Remigiusz Grzela - Dziś znany filozof, kiedyś depesz z warszawskiej Chomiczówki. Tomasz Stawiszyński wspomina: „Jeżdżenie po Warszawie wiązało się już ze sporym ryzykiem”
00:00
20:02
Filozof, który w książkach, felietonach i podcastach zadaje niewygodne pytania i pokazuje możliwości uporządkowania świata, debiutuje zbiorem opowiadań „Czynnik alchemiczny”. Jego bohaterów łączy grecka wyspa Korfu. Tomasz Stawiszyński tym razem podsuwa możliwość wciąż idealnego świata, a przynajmniej jego ratunku zachwytem.
- Tomasz Stawiszyński debiutuje jako autor opowiadań. Bohaterów jego „Czynnika alchemicznego” łączy grecka wyspa Korfu, na której sam filozof odnajduje poczucie zakorzenienia.
- „Opowieści są w zasadzie jedynym, co mamy” – mówi Stawiszyński. Zwraca jednak uwagę, że atrakcyjne narracje potrafią wygrywać z prawdą.
- Filozof przekonuje, że nawet w czasach kryzysu można afirmować życie. Pomagają w tym kultura, bliskie relacje, wspólne rytuały i umiejętność dostrzegania piękna świata.
- Tomasz Stawiszyński wspomina też dorastanie na warszawskiej Chomiczówce w latach 90., przyjaciół, których stracił, i czasy, gdy jako fan Depeche Mode musiał ukrywać swoją fryzurę przed przedstawicielami innych subkultur.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Remigiusz Grzela: Jak się dopasować do świata? Bohaterowie twojej książki odnajdują poczucie dopasowania na Korfu, nagle są u siebie.
Tomasz Stawiszyński: Świat jest dzisiaj niestabilny, nieprzewidywalny... Stoimy przed wielką niewiadomą, co jest oczywiście bardzo stresujące. Mamy więc tendencję do redukowania napięć, choćby opowieściami. Zawsze miały potężny kulturotwórczy potencjał, właściwie stworzyły świat, w którym funkcjonujemy, choć istnieją też opowieści toksyczne i destrukcyjne. Które, niestety, coraz bardziej zyskują na popularności.
Ale najważniejsze są chyba bliskie relacje z innymi. O tym staram się pisać. Weźmy rzecz pierwszą z brzegu – wspólne jedzenie. Wciąż przecież mamy możliwość zasiadania z przyjaciółmi i rodziną przy dobrym jedzeniu, picia dobrego wina, budowania wspólnoty choćby przy stole.
Nie musimy poddawać się modnemu dziś reżimowi dietetycznemu, który traktuje ciało jak maszynę albo inwestycję. W jedzeniu jako czynności wspólnototwórczej jest coś głębokiego i przyjemnego zarazem. To nie przypadek, że dzisiaj chyba jedyną osobą w Polsce, która cieszy się powszechną sympatią ponad podziałami, jest Robert Makłowicz. Jeździ po świecie, je i bardzo pięknie o tym opowiada. Poprzez jedzenie pokazuje historię i kulturę. Moja książka jest o ludziach, którzy między innymi w tym odnajdują sens i nadzieję.
A sam co czujesz?
Nie jestem w stanie poczuć się całkiem stabilnie i bezpiecznie, co nie znaczy, że nie miewam doświadczeń głębokiego dopasowania, o których w „Czynniku” można sporo przeczytać. Często zdarza mi się to właśnie na Korfu. Dlaczego akurat tam – do końca nie wiem. Istnieje wiele miejsc teoretycznie bardziej atrakcyjnych – jest w nich mniej turystów, ciekawsza architektura, bujniejsza przyroda.
Ale to na Korfu pojawia się u mnie poczucie zakorzenienia – w krajobrazie, specyficznej aurze miejsca. Może to faktycznie ta fascynująca mikstura wpływów – architektura wenecka i paryska przemieszane z grecką?
Pasaż Liston w Kerkyrze był wzorowany na paryskiej rue de Rivoli, stara część miasta wygląda z kolei jak Wenecja, bo została zbudowana przez Wenecjan. Kuchnia niesie wpływy greckie, włoskie, francuskie. W tej miniaturze śródziemnomorskiej przeglądają się różne światy – i to mnie oraz moją żonę z pewnością do Korfu przyciąga. Po raz pierwszy pojechałem tam 20 lat temu, śladami pisarza Lawrence’a Durrella, zachwycony jego „Kwartetem aleksandryjskim”. Chciałem zobaczyć, jak wyglądało miejsce, w którym mieszkał. Byłem też świeżo po lekturze „Kolosa z Maroussi” Henry’ego Millera, który przyjechał na Korfu w odwiedziny do Durrella tuż przed wybuchem II wojny światowej. Miałem intuicję, że ta wyspa jest trochę jak „Kwartet”, ma w sobie specyficzny eklektyzm i zmysłowość. Chciałem zobaczyć White House, w którym Durrell mieszkał – i wrócić. Nie wiem, co mnie zatrzymało. I chociaż podróżowałem też innymi szlakami Durrella, na przykład na Rodos, to Korfu mnie stale przywołuje.
Nie na tyle, by tam zamieszkać?
Nie wiem, nigdy o tym na serio nie myślałem. Może gdybym się tam przeniósł, byłoby jak w wierszu Kawafisa w przekładzie Zygmunta Kubiaka:
„Nowych nie znajdziesz krain ani innego morza.
To miasto pójdzie za tobą. Zawsze w tych samych dzielnicach
będziesz krążył. W tych samych domach włosy ci posiwieją.
Zawsze trafisz do tego miasta. Będziesz chodził po tych samych ulicach”.
Chociaż „Czynnik alchemiczny” to proza, w moim odczuciu kontynuuje twoje poszukiwania filozoficzne z poprzednich książek.
Opowiadam wciąż o tym, co mnie zawsze interesowało, czyli o tym, jak dzisiaj człowiek radzi sobie w świecie, co z niego rozumie, czego się obawia, jak próbuje się chronić przed jego negatywnymi aspektami. Opowiadam o uciekaniu w iluzje, fantazje, teorie spiskowe. Ale tym razem powstrzymuję się przed domykaniem rozważań teoretycznych. Przedkładam wyobraźnię nad spekulację. Interesuje mnie wątek afirmacji, radości życia, tak charakterystyczny dla kultury śródziemnomorskiej, rozpiętej między melancholią a radością, cielesnością i przyjemnością płynącą z dobrego jedzenia, wina, słońca, poczucia pełnego uczestnictwa w istnieniu, a zarazem poczucia przemijania, gdzie śmierć jest nieodłącznym elementem życia.
Jedna z bohaterek, Włoszka przywiązana do tradycji, siada codziennie o tej samej porze przy tym samym stole ustawionym pod tym samym kątem, jakby to był dowód na ciągłość świata. Broni się przed lękiem?
Jest przywiązana do pewnej estetyki, tradycji, etosu, wszystkiego, co wiąże się z kodem kulturowym, manierami, a co zarazem jest powtarzalne, stabilne, związane z pokoleniową sukcesją. To jest już chyba pieśń przeszłości. Dzisiaj te formy kruszeją, są zastępowane nie wiadomo czym. A przecież wprowadzając ład i powtarzalność, od zawsze próbowaliśmy się chronić przed nieprzewidywalnością i niepewnością świata.
Także opowiadając?
Opowieści są w zasadzie jedynym, co mamy. Zawsze mnie jednak fascynowało, jak ludzki umysł potrafi się w narracji oddalić od rzeczywistości, wytwarzając spójną i atrakcyjną, choć całkiem nieprawdziwą wizję.
Umysł jest tak elastyczny, że dostosowuje wszystko do opowieści, w którą wierzy, a w dodatku atrakcyjność takich narracji łatwo wygrywa z prawdą, najczęściej nie tak atrakcyjną. To mocno widać w ekspansji pseudonauki, teorii spiskowych, najdziwaczniejszych przekonań politycznych.
Spójrz na innego bohatera tej książki, Sosipatrosa, jak popada w coś, co można by określić mianem fantazji wielkościowych. Zarazem – opowieść nadaje jego doświadczeniu głęboki sens. Czy zatem nie jest redukcją diagnozowanie go jako mitomana? Należy też pamiętać, że granica pomiędzy opowieściami potencjalnie groźnymi, bo sprowadzającymi człowieka na manowce, a konstruktywnymi jest bardzo niewyraźna. W „Czynniku alchemicznym” szukam raczej tych, które wzbogacają nasz obraz świata, pomagają nam przetrwać, nadają temu trwaniu głębszy wymiar. A przed toksycznymi i destrukcyjnymi ostrzegam w esejach.
Mimo kryzysu?
Tkwimy w potężnym kryzysie, ale jestem przekonany, że mamy na podorędziu środki, żeby go przezwyciężyć. Wystarczy się tylko rozejrzeć dookoła. Bohaterowie „Czynnika”, każdy na swój sposób, strategii przetrwania szukają w kulturze i doświadczeniu. Jest w nich potrzeba pogodnego afirmowania życia mimo apokaliptycznej aury. To charakterystyczne dla kultury śródziemnomorskiej, z jej połączeniem wpływów greckich, chrześcijańskich i lokalnych, że daje przestrzeń, żeby w sposób radosny i głęboki afirmować istnienie, w całej jego złożoności.
Życie przemija, ciało się starzeje, cierpienie jest nieuchronne, podobnie jak śmierć – naszych bliskich i nasza. Nie napawa to zbytnim optymizmem, przyznasz, ale przecież mimo tego afirmacja jest możliwa.
Parę lat temu napisałem książkę „Ucieczka od bezradności”, właśnie o tym, że dzisiaj kultura nie daje nam narzędzi do radzenia sobie z najtrudniejszymi aspektami życia – śmiercią, stratą, niepewnością, żałobą, smutkiem. Starałem się odzyskać język, którym można by mówić o tych sprawach. Pomagają w tym żywy mit i rytuał, umiejętność dostrzegania piękna świata, smaku kuchni, poczucie wspólnoty w kruchości i przemijaniu. Z tej wspólnoty rodzi się następstwo pokoleń, dbałość o to, żeby coś dobrego po sobie zostawić.
Także chrześcijaństwo? Pisałeś o tym w „Powrocie fatum”.
Wywołało to niemałe kontrowersje. W Polsce dyskusja o chrześcijaństwie natychmiast się redukuje, zwłaszcza w mediach społecznościowych, do polskiego Kościoła, który jest ważnym podmiotem w sporze politycznym, umiejscowionym wyraźnie po jednej tego sporu stronie. Kiedy więc zaczynasz poruszać ten temat, natychmiast zostajesz zdefiniowany jako zwolennik takiej czy innej partii. Tymczasem ja w ogóle nie chciałem zaczynać dyskusji o Kościele. Używałem konsekwentnie terminu chrześcijaństwo, nie katolicyzm.
Szukałem odpowiedzi na pytanie, czym dzisiaj jest dziedzictwo chrześcijańskie, czy nieodwołalnie odchodzi w przeszłość, czy może warto z niego na nowo skorzystać.
Nazwałeś chrześcijaństwo wolnością.
Przyglądałem się współczesnej modzie na rozmaite formy wróżbiarstwa i tak zwane „nowe duchowości”. Wpisanie się w kosmiczną harmonię dzięki analizie astrologicznej działa kojąco, bo człowiek przestaje mieć poczucie chaosu, przypadkowości, a staje się częścią szerszej całości. Jeśli życie dotkliwe cię doświadcza: tracisz pracę, twój związek się kończy, a horoskop tłumaczy, że to ważny proces, który za trzy, cztery miesiące się zamknie, to zyskujesz poczucie bezpieczeństwa. Tylko czy aby na pewno chcemy takiego arytmetycznego życia? Zdefiniowanego już w momencie urodzenia, od początku do końca, razem z porażkami i zwrotami akcji?
Chrześcijańska nowina, którą dwa tysiące lat temu przyniósł na świat Jezus Chrystus, brzmi tymczasem: jesteś istotą, która ostatecznie nie podlega ani przypadkowi, ani determinacji kosmicznych mocy. Zostałeś powołany do istnienia przez potężne, osobowe źródło wszechrzeczy, które jest miłością i właśnie z miłości cię stworzyło.
Ba, cały świat jest dziełem, które zrodziło się z miłości, stoi za nim osoba, stoi Ktoś. Nie bezosobowe moce albo przypadek, tylko rozumne „ja”. To potężna rewolucja. Historyk Tom Holland dowodzi w książce „Boże władztwo”, że bez chrześcijaństwa trudno byłoby sobie wyobrazić nowoczesną demokrację, prawa człowieka i wiele innych cywilizacyjnych zdobyczy, których dziś wcale już odruchowo z chrześcijaństwem nie kojarzymy. Oczywiście chrześcijanie wyrządzili wiele zła i zachowywali się niejednokrotnie całkiem wbrew temu, co głosili, nie zmienia to jednak istoty chrześcijańskiego przesłania.
Moja książka nie była wyznaniem wiary czy nawrócenia, ale próbą spojrzenia na logikę miłosierdzia, odrzucenia przemocy, braterstwa, wzajemności, miłości jako odpowiedzi na nasze współczesne poczucie fatum, wyobcowanie i samotność.
Lubisz mówić inaczej niż wszyscy?
Nie mam w sobie przekory, raczej potrzebę otwartego mówienia tego, co myślę, nawet jeśli większość uważa inaczej. Tym, co mnie inspiruje do pisania, jest poczucie, że mam na jakiś temat do powiedzenia coś specyficznego. Jeśli myślę w jakiejś kwestii to, co większość – nie piszę o niej. A w ogóle to traktuję pisanie jak rozmowę. Pisząc, zawsze zwracam się do kogoś. Mam tu bardzo dobre doświadczenia z domu. Moja mama zachęcała mnie do rozmowy, chciała, żebym jak najwięcej opowiadał. Ukształtowała mnie też jako czytelnika, sama zawsze mnóstwo czytała. Jeszcze w szkole podstawowej, w latach 50., prowadziła dzienniczki lektur, bardzo piękne, staranne – przerysowywała okładki, opisywała wrażenia. Fascynowałem się nimi jako dziecko, to były też moje pierwsze doświadczenia czytelnicze.
To, że twoi rodzice kontestowali świat, miało na ciebie wpływ?
Zawsze imponowała mi bezkompromisowość mamy. Jej odwaga rezygnowania, kiedy coś nie mieściło się w jej wyobrażeniu przyzwoitości. Nawet za cenę straty czy niepewności. W 1968 roku rozrzucała na uczelni ulotki nawołujące do wiecu. Została przyłapana, dostała areszt domowy i wilczy bilet, dopiero po stanie wojennym mogła skończyć studia. Była również zaangażowana w Solidarność. Mój ojciec był w latach 80. szefem podziemnej struktury Solidarności na Mazowszu, która nazywała się „Armenia”. Był też szefem Radia Solidarność przez kilka lat. Na szczęście nigdy go nie złapali. W naszym mieszkaniu składowana była bibuła, m.in. pismo „Sektor”. Przestrzegano mnie, żebym przypadkiem w szkole nie mówił, że leżą u nas te czasopisma. Więc z jednej strony wiązała się z tym ekscytacja, tajemnica, ale i jakieś niebezpieczeństwo.
Wiedziałem, że Solidarność jest bardzo ważna, u mnie w domu nieustannie z magnetofonu leciały utwory Jacka Kaczmarskiego, które znam bez wyjątku na pamięć. Na lekcjach muzyki w podstawówce koledzy śpiewali różne piosenki o miłości, a ja „Mury” i „Obławę”, co akurat u pani od muzyki było mile widziane i często mnie o to prosiła.
Czym były lata 90. na warszawskiej Chomiczówce dla przyszłego filozofa?
Doświadczeniem głęboko formacyjnym. Chomiczówka to była prawdziwa szkoła życia. Skończyłem podstawówkę w 1993 roku i co najmniej kilka osób, które znałem, dobrze się zapowiadających, wrażliwych i inteligentnych, zniszczyły narkotyki albo wciągnęły środowiska przestępcze. To był mocny dysonans: z jednej strony, wkraczając w nastoletniość w latach 90., słyszeliśmy mnóstwo o wielkich szansach i nadziejach, z drugiej kilkoro przyjaciół w krótkim czasie tragicznie, bezsensownie skończyło życie. Przez długi czas nie mogłem sobie z tym poradzić, nie umiałem się z tym pogodzić. Może stąd moja inklinacja do opowieści poszukujących sensu?
Sam nie szedłeś w niebezpieczne?
Uczestniczyłem w życiu osiedlowym, ale zawsze słuchałem się mojego daimoniona, tego wewnętrznego głosu, który powstrzymuje przed tym lub owym, do dziś go zresztą słucham. Kilka razy dosłownie o centymetry ominęły mnie dzięki temu przykre konsekwencje. Byłem też członkiem subkultury „depeszów”, razem z dwoma przyjaciółmi: Maćkiem i nieżyjącym już, niestety, Hubertem.
Na Chomiczówce uznawano nas za swoich depeszów, nikt nas nie prześladował, ale jeżdżenie po Warszawie, żeby sobie kupić depeszowskie koszulki albo wisiorki, wiązało się już ze sporym ryzykiem. Trzeba się było przebierać w ubrania, które nie zdradzały naszych inklinacji.
Musieliśmy też sobie spłaszczać fryzury, bo układaliśmy włosy jak Dave Gahan, lider Depeche Mode, w tak zwane „lotniska”. Po 1993 roku już trzeba było włosy zapuszczać, bo Gahan zmienił wizerunek w okolicach premiery „Songs of Faith and Devotion”.
Ukrywałeś przekonania?
Wtedy było dużo subkultur – skinheadzi, dresiarze, punki, metale. Były pomiędzy nimi rozmaite krzyżowe antagonizmy, ale łączyło ich jedno – wszyscy nie cierpieli depeszów. Powiem ci, że to mi gdzieś głęboko zostało. Kilka lat temu na koncercie Depeche Mode kupiłem torbę płócienną z monogramem „DM”. Chodząc z nią po Warszawie, złapałem się na tym, że czuję jakiś podskórny lęk, że zaraz ktoś do mnie podejdzie i krzyknie tak, jak kiedyś: „A co ty, k…, depesz jesteś!?”. Irracjonalne, bo kto dziś kojarzy to „DM”? Ale też uważam doświadczenia z Chomiczówki za bezcenne. Poza wspaniałym przyjaźniami i wspomnieniami, nauczyłem się tam nawiązywać interakcje z ludźmi z bardzo różnych środowisk i jakoś sobie radzić w sytuacjach zagrożenia. Może to był niebezpieczny czas, ale to także dzięki niemu jestem tym, kim jestem. A jestem między innymi człowiekiem o silnym poczuciu losu, mam więc przekonanie, że w moim życiu nic nie mogło – i nie miało – potoczyć się inaczej, niż się potoczyło.
Tomasz Stawiszyński, eseista, pisarz, filozof, autor książek (m.in.: „Potyczki z Freudem”, „Mity, pokusy i pułapki psychoterapii”, „Co robić przed końcem świata”, „Ucieczka od bezradności”, „Reguły na czas chaosu”, „Powrót fatum”, „Ćwiczenia z dysonansu”). Stały felietonista „Tygodnika Powszechnego”, twórca podcastu „Skądinąd”, w latach 2016–2026 związany z Radiem TOK FM. Jego najnowsza książka to „Czynnik alchemiczny” (wyd. Wielka Litera).
Remigiusz Grzela, w cyklu swoich rozmów prezentuje osoby, które mają odwagę, znajdują siłę i zmieniają świat. Jego najnowsza książka to „Poszukiwany Franz Kafka”.