Jeszcze do niedawna zsyłka do Vegas, określana „rezydencją”, była synonimem końca kariery, jej ostatnim, upokarzającym epizodem. Dziś największe gwiazdy przyjeżdżają tu, by celebrować swój sukces.
Jeśli wierzyć podniebnym mitom, na wysokości przelotowej kubki smakowe tracą swoje wyrafinowanie i zaczynają nas zwodzić, szczególnie we wzmożonej potrzebie soli. Mam nadzieję, że dziewięć tysięcy metrów nad ziemią nie gubi się umiejętność pisania, bo właśnie w tych okolicznościach, na siedzeniu 33A, zaczynam pisać ten felieton. Przede mną dziewięć tysięcy kilometrów podróży. Ale czego nie robi się, by… pojechać na koncert.
Każdy dziennikarz muzyczny, który ma przywilej i szczęście interesować słuchaczy i czytelników, potwierdzi, że jednym z najczęściej zadawanych przez nich pytań jest to o najlepszy koncert życia. Jest to zagadnienie dość kłopotliwe, gdy przekroczyło się już magiczną liczbę tysiąca i nie ustaje się w poszukiwaniu wrażeń.
Co wybrać? Ostatni koncert Davida Bowiego przed wysłaniem go przez kardiologów na przedwczesną emeryturę? Magiczny duet najsłynniejszych kochanków rocka Stevie Nicks i Lindseya Buckinghama? A może zostawić Fleetwood Mac w nowojorskiej Madison Square Garden i wrócić na legendarny brytyjski festiwal Glastonbury na występ Amy Winehouse w szczytowym momencie kariery? Albo wskazać mój pierwszy wielki koncert, występ The Rolling Stones na Stadionie Śląskim, po którym podjęłam niedorzeczną z perspektywy skromnej licealistki decyzję, by związać swoje życie z rock’n’rollem? Tego popołudnia w ciasnym samolotowym fotelu nie znałam odpowiedzi.
Znalazłam ją w Las Vegas.
Jestem z pokolenia, któremu „koncerty w Vegas” kojarzyły się jak najgorzej. Ze zrozumiałych względów ominęła mnie złota era miasta, gdy występowali w nim Nat King Cole, Ella Fitzgerald, Louis Armstrong i Edith Piaf. Najwięksi w miejscu nieograniczonych możliwości, które rosło w siłę, prestiż i sławę. Ale, jak szczęście w kartach, nic nie trwa wiecznie.
W latach 80. i 90. sceny hotelowych klubów i sal zajmowali artyści przebrzmiali, których nie chciał oglądać już nikt, jedynie hazardziści i turyści. Zsyłka do Vegas, określana „rezydencją”, była synonimem końca kariery, jej ostatnim, upokarzającym epizodem.
Wszystko zmienił w 1999 roku noworoczny koncert uwielbianej w Ameryce Barbry Streisand, który zwrócił uwagę milionów na zapomniane muzycznie miasto. Być może występ legendy ośmielił Céline Dion, która w 2003 roku rozpoczęła swoją rezydencję w Vegas, dając w nim ponad 700 koncertów dla trzech milionów zachwyconych fanów. Dion, wielka gwiazda, daleka od zakończenia kariery, swoją decyzją odczarowała to miejsce na zawsze.
W 2013 roku swój urok dorzuciła Britney Spears, ściągając przez cztery lata swojej rezydencji setki tysięcy fanów, otwierając Vegas dla nowego pokolenia fanów muzyki i odmładzając wizerunek miasta. Niezbędny czynnik „cool” dołożyła Lady Gaga, wyznając podczas ogłoszenia swoich koncertów: „Całe życie marzyłam o tym, by być dziewczyną z Vegas. Jestem przeszczęśliwa”.
Status miejsca, do którego przyjeżdża się celebrować swoje kariery, a nie je kończyć, przypieczętowała Adele. Największa gwiazda muzyki XXI wieku po wydaniu albumu „30” nie wyruszyła w globalną trasę koncertową. Zaprosiła fanów do Las Vegas.
A jednak, gdy muzycy U2 ogłosili swoje koncerty w mieście grzechu, przyjęłam tę informację z dystansem. Wokalistki, diwy, wielkie produkcje i spektakularne show – to wszystko zostało oswojone. Ale rockowy zespół? Było w tej stabilizacji coś tak bardzo wbrew rock’n’rollowym mitom życia w trasie, kultowi podróży, drogi i przygód. Coś… rozczarowującego.
Och, niemądra. Wybrana przez muzyków przystań w stanie Nevada, czyli nowo wybudowana za ponad miliard dolarów hala Sphere, kulisty majstersztyk technologii i architektury, zaoferowała im nowatorskie, spektakularne możliwości zagrania koncertów, jakich nie dał jeszcze nikt. Ile razy w swojej karierze muzycy U2 ryzykowali i eksperymentowali?! Jak bardzo o tym zapomnieliśmy?! Przedziwna, eklektyczna i niełatwa płyta „Zooropa”. Flirt z muzyką popularną na albumie „Pop” i kiczowaty teledysk „Discothèque”. płyta „Achtung Baby”… Odwaga. Piękna siostra rock’n’rolla.
Nagle stało się jasne, dlaczego to U2 zostali wybrani na zespół, który zagra pierwsze koncerty w Sphere. Tylko oni byli w stanie sprostać wyzwaniu. W mieście nieograniczenia i nadmiaru dać koncerty, o jakich nawet się nam nie śniło.
Jak kiedyś na trasie Zoo TV, raz jeszcze spróbować zrewolucjonizować to, czym jest koncert i co na nim się dzieje. By ograniczyć ryzyko, zabrali ze sobą do Vegas „Achtung Baby”, jedną ze swoich najlepszych i najsłynniejszych płyt. Mój ukochany album. Musiałam to zobaczyć.
I chociaż ten fragment tekstu powstaje, gdy już mocno stąpam po ziemi, wciąż brakuje mi słów, by opisać, co przeżyłam w Sphere, co tam się właściwie zdarzyło. Słysząc wszystkie te uwielbiane, znane na pamięć piosenki w wirującym mi nad głową i wokół mnie spektaklu wizualizacji i efektów, przeniosłam się gdzieś, gdzie były tylko moje emocje. Kontakt z rzeczywistością został zerwany, nie miał szans z tym widowiskiem.
Zerkam czasem na filmiki zarejestrowane przeze mnie podczas tego koncertu. Wszystkie są niedobre, nieostre i chaotyczne. To zawstydzające, ale to z nadmiaru wrażeń. Nie, to nieprawda. To od łez. Gdy słyszysz jedne z najważniejszych piosenek swojego życia gdzieś na końcu świata, stojąc na wysokości kilkudziesięciu stromych metrów, zawieszona w wirtualnej przestrzeni, w której z każdej strony otaczają cię zachwycające bodźce, w pewnym momencie wygrywa to z tobą i puszcza wszystko.
Nagle jesteś w berlińskich studiach nagraniowych z zespołem na krawędzi rozpadu. Nagle jesteś złamanym sercem Edge’a, odchorowującego na „Achtung Baby” swój rozwód. Nagle wszystkie emocje tej płyty, surowe, bezpośrednie, najczęściej bolesne, przechodzą przez ciebie. Każde rozczarowanie, każda gorycz, każde pragnienie. Warstwy ochronne zostały rozbrojone przez migoczące rzędy cyferek w „The Fly”, iskierki „Who’s Gonna Ride Your Wild Horses” i ćmy „Love Is Blindness”. Ktoś, kto jest odporny na to, co dzieje się w Sphere, przeszedł test negatywnie. Jego serce już nie czuje.
Zawieszona w mieszance dźwięków, świateł, wizualizacji, efektów, oszołomiona nią – w przeszłości muzyki zobaczyłam jej przyszłość. Tak, technologia zmieni to, jak wyglądają koncerty. Ale nie zmieni tego, co na nich czujemy.
Teraz jeszcze odegrać się za te stracone w kasynie 100 dolarów… Multimedialne, szalone przedsięwzięcie koncertowe Zoo TV. Zaprzeczająca sprawdzonej estetyce słynnej „The Joshua Tree”.
Frank Sinatra „Sinatra at the Sands” (1966)
Koncert idealny. Uwielbiany wokalista w znakomitej formie, którą wspiera legendarny Count Basie i jego orkiestra, dowodzona przez równie słynnego Quincy’ego Jonesa. Frank wykonuje swoje największe przeboje, a w połowie występu bawi publiczność czarującym monologiem. Czujemy dym papierosowy i zapach whisky, słyszymy zgiełk kasyn, widzimy lśniące światła miasta.
Elvis Presley „On Stage” (1970)
Prawdziwy zastrzyk energii, nieco staroświecki, ale niezmiennie ikoniczny. Na swoim koncertowym albumie Presley sięgnął po utwory innych wykonawców, zaskakując publiczność, ale nigdy nie rozczarowując. Po latach występów w Vegas „czuł” to miasto jak nikt. Spektakularne chórki, świetny zespół i orkiestra, wielka sceniczna osobowość króla rock’n’rolla… Słuchając tej płyty, chce się cofnąć czas bardziej niż wygrać w kasynie.
Cocteau Twins „Heaven or Las Vegas” (1990)
Anielski głos Elizabeth Fraser i marzycielska, delikatna muzyka szkockiej grupy – tego potrzebuje strudzony gracz, gdy wyłoni się z mroków kasyna i dotrze o poranku do hotelowego łóżka, wydając po drodze osiem dolarów na butelkę wody. W mieście nieustających doznań oniryczna muzyka Cocteau Twins koi skuteczniej niż szum słynnych fontann Bellagio.
Sheryl Crow „Tuesday Nihgt Music Club” (1993)
Płyta podróży przez Amerykę z przystankiem w Las Vegas w drugiej piosence. W żadnym innym mieście „wszystko czego chcę, to trochę się zabawić” – refren „All I Wanna Do”, pierwszego wielkiego przeboju wokalistki – nie brzmi tak kusząco. Debiut Sheryl jest utkany z tęsknoty, marzeń i wyjątkowości momentu, gdy ma się już mądrość pierwszych życiowych porażek, ale wciąż nadzieję, że najlepsze kiedyś magicznie jednak się zdarzy.
Phil Collins „…Hits” (1998)
Las Vegas brzmi „złotymi” przebojami, które słychać w każdym hotelowym lobby, sklepie i na rogu każdej ulicy. Phil Collins wydaje się artystą na najwyższej rotacji, składanka jego największych przebojów znakomicie przygotowuje do spaceru ikonicznym Stripem, po którym najpewniej skończymy jak serialowy Ted Lasso, uwielbiając – i podśpiewując – „Easy Lover”.
The Killers „Hot Fuss” (2004)
Duma lokalnej sceny muzycznej i jej największe dzieło. The Killers na swojej debiutanckiej płycie oddali hołd inspiracjom retro, niepopularnej wygładzonej produkcji i elektronicznym brzmieniom. „Hot Fuss” to jedna z najbardziej przebojowych i bezpretensjonalnych płyt pierwszych lat XXI wieku. A muzycy rozpoczynają właśnie rezydencję… w swoim ukochanym mieście.
Anna Gacek, dziennikarka, przez dwie dekady głos radiowej Trójki, autorka, podcasterka. Jej najnowszego podcastu „Blaski i cienie. Anna Gacek i biografie najsłynniejszych” można słuchać w Audiotece.