1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Muzyka
  4. >
  5. „Na scenie zadziały się egzorcyzmy”. Anna Gacek o koncertach, po których coś się w człowieku zmienia

„Na scenie zadziały się egzorcyzmy”. Anna Gacek o koncertach, po których coś się w człowieku zmienia

Florence and the Machine (Fot. David Wolff - Patrick/Redferns via Getty Images)
Florence and the Machine (Fot. David Wolff - Patrick/Redferns via Getty Images)

Odsłuchaj artykuł

Anna Gacek - Egzorcyzmy

00:00 10:43
15s
0,5 x
15s
„Pani Aniu, mniej muzyki, więcej Pani!” Czytelnik nasz pan, bardzo proszę!

Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 05/2026.

Wracam właśnie z krakowskiego koncertu Florence and the Machine, jak zawsze znakomitego. I, jak to bywa ze sztuką, jest we mnie plątanina emocji, od euforii wyskakanych endorfin po zadumę. W pewnym momencie Florence podziękowała polskiej publiczności, że jako jedna z pierwszych na świecie „objęła” mocnym uściskiem muzykę debiutujących FATM. Wzruszyłam się, bo jestem w wąskim gronie sprawczyń tego uścisku. Było to prawie 20 lat temu, jakby w innym świecie, w innym życiu. Nosiłyśmy tanie sukienki z Topshopu, zarywałyśmy noce w klubach, zadawałyśmy się z nieodpowiednimi chłopakami i przeżywałyśmy wszystko jakby za bardzo. Florence pisała o tym piosenki, ja robiłam o tym audycje. 20 lat… Ile się przez ten czas wydarzyło.

Jestem często pytana o to, który z moich wywiadów przeprowadzało mi się „najgorzej”, która gwiazda jest nieuprzejma czy niemiła. Mówi coś o naturze ludzkiej, że nikogo specjalnie nie interesuje, który z wywiadów był „najlepszy”, kto jest fajnym, dobrym człowiekiem. Nie prowadzę takich statystyk (acz, jeśli jesteście ciekawi, odpowiedź na pierwsze pytanie: Alison Goldfrapp i muzycy Beastie Boys, na drugie: Jane Birkin i jej córki), ale mam oczywiście prywatną hierarchię rozmów dla mnie szczególnych.

I na pewno w czołówce tego zestawienia jest jeden z moich wywiadów z Florence. Miało go nie być. Gdzieś między naszymi pierwszymi spotkaniami zdążyła stać się międzynarodową, wielką gwiazdą i tak mały rynek jak polski był już nieinteresujący dla jej menadżerów, niegodny jej cennego czasu. Nie dałam za wygraną, wiedziałam, ile muzyka Flo znaczy dla moich słuchaczy, piosenki z jej drugiej płyty „Ceremonials” wciąż nie zostały przez nią opowiedziane w moich audycjach, tak nie mogło być! Męczyłam wytwórnię artystki zapytaniami o wywiad, a ich częstotliwość pewnie można byłoby podpiąć pod jakiś paragraf o obsesyjnym nękaniu. Aż wreszcie udało się, jeden z hiszpańskich dziennikarzy zrezygnował w ostatniej chwili, pojawiło się okienko w paryskim grafiku artystki. „Lecisz, Ania?” Lecę!

Anna Gacek w Paryżu (Fot. archiwum prywatne) Anna Gacek w Paryżu (Fot. archiwum prywatne)

Paryż jest dla mnie szczególnym miastem, jesteśmy ze sobą w trwającym już trzy dekady romansie.

Jeśli ukochany Nowy Jork symbolizuje zawodową, bardziej publiczną stronę mojej natury, ambicję, waleczność, siłę, to Paryż przypomina mi, kim jestem, gdy odkładam broń i schodzę z pierwszego planu, jak bardzo kocham życie, jego dekadencję, zmysłowość i piękno.

Jestem tam strasznym łobuzem; gdyby prześwietlić historię moich najbardziej nieodpowiedzialnych, głupich i ryzykownych zachowań, to wszystkie je łączy lokalizacja, prawy i lewy brzeg Sekwany, bo przecież nikt kochający to miasto nie wybierze jednego. Ale Florence wybrała, piękny hotel w sercu dzielnicy Marais, tam mnie oczekiwała. Rozmawiałyśmy wcześniej kilkakrotnie, zdążyłam upewnić się w intuicyjnych wrażeniach, że nie tylko jest to ponadprzeciętnie wrażliwa osoba, jest to ktoś, kto chodzi po świecie z tym niemożliwym do zrzucenia ciężarem, ciemną, zawsze obecną stroną.

W najlepszych okolicznościach ta ciemność daje sztukę. W najgorszych rodzi demony. I demony towarzyszyły nam tamtego popołudnia w Paryżu. Obie ewidentnie byłyśmy w dynamicznych momentach swoich egzystencji, umęczone pokrętnymi rytmami, w jakich biją nasze uparte serca, ale i zmęczone czymś jeszcze, życiem, które stało się nagle jakby mniej beztroskie. Ją po raz pierwszy dopadł ciężar nowej popularności, samotność w adorującym tłumie, ja mierzyłam się z ogromnym kryzysem zawodowym, tamtego dnia w Marais podjęłam (pierwszą z kilku, nigdy niezrealizowanych) decyzję o odejściu z Trójki. Siedziałyśmy w tym pięciogwiazdkowym salonie, niby królowe życia, a jednak jakby pokonane… Przywiozłam z Francji jeden z moich najlepszych wywiadów.

Florence and the Machine (Fot. Lillie Eiger/HFG Management via Getty Images) Florence and the Machine (Fot. Lillie Eiger/HFG Management via Getty Images)

Florence przyjechała do Paryża w ramach europejskiej trasy koncertowej, zagrała w mieście dwa koncerty, byłam na obu. Po spędzonej z nią godzinie czułam się wyróżniona w tłumie, jakbym rozumiała jeszcze lepiej, o czym jest każda z piosenek, jakbym każdą z nut przeżywała razem z nią.

Wyszłam z klubu więcej niż oczarowana, byłam oczyszczona. Na scenie zadziały się egzorcyzmy, demony zostały wyśpiewane, wielka tajemnica mroku ujawniona, już nie taka straszna, tak paraliżująca. Cierpienie nigdy nie jest sexy czy cool, ale czasem, z pomocą sztuki, staje się bardziej znośne, oswojone.

I, z mojej perspektywy, żadna dziedzina nie robi tego tak skutecznie, jak muzyka. Od ponad 20 lat dostaję od słuchaczy i czytelników dowody, ile znaczą piosenki. Czasem są to wiadomości urocze: „Pani Aniu, tak sobie myślałam, czy dać szansę tej miłości, czy nie, i postanowiłam, że jeśli w kolejnej zagranej przez panią piosence będzie słowo love, to dam” (było). A czasem są takie momenty, że właściwie nie wiadomo, co zrobić ze sobą po przeczytaniu maila. „Pani Anno, dziękuję pani za zagranie tej piosenki, to był ulubiony utwór mojej żony. Dziś ją pochowaliśmy, dla mnie to znak, że dotarła szczęśliwie”. Dzień przed krakowskim koncertem Florence dostałam wiadomość od słuchacza, był dzieciakiem, gdy usłyszał ją w mojej nocnej audycji. Po raz pierwszy od śmierci rodzica 12-latek poczuł, że jeszcze coś dobrego może go spotkać w życiu. I spotyka, chociażby na każdym z kolejnych koncertów Florence and the Machine.

Miało być o mnie? Lista moich muzycznych egzorcyzmów wypełniłaby całe „Zwierciadło”. Rozświetlona kolorami tęczy, tonąca w ciepłym świetle scena londyńskiego klubu, a na niej francuski zespół Phoenix i ich pełna energii, porywająca muzyka, która jest definicją życia, tak skuteczną, że przebiła się przez skorupę kogoś, kto nie potrafił zobaczyć wtedy żadnego koloru. Koncert U2 w Vegas i odśpiewane w całości ukochane „Achtung Baby”, bez wstydu i poczucia obciachu, że ktoś na drugim końcu świata mnie pozna i zobaczy, wykrzyczenie w komforcie anonimowości wszystkich niespełnionych obietnic miłości, zamknięcie niezamykanych drzwi. Punkowa energia The Kills, która napełniła mnie taką odwagą i butą, że po przylocie z Amsterdamu wysłałam najbardziej bezczelnego SMS-a w życiu. Kate Bush w Londynie i euforia zamykającego całość „Cloudbusting”, przypomnienie, że po każdej burzy wychodzi słońce i że może wszystko będzie jednak dobrze, triumf piękna nad ciemnością w tłumie szczęśliwych jak ja ludzi.

Koleżanka pracująca przy tamtej trasie Bush powiedziała mi przed koncertem: „Nie wstydź się, wszyscy pod koniec płaczą”. I rzeczywiście, to było zbiorowe – i dość osobliwe – doświadczenie, słowom: „wiem, że coś dobrego jeszcze się wydarzy” towarzyszyło ocieranie ukradkiem łez. Płacz? Puśćcie mi „Nightswimming” R.E.M., najpiękniejszą piosenkę o tym, co minęło bezpowrotnie, i patrzcie, co dzieje się z moimi oczami, za każdym razem od 30 lat.

Ten felieton powstaje po koncercie i chwilę przed kolejnym, wybieram się do Londynu, zobaczyć, jak Lily Allen, już na scenie, nie w nagraniowym studiu, rozlicza się ze zdradą, rozpadem małżeństwa, końcem miłości. Są już pierwsze filmy z tych koncertów, intymnym wyznaniom Lily towarzyszą wrzaski, śpiewy i przećwiczone układy choreograficzne celebrujących swoje doświadczenia – także te najgorsze – uczestniczek koncertów. To jest dopiero „babski wieczór”! Nie zawsze jestem aktywnym uczestnikiem tych scenicznych egzorcyzmów, czasem jestem ich świadkiem, gdy wiem, ile dla artysty znaczy jakaś piosenka czy linijka tekstu, gdy słyszę, że jest tego wieczora śpiewana czy grana inaczej. Tak, zdarzały się sytuacje, gdy byłam inspiracją czy przyczyną egzorcyzmu i – wbrew mitycznym zapewnieniom rock’n’rolla – nie było w tym nic pieszczącego dumę czy ego. By można było wyjść z ciemności, najpierw trzeba w niej być, tak to, niestety, zostało wymyślone.

A najlepiej wie o tym właśnie Florence. Wtedy w Paryżu perłą jej koncertu była niezwykle emocjonalna interpretacja piosenki „Never Let Me Go”, jednego z singli promujących „Ceremonials”. Po skończonej trasie odłożyła ten utwór na dekadę, niezdolna wrócić do tego, o czym jest. Teraz wykonuje go znów, silniejsza, zdrowsza, zadbana fizycznie i emocjonalnie, z arsenałem wykonanej nad sobą pracy, z dystansem do autodestrukcyjnych zachowań. „Never Let Me Go” mimo ciężaru – a może właśnie w związku z nim – jest jedną z ukochanych przez fanów piosenek Florence i dziś jest wykonywana już nie dla demonów, tylko dla miłości adorującego ją tłumu. To chyba najpiękniejsza destynacja muzyki.

Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, autorka, podcasterka. Jej najnowszego podcastu „Blaski i cienie. Anna Gacek i biografie najsłynniejszych” można słuchać w Audiotece.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE