1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. Anna Gacek: „Nie chcę torebek, chcę doświadczeń”. O tym, co daje nam chodzenie na koncerty

Anna Gacek: „Nie chcę torebek, chcę doświadczeń”. O tym, co daje nam chodzenie na koncerty

(Fot. Photo by Dave Hogan/Getty Images)
(Fot. Photo by Dave Hogan/Getty Images)

Odsłuchaj artykuł

Anna Gacek - Anna Gacek: „Nie chcę torebek, chcę doświadczeń”. O tym, co daje nam chodzenie na koncerty

00:00 15:07
15s
0,5 x
15s
Honorowo odejmę sobie z wierszówki za ten banał, ale tak, koncerty są po prostu magiczne.

Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 12/2024.

Anna Gacek: „Co dzieje się w nas, gdy przez dwie godziny, w ciasnym tłumie obcych tańczymy, śpiewamy i wiwatujemy – to temat dla największych umysłów”

To zdanie napisałam w hotelowym łóżku, chwilę po wspaniałym krakowskim koncercie Nicka Cave’a. Wrażenia nie pozwalały mi zasnąć, całe emocjonalne ekstremum, które zadziało się na scenie, było teraz we mnie. Mordercza złowieszczość „Red Right Hand” i czułość „I Need You”. Szaleństwo „Jubilee Street” i pokora modlitwy „Into My Arms”, ostatniego utworu koncertu. Nick na scenie jest niepokonanym przez czas i rutynę kolejnych tras mistrzem ceremonii, robi z emocjami swoich fanów na co tylko ma ochotę; ocieraliśmy pot po szaleńczych tańcach i łzy po ogromnych wzruszeniach. Byliśmy wolni w swoich reakcjach, on i my. Co za cudowne, uzależniające uczucie. Ale potem zapalają się światła, rytuał się kończy, wracamy do domów, tak samo syci, co głodni kolejnych wrażeń.

Co dzieje się w nas, gdy przez dwie godziny, w ciasnym tłumie obcych tańczymy, śpiewamy i wiwatujemy – to temat dla największych umysłów. Ja wiem tylko, że cokolwiek to jest, chcę tego jeszcze, chcę więcej.

Z dwóch polskich koncertów Nicka wróciłam punktualnie na nowy odcinek satyrycznego programu „Saturday Night Live”, w którym muzycznym gościem była – 41 lat (!) po poprzedniej wizycie – Stevie Nicks. Zwrot „legenda muzyki” wymyślono dla artystek takich jak ona. Wokalistka Fleetwood Mac sprzedała miliony płyt, zainspirowała tysiące artystów, zachwycając nie tylko swoją niezaprzeczalną urodą, ale i kompozytorskim talentem oraz fantastycznym głosem. Dodajmy do tego niebanalny życiorys i mamy jedną z ostatnich prawdziwych wielkich gwiazd muzyki.

autopromocja
750X300_srodtekst_art 2.webp

John McVie, Stevie Nicks, Mick Fleetwood i Lindsey Buckingham występują w Madison Square Garden w Nowym Jorku (2013). (Fot. Kevin Mazur/WireImage via Getty Images) John McVie, Stevie Nicks, Mick Fleetwood i Lindsey Buckingham występują w Madison Square Garden w Nowym Jorku (2013). (Fot. Kevin Mazur/WireImage via Getty Images)

Ilekroć widzę Stevie na scenie, ogromnie wzrusza mnie jej oddanie muzyce. 76-letnia wokalistka, która nigdy nie została matką, za dzieci mając swoje piosenki, wciąż koncertuje, nagrywa i nie ustaje w poszukiwaniu i tworzeniu piękna. Jej głos, chociaż o nieco zmienionej przez czas barwie, jest wciąż mocny, przeszywający i niezmiennie zabiera słuchacza w miejsca magiczne. Nie może być przypadkiem, że jedna z najsłynniejszych pieśni Stevie, „Rhiannon”, została zainspirowana opowieścią o mitologicznej walijskiej bogini. Nicks na scenie odprawia czary, o czym przekonałam się, gdy zobaczyłam ją na żywo.

Jest bardzo prawdopodobne, chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, że to właśnie podczas koncertu Fleetwood Mac w nowojorskiej Madison Square Garden wiosną 2013 roku przyjęłam za własne motto „nie chcę torebek, chcę doświadczeń”. Z całą pewnością wyjazd tak abstrakcyjny jak „na koncert do Nowego Jorku” był wtedy dla mnie szczytem finansowego szaleństwa.

Pensje radiowe były skromne, ale moja miłość do muzyki ogromna. Gdy zobaczyłam, że mój tak samo ulubiony, co wiecznie skłócony i walczący ze sobą zespół występuje w moje urodziny w ukochanym mieście, zamknęłam oczy, kliknęłam buy, nabywając w ten sposób jedno z najwspanialszych doświadczeń życia.

Intuicja mnie nie zawiodła, spieszmy się oglądać Fleetwood Mac, tak często się kłócą. Dziś o wspólnych koncertach zawzięcie zwaśnionych muzyków można już tylko pomarzyć. W 2013 roku Stevie i jej zespół byli chwilę przed renesansem nie tyle popularności, co kultowości – czy może raczej cooltowości? Za sprawą wielbiących Nicks idoli nowego pokolenia, Lany Del Rey, Florence Welch i Harry’ego Stylesa, poznali ją – i pokochali – nowi fani.

Jednak tamtej kwietniowej nocy w MSG byłam pewnie najmłodsza w wiwatującym tłumie adoratorów. Patrząc na ich miłość do tych piosenek – FM nigdy nie doczekali się w Polsce statusu dorównującego temu w Stanach Zjednoczonych – poczułam się wreszcie wśród „swoich”, wyśpiewując znane na pamięć „Dreams”, „The Chain” i „Gypsy”. Koncert był wykonawczo wspaniały, a emocjonalnie oszałamiający, bo zobaczyć na żywo autorów „Rumours”, jednej z najwybitniejszych płyt wszech czasów, to nie jest mała rzecz dla fana muzyki. Poczucie szczęścia i wyjątkowości tego momentu było warte wszystkich ekonomicznych wyrzeczeń. Jeśli jesteście ciekawi, przez tamten miesiąc żyłam głównie o drożdżówkach.

Jestem z pokolenia koncertowych szczęściarzy, pamiętam jeszcze zwroty „pierwszy polski koncert” czy „zagrają po raz pierwszy w Polsce”, towarzyszące w latach 90. ogłaszaniu występów największych gwiazd muzyki, ale nie pamiętam wcześniejszego poczucia nieważności naszego rynku, jego ekonomicznego i politycznego zamknięcia.

Jednocześnie metryka nie pozwalała mi uczestniczyć w pierwszych polskich koncertach wszystkich „moich” wykonawców. Czytałam z wypiekami o magicznych Pearl Jam na Torwarze czy zagrażającemu życiu szaleństwu na koncercie Rage Against The Machine. Znam to uczucie, marzenia o uczestniczeniu w czymś nieosiągalnym.

To mogło być wzdychanie 10-latki do trasy koncertowej Guns N’ Roses w „mamo, tato, tak przecież bliskiej” Pradze, wpatrywanie się w rzeczy niezwykłe, dziejące się na transmitowanym w telewizji koncercie trasy „Zoo TV” U2 czy fascynujące sceny na najwspanialszym stadionie świata, Wembley, podczas koncertu poświęconego Freddiemu Mercury’emu. Taka jest moc muzyki, nawet będąc daleko, można czuć się jak w pierwszym rzędzie koncertowej sali.

Niedawno tak właśnie poczułam się, oglądając jeden ze znalezionych na YouTubie koncertów. Jesień 2001 roku w Nowym Jorku dla mieszkańców miasta pozostaje okresem, którego nie zapomną nigdy. Ataki były szokujące, makabryczne, potworne. Ale nie zniszczyły nowojorczyków. Miasto tworzone przez i dla najsilniejszych musiało zmobilizować się, wbrew żałobie i traumie, i nie tylko przetrwać, lecz wygrać z terrorem. Zrobili to, uporem mieszkańców i lokalnych polityków, by nigdy nie zapomnieć, ale żyć dalej, w radości, ambicji, dumie ze swojego miasta. Po trudnych tygodniach na Manhattan wróciła zabawa, między innymi na październikowych koncertach U2 w Madison Square Garden.

Co dzieje się w tej legendarnej sali! Tłum wielokrotnie skanduje „USA! USA! USA!”, podczas „Walk On” na scenę wychodzą zaproszeni przez muzyków bohaterowie tamtych dni, nowojorscy strażacy.

Przygotujcie chusteczki, gdy padają słowa piosenki: „wiem, że cierpisz, wiem, że pęka ci serce, że tego nie da się znieść, ale idź dalej, bądź silny” wyśpiewywane w tłumie ludzi, którzy miesiąc wcześniej stracili swoich współpracowników, przyjaciół, bliskich.

Przydadzą się, gdy podczas ballady „One” zobaczycie wyświetlane za plecami muzyków nazwiska ofiar ataków. I wtedy, gdy padają słowa „nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem dziś w wiadomościach” ze słynnego „Sunday Bloody Sunday” i nabierają nowego, przeszywającego znaczenia, a refren piosenki skanduje chyba każdy z 18 tysięcy uczestników koncertu.

„Nigdy nie zapomnę tego występu”, napisał w komentarzu jeden z nich. „Ludzie płakali, skakali z radości, skakali po nadzieję”. Inny dodał: „Siedział koło mnie dzieciak, który ewidentnie stracił kogoś bliskiego w tych atakach. Pamiętam, że płakał bez opamiętania, ale jednocześnie było w tym coś pięknego, jakby celebrował muzyką kogoś, kogo stracił. Nigdy tego nie zapomnę”. Nie każdy ma potrzebę uczestniczenia w koncertach, nie każdy rozumie, co dostaje się w żywym kontakcie z muzyką, podczas konfrontacji z całym wachlarzem swoich emocji, od najjaśniejszych po głęboki smutek, jak oczyszczające i uwalniające jest to doświadczenie, myślę jednak, że po zobaczeniu tego znakomitego występu, odczuciu, jak bardzo był potrzebny tym ludziom i temu miastu – łatwiej pojąć, dlaczego takie masowe wydarzenia są tak ważne i ile mogą znaczyć. (Występ z 27 października 2001 roku jest do znalezienia na koncie użytkownika U2start. Bądźcie wyrozumiali dla jakości nagrania, polepsza się z każdą minutą filmu).

Wrócę jeszcze do wspomnianego już odcinka programu „Saturday Night Live”. Jeden ze skeczy, zresztą dość nieśmieszny (mój ulubiony komentarz: „Miałem migreny zabawniejsze niż te żarty”), został zainspirowany globalnym szaleństwem, jakie rozpętało się wokół sprzedaży biletów na koncerty reaktywowanych Oasis. Byłam jego częścią. Spędziłam sześć godzin pięknej słonecznej soboty, wpatrując się w ekran mojego telefonu i odliczane na nim cyfry. Każda kolejna, każda mniej, to szczęściarz, który już dostał swój bilet. Czy wystarczy ich, gdy przyjdzie moja kolej?

Tamtej soboty 14 milionów fanów stanęło do wirtualnej walki o milion biletów. Moje ego z reguły domaga się bardziej klarownej wyjątkowości, ale tym razem, gdy okazało się, że jestem jedną z miliona wybrańców, zatańczyłam na środku salonu. Powrót zespołu, który zakończył działalność w 2009 roku, spotkał się z masowym odzewem na analizowaną przez największe tytuły skalę. Doczekała się nawet terminu „efektu Oasis”. Nikt nie pytał mnie o eksperckie zdanie, ale po prawdzie to żaden efekt, raczej dwie wspaniałe płyty i wielkie, stadionowe, pokoleniowe hymny, których monumentalne refreny przypominają o beztroskich czasach młodości, kiedy wszystko wydawało się tak proste, że za ich ścieżkę dźwiękową mogły służyć przeboje z tekstami tak nieskomplikowanymi jak „może po prostu chcę latać, chcę żyć, a nie umierać”. I może dziś, 30 lat po debiucie Oasis, znów chcemy na chwilę wznieść się wysoko i poczuć tamtą beztroskę. Płyty zabierają nas we wspaniałe miejsca. Ale koncerty… Tam nie tylko słyszymy muzykę. Tam ją czujemy. A oddając jej nasz wkład – krzyki, oklaski i śpiewy – na chwilę stajemy się jej częścią. Gramy wtedy w najlepszym zespole na świecie.

Po publikacji wywiadu z Nickiem Cave’em dostałam od czytelników pytania nawiązujące do jednego z tych zadanych przeze mnie. Co takiego zdarzyło się na moim pierwszym koncercie The Rolling Stones, że „zmienił moje życie”? Miałam wtedy 17 lat i chociaż nie był to mój pierwszy koncert, był to pierwszy oglądany przeze mnie występ wielkiej gwiazdy, na ogromnym stadionie, z całą tą oprawą świateł, scenografii i kostiumów, z towarzyszącą wydarzeniu medialną aurą czegoś wyjątkowego. Młoda i szalona, koczowałam pod stadionem od siódmej rano, by mieć pewność pierwszego rzędu, bliskości legend. Mój trud został nagrodzony, następnego dnia w jednym z dzienników ukazało się moje zdjęcie z podpisem „entuzjazm muzyków udzielił się wszystkim”. Ale to było uczucie większe niż euforia. Tej nocy, gdzieś między „Satisfaction” i „Gimme Shelter”, pierwszy raz wszystkie elementy tego, co kocham, czego pragnę, w co wierzę i co jest dla mnie najważniejsze, ułożyły się w całość.

Od lat marzyłam – dość naiwnie – o zostaniu dziennikarką muzyczną. Tamtej nocy zrozumiałam, że będę dziennikarką muzyczną. Zwiążę moje życie z rock’n’rollem, bo cokolwiek to jest, co czuję teraz – chcę czuć to już zawsze, chcę być tego częścią. Następnego dnia nie potrafiłam słuchać muzyki innej niż Stonesów, każda wydawała mi się albo zbyt wydumana, albo sztuczna. Zniecierpliwiona, zaczęłam szukać innej stacji radiowej, nagle zmęczona banalnym playlistowym popem. Tak trafiłam na nieznany mi wcześniej „Trójkowy Ekspres”. Trzy lata później zostałam wydawczynią tej audycji. Reszta, jak mawiają, jest historią.

Kończy mi się miejsce, ale nie moje koncertowe wrażenia i wspomnienia. Jeśli pozwolicie, kiedyś jeszcze do nich wrócę, zresztą Nick powiedział w naszym wywiadzie: „Myślę, że wciąż nie mówi się dość o tym, jak wartościowe jest wspólne przeżycie, jakim jest koncert”. I jak bardzo magiczne.

3 koncerty do oglądania i słuchania

Talking Heads „Stop Making Sense” (1984)

Być może najsłynniejszy koncertowy film wszech czasów, konceptualne arcydzieło formy i treści. Wspaniała muzyka i dorównująca jej oprawa plus mistrzowska dyscyplina reżysera Jonathana Demmego. I niezapomniany oversize’owy garnitur Davida Byrne’a!

Fleetwood Mac „The Dance” (1997)

Profesorski wykład z jakości koncertowego wykonania, scenicznej klasy i artystycznego kunsztu. W drugiej połowie lat 90. zespół mógł być nieco już nieekscytującym „brzmieniem przeszłości”, ale ostatni śmiech należy do Fleetwood Mac, bo jest to wciąż zachwycający koncert dla wtajemniczonych, quiet luxury świata muzyki.

Beyoncé „Homecoming” (2019)

Film dokumentalny o jednym z najsłynniejszych koncertów w historii festiwali muzycznych. Tylko Beyoncé tytaniczną i pokazaną w filmie pracą mogła z wielkiej amerykańskiej Coachelli zrobić swoją imprezę, bo jakość jej legendarnego występu, drobiazgowość ambicji i perfekcji przyćmiła występy wszystkich i ustanowiła nowy, wciąż niedościgniony standard.

Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, autorka, podcasterka. Jej najnowszego podcastu „Blaski i cienie. Anna Gacek i biografie najsłynniejszych” można słuchać w Audiotece.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE