1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wideo
  4. >
  5. „Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”

„Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
„Żaden cel nie jest końcem drogi” – mówi Martyna Wojciechowska w podcaście „Kobiety rządzą" Joanny Olekszyk, redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Podróżniczka wraca do jednej z najtrudniejszych historii swojego życia, opowiada o wypadku, w którym straciła przyjaciela i operatora Rafała, o tym, jak po latach zmienia się perspektywa na traumę, i dlaczego największym Everestem okazało się dla niej macierzyństwo. Rozmawiają także o wychowywaniu odważnych dzieci, lęku, który łatwo przekazać kolejnemu pokoleniu, oraz o tym, dlaczego dziś zamiast dawać młodym ludziom rady, Martyna chce przede wszystkim ich słuchać.

„Przeżywanie traumy wyglądało zupełnie inaczej”

Niektóre wydarzenia nie kończą się w chwili, kiedy fizycznie się kończą. Zostają w pamięci, w ciele, w sposobie podejmowania decyzji. Czasem potrzebują wielu lat, żeby można było opowiedzieć je sobie na nowo. Dla Martyny Wojciechowskiej takim momentem był wypadek z nocy z 20 na 21 października 2004 roku. Wtedy straciła Rafała, swojego przyjaciela i operatora, a sama doznała poważnych obrażeń, w tym złamania kręgosłupa.

Dziś wraca do tamtego doświadczenia z perspektywy osoby o 20 lat starszej. Jak mówi, „historia zaczyna się w dramatycznym dla mnie momencie”, ale tym razem interesuje ją nie tylko to, co wydarzyło się wtedy, lecz także to, jak sama zmieniła się przez kolejne dwie dekady. Wspomina przede wszystkim poczucie bezsilności i pytanie, które długo za nią chodziło: dlaczego to właśnie ona przeżyła? To poczucie, że trzeba światu uzasadnić własne ocalenie, stało się jednym z motorów jej dalszego życia.

Dopiero po latach mogła spojrzeć na tamten czas inaczej. „Przeżywanie traumy wtedy i 20 lat później wyglądało zupełnie inaczej” – mówi. W tamtym momencie nie miała diagnozy depresji, nie potrafiła też nazwać wszystkiego, co się z nią działo. Powrót do historii w książce „20 lat później. Przesunąć horyzont” jest więc nie tyle rozdrapywaniem przeszłości, ile próbą zrozumienia siebie sprzed lat.

„Żaden cel nie jest końcem drogi”.

Wojciechowska od lat porusza się po świecie, w którym góry są czymś więcej niż tylko geografią. Są językiem, którym można opowiedzieć o życiu. W rozmowie z Joanną Olekszyk przekonuje, że każdy człowiek ma własny Everest – nawet jeśli nigdy nie założył raków i nie stanął na lodowcu.

„Symbolicznym Everestem, o którym piszę w książce, nie musi być koniecznie wypadek, w którym ginie twój przyjaciel, a ty masz załamany kręgosłup. To może być rozwód, utrata pracy i każde inne trudne doświadczenie” – mówi. Ta metafora działa właśnie dlatego, że nie romantyzuje cierpienia. Nie każde życiowe wyzwanie jest spektakularne. Czasem największą górą jest coś, czego z zewnątrz właściwie nie widać.

Podobnie jest z sukcesem. Zdobycie szczytu nie oznacza przecież, że od tej pory wszystko będzie już łatwe. Wojciechowska zauważa, że we wspinaczce można wejść bardzo wysoko, a potem odkryć, że zejście bywa równie wymagające. Na szczycie pojawia się zresztą kolejne pytanie: co dalej? „Mówi się w himalaizmie, że odnieść sukces to przeżyć” – przypomina. A chwilę później pojawia się zdumienie: skoro jestem tutaj, to ile jeszcze przede mną?

Odpowiedź jest prosta i zarazem niewygodna: „żaden cel nie jest końcem drogi”.

Kobieta, która wciąż wybiera pierwsze razy

Ta filozofia dobrze tłumaczy, dlaczego Wojciechowska mimo 52 lat nadal szuka nowych miejsc, historii i doświadczeń. „Kobieta na krańcu świata” nie jest dla niej tylko programem podróżniczym. To sposób patrzenia na rzeczywistość przez ludzi, których często nie znamy, nie rozumiemy albo których historie pozostają poza głównym nurtem.

Popularność programu, także rekordowa oglądalność odcinka o Korei Północnej, jest jej zdaniem sygnałem czegoś więcej. „Popularność tego programu świadczy o tym, że chcemy lepiej zrozumieć rzeczywistość” – mówi. Podróż nie musi być więc ucieczką od świata. Może być sposobem, żeby przyjrzeć mu się uważniej.

Nowy sezon jest dla niej także sezonem „pierwszych razów”. Po raz pierwszy ekipa pojawia się na Fidżi, w Republice Konga i w Indiach. To ważne, bo pokazuje, że ciekawość nie ma terminu ważności. Można mieć 52 lata i nadal robić rzeczy po raz pierwszy. Można osiągnąć zawodowy szczyt i wciąż mieć apetyt na następny.

28 września Wojciechowska świętuje zresztą podwójne urodziny: własne oraz fundacji Unaweza, która działa już od siedmiu lat. Z jednej strony jest więc doświadczenie, dorobek i kolejne zdobyte szczyty. Z drugiej – świadomość, że prawdziwa zmiana często zaczyna się tam, gdzie kończy się własna ambicja, a pojawia się odpowiedzialność za innych.

„Mount macierzyństwo”

W rozmowie z Joanną Olekszyk szczególnie mocno wybrzmiewa temat macierzyństwa. I właśnie tutaj podróżnicza metafora nabiera zupełnie nowego znaczenia. Marysia, córka Martyny, wyjeżdża na studia do innego miasta. To moment, w którym rodzic musi zrobić coś znacznie trudniejszego niż wejście na szczyt: pozwolić dziecku pójść własną drogą.

Wojciechowska mówi o tym bez pozy wszechwiedzącej matki. Cieszy się, że córka wybiera własną ścieżkę, ale jednocześnie wie, że będzie tęsknić i się bać. „Chcę być taką mamą dla córki, żeby jej nie zarażać swoim lękiem” – mówi i dotyka jednego z największych paradoksów rodzicielstwa: chcemy chronić dzieci, ale nadmierna ochrona może stać się klatką.

Joanna Olekszyk nazywa macierzyństwo „Mount macierzyństwo”. Martyna odpowiada: „tak, dokładnie, biorę to”. I trudno o bardziej trafne podsumowanie. Bo tym razem nie chodzi o pokonanie góry własną siłą. Chodzi o to, żeby wiedzieć, kiedy trzeba się zatrzymać, kiedy odpuścić i kiedy pozwolić komuś iść bez nas.

Lina poręczowa

Wojciechowska dużo mówi także o własnym dzieciństwie. Jej rodzice nie próbowali stworzyć dla niej życia pozbawionego ryzyka. Przeciwnie – pozwalali jej próbować, popełniać błędy i sprawdzać, co ją naprawdę interesuje. Została wydalona z przedszkola, dużo czasu spędzała z ojcem w garażu, pokochała motoryzację i bardzo wcześnie została kierowcą rajdowym.

To właśnie tam, w tej dość nietypowej jak na dziecko przestrzeni, nauczyła się czegoś, co później okazało się bezcenne: że można być samodzielną, a jednocześnie mieć dokąd wrócić.

Swoich rodziców porównuje do liny poręczowej używanej podczas wspinaczki. Nie trzeba się jej trzymać przez cały czas. Najważniejsze jest to, że wiadomo, że istnieje. „Czuję, że mogę zawsze wrócić, jakich błędów bym nie popełniła. Gdyby nie oni, nie byłabym taką Martyną” – mówi.

Być może właśnie tak rozumiana wolność jest jednym z najcenniejszych prezentów, jakie można dać dziecku. Nie obietnica, że nic złego się nie wydarzy, lecz pewność, że nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie zostanie samo.

Kiedy po porodzie trzeba odnaleźć siebie na nowo

Wojciechowska nie ukrywa również trudniejszych stron macierzyństwa. Opowiada o decyzji o wyprawie na Elbrus w czasie ciąży i o tym, że po porodzie potrzebowała ponownie odnaleźć własną tożsamość. To doświadczenie, które może być bliskie wielu kobietom: można kochać dziecko najbardziej na świecie i jednocześnie czuć, że dotychczasowe życie właśnie się skończyło, a nowe jeszcze nie zdążyło się ułożyć.

W jej przypadku kulminacją była wyprawa na Elbrus. W Boże Narodzenie, z dala od córki, dotarło do niej pytanie: co właściwie tutaj robię? Wtedy znów pomogła jej mama. Wojciechowska wróciła do dziecka i postanowiła, że nie chce już w ten sposób uciekać od własnych emocji.

Ta historia jest ważna także dlatego, że odbiera macierzyństwu jego lukrowaną wersję. Nie ma tu przekonania, że dobra matka nigdy nie tęskni za dawnym życiem, nie potrzebuje przestrzeni dla siebie i nie ma ambiwalentnych uczuć. Jest za to zgoda na to, że można być jednocześnie szczęśliwą, zmęczoną, spełnioną i zagubioną.

Młodzi nie potrzebują kolejnych wykładów

Doświadczenie własnej córki zmienia także sposób, w jaki Wojciechowska patrzy na młode pokolenie. Jej akcja „Młode Głowy” i działalność fundacji Unaweza wynikają z przekonania, że dorośli zbyt łatwo mówią młodym, jacy powinni być, zamiast zapytać, co naprawdę przeżywają.

Wojciechowska zwraca uwagę na tempo współczesnego życia, nieustanne porównywanie się, presję, kryzys klimatyczny i konflikty, które dzieją się coraz bliżej. Wszystko to sprawia, że młodzi ludzie funkcjonują w świecie, który trudno porównać z rzeczywistością sprzed kilkudziesięciu lat. „Ich układ nerwowy nie nadąża, nasz zresztą też” – mówi.

Dlatego sprzeciwia się określaniu młodych mianem „pokolenia płatków śniegu”. Jej zdaniem takie etykiety są wygodne, ale niewiele wyjaśniają. Łatwiej nazwać kogoś nieodpornym, niż przyznać, że samemu nie zawsze nadąża się za światem.

Właśnie dlatego zmieniła także sposób rozmawiania z córką. Zamiast wygłaszać kolejne mądrości z pozycji dorosłej, pyta ją, co myśli i czego potrzebuje. To pozornie niewielka zmiana, ale w rzeczywistości oznacza rezygnację z przekonania, że starszy zawsze wie lepiej.

Pierwsza pomoc psychologiczna

Z tej samej potrzeby powstał kolejny projekt fundacji – Helppp.pl, którego hasło brzmi „popatrz, posłuchaj, połącz”. Chodzi o prostą, ale fundamentalną rzecz: nauczyć się zauważać drugiego człowieka, słuchać go i pomagać mu znaleźć odpowiednie wsparcie.

„Minuta rozmowy może uratować życie” – podkreśla Wojciechowska. I dodaje, że tak jak możemy nauczyć się pierwszej pomocy medycznej, tak samo możemy nauczyć się pierwszej pomocy psychologicznej.

To być może jedna z najważniejszych lekcji płynących z tej rozmowy. Odwaga nie zawsze wygląda jak samotne wejście na górę. Czasem polega na tym, żeby powiedzieć: nie wiem, co zrobić. Czasem – żeby poprosić o pomoc. A czasem, żeby zostać obok drugiej osoby i naprawdę jej wysłuchać.

Martyna Wojciechowska przeszła w życiu wiele dróg: od rajdów samochodowych, przez wyprawy na najwyższe szczyty, po miejsca, do których większość z nas nigdy nie dotrze. Ale dziś jej opowieść coraz mniej dotyczy samego zdobywania. Bardziej tego, co dzieje się później – kiedy emocje opadają, kiedy trzeba zejść ze szczytu, wrócić do codzienności i zdecydować, co dalej.

Bo być może największa siła nie polega na tym, żeby zawsze iść wyżej. Czasem polega na tym, żeby wiedzieć, dla kogo warto się zatrzymać, komu podać linę i kiedy pozwolić sobie powiedzieć: tym razem nie muszę wszystkiego zrobić sama.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email