fbpx

Roma Gąsiorowska o emocjach w zawodzie aktora

Roma Gąsiorowska o emocjach w zawodzie aktora
Roma Gąsiorowska uważa, że zanim zacznie się grać, najpierw trzeba zamknąć drzwi do swojego domu. (Fot. Mieszko Piętka/AKPA)

Aby wiarygodnie pokazać emocje, trzeba je zrozumieć, poczuć, a jednocześnie zachować dystans. – Zanim zaczniesz grać, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu – mówi Roma Gąsiorowska. Jej zdaniem dobry aktor musi być też dobry dla siebie.

Aktorstwo to praca wyłącznie na emocjach?
To przede wszystkim nieustająca praca nad sobą. Weryfikacja tego, czego się boimy, jak siebie czujemy, jak radzimy sobie z wewnętrzną krytyką. To praca nad akceptacją każdego aspektu swojej osobowości poprzez odnajdywanie siebie w postaciach i poszukiwanie, gdzie stawiamy granicę, i to na wielu polach. To umiejętność komunikowania się, wsłuchiwania się w to, kim jesteśmy oprócz tego, że jesteśmy aktorem czy aktorką. Dopiero później przychodzi praca z emocjami. W tym zawodzie potrzebne są duża elastyczność i dyscyplina emocjonalna. Nazywam to dystansem, bo trzeba być gdzieś pomiędzy sobą a rolą, aby umieć oddawać autentycznie emocje postaci, ale nie brać ich z siebie i do siebie, umieć oczyszczać tę energię, która towarzyszy sztucznemu generowaniu emocji, a potem świadomie wracać do wewnętrznej harmonii. To podstawowa umiejętność. Tego nie uczy się w szkołach, no, chyba że w mojej (śmiech).

Zawód, który uprawiam, uczy mnie bardzo dużo. Wiele lat zagłębiania się w psychikę nie tylko moją czy osób, które gram, ale każdego napotkanego człowieka. Aby zagrać wiarygodnie, trzeba nie tylko zrozumieć postać i siebie, ale obserwować innych ludzi i mechanizmy, które rządzą naszymi zachowaniami. Aktor zawsze działa w warunkach trudnych. Jest wystawiony na krytykę, wybebesza się emocjonalnie przed publicznością.

Na czym polega to wybebeszanie się?
Wybebeszaniem się nazywam emocjonalne obnażenie. Nie mamy możliwości skontrolowania wszystkiego, co jest odbierane przez innych podczas wchodzenia w emocje postaci. Trzeba zaufać sobie i bezpiecznie przejść przez ten proces, starając się nie oceniać, ale działać w emocjach. Świadomie się w nich „nakręcać”, szukając prawdy i zbliżając się do postaci. A po wszystkim umieć się wyciszyć i zaakceptować efekt. Przeprowadzić wewnętrzny dialog.

Na reżyserii czy aktorstwie przez długi czas nie było podobno żadnych zajęć z psychologii. Psychologia interesuje się filmem, a film – co dziwne – psychologią nie do końca.
No właśnie, różne mechanizmy psychologiczne powinny być podstawą edukacji każdego aktora i aktorki, ponieważ sami z siebie nie jesteśmy tego świadomi. Oczywiście fajnie jest, jeśli wkręcasz się w swoją rolę, a nawet trochę schizujesz, bo jesteś wtedy dziką artystką, a tego się od nas oczekuje. Ale musisz mieć w tym procesie jakąś autokontrolę i samoświadomość. Inaczej to jest eksperyment na żywym organizmie, który nie wiadomo jak się skończy. Bo zanim zaczniesz grać na serio, musisz najpierw zamknąć drzwi do swojego domu. O tym kiedyś się nie mówiło. Aktorzy byli pozostawieni sami sobie i musieli sobie jakoś umieć poradzić z emocjami, które generowali podczas tworzenia postaci. Jedni radzili sobie lepiej, inni gorzej. Dlatego uważam, że podstawą edukacji artystycznej, bo nie tylko aktorskiej, powinny być narzędzia psychologiczne, aby każdy twórca mógł świadomie rozgraniczyć fikcję twórczą i rzeczywistość. To bardzo pomaga w procesie tworzenia, a przede wszystkim w zachowaniu prawdziwego kontaktu ze sobą w życiu prywatnym.

Ja tego wszystkiego uczyłam się krok po kroku, kiedy miałam możliwości doświadczania siebie w postaciach w przeróżnych okolicznościach. Wzbogaciłam to w narzędzia psychologiczne ze względu na to, że się tym interesowałam, i połączyłam to w autorską metodę pracy. Dlatego osiem lat temu postanowiłam otworzyć własną szkołę. Dziś jestem przekonana, że to był dobry ruch, bo narzędzia wsparcia, świadomości i poczucia własnej wartości, które dajemy naszym studentom, powodują, że oni nie tylko osiągają sukcesy statystycznie większe niż aktorzy po państwowych szkołach, ale jako ludzie stają się bardziej stabilni, pewni siebie i szczęśliwi.

Co według ciebie znaczy to wyświechtane określenie „dbać o siebie”?
Być uważnym i czujnym w stosunku do siebie, obserwować, nazywać, analizować, zmieniać, otwierać, przepracowywać, wybaczać, zamykać, akceptować, wspierać… To też, niezależnie od doświadczeń, wyciągać wnioski i zwycięsko z nich wychodzić; stanąć na nogi i poukładać sobie wszystko w głowie.

Czy dzisiaj wsparcie psychologiczne w pracy aktorki to już standard?
Nie wiem. To kwestia indywidualna, ale chyba już od kilkunastu lat zmienia się ogólna tendencja i społeczeństwo nabiera świadomości. Wiele osób w moim zawodzie przechodzi czy przechodziło swoją terapię, co kilkanaście lat temu nie było tak powszechne. Fajnie, że nasze społeczeństwo bierze się za siebie. Myślę, że moje pokolenie jest pierwszym, które może mieć realny wpływ na swoje życie, używając narzędzi samoświadomości szerzej, niż robiło się to 20 czy 30 lat temu. Mamy dziś wiedzę psychologiczną, czytamy książki, dokształcamy się, rozwijamy. W AktoRstudio prowadzimy m.in. coaching dla aktorów i reżyserów. Coaching przydaje się już na pierwszym etapie rekrutacji do szkoły, kiedy trener rozmawia z młodymi ludźmi o tym, co będzie, jeśli się nie dostaną. Jaki mają plan? Jakie są ich zasoby i alternatywna droga rozwoju?

W jaki sposób pracujesz z aktorami i aktorkami jako coach?
Dzięki temu, że przez kilka ostatnich lat trafiały do mojej szkoły przeróżne osoby z rozmaitymi problemami, na różnych poziomach zamknięcia i z odmiennymi zaburzeniami dotyczącymi poczucia własnej wartości – miałam szansę na wypracowanie uniwersalnych metod. Pracuję już nie tylko z aktorami, lecz także z biznesem, prowadzę warsztaty, spicze motywacyjne i indywidualny coaching. Uskrzydla mnie, kiedy mogę dzielić się wiedzą i doświadczeniem, które powodują, że ludzie dokonują w sobie zmiany. Na moich oczach zdarzyło się to wielokrotnie. Na przykład przy „Córkach dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej pracowałam z dwiema młodymi dziewczynami, które już skończyły szkołę aktorską – Złotą i Srebrną Syreną, czyli Michaliną Olszańską i Martą Mazurek, otwierając je na pracę z ciałem, nagością i kobiecością. Rozgrzebywałyśmy na bieżąco różne emocje i próbowałyśmy stworzyć im na planie odpowiednie warunki po to, żeby dziewczyny mogły wydobyć z siebie to, co mają już zakotwiczone w wyobraźni. To nie jest łatwy proces, szczególnie na początku drogi potrzebujesz w tym jakiejś ochrony, kogoś, kto cię poprowadzi. Prowadzę aktorów przed castingami, daję master­classy przed filmem czy serialem, kiedy budują rolę. Pracuję też z młodzieżą, wspierając rozwój ich poczucia własnej wartości opartego na samoakceptacji, pozytywnej motywacji i umiejętności czerpania z kreatywnego potencjału, który jest w każdym z nas.

A jak ty doszłaś do samoświadomości?
To proces. Składa się na niego wiele elementów: doświadczenia życiowe, ciekawość świata, pasja w dążeniu do wiedzy i poznawania narzędzi psychologicznych, wola życia, wewnętrzny optymizm, determinacja, empatia oraz pokora. To mieszanka cech, które mi pomagają w poznawaniu siebie. Samoświadomość to przecież nie jest raz osiągnięty cel czy cecha, którą można nabyć. To raczej pewna droga do poznawania siebie i zgoda na to, aby ciągle nie wiedzieć jeszcze wielu rzeczy o sobie i o świecie, o ludziach. To gotowość do zmiany i otwartość na pokonywanie trudności. Jestem wielką fanką procesu. Lubię wprowadzać do mojego życia pozytywne zmiany i wciąż się uczyć czegoś, co może mnie wzbogacić wewnętrznie i w czymś pomóc.

Jaką metodą pracujesz najczęściej jako aktorka?
Głównie metodą pracy z wyobraźnią. Wypracowałam własne techniki, które polegają na wyciszaniu wewnętrznego krytyka i selektywnym skupieniu, które nie mają nic wspólnego z psychodramą. Ta metoda jest właśnie po to, żeby od siebie odpocząć i uruchomić wyobraźnię, a nie czerpać nieustannie z siebie. Jest wynikiem głębokiej analizy psychologicznej wszystkich postaci i próbą budowania napięć między nimi. Czyli nie tak jak często wykorzystywana metoda Stanisławskiego, w której filtrujesz wszystkie emocje przez siebie, czerpiąc mocno z własnego doświadczenia. Wiesz, co słyszałam, kiedy byłam jeszcze w szkole? „Roma, twoja mama umarła, to może wykorzystaj to, poczuj to teraz, pokaż nam”… A ja czułam, że tak nie można, to nie jest dobre! Nie da się pracować na swoich trudnych emocjach, używając ich do stworzenia postaci i obnażania publicznie najintymniejszych zakamarków umysłu, bez uszczerbku dla własnej osobowości i psychiki. Zawsze wiedziałam, że muszę ochronić przede wszystkim siebie. Dlatego metody pracy, którymi się dzielę, są nie tylko skuteczne, ale i bezpieczne, a jednocześnie pozwalają wejść bardzo głęboko w emocje, które są wiarygodne. Natomiast nie dotykają prywatności.

W psychologii znany jest eksperyment, który dotyczy mimicznego sprzężenia zwrotnego. Polega na tym, że wkładasz ołówek poziomo do ust i dzięki mimicznej reakcji uśmiechu, angażującej mięsień jarzmowy większy, po kilku minutach czujesz się zadowolona. To pokazuje, że nasz wyraz twarzy czy postawa ciała mogą wpływać na doświadczane przez nas emocje.
No właśnie, w tym wszystkim chodzi o większą świadomość swojego ciała. Bo na przykład stan delirki możesz zagrać na różne sposoby. Możesz się najpierw zastanowić, co czuje człowiek w tym stanie, kiedy to przeżywa. I później dołączasz do tego ciało, zaczynasz się trząść, co dzieje się bardziej mechanicznie. To bliskie metodzie Stelli Adler. Z kolei w metodzie fizycznej wychodzisz od ciała i dopiero wtedy zaczynasz coś czuć, nie uruchamiasz głowy.

Myślę, że każdy aktor i aktorka muszą przejść przez metodę Stanisławskiego, choćby po to, by dowiedzieć się o sobie więcej, ale niekoniecznie muszą tą metodą pracować, na dłuższą metę jest to bowiem zbyt eksploatujące. Moim zdaniem powinni znaleźć coś bezpieczniejszego dla siebie. Te metody działały i były potrzebne wtedy, kiedy w teatrze czy filmie grano jeszcze bardzo sztucznie. Teraz już wszyscy przywykliśmy do tego, że bierzemy z siebie i jesteśmy naturalni. Inaczej się nie da. Dlatego uważam, że edukacja aktorów powinna zostać zaktualizowana. I ja staram się to robić.

Czyli my tu o emocjach, a jednak w pracy aktorki wszystko sprowadza się do fizyczności…
Absolutnie nie! Uważam, że dużym błędem jest myślenie o zawodzie aktorki od strony fizyczności, chociaż rzeczywiście teraz zwraca się na to uwagę. To dobry temat na szerszą rozmowę. Ogólnie myślę, że z powodu kultu piękności i ciała oddalamy się od głębi i od podążania za własną intuicją, nie tylko w aktorstwie. Dlatego warto zwracać uwagę na takie sprawy, jak akceptacja siebie i swojego ciała, warto podkreślać naturalność, warto mówić o tym, że się od siebie różnimy i że to jest cenne. Nie zmieniać swojej urody zgodnie z obowiązującymi trendami i przede wszystkim jej sztucznie nie podkreślać. Podam ci pewien przykład: niedawno widziałam okładkę z Angeliną Jolie, spojrzałam jej w oczy i musiałam zasłonić ręką dół jej twarzy. Bo tylko oczy mówiły prawę.

Roma Gąsiorowska, aktorka, coach, reżyserka, producentka, menedżer kultury, założycielka szkoły aktorskiej AktoRstudio, twórczyni kierunku studiów Manager Sektora Kreatywnego na WSG w Bydgoszczy. Właścicielka W-arte Dom Produkcyjny. Znana z ról w filmach: „Pogoda na jutro”, „Rozmowy nocą”, „Wojna polsko-ruska”, „Ki”, „Sala samobójców”, „Listy do M” czy „Podatek od miłości”. Mama dwójki dzieci, żona aktora Michała Żurawskiego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze