Jedni piszą: „Przepiękne”. Inni: „Coś tak szkaradnego jeszcze nie widziałam”. Rzeźba Łukasza Zbroi stanęła w pasażu Starej Papierni w Konstancinie-Jeziornie jako część wystawy “Arrasy Zbroi. Koniec jest początkiem” i niemal natychmiast uruchomiła lawinę emocji. Ale być może najciekawsze zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zamiast pytać: „czy to jest ładne?”, podejdziemy bliżej.
Najpierw pojawiło się zdziwienie, potem zachwyt, a chwilę później sprzeciw i oburzenie.
„Przepiękne…” - napisał jeden z odbiorców.
„Coś tak szkaradnego jeszcze nie widziałam” - odpowiedziała inna osoba.
Ktoś dostrzegł w rzeźbie klimat The Last of Us. Ktoś inny uznał, że jej obecność w Starej Papierni jest błędem: „Ta rzeźba zupełnie tam nie pasuje i psuje klimat tego miejsca”. Jeszcze ktoś napisał, że wystawa „bardziej porusza i zostaje w pamięci”.
Emocje rozpięły się więc pomiędzy fascynacją a odrzuceniem. I właśnie w tym miejscu zaczyna się coś ciekawszego niż zwykły internetowy spór o gust.
Fot. Tomek Kowalski
Sztuka w muzeum znajduje się w bezpiecznej sytuacji. Wchodzimy do przestrzeni, w której z góry zgadzamy się, że będziemy oglądać sztukę. W przestrzeni publicznej natomiast reguły się zmieniają, bo dzieło staje człowiekowi na drodze. Pojawia się w miejscu, które zna, lubi, z którym być może jest emocjonalnie związany. Nie pyta go o zgodę. I nagle odbiorca nie jest już tylko widzem. Zaczyna czuć się współgospodarzem przestrzeni i zastanawiać, kto śmiał coś tak kontrowersyjnego sfinansować lub wydał zgodę na instalację.
Podobny mechanizm można było obserwować w Bostonie w 2023 roku, kiedy na Boston Common odsłonięto monumentalną rzeźbę Hanka Willisa Thomasa „The Embrace”, inspirowaną fotografią Martina Luthera Kinga Jr. i Coretty Scott King w uścisku. W ciągu kilku dni internet wypełniły skrajne interpretacje. Pytano nawet: „Why’d you make it so complicated and confusing?”. Niektórzy dostrzegali w formie niezamierzone seksualne skojarzenia, inni widzieli w niej przede wszystkim symbol miłości i wspólnoty.
Fot. Tomek Kowalski
Reakcja była tak gwałtowna, że sama dyskusja o rzeźbie stała się wydarzeniem. Współtwórczyni organizacji odpowiedzialnej za projekt Liz Walker przypominała wówczas, że sztuka publiczna ma właśnie stwarzać przestrzeń do rozmowy.
Dwa lata później podobna debata wybuchła w Danii wokół czterometrowej Den Store Havfrue. Rzeźbę nazywano „brzydką” i „pornograficzną”, ale pojawił się też argument szczególnie interesujący w kontekście Starej Papierni: że współczesna figura nie pasuje do kulturowo-historycznego charakteru miejsca, w którym ją ustawiono. Ostatecznie duńska agencja odpowiedzialna za dziedzictwo zdecydowała o jej usunięciu z Dragør Fort.
Jak bardzo powinna więc „pasować” sztuka? A może jej rolą nie zawsze jest dopasowanie?
Na pierwszy rzut oka Kobieta krocząca Łukasza Zbroi może sprawiać wrażenie gwałtownej, organicznej, niemal przypadkowo zlepionej materii, z której wyrasta zdeformowana postać. Tyle że przypadkowości jest w niej znacznie mniej, niż mogłoby się wydawać. Proces
powstawania rozpoczyna się w sposób klasyczny. Zbroja rzeźbi postać w glinie. Następnie wykonuje negatyw z gipsu lub silikonu. Dopiero wtedy zaczyna się najbardziej charakterystyczny etap jego pracy. Artysta sięga po szmaty, w które podczas malowania
wyciera pędzle. Te naznaczone wcześniejszą pracą, farbą, pigmentem, ruchem, resztki tekstylne, które w większości pracowni zostałoby odpadem, tutaj stają się tworzywem dla kolejnego dzieła.
Artysta wciska fragmenty tkanin w przygotowaną formę z bardzo konkretnym zamysłem gdzie ma się znaleźć konkretny kolor i faktura. Inne fragmenty pojawiają się tam, gdzie mają powstać oczy, usta czy włosy. Malarz nadal więc maluje - tylko zamiast nakładać farbę
pędzlem na płótno, buduje kolorami trójwymiarową postać, a następnie utwardza całość żywicą. Sam Zbroja nazywa tę technikę „szmatą malarską”. Oficjalne materiały wystawy opisują Kobietę kroczącą właśnie jako rzeźbę wykonaną ze szmaty malarskiej,
papieru-mâché i stali. Najbardziej charakterystyczny element rzeźby, czyli wyciągnięta do kroku noga symbolizująca ciągły ruch, wykonana została z papieru-mâché, a następnie polakierowana przez artystę z użyciem własnego, pomarańczowego pigmentu.
Fot. Tomek Kowalski
Rzeźba okazuje się więc nie „ulepem”, jak określił ją jeden z komentujących, lecz efektem wieloetapowego procesu popartego solidnym warsztatem i wiedzą: od modelowania w glinie, przez wykonanie formy, po niemal malarskie konstruowanie jej powierzchni.
Macie Państwo przed sobą czystego artystę, mówiącego własnym językiem. Od jego dyplomu widzę cały czas rozwój. Autentyczny rozwój, oparty o własne spojrzenie na sztukę - stwierdził w trakcie otwarcia wystawy profesor Antoni Janusz Pastwa, w pracowni którego Zbroja robił dyplom.
Najłatwiej skupić się na powierzchowności Kobiety kroczącej. Tymczasem może ważniejsza jest jej postawa i symbolika. Ta kobieta jest wyprostowana, dumna, wręcz majestatyczna, pewnie stawia krok. Nie cofa się, nie pochyla, nie próbuje stać się mniej widoczna. Jej
zdeformowana, ekspresyjna struktura kontrastuje z czymś niezwykle klasycznym: godnością ludzkiej figury.
Motyw nie pojawił się w twórczości Zbroi przypadkiem. Jest kontynuacją jego pracy dyplomowej na warszawskiej ASP, którą artysta tworzył u wspomnianego wyżej profesora Pastwy. Wyrzeźbił wówczas pięciu kroczących mężczyzn. Po latach powrócił do postaci w
ruchu - tym razem do kobiet. W tle pojawia się jedna z najstarszych filozoficznych metafor zmiany: panta rhei, czyli wszystko płynie. Człowiek się zmienia. Świat się zmienia. Społeczeństwa i kultury ewoluują. A, jak twierdzi artysta, kobieta szczególnie.
U Zbroi kobieta więc kroczy, bo w nowym cyklu to właśnie kobieta staje się mocną figurą tego ruchu - zdolności do przemiany, przetrwania i pójścia dalej. Można oczywiście zobaczyć w jej powierzchni chaos czy brzydotę. Ale można też zrobić coś, czego internet nie ułatwia: obejść ją dookoła i spojrzeć uważniej.
Fot. Tomek Kowalski
To być może jeden z najciekawszych aspektów całej historii. Znaczna część sporu odbywa się nie przed dziełem, lecz przed ekranem telefonu. Fotografia wybiera jeden kąt a kilkusekundowy film jeszcze inny. Algorytm natychmiast zachęca do reakcji:serce, śmiech, złość, komentarz.
Rzeźba jest jednak formą przestrzenną. Nie ma jednego właściwego kadru. I być może dlatego przed wydaniem wyroku warto zrobić coś banalnie prostego: podejść bliżej. Dla przykładu, jedna z osób, która oglądała rzeźbę na żywo, napisała: “Mnie zachwyca.. ja widzę
nawet mięśnie pleców tej kobiety”.
Tu historia robi jeszcze jeden obrót. Dzisiejsza Stara Papiernia wyrasta z przemysłowej historii Jeziorny. Zabudowania kompleksu powstały w latach 1836–1838, a w kolejnych etapach ich dziejów służyły m.in. jako magazyny materiałów tekstylnych
wykorzystywanych do produkcji papieru. Dziś historyczna architektura została przekształcona w przestrzeń handlu, spotkań, gastronomii, kultury i sztuki. W 2026 roku Stara Papiernia została rozbudowana, tworząc nowe koncepty i realizując ambicję miejsca,
w którym ludzie chcą spędzać czas.
I właśnie tutaj pojawia się artysta, który bierze materiały przeznaczone właściwie do wyrzucenia - stare tkaniny, dywany, zabrudzone farbą szmaty - i nadaje im kolejne życie.
Koniec jest początkiem nie jest jedynie podtytułem wystawy. To zasada, którą kierował się artysta tworząc prace eksponowane obecnie w Galerii Limited Edition mieszczącej się na terenie Starej Papierni. W Arrasach Zbroi wielkoformatowe płótna i stare dywany tracą swoje pierwotne funkcje. Zawieszone luźno, bez tradycyjnych krosien, prezentowane jak arrasy. Malarstwo przechodzi w obiekt. Rzeźba korzysta z języka malarstwa, a malarstwo z języka rzeźby. Dyscypliny te się u Zbroi przenikają. Materiał odpadowy staje się głównymelementem dzieła. Historyczne miejsce nie jest więc jedynie efektownym tłem ekspozycji, ponieważ pomiędzy przestrzenią a pracami istnieje wspólny temat: przemiana.
Polska historia sztuki współczesnej zna znacznie gwałtowniejsze konflikty.
La Nona Ora Maurizia Cattelana, przedstawiająca Jana Pawła II przygniecionego meteorytem, została w Zachęcie fizycznie naruszona przez posła Witolda Tomczaka. Tęcza Julity Wójcik na placu Zbawiciela była wielokrotnie podpalana. Wokół Pasji Doroty Nieznalskiej powstał spór, który doprowadził aż do wieloletniego postępowania sądowego.
W 2011 roku Zachęta poświęciła nawet część wystawy Goshki Macugi historii takich konfliktów - medialnym nagonkom, agresywnym reakcjom i próbom wymazywania artystów z publicznego życia.
Nie oznacza to, że kontrowersja jest dowodem jakości. Samo wywołanie skandalu nie czyni dzieła dobrą sztuką. Ale również powszechna aprobata niczego takiego nie gwarantuje. Sztuka mimo wszystko powinna być “gorąca” lub “zimna”, aby poruszać, a nie
“letnia”, czyli taka wobec której przechodzi się obojętnie. Może ciekawsze pytanie brzmi więc inaczej: czy dzieło potrafi zmusić nas do dyskusji, refleksji, spojrzenia drugi raz?
Kobieta krocząca zrobiła coś, czego nie da się zaplanować kampanią promocyjną. Wywołała emocje. Zachwyt, irytację, śmiech, niepokój, sprzeciw. Sprawiła, że ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać. Niektórzy bardzo ostro, ale dyskutują.
A ona tymczasem nadal robi dokładnie to, co robiła od początku. Wyprostowana, dumna i pewna swojego kroku - idzie dalej.
Wystawę Arrasy Zbroi. Koniec jest początkiem można oglądać do 7 listopada w Galerii Limited Edition na terenie Starej Papierni w Konstancinie-Jeziornie