nie pamiętam wyjazdu, z którego nie chciałbym wracać. Zawsze tęskniłem. Nie mam problemu z odnalezieniem się po powrocie z Tadżykistanu czy z Konga. Dla mnie to nie tak bardzo odmienne światy. Pracuję w domu, więc to nie jest przeskok z alei Rudakiego w Duszanbe na Marszałkowską, tylko powrót do mojego domu, a mój dom jest miejscem mi przyjaznym, najlepszym miejscem na świecie, więc jak czuć dyskomfort? Wracając, czułem się lepiej niż tam.

Nie zdarzało się panu mentalnie nadal być w miejscu, z którego pan wyjechał?

Żona mówi, że w 1994 roku, choć wróciłem z Afryki Południowej, to jeszcze jakiś czas tam żyłem. Ale to oczywiste, kiedy wraca się z tak kolorowego, intensywnego świata, obfitującego w przeżycia, najważniejszego wtedy miejsca na świecie. Ale wyjątkowość Republiki Południowej Afryki skończyła się nie z moim wyjazdem, ale chwilę wcześniej, z zaprzysiężeniem Nelsona Mandeli na prezydenta. Nieznośny był nieznośnie zwyczajny poniedziałek, który nastąpił po świątecznej niedzieli, kiedy wszystko się już skończyło. Powrót do Polski był naturalną konsekwencją.

Napisał pan w „Wieżach z kamienia”, że reporter zawsze jest spóźniony. Czy zdarzało się panu być wcześniej we właściwym miejscu od początku ważnych zdarzeń?

Kilka razy tak było. Na przykład Burundi, maleńki kraj, kompletnie nieważny. Z fotoreporterem Krzysztofem Millerem przyjechaliśmy tam z Rwandy. Pojechaliśmy do Burundi, niczego nie oczekując. W stolicy kraju Bużumburze dowiedziałem się, że wojsko ma zamiar pacyfikować przedmieścia zajęte przez partyzantów Hutu, a rządzili Tutsi. Takim zwiastunem była pierwsza kolacja w hotelu w Bużumburze, gdzie spotkałem kenijską korespondentkę agencji Reuters Corinne Dufkę. Nie wiedziałem jeszcze dlaczego, ale wiedziałem, że dobrze, że tam się znalazłem. Corinne była z Williamem Wallisem, korespondentem agencji Reuters z Kampali. To nie mógł być przypadek. Zrobili wielkie oczy. Bo dlaczego „Gazeta Wyborcza” nagle interesuje się Burundi? No i skąd wiedzieliśmy, żeby tam być? Nazajutrz zaczęła się krwawa operacja wojskowa, a my byliśmy świadkami tych walk.

W 2008 roku w Kenii miałem genialnego kierowcę, tłumacza, przewodnika. Pojechaliśmy do Eldoretu pisać o uchodźcach, a on się dowiedział, że tego właśnie dnia wyląduje tam prezydent Kenii. Przyjechaliśmy rano, o dziesiątej, była już gromada dziennikarzy, ale Macharia, tak na imię miał ten Kenijczyk, powiedział: „Nie, nie, nie ma co teraz czekać na prezydent do Eldoretu, zróbmy, co mamy zrobić, wrócimy po południu i akurat prezydent przyjedzie”. Wyjechaliśmy lekceważąco odprowadzani spojrzeniami przez dziennikarzy. Wróciliśmy po południu, wszyscy byli już umordowani, spragnieni, zakurzeni, a my zdążyliśmy stanąć koło boiska i prezydent przyleciał.

Byłem też w Gruzji latem 1992 roku, kiedy rząd Szewardnadzego wydawał wojnę Abchazji. Rada państwa podejmowała wtedy decyzję o inwazji zbrojnej na Abchazję, a ja byłem jedynym dziennikarzem obecnym na jej posiedzeniu. Tak się stało, bo latem nawet miejscowi korespondenci dużych agencji wyjechali.

Skąd wiedział pan, że coś się święci?

Powiedział mi gospodarz, u którego mieszkałem. Wzruszyłem ramionami, co on skwitował: „Jak nie wierzysz, to jutro zabiorę cię na posiedzenie rady państwa i sam się przekonasz”. Zabrał i faktycznie podjęto decyzję o inwazji na Abchazję. Napisałem korespondencję do „Gazety Wyborczej” i to był jedyny raz, kiedy taki materiał na wyłączność nie poszedł, bo koledzy uznali, że skoro tej informacji nie ma ani na Reutersie, ani na Associated Press, no to może poczekają. Puścili dopiero, kiedy informacja pojawiła się w serwisach tych agencji. A korespondenci Reutersa i AP mieli ją akurat ode mnie. Był środek lata i wszyscy wyjechali na urlopy. Byłem chyba tego dnia jedynym zagranicznym dziennikarzem w Tbilisi.

Zawsze pomagało mi to, że ja jeździłem z fotoreporterami i ich obserwowałem. Wolałem ich towarzystwo niż jakichkolwiek innych dziennikarzy. Praca fotoreportera była najmniej skażona ryzykiem udawania, kłamstwa. Fotograf albo przywozi zdjęcie, albo go nie ma. Nie można zrobić zdjęcia muru, tłumacząc, że zaraz za nim dzieje się coś ważnego. Trzeba wyjrzeć za ten mur, żeby zobaczyć, co się za nim dzieje. Pracując z fotoreporterami, dochodziłem tam, gdzie trzeba. Mogłem, oczywiście, zostawać w samochodzie, gdy oni biegli, robiąc fotografie, ale byłoby mi po ludzku wstyd, gdybym się z nimi nie ruszył. Z nimi brałem udział w dużo groźniejszych sytuacjach, niż przebywając z piszącymi. Bycie naocznym świadkiem jest największą wartością tej pracy.

Co znaczy, że reporter się wczuwa w cudzą rolę? To też z „Wież z kamienia”.

Jeżeli mam pisać o wojnie, to powinienem jej w jakiś sposób doświadczyć, a przynajmniej zobaczyć. Nie mogę udawać, że się wczuwam w rolę żołnierza, który zabija albo strzela, czy w rolę uchodźcy, którego życie legło w gruzach. Uznałem, że jedyne, co mogę, to być tak blisko, jak to możliwe, że tylko tak mam prawo o tym pisać. Nie poznam wojny z cudzych relacji. Równie dobrze mógłbym siedzieć w Warszawie i czytać powieści, które plastyczniej i lepiej przedstawiają wojnę niż uchodźca czy żołnierz, który wrócił z posterunku albo z pierwszej linii frontu. Dla mnie wojna i śmierć są zbyt poważnymi sprawami, żeby robić z nich przedstawienie. Mam wrażenie, że czasami koledzy traktowali moje działania jako zachowanie fanatyka. Działałem jak automat.

Bez wątpliwości?

Wątpliwości czy strach pojawiały się przed wyjazdem. Ale znikały, gdy przyjeżdżałem na Okęcie. Wiedziałem, że samolot z Warszawy zabierze mnie do Frankfurtu, z Frankfurtu do Tbilisi czy Nairobi. Po wylądowaniu włączał się ten automatyzm – z lotniska taksówką do hotelu zostawić rzeczy, po drodze zorientować się, czy taksówkarz jest dobrym kierowcą, czy mogę mu zaufać i od razu jechać tam, gdzie toczy się to, co mam opisać. Kiedy koledzy dziennikarze pytali mnie, czy należy jechać w te groźne, niebezpieczne miejsca, to jakby mnie pytali, czy należy oddychać. No, należy, bo inaczej człowiek się zadusi.

Nigdy nie czuł pan strachu?

Oczywiście, że czułem. Zwykle jednak o tym, że było niebezpiecznie, człowiek dowiaduje się w chwili, gdy zagrożenie mija. Kiedy pociski trafiały w mur nad moją głową, przeszywał mnie strach, ale natychmiast przychodziła ulga, bo niebezpieczeństwo minęło, nie zostałem trafiony. Gorzej bywało, gdy w środku strzelaniny tkwiło się dłużej, jak w Czeczenii, Republice Południowej Afryki czy w Tadżykistanie. W Gruzji strzelano kiedyś tylko do mnie. To zupełnie co innego, niż być w środku strzelaniny, w której nie było się celem. Wtedy w Gruzji wiedziałem, że strzelano tylko do mnie. W Afganistanie mieliśmy z Krzysztofem Millerem wypadek samochodowy – wpadliśmy w kilkumetrową przepaść do rzeki. Nie wybierałem tych doświadczeń. Myślę, że nie pojechałbym do Groznego, żeby się przekonać, jak to jest być bombardowanym przez lotnictwo. Natomiast gdybym był w tym czasie w Groznym, to pewnie bym nie wyjechał. To ta różnica. Jako dziennikarz, jak już gdzieś trafiałem, zamieniałem się w robota, którego jedyną rolą jest zdać sprawozdanie z tego, czego jest świadkiem.

Hatzfeld napisał, że reporter jeździ na wojnę, żeby kiedyś jedni i drudzy mogli na siebie spojrzeć i chcieli ze sobą rozmawiać. Po co pan jeździ na wojnę?

Nie miałem nigdy poczucia, że jadę na wojnę po cokolwiek innego, niż ją opisać. Nigdy nie miałem poczucia, że jadę załatwiać jakąś sprawę. Raz tylko dałem się namówić na wyjazd do Gruzji, gdzie miały być uwalniane Polki porwane w Dagestanie. Bardzo żałuję, że dałem się w to wmanewrować, bo wtedy pierwszy i jedyny raz jako dziennikarz wlazłem w nie swoją rolę – pośrednika albo monety przetargowej. Do dzisiaj nie wiem jaką. Starałem się nigdy nie wychodzić poza rolę korespondenta.

Podobno pierwszą ofiarą wojny jest prawda?

Wojna wybucha i ludzie chcą wiedzieć, co się stało, z czego się wzięła. Od tego mają dziennikarzy. A dziennikarz porusza się po omacku, poddawany indoktrynacji wojujących stron. Nasze współczucie jest po stronie przegrywającego, a powinniśmy się tego wyzbyć. Nie przyjechaliśmy współczuć, tylko dojść prawdy. Tutaj nie ma niewinnych i winnych. Są sami winni.

Wojna zostawia w panu jakiś ślad?

Po latach już sobie uświadamiam cenę, jaką za mój styl życia zapłacili najbliżsi. Naraziłem moją rodzinę na nieprzewidywalność. Każdy mój wyjazd wiązał się z ryzykiem. Trudno z kimś takim planować życie.

Żona pana powstrzymywała przed wyjazdami?

Nie, bo wiedziała, czym było dla mnie to dziennikarstwo. Próbowała uzmysławiać zagrożenia. Chyba nie rozumiałem. Nie widziałem ryzyka, bo zawsze wracałem. Wypierałem ze świadomości, że to najgorsze może się przydarzyć i mnie. Ten zawód powinni chyba wykonywać ludzie samotni. Inni zapłacili cenę za to, co robiłem przez 20 lat. Nie wiem, czy ktokolwiek ma prawo wystawiać innym takie rachunki. Ja sam płaciłem niewiele. Nawet nie wiem, czy można w ogóle mówić o cenie.

Wojciech Jagielski reporter, autor książek o Kaukazie („Dobre miejsce do umierania”), o Czeczenii („Wieże z kamienia”, międzynarodowa nagroda Literatura z Frontu, przyznawana przez miasto Cassino we Włoszech), o Afganistanie („Modlitwa o deszcz”, nominacja do nagrody Nike 2003, m.in. Nagroda im. ks. Józefa Tischnera), o dzieciach żołnierzach w Ugandzie – „Nocni wędrowcy”, finalistka nagrody Nike 2010, a także o RPA – „Wypalanie traw”. Jego książki tłumaczone były na język włoski, hiszpański, angielski, niderlandzki.