1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Nigdy nie powiedział synowi, że go kocha. Maciej Cuske przez 17 lat filmował jego dorastanie. „Wypowiada w nim rzeczy, których na co dzień nie umie powiedzieć”

Nigdy nie powiedział synowi, że go kocha. Maciej Cuske przez 17 lat filmował jego dorastanie. „Wypowiada w nim rzeczy, których na co dzień nie umie powiedzieć”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. Olga Zip)
(Fot. Olga Zip)

Odsłuchaj artykuł

Ida Marszałek - Nigdy nie powiedział synowi, że go kocha. Maciej Cuske przez 17 lat filmował jego dorastanie. „Wypowiada w nim rzeczy, których na co dzień nie umie powiedzieć”

00:00 15:52
15s
0,5 x
15s
Poruszająca opowieść o przyjaźni, dorastaniu i o tym, że dorosły także może wiele nauczyć się od dziecka czy nastolatka. Nic dziwnego, że „Kandydaci śmierci”, dokument, który Maciej Cuske realizował przez kilkanaście lat, zrobił furorę wszędzie, gdzie był pokazywany. Teraz wchodzi do kin. Rozmawiamy z reżyserem i jego synem Stanisławem Cuske.

Spis treści:

  1. „Kandydaci śmierci” Macieja Cuske. Jak powstawał dokument kręcony przez 17 lat?
  2. Relacja ojca z synem. Czego rodzice mogą nauczyć się od swoich dzieci?
  3. „Ojców nosimy w sobie”. Jak relacja z własnym ojcem wpływa na rodzicielstwo?
  4. Dlaczego ojcom i synom tak trudno rozmawiać o uczuciach?

  • Przez 17 lat Maciej Cuske filmował wakacyjne przygody swojego syna i jego przyjaciół. Tak powstał dokument „Kandydaci śmierci” – opowieść o dorastaniu, przyjaźni i relacji ojca z synem.
  • „Dopiero wychowując Stasia, zrozumiałem, że tata dał mi to, co umiał, i naprawdę mnie kochał” – mówi reżyser, wspominając własnego ojca.
  • „Właściwie cały dokument »Kandydaci śmierci« odbieram jako list od ojca. Wypowiada w nim rzeczy, których na co dzień nie umie powiedzieć” – przyznaje Stanisław Cuske.
  • Czy ojciec zawsze musi być mentorem? Maciej i Stanisław opowiadają o zamianie ról, trudnych rozmowach i o tym, czego dorosły może nauczyć się od własnego dziecka.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 09/2026.

„Kandydaci śmierci” Macieja Cuske. Jak powstawał dokument kręcony przez 17 lat?

Ida Marszałek: To nie pierwszy raz, kiedy Stanisław i jego koledzy zostali bohaterami twojego, Macieju, dokumentu. W 2011 roku pokazałeś „Daleko od miasta”. Dlaczego wtedy postanowiłeś skierować na nich kamerę?

Maciej Cuske: Poczułem, że coś w życiu chłopców się kończy, taki etap rozkosznej niewinności. Chciałem złapać te ostatnie momenty.

Nakręciłeś „Kandydatów śmierci”, bo też poczułeś, że coś się rozpada?

Czasami przyjaźniom zbudowanym w dzieciństwie nie udaje się przetrwać w dorosłości. I kiedy zobaczyłem, że chłopcy zaczęli się rozchodzić, każdy w swoją stronę, pojawiła się we mnie obawa, że być może nie doceniają naszego corocznego rytuału. I że jeśli nie zadbają o niego teraz, może przepaść bezpowrotnie. Chciałem uwiecznić moment, kiedy piękna przygoda z dzieciństwa zderza się z dorosłością.

Rytuału, czyli waszych corocznych letnich wyjazdów, podczas których wspólnie kręciliście amatorskie horrory. Dorosły z kamerą i trzech chłopaków, z roku na rok coraz starszych. Czyj to był pomysł, żeby bawić się w kino?

Stanisław Cuske: Zajawka zaczęła się tak naprawdę od Rafała [Waraczewskiego]. Mój przyjaciel miał w głowie mnóstwo pomysłów, a ja byłem jego operatorem. Kręciliśmy na telefonach i aparatach cyfrowych, nasze interpretacje Jamesa Bonda, jakieś horrory. Father, ile mieliśmy lat na pierwszym wyjeździe?

Maciej: 12.

Stanisław: W takim razie musieliśmy zacząć, jak mieliśmy 10. Kiedy w końcu tata zaproponował, że nakręcimy horror na prawdziwej, profesjonalnej kamerze, nie trzeba nas było dłużej przekonywać.

Maciej: Stasiu już wcześniej jeździł ze mną pod namiot – ze względów finansowych to były dla nas jedyne możliwe wakacje. Dla niego tego typu wyprawy nie były takim szokiem, jak dla pozostałych chłopaków, dla których zimna woda, brak internetu czy sklepu to był koniec świata. W każdym razie chciałem ich wyrwać z domu, żeby dali się porwać przygodzie, a jednocześnie może przy okazji zrobić film dokumentalny.

Kadr z filmu „Kandydaci śmierci” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Kandydaci śmierci” (Fot. materiały prasowe)

Odcięcie od cywilizacji i plany filmowe z mikrobudżetem miały pokazać dorastającym chłopakom, że wszystko jest możliwe?

Maciej: Robiliśmy coś z niczego. Za pierwszym razem przywiozłem z planu filmowego plastikowy karabin maszynowy i to był jedyny rekwizyt. W kolejnym roku znaleźliśmy na odpuście przerażającą gumową maskę, no to nałożyłem na siebie kilkadziesiąt warstw ubrań i wcieliłem się w potwora. Innego lata, gdy chłopcy podrośli, robiliśmy wypadek samochodowy. Normalnie przy takiej scenie pracują lekarz, kaskaderzy, ochrona, trzeba zamknąć dojazd. My na pustej leśnej drodze rozbiliśmy samochód o drzewo, przewróciliśmy go liną holowniczą, zostawiliśmy na noc kartkę: „rekwizyt filmowy”. A gdy rano kręciliśmy scenę i chłopcy, zakrwawieni, wychodzili z auta, jakaś pani się zatrzymała i musieliśmy ją uspokajać, że to tylko film.

Stanisław: W ruinach zamku w Łapalicach też kogoś przestraszyliśmy – miejscowych nastolatków. Adrian [Weber] grał śmierć i latał z kosą, a oni w przerażeniu schowali się do katakumb.

Maciej: Najstraszniejszy wyjazd to chyba ten do gospodarstwa pod Bydgoszczą, obok opuszczonego młyna. W domu, w którym mieszkaliśmy, straszyło. W dodatku namówiliśmy gospodarzy, żeby wystąpili. Przebrali się, posypali mąką, chodziliśmy po podziemiach tego młyna, włos się jeży na wspomnienie tych scen!

Jestem pełna podziwu, że udało wam się zaangażować miejscową społeczność.

Stanisław: Był wstyd na początku, ale później to już przychodziło naturalnie. Przekonałem się, że jak się otwierasz na drugiego człowieka, w zamian możesz otrzymać zaskakująco dużo. Że ludzie są po prostu z natury pomocni. To poczucie przydaje mi się teraz, gdy kręcę własne dokumenty.

Maciej: W szóstym odcinku potrzebowaliśmy dużo zombie i namówiliśmy do pomocy chłopaków z wioski. Mój znajomy prowadził niedaleko warsztaty dla socjologów i zapytałem, czy oni też by się nie zgodzili. No i ostatecznie mieliśmy 20 zombiaków w scenie. Wszyscy pozwolili nam wysmarować się jakimś kremem. Łącznie z miejscowym popem, który ganiał po lesie z krzyżem.

W odwagę wpisany był element szaleństwa. To trudne zadanie: zadbać o bezpieczeństwo dzieci, ale ich nie ograniczać.

Maciej: Zawsze byłem zaskoczony, że rodzice Adriana i Rafała aż tak mi ufają. Robiliśmy naprawdę szalone rzeczy i trzeba przyznać, że naginaliśmy granicę bezpieczeństwa. Chociaż pilnowałem, żeby jej nie przekroczyć.

Stanisław: Tak jak wtedy, gdy chcieliśmy nagrać sen jednego z bohaterów, a nie mieliśmy dymiarki, więc wpadłem na genialny pomysł, że rozpalimy ognisko z liści. To było pod ziemią, w katakumbach, nie dało się wytrzymać nawet minuty. Oczy nam łzawiły, kaszleliśmy i biegaliśmy ze szmatą w ustach.

Zdaje się, że powodzenie waszych misji zależy od tego, co każdy z was wnosi do dynamiki grupy. Stanisław jest stoikiem, Adrian jest konkretny, Rafał ma ogromne pokłady empatii, a Maciej jest marzycielem. To wybuchowa mieszanka i zdarzają się wam tarcia.

Stanisław: Dziesiąty wyjazd był momentem krytycznym. Myśleliśmy, że ten odcinek horroru nie powstanie, a my prawdopodobnie już nigdy się nie spotkamy. Pamiętam też odcinek kręcony na wodzie. Mieliśmy sześć dni na realizację, bo siedem zużyliśmy na zbudowanie tratwy. Cisnęliśmy się na tej małej przestrzeni we czwórkę, z całym sprzętem, z naszym pieskiem Frunią.

Byliśmy przemoczeni, tratwa się rozwalała, panował totalny chaos. Codziennie się kłóciliśmy, że to wszystko jest bez sensu. Tylko ojciec mówił, że damy radę. Mimo wszystko kręciliśmy, kolejne sceny powstawały i w końcu nam się udało.

Relacja ojca z synem. Czego rodzice mogą nauczyć się od swoich dzieci?

Wasza przyjaźń trwa mimo przeciwności dorosłego życia. Zmienia się też dynamika waszych relacji. Ty, Macieju, przez długi czas byłeś mentorem dla chłopaków, ale w dokumencie widzimy, że w pewnym momencie to oni zaczynają pouczać ciebie, krytykują nawet umiejętności operatorskie, a czasem radzą w sprawach relacji i emocji. To odwrócenie ról było trudne?

Maciej: Przegrywałem pojedyncze bitwy, ale wojny nie oddałem [śmiech]. Cieszyło mnie, że chłopcy walczą o swoje. Pamiętałem, jak ja w ich wieku patrzyłem na świat. Dzięki naszym przygodom mogłem jako dorosły spojrzeć na niego oczami Stasia i jego kolegów. Cenna lekcja. Pierwsze pole, które oddałem, to kwestie żywieniowe. Kiedy ja zapewniałem jedzenie, to były raczej zupki w proszku i gotowe dania ze słoika. Szczególnie Adrian to krytykował i w końcu sam zrobił pierwszy posiłek, spaghetti. Później przyszła pora na sprawy filmowe.

Stanisław: Przejęliśmy też pałeczkę w kwestiach organizacyjnych. Twoje poczucie czasu, ojciec, zakrawało w pewnych momentach na absurd. To jest klasyk: tata mówi, że wyjeżdżamy rano, a wyjeżdżamy wieczorem.

Maciej: Szczerze mówiąc, początkowo nie umiałem wejść na poziom koleżeński, bo znałem ich od przedszkola. Z tego powodu wciąż mówili mi na „pan”. Dopiero niedawno zniosłem tą granicę.

Mimo oficjalnych formułek przy ogniu czy w namiotach rozmawiacie ze sobą jak równy z równym. Z intymnych zwierzeń powstaje piękny portret męskości na granicy pokoleń.

Maciej: Myślę, że to były próby z mojej strony, by dać im to, czego sam nie dostałem. Z samym synem byłoby mi pewnie ciężej, ale że byliśmy w grupie i chłopcy zaczęli zadawać pytania, to przychodziło naturalnie. Mogłem przyznać się do własnych słabości, błędów. Ze mną ojciec tak nie rozmawiał. O moich marzeniach, sprawach damsko-męskich, nic. Miałem do niego bardzo dużo żalu i długo to pielęgnowałem.

Dopiero wychowując Stasia, zrozumiałem, że tata dał mi to, co umiał, i naprawdę mnie kochał. Sam dostał w dzieciństwie pewnie jeszcze mniej. Nie był idealny, ale zawsze był. Dzięki niemu mam w sobie dużo siły, jestem też bardzo prostolinijny.

„Ojców nosimy w sobie”. Jak relacja z własnym ojcem wpływa na rodzicielstwo?

Podoba mi się zdanie, które wypowiadasz w filmie: „Ojców nosimy w sobie”.

Siedzą w nas głęboko. Wydawało mi się, że jestem już w innym momencie niż mój tata, ale ostatnio rozmawiałem z przyjacielem i on uświadomił mi, że wciąż mam w sobie jego gen. Jakiś strach, niewiarę w siebie, które z trudem muszę przełamywać. Zaraz się okaże, jakim ja byłem ojcem dla Stasia. Wielu ważnych rozmów z nim nie przeprowadziłem.

Kilka rozmów przeprowadzasz w filmie. W tym o relacjach damsko-męskich.

Stanisław: Chyba jedyny taki moment w życiu [śmiech].

Maciej: Nie no, Stasiulek, bez przesady!

Stanisław: Strasznie się wstydziłeś o tym rozmawiać.

Maciej: Mówię nieumiejętnie, bo rzeczywiście nigdy się tego nie nauczyłem, ale staram się nie być taki, jak mój tata. Choćby jeśli chodzi o przekonanie, że w związku należy trwać do końca. Zrozumiałem, że są granice wolności osobistej, których nie powinno się przekraczać. Poświęcenie jest wpisane w związek, ale własna krzywda już nie. Myślę, że mój rozwód to był też jakiś akt odwagi, by pokazać synowi, że zawsze można i należy walczyć o swoje szczęście.

Szczególnie poruszyła mnie wasza rozmowa na pomoście, kiedy Stanisław dostaje od ciebie, Macieju, pamiętnik – zapiski z pierwszych dni bycia rodzicem.

Stanisław: Jakoś mnie to roztrzaskało, szczególnie w kontekście tego, że rodzice już nie są razem, a jednak coś razem stworzyli. Jestem tego dowodem. Mogłem przeczytać słowa napisane zaraz po tym, jak przyszedłem na świat. To było dla mnie symboliczne i rozdzierające zarazem. Właściwie cały dokument „Kandydaci śmierci” odbieram jako list od ojca. Wypowiada w nim rzeczy, których na co dzień nie umie powiedzieć. Komunikuje się ze mną w ten sposób i bardzo mnie to wzrusza.

Dlaczego ojcom i synom tak trudno rozmawiać o uczuciach?

Panuje przekonanie, że mężczyźni nie potrafią rozmawiać o uczuciach. Wasz film temu przeczy.

Maciej: Staś zauważa, że nigdy mu nie powiedziałem, że go kocham, a ja na to: „bo dla mnie to jest oczywiste”. Może nie potrafimy sobie pewnych rzeczy powiedzieć czy nie potrafimy się przytulić, ale z tej nieumiejętności, nieporadności też coś wynika.

„Kandydaci śmierci” są kapsułą czasu, dzięki której możecie skonfrontować się z młodszymi wersjami siebie.

Stanisław: Bardzo przeżyłem pierwszy seans i każdy kolejny również, zawsze dostrzegam coś innego. Ale traktuję ten film jako piękny zapis rzeczywistości, 17 lat przyjaźni, którego nie ma nikt inny. I fakt, że jest to przefiltrowane przez wrażliwość mojego taty, jest dla mnie niezwykły. Chociaż Rafał i Adrian pewnie odpowiedzieliby na to pytanie trochę inaczej.

Maciej: Najtrudniej było, kiedy chłopcy mieli zobaczyć film po raz pierwszy. Stresowałem się, bo przede wszystkim nie chciałem ich skrzywdzić. Mieliśmy dżentelmeńską umowę, że jeśli coś ich zaboli, wytnę ten fragment. Ale niczego nie zawetowali.

Dwóch z trzech chłopaków, których miałeś, Macieju, pod swoimi skrzydłami, poszło w twoje ślady. Stanisław jest operatorem, Rafał ukończył reżyserię. Czujesz, że masz w ich zawodowych wyborach swój udział?

Maciej: Po prostu chciałem, żeby chłopcy mieli fantastyczną przygodę, ale do zawodu na pewno ich nie namawiałem. Wiedziałem, z czym to się wiąże. Kręcenie dokumentów to bardziej hobby niż sposób na życie, zwłaszcza w Polsce. Stasiu bywał wprawdzie na planach moich filmów, ale w ogóle ich nie oglądał. Pamiętam, że było mi przykro z tego powodu. Chyba wciąż ma zaległości.

Stanisław: No gdzie! Widziałem wszystkie! Nasz dom od zawsze żył filmem. Jeździłem z tatą na festiwale, oglądaliśmy filmy na projektorze – Jima Jarmusha czy Wima Wendersa – ale tata puszczał też coś gatunkowego. Z drugiej strony często miałem przesyt. W pewnym momencie myślałem nawet o gastronomiku, ale w końcu kino do mnie wróciło, i to z dużą intensywnością. Zastanawiałem się, czy zostałbym filmowcem, gdyby nie tata. Myślę, że tak, ale pewnie nie byłbym teraz na tym etapie, na którym jestem.

Myślicie, że wasza wspólna tradycja filmowych wyjazdów przetrwa?

Stanisław: Nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy dzieci i przy następnych częściach nie zabralibyśmy ich ze sobą. Takie małe zombie byłyby wspaniałe!

Maciej Cuske, reżyser filmów dokumentalnych, jego „Wieloryb z Lorino” (2019) został nagrodzony Orłem, a film „Kandydaci śmierci” (2026) otrzymał główną nagrodę w Konkursie Polskim Millennium Docs Against Gravity.

Stanisław Cuske, operator, autor zdjęć do filmów „Lombard” (2022) i „Silver” (2025), u boku Łukasza Żala współpracował przy wielu uznanych międzynarodowych produkcjach, jak „Hamnet” (2025) czy „Ojczyzna” (2026).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE