1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Dwa razy pokonała raka, dziś wraca silniejsza niż kiedykolwiek. Anastacia: „Po pięćdziesiątce wreszcie przestałam się biczować” [WYWIAD]

Dwa razy pokonała raka, dziś wraca silniejsza niż kiedykolwiek. Anastacia: „Po pięćdziesiątce wreszcie przestałam się biczować” [WYWIAD]

Anastacia (Fot. Nora Jeker for Studiojeker)
Anastacia (Fot. Nora Jeker for Studiojeker)

Odsłuchaj artykuł

Robert Choiński - Dwa razy pokonała raka, dziś wraca silniejsza niż kiedykolwiek. Anastacia: „Po pięćdziesiątce wreszcie przestałam się biczować” [WYWIAD]

00:00 19:17
15s
0,5 x
15s
W Warszawie wyprzedała kultową Stodołę, teraz wraca, by porwać publiczność na znacznie większym Torwarze. Choć od jej spektakularnego debiutu minęło już ćwierć wieku, Anastacia wciąż imponuje tą samą potężną energią i unikalnym, „czarnym” głosem, który na początku kariery tak bardzo dezorientował szefów wytwórni muzycznych. W szczerej i pełnej humoru rozmowie ze Zwierciadlo.pl światowa ikona pop-rocka opowiada o niezwykłej metamorfozie, jaką dostrzega w polskim społeczeństwie, trudach i kulisach wielkich tras koncertowych, a także o walce z własnym samokrytycyzmem. Zdradza nam również, dlaczego po latach przerwy wreszcie nadszedł czas na premierowy materiał oraz co poczuła, słysząc swoje największe hity w potężnych, symfonicznych aranżacjach.

Robert Choiński: W zeszłym roku wyprzedałaś warszawską Stodołę, a teraz wracasz do Polski, by zagrać na znacznie większym Torwarze. Co sprawiło, że postanowiłaś do nas wrócić?

Anastacia: Rany, do Polski będę wracać zawsze! To miejsce, które po prostu uwielbiam. Muszę przyznać, że polscy fani są niesamowici i to od lat. Kiedy patrzę na ostatnie ćwierć wieku, widzę ogromną zmianę w Polakach i całym Waszym społeczeństwie. Zmieniła się Wasza pewność siebie. Pamiętam czasy, gdy odnosiłam wrażenie, że ludzie są bardziej skryci, wręcz nieśmiali. Dziś kolejne młode pokolenia zarażają tą wewnętrzną siłą nawet swoich rodziców. Pokazują im: „Wszystko jest super, damy radę. Zajdę jeszcze dalej niż wy”. Uwielbiam tę filozofię.

Dla mnie to najlepszy dowód na niesamowity hart ducha Polaków. To po prostu pokazuje, jak silnym jesteście narodem.

Bardzo się cieszę, że to dostrzegasz. Myślę, że to w dużej mierze zasługa naszego wejścia do Unii Europejskiej ponad 20 lat temu.

Całkowicie się zgadzam. Potwornie się cieszę Waszym szczęściem, mówię poważnie. Nie ma nic piękniejszego niż widok ludzi, którym przez lata odmawiano prawa do poczucia, że zasługują na coś więcej, a którzy w końcu to dostają. Chłonę każdą taką chwilę. Po prostu bądźcie dalej sobą! Bez względu na wszystko, zawsze będę wspierać moich fanów i będę przy Was. Nawet jeśli oznacza to tylko jeden koncert w Waszym kraju albo jeden występ raz na pięć lat. Czasami to po prostu kwestia grafiku. Chcę, żebyście mieli absolutną pewność: to nigdy nie wynika z tego, że nie chcę do Was przyjechać przy okazji kolejnej trasy. Czasami tak niefortunnie układa się logistyka i planowanie koncertowej mapy, że jakiś region świata po prostu w niej nie pasuje.

Koncertujesz już od tak wielu lat. Zastanawiam się, co jest teraz dla Ciebie trudniejsze podczas występów: pierwsze pięć minut koncertu czy ostatnie pięć, kiedy musisz dać z siebie absolutnie wszystko, mimo że jesteś już potwornie zmęczona?

Ostatnie pięć minut, skarbie! Jestem już w tym wieku, że na koniec myślę tylko: „O mój Boże…”. Zazwyczaj na finał zostawia się przecież największe hity, chyba każdy artysta robi to celowo. Publiczność szaleje, daje z siebie jeszcze więcej, a ja w duchu błagam: „O nie, już nie dam rady skakać!”. Ale próbuję, a przynajmniej jestem w stanie to wyciągnąć wokalnie. Przez pierwsze pięć minut mam w sobie mnóstwo energii. A przez ostatnie pięć myślę: „Boże, jak ja bym chciała złapać choć jeden głęboki oddech”. Chciałabym, żeby ten finał był idealny, ale w tym właśnie tkwi cała frajda. Kiedy biorę ten potężny wdech, żeby wyciągnąć wysoki ton, publiczność chyba to czuje. Widzę w ich oczach: „Oho, teraz poleci po całości”, a ja myślę: „No, spróbuję!”.

Fot. Nora Jeker for Studiojeker Fot. Nora Jeker for Studiojeker

Na tym polega piękno występów na żywo. Wychodzisz i dajesz ludziom to, po co przyszli. W moim przypadku to w stu procentach żywy wokal. Inni artyści stawiają na coś innego, na oprawę wizualną albo miks jednego i drugiego. Na rynku jest miejsce dla każdego. Dla mnie najważniejsza jest spontaniczność. Uwielbiam świadomość, że wchodząc do pełnej sali, nie masz pojęcia, co się wydarzy. Trzymam się zasady, że nawet jeśli coś pójdzie nie taki będę musiała zatrzymać numer, to po prostu mówię: „Kochani, witajcie na koncercie na żywo!”. Ludzie to uwielbiają. Niezależnie od tego, czy to pomyłka, czy wpadka na scenie, uwielbiają moment, w którym rzucam: „Cóż, taki jest show-biznes!”.

Wspomniałaś o czymś, o co sam chciałem Cię zapytać. Twój głos to Twoje główne narzędzie pracy na scenie, ale Twoje ciało przeszło przez lata naprawdę wiele. Jak dbasz o siebie podczas obecnych tras koncertowych? Co robisz po zejściu ze sceny, czego publiczność nigdy nie ma okazji zobaczyć?

Po koncertach jestem potwornie nudna! Na scenie daję czadu, jestem nie do zatrzymania, tryskam tą całą energią. A potem zamieniam się w... nawet nie wiem, jak to nazwać... w takiego anioła bez skrzydeł. Natychmiast przestaję latać. Idę prosto do busa. Nie imprezuję, choć nie izoluję się też całkowicie od ludzi. Nie wyznaję zasady w stylu: „nie mów do mnie i nie patrz mi w oczy”, ale po prostu się wyłączam. I kiedy mówię „wyłączam”, mam na myśli całkowity restart.

Muszę wtedy naładować baterie mojej duszy, głosu i umysłu, żeby następnego dnia móc zrobić to samo od nowa.

Śpiewam bardzo siłowo, technicznie jestem jak sportowiec, więc po każdym zejściu ze sceny regeneracja to dla mnie absolutna konieczność. Trasa koncertowa wymaga zupełnie innego rodzaju wytrzymałości niż praca w studiu. W studiu nagrywasz piosenkę przez kilka godzin albo chwil, w zależności od tego, jak idzie praca twórcza. Na trasie jesteś na scenie przez bite dwie godziny, a cały ten koncertowy rygor zamienia się w szybkowar. Towarzyszy mu jedna wielka modlitwa: „żebym tylko nie zachorowała”. To jedyny lęk, który bez przerwy krąży mi po głowie. Jako wokalistka nic na to nie poradzę. Każda infekcja od razu uderza mi w gardło. Mam na myśli nawet zwykłe przeziębienie. Z taką przypadłością każdy inny człowiek mógłby pójść do pracy. Ja przy niej nie jestem w stanie śpiewać, a jeśli nie mogę śpiewać, to nie wyjdę na scenę. Nie chcę dawać ludziom kiepskiego występu. Poza tym śpiewanie z nadwyrężonym głosem tylko pogorszyłoby sprawę.

Czy dzisiaj potrafisz lepiej słuchać swojego ciała niż kiedyś? Umiesz powiedzieć „nie dam rady” bez poczucia winy?

Szczerze? Poczucie winy towarzyszy mi absolutnie zawsze. Ale na pewno lepiej radzę sobie ze słuchaniem intuicji i własnego organizmu. Musiałam w końcu zrozumieć, że nie jestem superbohaterką. Oczywiście najgorsze jest poczucie, że zawiodłam fanów. Masz pełną świadomość, że dajesz z siebie wszystko, a ci ludzie często zjeżdżają się z różnych krajów, wydają swoje ciężko zarobione pieniądze, planują to od miesięcy, a Ty nagle odbierasz im coś, na co tak ciężko pracowali. Dla artystki, która kocha swoich fanów, to jest po prostu rozdzierające. To potworny ból. Przecież nie odwołuję koncertów dlatego, że poprzedniego wieczoru poszłam pić, zresztą i tak tego nie robię. Właśnie dlatego konieczność odwołania czegokolwiek jest dla mnie tak potwornie bolesna.

Muszę przyznać, że jesteś bardzo skromna. Mówisz, że nie masz już tyle energii, a wciąż bije od Ciebie niesamowita siła. Zastanawiam się, co robisz dzisiaj inaczej niż 20 czy 25 lat temu, że udaje Ci się utrzymać tak świetną formę?

Ojej, dziękuję, to urocze! Sama do końca nie wiem. Kiedy byłam młodsza, nie robiłam absolutnie nic szczególnego. Po prostu taka byłam. Teraz jednak podchodzę do wszystkiego o wiele bardziej świadomie. Kiedyś wystarczyło pstryknąć palcem i byłam gotowa do działania, dziś to już tak łatwo nie działa. Myślę, że każdy może to odnieść do siebie, chociażby w pracy. Zarywanie nocy zdecydowanie mi nie służy, nie wyglądam wtedy najlepiej. Moim błogosławieństwem jest jednak doświadczenie i lata powtarzania tego wszystkiego w kółko. Dzięki temu doskonale wiem, co na mnie działa, a co nie. Mam to szczęście, że cały czas pracuję, rok w rok. Mój wewnętrzny rytm faluje, raz jest lepiej, raz trochę gorzej, ale organizm zawsze wraca do normy. Mogę chyba nawet powiedzieć, że wraca do swojej „formy pierwotnej”, bo przecież wciąż śpiewam i wciąż szaleję na scenie.

Fot. Nora Jeker for Studiojeker Fot. Nora Jeker for Studiojeker

Nie da się jednak ukryć, że po pięćdziesiątce jest inaczej niż wtedy, gdy miałam dwadzieścia czy trzydzieści lat. Każdy, kto przekracza ten próg i wchodzi w kolejne dekady, musi zacząć dbać o siebie w zupełnie inny sposób. Czasami nawet mój mózg odmawia posłuszeństwa i łapię się na tym, że myślę: „Zaraz, o czym ja właściwie mówiłam?”. To po prostu urok wieku! Śmieję się wtedy: „Zatrudnijcie młodzież, niech mi przypomną, co mam robić”. Staram się podchodzić do tego z humorem. Życie bez przerwy toczy się do przodu, a człowiek musi się dostosować. Trzeba mierzyć siły na zamiary i nie brać na siebie wszystkiego.

Na początku kariery tempo było mordercze. Dzisiaj nie dałabym rady tak pracować, nie ma mowy.

Trzy różne kraje w jeden dzień, masa wywiadów... Wyciskali ze mnie siódme poty, bo nie było jeszcze internetu i wszystko trzeba było załatwiać osobiście. To było zupełnie inne życie. Kochałam to, ale dzisiaj nie byłabym w stanie przetrwać takiego grafiku. Nie ma mowy.

No i nie moglibyśmy przeprowadzić tego wywiadu, siedząc wygodnie w dresach (śmiech).

Co Ty powiesz? Widzisz mnie?!

Nie, nie, ale ja też pracuję z domu (śmiech).

Tylko się z Tobą droczę! Oczywiście, muszę przyznać, że akurat to jest ogromny plus nowej technologii. Bardzo ułatwia sprawę. Choć tak naprawdę uwielbiam wywiady i wolałabym siedzieć teraz naprzeciwko Ciebie i rozmawiać na żywo. Twój czas jest wart tego, by spotkać się osobiście. Z drugiej strony wiem, że taka forma jest prostsza. No i dla naszej branży to o wiele tańsze rozwiązanie. Możemy robić wywiady bez konieczności opłacania podróży i ściągania wszystkich w jedno miejsce.

Chciałem zapytać Cię o Twoją perspektywę na coś, co mówiono na początku Twojej kariery. Słyszałaś wtedy, że Twój głos nie pasuje do Twojego wyglądu – że jest „zbyt czarny” albo „zbyt biały”. Dziś ta unikalność to Twój znak rozpoznawczy. Czy daje Ci to poczucie satysfakcji?

Niezwykle doceniam fakt, że to, co kiedyś mnie blokowało, dzisiaj mnie definiuje. Wtedy nie mogłam tego wiedzieć. Czułam się wręcz sparaliżowana tym, że mam brzmienie, którego nikt nie rozumie i nikt w branży nie ma pojęcia, co z nim zrobić. Mówili: „No wiesz, jesteś taka rockowa, masz w sobie coś z chłopczycy, ale ten głos...”. A potem nagle publiczność – w tym ludzie w Polsce – przyjęła mnie z otwartymi ramionami i uznała: „O rany, to jest idealne! Co za głos, co za dziewczyna, ona daje nam coś zupełnie wyjątkowego”. Bycie unikalnym jest super, ale czasami ta unikalność sprawia, że nikt nie chce podjąć ryzyka. Przez długi czas to była taka huśtawka.

Nikt nie wiedział, do jakiej szufladki mnie włożyć, bo byłam inna niż wszyscy.

Kiedy jednak w końcu dostałam swoją szansę, ludzie nagle zaczęli się dziwić: „Dlaczego nie pojawiłaś się wcześniej? Przecież my na Ciebie czekaliśmy!”. A ja na to: „Kochanie, ja na Was też!”.

Twoje piosenki są bardzo osobiste, ale jednocześnie dają ludziom mnóstwo siły. Czy zdarza Ci się dzisiaj śpiewać któryś ze swoich starych utworów i łapać na tym, że czujesz go zupełnie inaczej niż w momencie, gdy go nagrywałaś?

Tak! Paradoks pisania tamtych piosenek polegał na tym, że chyba sama nie do końca potrafiłam wtedy pojąć przesłanie, które w nich zawierałam. Śpiewałam te słowa, ale czy naprawdę stosowałam je we własnym życiu? W tamtym momencie – nie. Bardzo tego pragnęłam i właśnie z tego pragnienia rodziły się te utwory. Chciałam być tą silną dziewczyną, która po rozstaniu potrafi po prostu odejść z podniesioną głową. W rzeczywistości jednak byłam tą, która mówiła: „Dobra, wrócę do ciebie, skoro przeprosiłeś”. Wciąż popełniałam te wszystkie błędy, które robimy, gdy kogoś kochamy i nam zależy. Nawet jeśli podskórnie czujemy, że ta osoba nie jest dla nas dobra. Czasami pakujesz się w to znowu, bo to część życiowej drogi.

Fot. Nora Jeker for Studiojeker Fot. Nora Jeker for Studiojeker

Dzisiaj, kiedy słucham tamtych kawałków, dostrzegam w nich tę piękną, wewnętrzną siłę. Ona oczywiście we mnie była już wtedy, ale nie byłam jej wystarczająco świadoma.Nie byłam wtedy na tyle dojrzała, by żyć tą siłą na co dzień, tak jak robię to teraz. Wtedy to były tylko pojedyncze momenty przebłysku i to właśnie z nich powstawały piosenki, bo desperacko chciałam tak czuć każdego dnia. Dziś ta pewność siebie, siła i filozofia z rzędu „przetrwam wszystko” to dla mnie codzienność. Teraz jest o wiele łatwiej. Mniej stresu, mniej dramy dla tej mamy! (śmiech)

Czy jest coś, co 25 lat temu, na początku Twojej drogi na szczyt, wydawało Ci się niezwykle ważne jako gwiazdy muzyki, a z czego dzisiaj świadomie zrezygnowałaś?

To bardzo głębokie pytanie. Myślę, że świadomie odpuściłam nadmierny samokrytycyzm. Nigdy nie byłam negatywnie nastawiona do życia czy innych ludzi, ale dla samej siebie potrafiłam być potwornie surowa. I kiedy mówię o krytycyzmie, mam na myśli to, że nawet teraz, schodząc ze sceny, potrafię rzucić: „O rany, to nie był mój najlepszy koncert”. Ludzie z ekipy patrzą wtedy na mnie jak na wariatkę: „O czym ty w ogóle mówisz?!”. A mój mózg po prostu analizuje: „Ech, w tamtym momencie mogłam to wyciągnąć inaczej”. To ciągłe dążenie do doskonałości. Samo w sobie to dobre podejście, ale dziś już tak nie biczuję się w myślach. Stałam się dla siebie o wiele łaskawsza.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Zdecydowanie nie tęsknię za czasami, gdy nie miałam pojęcia, jak destrukcyjny potrafi być ten wewnętrzny głos. W młodości wszyscy próbujemy się dopasować. Patrzymy na innych i myślimy: „Też chcę tak wyglądać, mieć takie ciuchy, takiego chłopaka czy dziewczynę”. Dzisiaj kompletnie nie przejmuję się porównywaniem do kogokolwiek.

Mówię sobie: „Dziewczyno, to jesteś ty, tak to teraz wygląda i jest super”. Nie muszę na siłę wpasowywać się w obecny rynek muzyczny.

Przez te wszystkie lata stworzyłam własną niszę, która świetnie się sprawdza, i czuję się w niej niezwykle komfortowo. Oczywiście uwielbiam obserwować to, co dzieje się w świecie hip-hopu czy muzyki latynoskiej, te wszystkie międzygatunkowe współprace. Cieszy mnie to, ale wiem, że gdybym sama próbowała pójść w tę stronę, to po prostu nie byłabym ja. Trzymam się swojej ścieżki, zarówno wokalnie, jak i muzycznie. To moja strefa komfortu. Spójrz na The Rolling Stones. Oni też nie muszą zmieniać swojego stylu tylko dlatego, że zmieniają się trendy w muzyce.

Tak, i wygląda na to, że sprawdza się to w Twoim przypadku idealnie. Wiem, że nasz czas dobiega końca, ale bardzo chciałbym zapytać Cię jeszcze o Twój najnowszy projekt, „Symphonic Revolution”, na którym znajdą się nowe, orkiestrowe wersje Twoich największych hitów. Premiera już w listopadzie. Co czułaś, kiedy po raz pierwszy usłyszałaś swoje piosenki w wykonaniu pełnej orkiestry symfonicznej?

Już na bardzo wczesnym etapie mojej kariery miałam kilka razy okazję współpracować z orkiestrami. Za każdym, absolutnie każdym razem odbierało mi to dech w piersiach. Słyszeć, jak te piosenki zyskują zupełnie nowe życie i nową tożsamość. Byłam ogromnie wdzięczna za każdą taką szansę, ale to zawsze działo się tylko podczas konkretnego programu telewizyjnego albo na specjalnej trasie. Nigdy wcześniej nie nagrałam ani nie wyprodukowałam tych utworów w wersji studyjnej z orkiestrą. Te aranżacje istniały wyłącznie na żywo, więc fani nie mieli jak do nich wracać. Zresztą z tego samego powodu dopiero w zeszłym roku wydałam swój pierwszy w karierze album koncertowy. Po prostu uznałam, że najwyższy czas to zrobić, i jestem z niego bardzo dumna. A ponieważ świętuję właśnie 25-lecie pracy artystycznej, zamiast kolejnej klasycznej płyty z największymi hitami chciałam zrobić coś wyjątkowego. Najpierw album live, a teraz pomyślałam: „A gdyby tak zebrać moje najważniejsze przeboje oraz inne bliskie mi utwory i nagrać je z pełną orkiestrą?”.

Fot. Nora Jeker for Studiojeker Fot. Nora Jeker for Studiojeker

Bardzo się cieszę, że ten projekt dochodzi do skutku, ale równolegle piszę też zupełnie nową muzykę! Nie chcę po prostu pakować tych samych piosenek w nowe pudełka. Jestem podekscytowana i zainspirowana szukaniem kolejnych dźwięków. Zastanawiam się, jaka będzie moja następna piosenka, jaka historia za nią stanie. Muzycznie to wciąż będzie w stu procentach Anastacia, ale dopiero gdy napiszę masę materiału, wybiorę ten właściwy singiel. To dla mnie wielka rzecz, bo nie wydałam autorskiego, premierowego materiału jako Anastacia od ponad 10 lat.

No tak.

Więc najwyższy czas!

Nie mogę się doczekać tego symfonicznego albumu i już odliczam dni do Twojego koncertu w Warszawie.

Ja też! Tak strasznie się cieszę, że wracam. Cudownie jest żyć pełnią życia i występować w kraju, który absolutnie uwielbiam. Już się nie mogę doczekać, kiedy porządnie zaimprezuję z Polakami!

Bardzo dziękuję Ci za Twój czas. Do zobaczenia w październiku!

To ja dziękuję! Byłeś kochany, to naprawdę świetny wywiad. Wiele Twoich pytań autentycznie zmuszało mnie do myślenia, bardzo to doceniam. Wielkie dzięki i do zobaczenia!

Anastacia wystąpi 18 października 2026 roku w COS Torwar.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE