Dalej wspinam się na rusztowania i skaczę w tłum. No dobra, może od kiedy jestem mamą, trochę rzadziej… – mówi i wraca latem do płyty, która była dla niej przełomem. Dobry punkt wyjścia, żeby porozmawiać o tym, kim Monika Brodka była kilkanaście lat temu, a w jakim miejscu jest teraz.
- „Granda” była dla Moniki Brodki momentem przełomowym. To wtedy, jak mówi, stała się artystycznie dojrzała i coraz odważniej zaczęła sprzeciwiać się bezpiecznym standardom.
- Artystka wraca do czasu, kiedy Warszawa i ona sama „szukały siebie”, oraz opowiada o ludowości, góralskich korzeniach i intuicji, która od lat pomaga jej podejmować decyzje.
- Macierzyństwo przyniosło zupełnie nowy etap. „Uczę się, jak być mamą i artystką” – mówi Brodka, która dziś próbuje pogodzić twórcze „bujanie w obłokach” z codziennością.
- Brodka opowiada też o swoich eksperymentach z ChatGPT i sztuczną inteligencją. Wierzy, że właśnie w świecie AI „to, co ludzkie, będzie miało coraz większą wartość”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026.
Angelika Kucińska: „Granda”, płyta, z którą występowałaś na Erste Letnich Brzmieniach, wiele zmieniła w twojej karierze.
Monika Brodka: Postawiłam wtedy wszystko na jedną kartę, czułam, że po raz pierwszy stworzyłam coś, co mówi o mnie zdecydowanie więcej niż piosenki, które nagrywałam wcześniej.
Bardzo lubiłam śpiewać utwory ze swoich pierwszych albumów, ale zastanawiało mnie, czy ludzie, którzy ich słuchają, mogą na ich podstawie stworzyć sobie mój portret, czy wiedzą, jaką jestem osobą.
Czułam duży rozdźwięk pomiędzy tym, kim byłam, a muzyką, w której się poruszałam. Zrobiłam przerwę. Potrzebowałam sobie dobrze wszystko przemyśleć. Miałam konkretny zamysł na tę płytę i wielką determinację, żeby powstała w takiej, a nie innej formie. Można powiedzieć, że na „Grandzie” stałam się artystycznie dojrzała.
Już wcześniej byłaś bardzo popularna.
Na pewno to pomogło płycie dotrzeć do ludzi. Byłam kojarzona z nośnymi piosenkami, które grały mainstreamowe rozgłośnie. Ludzie znali moją twarz z telewizji. Tylko że nigdy nie chciałam być celebrytką. Konsekwentnie odcinałam się od takiego wizerunku i broniłam dostępu do mojej prywatności. W wywiadach mówiłam głównie o muzyce. To były świadome decyzje. Nigdy nie stałam się mięsem armatnim dla prasy brukowej, bo nie dostarczałam jej pożywki.
Ta prasa głównie zajmowała się twoim wizerunkiem, który też wynikał z przemyślanych decyzji.
„Granda” była czasem, kiedy kształtował się mój gust, poczucie stylu, kiedy rozwijała się moja wiedza o modzie. Znajdowałam w tym dużo radości, zabawy. Podkreślałam, że to, jak wyglądam na scenie, w teledyskach, sesjach zdjęciowych czy na ważnych wyjściach, jest kompatybilne z moją muzyką. Wchodziłam w różne role.
Grandowa energia była młodzieńcza, rozwrzeszczana, kolorowa. Potem zrobiłam zwrot w kierunku duchowości, zainteresowało mnie sacrum i przybrałam kolory szat liturgicznych. Na albumie „Brut” weszłam w dwie postaci, męską i żeńską. To było rozdwojenie osobowości po bandzie.
Na „Sadzy” przeciwnie – chciałam zrzucić kostium i pokazać siebie. Ale faktycznie takie przemyślane operowanie wizerunkiem zaczęło się na „Grandzie”. Coraz odważniej sprzeciwiałam się bezpiecznym standardom.
Chcieli, żebyś była ładna i uśmiechnięta, a ty wolałaś być dziwna?
Nie powiedziałabym, że dziwność była intencjonalna. Po prostu nie bałam się form, które zniekształcają sylwetkę, bo nie w wyglądzie lokowałam swoje największe atuty. Byłam postrzegana jako dziewczyna z ładną buzią, do której czasami nie pasował mój silny charakter. W Polsce moda nie była traktowana jako środek wyrazu. A do tego lubimy oceniać. Tylko że mi jakoś nie zależało, żeby się wszystkim podobać.
Zmiana, która zaszła przy pracy nad „Grandą”, to była burzliwa rewolucja? Musiałaś walczyć o te piosenki?
Dla wytwórni ten materiał był dużym zaskoczeniem, ale nie usłyszałam: „Nie, nie wydamy tego”. Dziś mówi się, że to płyta dekady, że otworzyła drzwi innym artystom, tylko kiedy album się ukazywał, wiele osób – z branży, dziennikarzy, ale też publiczność – nie wierzyło w szczerość zmiany, jaka we mnie zaszła. Podejrzewali, że to kalkulacja. Że ściema. Dopiero po kilku latach konsekwentnego koncertowania z „Grandą” ludzie weszli w ten świat.
Byłam dziewczyną z programu, którego zadaniem było stworzenie nowej gwiazdy muzyki pop. Oczywiście miałam też reputację zadziornej dziewczyny z gór, która stawia na swoim, ale przede wszystkim miałam śpiewać chwytliwe piosenki.
Ostatnio od jednego z dziennikarzy radiowych usłyszałam, że „Granda” była tak nieoczywista, że trzeba było się z nią oswoić. Bo w tamtym czasie polska muzyka wydawała się strasznie miałka. W radiach nie grano nowości, leciały hity z lat 80. i 90.
Jaka byłaś, gdy ją nagrywałaś?
Miałam dwadzieścia kilka lat. Dużo słuchałam, praktycznie nie wychodziłam z kina. Byłam zachłanna na inspiracje, ciekawa świata, aż we mnie kipiało. Poszukiwałam, a Warszawa wtedy sprzyjała poszukiwaniom, bo dużo się działo. Pamiętam imprezy didżejskie w wietnamskim barze na Placu Zbawiciela. Pamiętam wycieczki nad ranem na stadion na zupę pho. Wszyscy tam wtedy chodzili po imprezach i o tamtym kawałku warszawskiego życia opowiada piosenka „W pięciu smakach”. A imprezy były w miejscach, które już dziś nie istnieją, jak klub 5-10-15, jak legendarna Jadłodajnia Filozoficzna, która spłonęła, jak Le Madame.
Tamtej Warszawy już nie ma?
Dziś to miasto skoncentrowane na biznesie, sukcesie, zarabianiu dużych pieniędzy. Pod tym względem nie odbiega od innych stolic europejskich i to jest akurat super. Jest znacznie bardziej poukładana, a była miastem, które szukało siebie. Ja też wtedy szukałam siebie.
W poukładanej Warszawie jest ci gorzej?
Nie, wciąż kocham tu mieszkać. To szalenie wygodne miasto do życia. Nie jest też pozbawione kultury, mimo zmian. Tylko czasem mi szkoda, że nie mam gdzie tańczyć.
To właśnie od ciebie dowiedziałam się, że „granda” ma inne znaczenie, że to nie tylko „skandal”, ale też „zabawa, psoty, łobuzowanie”.
Mam wrażenie, że dzięki tej płycie do codziennego użycia wróciło przynajmniej kilka zapomnianych słów. Bardzo nam – mnie i autorom tekstów na płytę, czyli Radkowi Łukasiewiczowi i Budyniowi [Jackowi Szymkiewiczowi – przyp. red.] – na tym zależało. „Granda” była przestrzenią, w której nowe i stare mogło funkcjonować wspólnie. Muzyka elektroniczna i ludowa, ręcznie robione instrumenty. Język, którego używamy dziś, i słowa, które wyszły z obiegu.
Ludowość też wróciła.
I będzie jeszcze silniej obecna w naszym życiu. Potrzebujemy rękodzieła, czegoś autorskiego, autentyczności, analogowej kultury – wszystkiego, na czym został odciśnięty ludzki palec. Boimy się ery robotycznej. Boimy się, że sztuczna inteligencja za bardzo wpłynie na nasze życie albo że zabierze nam pracę.
Ja na „Grandzie” rozpoczęłam długi proces rozliczania się z moją muzyczną tożsamością – ze wszystkim, co na mnie wpłynęło. Najpierw nieśmiało zmierzyłam się z folklorem. Tata od dziecka pokazywał mi tradycyjną muzykę i kulturę Podbeskidzia. To są rzeczy tworzone według konserwatywnych zasad, niezmienialne w formie, mój tata dba całe życie, żeby nie niszczyć tradycji.
Z drugiej strony w pewnym momencie polską muzykę zdominowało coś, co nawet boję się nazwać. „Czerwone korale”, Golce. Takie podejście do ludowości na pewno nie było moje, więc „Grandą” sprawdzałam, czy mam coś własnego do powiedzenia w folklorze. Co się wydarzy, gdy wrócę do swoich korzeni?
Jak góralskie instrumenty zabrzmią we współczesnej, elektronicznej piosence? Kiedy ten eksperyment się udał, zaczęłam eksplorować kolejne fragmenty mojego muzycznego dorastania. Na płycie „Clashes” wróciłam do wspomnień wspólnego śpiewania podczas mszy, występowania w oazie w szkole podstawowej, do dźwięku organów, który mi w tamtym czasie stale towarzyszył. Na koncertach pachniało kadzidłem.
Duchowość została w twoim życiu?
Tak, ale ta niepowiązana z religią i Kościołem. Rozumiana jako wgląd w siebie i próba dotarcia do jądra – do źródła tego, co przeżywamy. Mocno wierzę w energię, która pcha mnie do robienia rzeczy. Możemy ją nazwać intuicją. Ona stała się moim narzędziem. Wsłuchiwałam się w nią za każdym razem, kiedy musiałam podjąć decyzję. Potrzebowałam takiego głosu ze środka, bo weszłam do branży muzycznej, mając 16 lat. Nie miałam żadnych znajomości, moi rodzice tym bardziej. Nie wiedziałam, jak działa ten świat. Intuicja pomagała.
Kiedy rozmawiałyśmy kilka lat temu, przy okazji premiery „Sadzy”, mówiłaś o dylematach życiowych. Na przykład o tym, że presja społeczna dotycząca macierzyństwa, z którą mierzą się zwłaszcza kobiety po trzydziestce, jest tak silna, że często zagłusza intuicję. Ostatecznie znów usłyszałaś swoją.
Krzyknęła do mnie [śmiech]. Od 2019 roku byłam non stop w pracy. Wydałam trzy płyty, w zasadzie jedną po drugiej. Koncertowałam. Byłam rozpędzona. Gdy macierzyństwo mnie spotkało, nie czułam, że mi coś zabiera. Byłam spełniona. Widziałam, że to dobry moment, żeby zwolnić i zrobić sobie przerwę. A poczucie spełnienia dawało mi siłę, żeby mierzyć się ze zmianami. Tymi, które zachodziły w moim życiu, i tymi w moim ciele.
Życie rodzinne jest życiem złożonym z prostych chwil i prostych emocji. Wcześniej wszystko było u mnie bardzo intensywne, przekminione, robione z poziomu głowy. A teraz jest przeżywane z tego miejsca trochę niżej. Najbardziej cieszą mnie drobnostki. Uśmiech mojego dziecka. Obserwowanie, jak się rozwija. Jak zaczyna rozumieć słowa, które do niej mówię.
Proste radości są stymulujące przy tworzeniu sztuki?
Tworzenie jest bujaniem w obłokach. Nie da się trochę siedzieć na chmurce, a trochę osadzać w przyziemnej rzeczywistości. Przynajmniej dla mnie to bardzo trudne, bo ja w proces kreatywny wchodziłam bardzo głęboko, nic innego się wtedy nie liczyło. A teraz już nie powiem, że wyjeżdżam na dwa miesiące i nie ma mnie dla nikogo, bo będę pisać piosenki. Uczę się, jak być mamą i artystką. Wyznaczam sobie godziny na pracę twórczą w ciągu dnia. Próbuję na nowo się określić. Kim jestem, w jakim miejscu, czego chcę. Nie mam jeszcze odpowiedzi. Jest jakaś stara ja, jest nowa ja, więc na razie trwam sobie w, jak śpiewała Kasia Nosowska, „bolesnym szpagacie”.
Wiem, że ta twórcza strona mnie musi zostać zaopiekowana. Tam już wrze, nie da się tego za długo utrzymać pod pokrywką, ale potrzebuję też ustalić, co dziś jest tematem, którym chcę i potrzebuję zająć się w muzyce. Nie ma we mnie piosenek o złamanym sercu.
Ty się zmieniasz, ale i rzeczywistość wokół bywa coraz bardziej zaskakująca. Wspomniałaś o strachu przed sztuczną inteligencją. Odcinasz się od niej definitywnie?
Dość często korzystam z programu ChatGPT. Kiedy piszę nowy tekst, czasami dla zabawy wrzucam go w ChatGPT i proszę o analizę. A on mi odpowiada, że to tekst w stylu Brodki [śmiech]. I wtedy się cieszę, bo wiem, że jestem na właściwej drodze. Cieszy mnie też to, co wypluwa, kiedy proszę o dokończenie wersu, bo sztuczna inteligencja nie ma żadnego wyczucia metafory, co potwierdza, że pewne rzeczy może stworzyć tylko człowiek. Myślę, że to, co ludzkie, będzie miało coraz większą wartość.
Może jest nadzieja, że będziemy też widzieć różnicę między muzyką napisaną przez człowieka a tą stworzoną przez AI.
Zrobiliśmy ostatnio z moim partnerem taki sprawdzian: na pierwsze urodziny naszej córki wygenerowaliśmy dla niej trzy piosenki w aplikacji. Mówisz, w jakim stylu chcesz utwór, w jakim metrum i tak dalej, i dostajesz gotowy numer. Bez żadnego wprowadzenia puszczamy te piosenki na imprezie urodzinowej i nie ma wśród znajomych reakcji: o wow, ale śmiesznie, piosenka z maszyny. W pierwszym odruchu myśleli, że to może nowa Brodka.
Czy ty się w takim razie boisz AI, czy nie?
Myślę, że koncertów nam nie zabierze. Nie sądzę, żeby ludzie chcieli oglądać występy maszyny człekopodobnej. Może raz, w ramach ciekawostki, ale to nie są przecież te same emocje. AI może spokojnie tworzyć muzykę do reklam, w produkcji filmowej też sporo można przerzucić na sztuczną inteligencję. Obserwuję, co się dzieje, i zastanawiam się, jak to wpłynie na kulturę. Zwłaszcza że wciąż brakuje sensownych regulacji, które pozwoliłyby nam zapanować nad użyciem i rozwojem AI.
Zdarza ci się jeszcze pograndzić?
Pielęgnuję w sobie wewnętrzne dziecko, dalej wspinam się na rusztowania i skaczę w tłum. No dobra, może od kiedy jestem mamą, trochę rzadziej…
A czy Monia wciąż mąci? Mam na myśli blog z wegetariańskimi przepisami Monia Monci na Instagramie…
Monia mąci, dziś głównie dla córki. Gotowanie to moja bezpieczna przestrzeń. Tam jest to otulające ciepło ogniska domowego, ten miły czas.
Masz dobre życie?
Bardzo. Nawet jeśli nie raz mnie zaskoczyło. Nawet jeśli zmiany, które pozornie wydawały się proste, okazały się dużo trudniejsze, niż zakładałam. Wiem, że jestem w dobrym miejscu. Może mnie więc życie zaskakiwać dalej.
Monika Brodka, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów. Ma na koncie sześć albumów. Utwory z „Grandy” (2010) w nowej odsłonie można usłyszeć w ramach Erste Letnich Brzmień w Krakowie, Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu i Poznaniu.